Przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości. (Kol 3, 14)

Podcast SK 07: Coś purpurowego. Lekcja stylu z Dzielną Niewiastą & Piękno kobiecego cyklu

  • Dział: Podcast

We wrześniowym odcinku podcastu odsłaniam kolejny fragment obrazu naszej Dzielnej Niewiasty z poematu, tym razem ubranej w szykowne stroje, ale też doskonale przygotowanej na... zimę! Opowiadam także o tym, że cykl kobiety jest piękny i że warto go dogłębnie poznawać, bo... tych powodów jest kilka, przynajmniej cztery!:-)

Sporządza sobie okrycia, jej szaty z bisioru i purpury. (Prz 31, 22)

Dzielna Niewiasta przypomina dziś krawcową, projektantkę mody, stylistkę, a - jak się dziś okaże - także projektantkę wnętrz! Ale nie ma się co dziwić - przecież to kobieta wszechstronna. Możemy więc teraz zająć miejsce w ławce i zapatrzeć się na nią. Uczyć się od niej. Tak, to prawdziwa lekcja stylu

W tej pierwszej części tego odcinka zastanawiam się nad tym, czym są okrycia, jakie sporządza Niewiasta, dlaczego nie boi się śniegu i czy przystoi bogobojnej kobiecie ubierać się w najdroższe materiały. A także stawiam przed Wami kilka wyzwań! Pierwsze - dotyczące okryć, drugie - Waszej szafy, a trzecie - odziania się... w purpurę! Ktoś odpowie? 
 
W Inspiracjach chcę Wam opowiedzieć o tym, dlaczego warto poznawać swój cykl, jakie ma to znaczenie dla naszej samoakceptacji, dla rozumienia siebie, dla naszej organizacji czasu, a także dla relacji. Będzie o tym, że o naszym pięknie można mówić nie tylko wzniosłymi hasłami, ale też konkretem. 
 
 
 

Przydatne linki (strony, książki, artykuły wymienione w podkaście)

Pomocne do poznawania naturalnych metod rozpoznawania płodności

  • E. Wójcik, Naturalne Planowanie Rodziny, wyd. Rubikon 2012.
  • A. Lichtarowicz, Kiedy jestem płodna, a kiedy nie?, wyd. Unia 2005.
  • J. Rötzer, Sztuka Planowania Rodziny, wyd. Vocatio 2011.
  • J. Rötzer, Ja i mój cykl, wyd. INER 2007.

 

Czytaj dalej...

Czy moje ciało wymaga poprawki?

Masz 10, 12 albo 14 lat (albo jeszcze mniej lub więcej). Jesteś na to przygotowana emocjonalnie albo zupełnie nie. Czekasz na ten moment z niecierpliwością i ekscytacją albo masz nadzieję, że „to się nigdy nie stanie”. Szukasz informacji na ten temat, rozmawiasz z koleżankami, siostrami i mamą albo nie chcesz o tym nic absolutnie wiedzieć, jakby ominięcie tematu miało tę sprawę rozwiązać. Pierwsza miesiączka pojawia się i tak – gdy jesteś na to gotowa lub nie, gdy czujesz się z tego powodu dumna lub gdy chciałabyś zapaść się pod ziemię. I ten moment sprawia, że już odtąd będzie jakoś inaczej.

Coraz więcej młodych dziewcząt w momencie, o którym mowa, dostaje bardzo wymowną naukę od swoich mam: zostają zaprowadzone do ginekologa po to, by lekarz przepisał odpowiednie „leki” na tę kobiecość. Już teraz lub chwilę później. Zresztą nierzadkie są pewnie i te sytuacje, gdy dzieje się to za aprobatą dojrzewającej dziewczyny, która o dobrodziejstwie pigułek słyszała i czytała już wielokrotnie. Pierwszy sygnał, jaki możemy otrzymać, brzmi: twoje ciało jest zagrożeniem, twoja płodność jest niebezpieczna, naturę trzeba poprawić, coś jest „nie tak”. Być może zbyt mało z nas usłyszało piękną nowinę o tym, że nasz młody organizm przygotowuje się do macierzyństwa i kiedyś, dzięki właśnie tym przemianom, będziemy mogły nosić pod sercem nowe życie. Nie zawsze było nam również dane obserwowanie mamy, która jest dumna ze swojej kobiecości i macierzyństwa.

Trudno mi czasem zrozumieć, dlaczego odczuwamy tak naprawdę nie istotę naszego cyklu, a coś zupełnie pobocznego, choć dla nas najtrudniejszego, czyli krwawienie. Nowe życie poczyna się w naszym ciele zupełnie bez naszej „wiedzy”, bez świadomości „to teraz”, gdzieś w ukryciu, poza naszym wzrokiem. Moment uwolnienia komórki jajowej, a więc te kilka godzin, na które ukierunkowane są wszystkie zmiany hormonalne w cyklu, są dla nas całkowicie niewidzialne i nieodczuwalne (pomijając oczywiście mogący towarzyszyć temu wydarzeniu ból owulacyjny, który i tak nie wskazuje dokładnie na „tę chwilę”). Jest, a jakby go nie było. W naszej społecznej mentalności nie istnieje więc owulacja, jest tylko krwawienie – powiązane z dyskomfortem, osłabieniem organizmu, a także z bólem. Słyszę wielokrotnie: „opóźnia się miesiączka”, a przecież ona nigdy się nie opóźnia, zawsze pojawia się w odpowiednim momencie, to tylko owulacja może być opóźniona względem innych cykli. Jak pokochać taką przedziwną kobiecość?

Moje dojrzewanie przyszło za wcześnie. Szybciej dojrzało moje ciało, niż serce. Nie byłam zintegrowana i gotowa, byłam przede wszystkim zawstydzona. Zaakceptowanie mojej kobiecości było procesem wieloletnim i trudnym, a dziś zdaję sobie sprawę z tego, że było to i z tym dojrzewaniem powiązane. Dzięki trudnościom, jakie przeszłam, potrafię zrozumieć, że pokochanie swojej kobiecości, zwłaszcza gdy całe otoczenie – medialne, koleżeńskie czy rodzinne – daje nam przeciwny przekaz, może jawić się jako zadanie ponad nasze siły. Nie wystarczy usłyszeć: twoje ciało jest piękne i idealne. Trzeba tego doświadczyć. Doświadczyć tego, że moje ciało nie jest zepsute, nie jest uszkodzone ani w jakikolwiek sposób gorsze od męskiego.

Cykl miesiączkowy może być utrapieniem, niezrozumiałą grą hormonów, której cel zupełnie jest przed nami zasłonięty. Czy jednak moja płodność jest chorobą? Największym być może paradoksem jest nazywanie pigułek antykoncepcyjnych „lekiem”. Zmyłka ta nie jest nawet wyczuwalna gołym okiem, bo oto dostajemy właśnie tabletki, które przypominają przecież i inne lecznicze specyfiki. Jednak wielokrotnie mówi się kobietom, że to jest panaceum na wiele problemów – zaczynając od problemów z cerą, małych piersi, poprzez nieregularne cykle aż do bolesnych menstruacji. A przede wszystkim jest to – jak się twierdzi – złoty środek na naszą płodność. Bierzesz i już więcej nie musisz się martwić. (Tymczasem okazuje się, że wiele z tych „uwolnionych kobiet” żyje pod presją tabletki, ciągle bojąc się, czy nie zapomną wziąć, czy wystarczy im do następnej wizyty lekarskiej, na której dostaną kolejną receptę, itd.) Celem tych tabletek jest wyłączenie zdrowej funkcji naszego organizmu, odcięcie bardzo ważnego układu hormonalnego, który powoduje nie tylko cykliczne przemiany w naszym ciele i psychice, ale też jest czymś w nas najbardziej kobiecym. Taka cud-tabletka na naszą kobiecość zaraz przy haśle: Pokochaj siebie! Jesteś tego warta! itd., czyli istny misz-masz naszych czasów.

Sama też byłam „leczona” antykoncepcją. Miałam 17 lat, a moje cykle przez długi czas były nieregularne (albo wcale ich nie było). Przez kilka miesięcy tabletki dawały mi, mającej wtedy jeszcze nikłą wiedzę na temat własnego cyklu, poczucie, że oto mój organizm działa bez zastrzeżeń. Po zużyciu kilku opakowań zapytałam lekarza o to, kiedy mogę odstawić przepisane specyfiki, a zatem jak długo ta „kuracja” powinna trwać, by była skuteczna. Tego, co wtedy usłyszałam, nie zapomniałam do dziś: „nie musisz odstawiać tych leków, narzeczony na pewno bardzo się ucieszy”. Ale jaki narzeczony? Nie byłam wtedy w związku, zresztą lekarz założył, że na pewno będę potrzebowała nie własnej płodności i zdrowia, ale „zabezpieczenia” przed nimi. A może ten, który będzie moim narzeczonym, jednak wcale się nie ucieszy, że zamiast dbać o swoją płodność, niszczę ją jeszcze bardziej? Grzecznie podziękowałam, wyszłam. Do dziś nie wiem, co mnie wtedy tknęło, bo nadal nie rozumiałam, jak działa mój cykl i co jest ze mną nie tak, ale miałam głębokie przekonanie – zgodnie z odpowiedzią lekarza, który de facto na moje pytanie udzielił jasnej odpowiedzi – że branie tych tabletek niczego nie zmieni, a więc odstawiłam je z ulgą. Cykl oczywiście nie wrócił. Do czasu. Do tego momentu, w którym pozwoliłam mojemu ciału na bycie kobiecym, kiedy pozwoliłam sobie mieć kształty i kilka kilogramów więcej. Może, gdyby ginekolog połączył fakt niedowagi i zanik jajeczkowania, dotarłby do przyczyny tych problemów i leczenie  miałoby jakiś sens.

Dwa lata później moje serce przestało terroryzować ciało, zostałam pokochana jako kobieta i zaczęłam odkrywać, że w moim ciele zapisane jest moje powołanie. Odkryłam, że moje ciało nie jest zepsute, nie wymaga żadnych tabletek, które je blokują, ale domaga się troski i poznania. Przyjęcia jako daru. W tej drodze oprócz miłości i akceptacji pomogły mi bardzo naturalne metody rozpoznawania płodności, a więc przyjrzenie się przemianom w cyklu, zachwycenie się logiką, z jaką działa mój organizm i celem, jaki temu przyświeca.

To, co w nas zdrowe i najbardziej kobiece, czołowe feministki ze szklanego ekranu z wielką lekkością chcą zanegować. Jak pisze Magdalena Środa (feministka, bynajmniej nie ta „nowa”, nie „nasza”): Mało jest rzeczy zapewniających w równym stopniu kobiecą wolność i autonomię jak antykoncepcja. Skuteczna, bezpieczna, dająca poczucie panowania i nad płodnością, i nad życiem. Nie wyobrażam sobie, jak funkcjonowały kobiety w czasach, gdy nie istniała. Wielokrotnie te właśnie mainstreamowe feministki wypowiadają się negatywnie o nauczaniu Kościoła w kwestii rodzicielstwa i planowania rodziny, ukazując je jako patriarchalne i wymierzone wprost przeciwko kobiecie. Z tych wypowiedzi przebija ich nieznajomość nauczania, o którym chcą mówić, brak wiedzy na temat naturalnych metod rozpoznawania płodności, głęboka ignorancja i niewysłuchanie głosu wielu kobiet. A ich opinie chłoną odbiorcy i powtarzają. Dlatego tak trudno im potem uwierzyć naszym słowom i świadectwom: nauczanie Kościoła w sprawie planowani rodziny i płodności jest nie tylko dostosowane do naszych czasów, nie tylko uwzględnia godność każdego i każdej z nas, ale pozwala na odkrywanie bogactwa naszej natury, odkrycie naszego powołania! Jak mogę więc nie być nową feministką, skoro nowy feminizm to perspektywa wprost odwrotna od powyższej To spojrzenie przypomina mi, że moje ciało jest ukształtowane i obmyślone idealnie, zgodnie ze swoim powołaniem, moje ciało mówi, a zrozumienie jego „mowy” przynosi najpiękniejsze owoce - szczerego dialogu i komunikacji w me mnie samej.

Nie chcę panować nad moją płodnością, chcę tę płodność zrozumieć, pokochać, przyjąć jako zadanie, zachwycić się nią jak kolejną tajemnicą. Chcę, by moją kobiecą naturę przyjmował mój Ukochany, by walczył ze mną, jeśli będzie to dla mnie trudne. Moje ciało jest idealnie zaprojektowane, by mnie kształtować i wychowywać, by dawać nowe życie i je chronić, by być darem dla innych. Moje kobiece ciało nie tylko jest wystarczające, ale jest zachwycające!

Dziękuję Ci Boże, że stworzyłeś kobietę tak cudownie! 

Czytaj dalej...

Lustereczko, powiedz przecie...

„Lustereczko, lustereczko, powiedz przecie…”

Pewnie większość z nas Dziewczyny, zaprzeczy, że kiedykolwiek wypowiadała dokładnie te słowa. Chyba że miała okazję wcielić się w Złą Macochę w bajce o Królewnie Śnieżce. (Mnie trafiło się akurat być krasnoludkiem w przedszkolnym przedstawieniu ; - )

A jednak szukamy tej odpowiedzi albo Samo Lustro zwraca się do nas ze swoimi kąśliwymi, wymagającymi uwagami. Jeśli którakolwiek z Was stwierdziła po wymianie spojrzeń ze zwierciadłem, że powinna się odchudzić albo cokolwiek zmienić w swoim wyglądzie, nie będzie mogła zaprzeczyć temu subtelnemu dialogowi. Lustro mówi, że coś jest nie-tak-jak-być-powinno. Ale skąd ono wie, jak być powinno, czy ma jakiś wzorzec? Skąd my (bo nie oszukujmy się, jednak mamy tu dużo do powiedzenia) to wiemy? I właściwie: Kto powinien tym rozporządzać?

Tak naprawdę temat samoakceptacji wydaje mi się coraz bardziej oklepany. To jest trochę tak, że jedne dziewczyny z niego wyrastają i znajdują w tej kwestii jakąś równowagę czy kompromis (zwykle temat powraca, choć już w innym natężeniu, inną drogą), ale pojawiają się nowe sytuacje, nowe osoby i nowe – może nawet „nowoczesne” – wymagania, kanony piękna – nawet nie piękna, ale atrakcyjności o zgrozo, atrakcyjności zwykle z-seksualizowanej. (Oczywiście, kwestia samoakceptacji dotyczy też panów, ale wolę mówić do kobiet i o kobietach, bo lepiej znam nasze dolegliwości.)

Wiem na pewno, że tym, co „leczy” z lusterkowej choroby jest Miłość Drugiej Osoby, która widzi w nas piękno – i nie, nie tylko to wewnętrzne, ale całościowe. W moim życiu i w sposobie patrzenia na siebie zaszły ogromne zmiany odkąd zostałam pokochana. Dopiero wtedy zrozumiałam, że każda dziewczyna może być Księżniczką (nawet jeśli kiedyś musiała zagrać krasnoludka;-) Ale to był pierwszy krok. Drugi musi odbyć się gdzieś głęboko w naszym sercu, w zgodzie na siebie i – jakże to zabrzmi górnolotnie – w odkryciu tego, że jestem stworzona i pomyślana przez Boga. Jestem piękna jako kobieta.

Ale to, co mnie zmotywowało do wpisu, to potrzeba, jaką noszę w sobie od dłuższego czasu. Chcę podzielić się z Wami piosenkami zespołu, który – mogę się założyć – dla większości będzie całkiem nowym odkryciem. Chrześcijańską grupę Barlow Girl (www.barlowgirl.com) tworzą trzy dziewczyny - siostry, które już od wielu lat komponują, grają i śpiewają. Wydały kilka płyt. Ich muzyka towarzyszy mi od czasów liceum. To, co mnie zachwyca, to „kobiecość” tego zespołu. Nie tylko w całości tworzą swoje piosenki, ale też przez ten damski rys ich treść wyjątkowo trafia do płci pięknej, poruszając tematy, które dla nas są ważne. W związku z kwestią akceptacji chciałam zwrócić uwagę na dwie piosenki. Są one bardzo osobiste dla autorek, szczególnie dla Rebecci Barlow (najstarszej z sióstr), która otwarcie wyznaje, że chorowała na anoreksję. Nie potrafiła sobie poradzić z wymaganiami, jakie stawiała swojemu ciału, ideałowi wykreowanemu przez media, który chciała osiągnąć. Udało jej się jednak wyjść z tego.

Pierwsza z piosenek to „Mirror” (ang. Lustro) – utwór sprzed kilku lat właśnie o tym dialogu, a właściwie o wygraniu tej dyskusji-walki. Druga piosenka „Sing me a Love Song” (ang. Śpiewaj mi piosenkę o miłości) pochodzi z najnowszej płyty i na youtube możecie obejrzeć teledysk, choć osobiście pierwszy kawałek polecam bardziej!:-)

Jeśli spodobają się Wam te piosenki, to polecam i inne. Bo muszę zdradzić, że podane powyżej nie są moimi ulubionymi z repertuaru Barlow Girl:-) a jednak i tak są piękne!

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS