Żadna kobieta nie jest tylko kobietą. (św. Edyta Stein)

Opowieści poporodowe

Na początku odmierza się każdy dzień, każdą godzinę, każdy gram i każdy grymas. Minęły dopiero dwa tygodnie od porodu, a jak ci się wydaje: to było dawno czy nie? – zapytałam Mariusza bardzo poważnie. – Mnie się zdaje to takie oczywiste, że Stefan sobie tu po prostu leży – odpowiedział. Też tak uważam. Tak po prostu tu jest. Tak jakby tu był zawsze. Tak jakby zapełnił miejsce, które czekało zawsze na niego. I w naszym domu i w nas samych.

To nie będą te prawdziwe opowieści porodowe. Aż do takich uzewnętrznień na blogu nie jestem skłonna, choć potrzeba powracania do tamtych wydarzeń – tak nieodległych przecież czasowo, a rysujących się jakby już wieki temu – jest ogromna. Tak przeżywa się te najsilniejsze doświadczenia, mówiąc o nich, będąc tam jeszcze myślami, widząc to wszystko na nowo.     

Czy wypada pisać o fizjologii, o tym, jak rodzi się człowiek, o tym, jak przeżywa się każdy skurcz? Nie wiem. Może to bardziej stosowne na rozmowy przy kawie, na przyjacielskie spotkania wymiany doświadczeń albo choćby delikatne rozmowy między mamami na placu zabaw (tak jak to wydarzało mi się dziś gdzieś między zjeżdżalnią a piaskownicą), na przeżywanie tego jeszcze raz z kimś drugim, z kimś, kto zrozumie albo spróbuje zrozumieć… Ale niezależnie od stosowności, nie mogę nie napisać, że ten poród był dla mnie prawdziwie doświadczeniem cudu mojego ciała. Cudu narodzin także, to po pierwsze, ale ten cud się powtórzył w moim życiu. Teraz doświadczyłam czegoś, o czym tylko słyszałam i czemu nie-dowierzałam. Tego, że poród może być piękny, że mogę w nim naprawdę być, że mogę pamiętać piosenki, które właśnie słyszę i mogę pomóc dziecku przyjść na świat. Że mogę się zdziwić, że to już ten moment, że ten Drugi już jest ze mną. Doświadczyłam, że moje ciało jest zdolne do wielkiego wysiłku, który nie tylko pomaga dziecku przyjść na ten świat, ale daje mi nowe Życie.

Patrzyłam później na mamy z malutkimi dziećmi, kobiety dopiero co po porodzie, z którymi wymieniałyśmy doświadczenia, żale i radości. A ja myślałam sobie o tym, jak my wszystkie jesteśmy dzielne. Nawet te, co zarzekają się, że nie dadzą rady tu i teraz, te, które krzyczą, że nie mają sił albo że już nigdy więcej nie będą rodzić. Te wszystkie - naprawdę dzielne niewiasty.

Bo przecież poród to doświadczenie ogromnej samotności. Doświadczenie, które trzeba nieść samej, nawet kiedy jest tuż obok ten, którego bardzo kochasz. Trzeba je nieść wraz z dzieckiem, które przeżywa to równie mocno, a pewnie i mocniej, nieświadome, że ta burza, która mu się przydarza, nie jest końcem, ale początkiem. Ale w tej samotności skurczów, samotności odczuwania swojego ciała i najróżniejszych, skrajnych emocji, świadomość, że są blisko osoby, które chciałyby choć uścisnąć ci rękę, powiedzieć „jestem” albo dodać otuchy, wywołując na twojej twarzy choć mały uśmiech, jest niezwykła. Wsparcie - to przyjacielskie, to od Dawcy Życia i od świętych jest wielkie. Gdy czekaliśmy na salę porodową (tak, na zwolnienie sali) dostałam wiadomości od przyjaciółek: „to tak biblijnie jak Maryja, dla której nie było miejsca ;-)” Dostałam też Słowo, o które poprosiła dla mnie Monika o tym, jak bardzo Bóg wspiera swój lud w każdym czasie. Dostałam wsparcie modlitwy i obecności tych osób, które dobrze wiedziały o tym, co dzieje się w sercu w takich chwilach. A całodniowo towarzyszył nam i patron tego dnia – św. Charbel. Chcesz mieć nowego podopiecznego, to się postaraj – powiedziałam mu wprost. I zdążyliśmy przed północą.

To wsparcie to także wszystkie znaki pamięci i chęć pomocy już teraz, gdy jesteśmy we czworo. Zrobić ci może zakupy, nadgonić domowe porządki a może popilnować dzieci? – zapytała koleżanka na kilka dni po porodzie, a ja poczułam klimat, o którym czytałam w amerykańskich książkach – tak potrzebnego, życiowego i powszedniego wsparcia innych kobiet, które dobrze wiedzą jakie mogą być potrzeby młodych mam.

A nasze prawdziwie poporodowe opowieści to zachwyt nad tym, jak zrobiło się w naszym domu pełniej. W samochodzie też.  I jak się w sercu znów zaczęło wszystko układać na nowo zgodnie z potrzebą chwili. Czytania z pierwszej niedzieli, którą przeżywaliśmy we czworo, były jakby dla mnie (też towarzyszy Wam czasem to uczucie?:-) O mannie, która jest na ten dzień. Przy dwójce małych dzieci, choć wybiegam sercem w przyszłość i już zaglądam do tego naszego rodzinnego albumu za 20 lat… to jednak liczy się tak naprawdę dziś. Ten dzisiejszy poranek i śniadanie na dywanie (wolałabym na trawie, rzecz jasna, ale cóż), ten za-chwilę-spacer i ten moment ładowania piasku do wywrotki, i to obecne karmienie i ta pieluszka do zmiany, i ten wieczór, kiedy trzeba wszystko dookoła ogarnąć i Ta chwila dla nas albo tylko pół-chwila.

Dzieci wychowują mnie, że to, co najważniejsze dzieje się tutaj. Po drugiej stronie monitora.

Tamtej niedzieli były odczytywane też słowa św. Pawła o zrzuceniu z siebie starego człowieka i przyoblekaniu nowego. (Ef 4, 22-24). Dla mnie znaczy to teraz – przyoblec nową mnie, nową mamę we mnie, nie zupełnie nie-tamtą, co wcześniej, ale na pewno już inną... 

I na zakończenie słowa patrona naszego Stefanka:

Największym szczęściem jest dziecko! Może stu inżynierów postawić tysiące kombinatów fabrycznych, ale żadna z tych budowli nie ma w sobie życia wiecznego. (kard. Stefan Wyszyński)

 * * *

Uprzedzam pytania: Ta piękna pani na zdjęciu u góry to nie ja, a to maleństwo to nie Stefanek. Ale już oczekujemy na efekty naszej sesji noworodkowej! 

(A Stefanek poniżej:-) 

Czytaj dalej...

Jak się czeka po raz drugi?

Jak się czeka teraz? Byłam o to pytana już nie raz. Sama zastanawiałam się nad tym, będąc w pierwszej ciąży. Czy to są te same emocje, te same obawy, te same nadzieje? Czy podobnie płynie czas, czy odmierza się go inaczej? Czy ciało reaguje tak samo? Będąc już prawie na mecie tego oczekiwania, zbieram więc kilka myśli. W pierwszej ciąży pewnie miałabym więcej czasu na te przemyślenia. To taka pierwsza różnica związana z tym, że jeśli wydawało mi się kiedykolwiek, że mam mało czasu, to dziś wiem, że można go mieć jeszcze mniej, a przy tym być bardzo szczęśliwą (i nawet nieźle zorganizowaną;-)

Czekanie

Czekanie zawsze jest inne. Przecież nic dwa razy się wydarza, nie w ten sam sposób. Ja jestem starsza. Bogatsza nie tylko o doświadczenie macierzyństwa, pielęgnację noworodka czy pomoc w stawianiu pierwszych kroków dziecku. Jestem po prostu trochę dalej w tej mojej wędrówce. I to ma znaczenie. Tak samo jak wszystkie inne okoliczności. Pora roku (wtedy był to grudzień, teraz lipiec – różnica jest ogromna!), system pracy, relacje, jakie utrzymuję i wszystko, co dzieje się dookoła. Czekanie jest inne, niepowtarzalne. Ja jestem inna, w takiej chwili życia jak nigdy wcześniej i nigdy później. 

Biologicznie

Ciało przechodzi podobne zmiany. Szczęśliwie przybyło mi trochę mniej kilogramów (ale chyba przez przypadek albo wymuszoną aktywność przy dziecku, bo zamiar niejedzenia słodyczy został tylko miłym życzeniem!), ale na ciele jeszcze mocniej odczuwam zmiany, także te nieodwracalne. Znów, a może i jeszcze mocniej, doświadczam po co jest moje ciało. Że jest moje, to wiem. Ale że nie jest tylko dla mnie - tego uczę się w takich chwilach. Że ja w mojej wolności oddaję je drugiemu człowiekowi – nie tylko mężowi, ale dzieciom. I temu Maluchowi pod sercem, któremu pewnie wydaje się, że to jest jego święte i niewymienialne miejsce, trochę już ciasne, ale pewnie nawet wygodne. I temu Starszakowi, który nie rozumie, że zaraz namacalnie i na zawsze stanie się starszym bratem, że mama nie ma siły na turlanie się po podłodze (czy wręcz raczej nie powinna teraz). Ciekawe, czy Iruś zauważył, że urósł ci brzuch? – zastanawiała się niedawno moja siostra. Wiecie co? Jestem niemal pewna, że nie. Sama czasem tego nie zauważam, a co dopiero on miałby się takimi rzeczami zajmować, kiedy tyle dzieje się wokół! Gdyby mi betoniarka urosła na głowie albo tir na plecach - tego by nie przeoczył, ale brzuch? 

(Nie)pokój

Jedno z najczęstszych pytań dotyczy oczywiście porodu. Boisz się porodu? Zapomniałaś już jak było? O tym się trochę zapomina, trochę nie. Bo to jedno z najważniejszych wydarzeń życia. Uwieńczonych chwilą, która nie ma sobie równych – spotkaniem z Kimś Całkiem Nowym tutaj po drugiej stronie. Teraz potrafię sobie to wyobrazić, do tego momentu najbardziej tęsknię, o nim myślę. Nastawienie przed jest na pewno inne, choć nadal pełne pytań, bo nigdy nie wiadomo jak będzie tym razem. I ten lęk z powodu niewiadomej wydaje mi się naturalny, towarzyszący ważnemu wydarzeniu, pewnemu zadaniu do wykonania, które czeka. Ale ten lęk nie paraliżuje, ten lęk pokazuje mi, że nie wszystko ode mnie zależy, ale i tak zależy ode mnie bardzo dużo. Więc czekam z utęsknieniem i ekscytacją, w mobilizacji i z pewnym bagażem doświadczenia.

Przychodzi przy tym jeszcze inny s-pokój i inna pewność siebie. Że teraz już wiem mniej więcej co się robi z noworodkiem w domu. Wiem, że może płakać, wiem, czym są nieprzespane noce. I wiem, że dam radę. Pewnie nawet lepiej niż za pierwszym razem (wybacz, Irciu!).    

Nasza relacja

Od koleżanki, która ma dwójkę dzieci, usłyszałam kiedyś, że w drugiej ciąży nie nawiązuje się już takiej bliskiej relacji z dzieckiem jak za pierwszym razem. Jest przecież przy nas nieustannie ktoś bardziej absorbujący (zwłaszcza gdy ma ledwie rok czy półtora). Ta relacja jest zdecydowanie inna od początku. I trochę to czuję. A z drugiej strony bardzo mocno nastawiam serce na przyjęcie Tego Malucha. Bardziej chyba myślę o nim niż o sobie. Nie o tym jaką będę mamą, ale jakim on będzie człowiekiem. Zastanawiam się jak inny będzie od brata, a jak podobny. Już teraz rozmyślam, jak ich nie porównywać, jak ich kochać i przyjmować, takimi jacy są. Z ich temperamentem, z ich zachowaniami. Jak być mamą w jednej, choć przecież dwóch wersjach. Myślę jeszcze bardziej świadomie o swojej roli, o naszych rodzicielskich zadaniach wobec tych dwojga. Myślę o ich miejscu w naszej rodzinie, o ich relacji, o tym jakimi farbami wymalować im pokój. A jednocześnie staram się nie oczekiwać, nie projektować swoich marzeń o braterstwie. Myślę bardziej naprzód, choć w tej chwili Ten Drugi jest dla mnie jedną wielką tajemnicą.

Wiele razy słyszałam też złowieszcze uwagi na temat Starszego. Że teraz to już nie będziemy mieć dla niego czasu, że on to będzie bardzo przeżywał, że to będzie dla niego trudne, nieoczekiwane, że zostanie zdetronizowany itd. A dziś nastawiam się na to, że będzie to dla niego wielkie doświadczenie przyjęcia kogoś nowego, uczenia Kogoś tego, czego sam już się nauczył. Przecież Maluch będzie wpatrzony w niego jak w obrazek! Myślę i o tym, że będzie to dla niego wielki dar na całe życie, który będziemy razem z nim powoli uczyć się przyjmować. A przy tym myślę sobie i o Tym Drugim (jako że i ja jestem drugim dzieckiem moich rodziców). Że ten Starszak, którego głos już pewnie zna prawie tak dobrze jak mój, będzie dla niego dobrym kompanem, ale że i on będzie musiał odnaleźć się od razu w sytuacji, gdy nie jest jedynym dzieckiem, że będzie potrzebował ochrony przed porównaniami i obwinianiem za to, że jest, może za wcześnie może ze szkodą dla innego dziecka czy małżeństwa. A przecież On pojawia się w idealnym momencie. W swoim czasie. 

A co do naszej relacji i mojego dowierzania w istnienie – to nadal z trudem dowierzam, że On tam jest.

Choć teraz dowierzam bardziej. Trochę bardziej.       

A niebawem przecież po prostu zobaczę.

Czytaj dalej...

Nie stracić żadnej szansy

Czego uczą nas dzieci? To oczywiste. Ciekawości. Zadziwienia. Zmuszają do zastanowienia się nad tym, co wydawało się niepodważalne i niewymagające argumentów. - A dlaczego? A po co? A skąd? A kiedy? Dzieci to niezwykli nauczyciele, mali wielcy filozofowie. 

Mój roczny Irek jeszcze nie buduje zdań, ale już potrafi wytrącić ze spokojnego rytmu życia swoim zadziwieniem nad cudownością najprostszych rzeczy i zjawisk. Firanki, ekspresu, psa, pestki dyni, ołówka, szklanej butelki. Przez ostatnie dwa miesiące daje mi jeszcze inną lekcję pt: nie przegap żadnej szansy. Żadnej, nawet najmniejszej. Nawet jeśli to szansa tylko pozorna. Uchylone drzwi? Pudełko tuż przy łóżku, które może pomóc dostać się wyżej? Interesujący, zazwyczaj zakazany obiekt w na oko na wyciągnięcie ręki przez szczebelki łóżeczka? Mama, która przysnęła? Każdą szansę trzeba wykorzystać, by wejść tam, gdzie mówią, że nie można, by zbadać, czy jednak granice nie zostały zmienione, by zmierzyć się z samym sobą. By coś odkryć, by czegoś doświadczyć, by sprawdzić siebie. Może tym razem dam radę.
 
Zadziwia mnie jego determinacja, jego szybkość, zwinność i inteligencja. Znajdzie najmniejszy paproch na podłodze i triumfalnie, ale po cichutku, odwracając lekko głowę, zbliży do ust - trochę kierując do mnie wyrzut sumienia, trochę poznając coś nowego. Jest bystry, niesamowity, a przy tym dziecinnie naiwny. Wciąż to ja mam więcej siły i więcej sposobów na udaremnienie jego prób. Ale... przecież nie raz już mu się udało. Udało się, bo próbował. 
 
On się nie przejmuje zbyt wcześnie, że może się nie udać. Nie przejmuje się, co o nim kto powie i pomyśli (choć może po cichu liczy na swój sukces i już słyszy oklaski), nie kalkuluje, czy mu się uda, nie zastanawia się, co się stanie, gdy się nie powiedzie. To trochę szalone, trochę ryzykowne, trochę nieprzystające do dorosłego życia. Trochę donkiszotowskie, ale piękne. Oby miał w sobie choć połowę tej determinacji i wiary we własne możliwości za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat, oby nadal wierzył, że trzeba próbować i że, choć wiele od niego nie zależy, to zależy od niego i tak bardzo dużo.
 
Zastanawiam się więc sama, ile ja mam w sobie tej determinacji i jak często (nie)pamiętam, że to ja muszę zrobić jakiś krok, by dojść tam, gdzie chciałabym dotrzeć, że to ode mnie, moich decyzji, moich prób (nawet jeśli nie zakończy je sukces), zależy powodzenie. Nawet tych największych idealistów latami życie uczy, że nie zawsze te wysiłki zostaną docenione czy uwieńczone wymarzonym celem. On też się tego uczy, ja się tego uczyłam przez ostatnie lata. Ale ostatnio zachwycam się i inspiruję jego metodą prób i dostrzegania każdej szansy, i wiary we własne siły. Nie tylko po to, by wygrać, ale by doświadczyć, by spróbować, by nie mieć do siebie żalu: można było.
 
Jako dorosłe, roztropne i dzielne niewiasty - ile razy poddajemy się i nie podejmujemy nadarzającej się okazji, nie wykorzystujemy szansy? Bo może się nie udać (zawsze może się nie udać, nawet jeśli robimy coś z zamkniętymi oczami po mistrzowsku, zawsze może się nie udać). Bo może nie warto. Bo inni zrobią to lepiej, bo ktoś już to zrobił. Bo mi powiedzieli kiedyś, że ja nie potrafię i się nie nadaję. Bo mi się nigdy nic nie udaje. Bo może to pułapka, a nie jakaś szansa. Bo może będzie inna, lepsza, lepiej widoczna okazja. Bo może inni będą się patrzeć i to krzywo. Bo może nie wyjdzie idealnie. Bo może się zmęczę. Bo może.
 
A może właśnie się uda, albo wynik będzie całkiem zaskakujący - pragnąc czegoś, otrzymamy coś innego, ważniejszego, bardziej rozwijającego? Może poznamy jakąś część siebie i wtedy runie dawne wyobrażenie i ograniczenia, i otworzą się nowe drzwi. Otworzą się, ale przecież niezupełnie same.
 
Może gdzieś blisko są takie lekko uchylone, niezamknięte na klucz drzwi i uchylone okno?
Czytaj dalej...

Dziecko czy mąż?

Teorię znam doskonale i to od dawna. Pamiętam jak przed ślubem długopisem na kartce budowaliśmy naszą wspólną hierarchię wartości, układając te ważne sprawy jak klocki, z niezwykłą pewnością i lekkością, widząc niezawodną trwałość naszej konstrukcji i utwierdzając się w dobrze ustawionych fundamentach. Bo to przecież Dom na Skale. Przypominało to nawet układanie puzzli, z których każdy ma swoje niewymienialne miejsce. Prosto, logicznie, w pewnej chwili nawet jakoś zbyt łatwo.

Znałam już wtedy trud utrzymania tej konstrukcji – ustawienia Boga przed narzeczonym/mężem, a ich przed pracą i swoimi ambicjami. Bo deklaracje z życiem nie zawsze lubią chodzić za rękę. Bo przecież nad tym wszystkim zawsze jest własne ego, które szuka tylko jakiejś bocznej ścieżki, żeby zająć wyższe miejsce, udając, że jest tam, gdzie być miało.

Wiele lat temu, kiedy jeszcze byłam Kasią W. (podejrzaną - i to słusznie - o poważne i niewyleczalne zauroczenie w niejakim Mariuszu M.), prowadziłam rozmowę z dwiema bliskimi mi kobietami, spełnionymi potrójnymi matkami. – Ja to go tak kocham, że… - i tu jakieś westchnienie, migoczące oczy, drżenie głosu albo poetyckie, patetyczne porównania, które moje słuchaczki przyprawiłyby co najwyżej o ironiczny uśmiech. – Pogadamy jak będziesz mieć dzieci... – odpowiedziały, mrugając do siebie porozumiewawczo, z pewnością, a właściwie z politowaniem. A w domyśle: dzieci kocha się bardziej, zobaczysz, jesteś jeszcze jak nieopierzone pisklę, które zachwyciło się pierwszym lotem. Przekonasz się, że to jest dopiero początek prawdziwej miłości i że najlepsze jeszcze nie nadeszło. Najlepsze. A może i najtrudniejsze. Albo po prostu jeszcze kubeł zimnej wody przed tobą.

Dziś wiem, że dziecko kocha się inaczej, w co zresztą nigdy nie wątpiłam. Teraz to wiem, bo tego doświadczam. Ale jak ciężko jest wyważyć właściwą hierarchię, doświadczam tego chyba jak każda mama, może szczególnie ta młoda. Nie mam tu jednak na myśli tego, komu przyznaję miejsce pierwsze, ale to, co tak naprawdę robię każdego dnia, jak dzielę swój czas i swoje serce dla tych moich najbliższych. Czyli jak praktyka weryfikuje moje teorie. Co robię, by mąż nie zniknął ze swojego miejsca, by nie odłożyć małżeńskiej relacji na półkę z napisem „na później”, by nie usprawiedliwiać się, że jeszcze zdążymy. Bo nie wiemy, ile czasu nam zostało. Wiem tylko, że każdego dnia zostało nam już trochę mniej. 

I wcale nie chodzi o to, by nieść sztandar z hasłem Mąż jest na pierwszym miejscu, by zostawiać płaczące niemowlę w imię osób ważniejszych, ale by nie zapomnieć, że w porządku naszej miłości on jest pierwszy i niewymienialny, nasza relacja jest wyjątkowa i niepowtarzalna. I by małymi gestami potwierdzać to w codzienności. Bł. Marcelina Darowska mówiła, że mąż jest pierwszą osobą w życiu kobiety, bo przy dzieciach możemy być zastąpione, ale przy mężu nikt nas nie zastąpi. Relacja macierzyńska jest – jak dalej rozważa Marcelina Darowska – najsilniejsza w życiu kobiety, ale najświętszą jest – małżeństwo. Co jest dla mnie najświętsze, co jest dla mnie pierwsze, co jest tym, w co chcę włożyć serce i wysiłek, to jest mój wybór i moje codzienne nastawianie serca jak zegarka ze starym mechanizmem, który ma skłonność do opóźnień. Nikt nie powiedział, że to ma być łatwe.  

Miłość do dziecka, zwłaszcza małego, jest prostsza. Dziecko przynosi radość samą swoją obecnością. Wynagradza uśmiechem. Choć wymaga wiele sił fizycznych (zwłaszcza, gdy jako niemowlę oscyluje przy górnej granicy siatki centylowej) i psychicznych (gdy ma kolki albo wchodzi w przedwczesny bunt dwulatka), to zaspokojenie jego potrzeb jest łatwiejsze, a nawet jeśli jest męczące, wyniki są wymierne, a satysfakcja obustronna niemal gwarantowana. Przynajmniej po jakimś czasie. Zmienić pieluchę? Podać samochodzik? Przebrać? Przytulić? Nakarmić?  Gotowe! I gdyby umiał jako niemowlę albo gdyby wpadł na to bez sugestii jako półtoraroczniak, założyłby mi na głowę koronę, ale co tam – mogę zrobić to sama, a on jeszcze roześmieje się, jakby to było naprawdę nie wiadomo jakim wyczynem.

Z mężem jest inaczej. Już samo nakarmienie go wymaga większego wysiłku, pomysłowości i serca (choć to porównanie jeszcze zależy od dziecka;-) Rozmowa też jest bardziej skomplikowana. O ile już jest jakaś rozmowa. Rozumiem, że to inaczej oznacza często trudniej. A po całodniowym wysiłku, szukamy drogi na skróty. To może sam sobie zrób obiad?  Budowania relacji z mężem to piękne wyzwanie? Mamy stawiać mu czoła? Jasne, że tak! O ile nie uśniemy na kanapie w drodze do łazienki. A mężowie wychodzą nam naprzeciw lub nie. Ułatwiają lub nie. Rozumieją jak ciężko jest podzielić na nowo swoje serce i rozmnożyć miłość lub nie. Albo im to wszystko powiemy albo nie.

Słyszę dość często od osób bliskich lub od całkiem nieznanych, spotkanych gdzieś przypadkowo na spacerze, że teraz to nasz najlepszy czas. Teraz, gdy dzieci są małe. Niektórzy mówią to z rozżaleniem, jakby zawiedzeni trochę tym, co stało się później. Zawiedzeni dziećmi, rodzicielstwem, sobą, małżeństwem. Albo tak zaskoczeni tym cudem dzieciństwa marzą o powrocie do piaskownicy. To motywuje mnie do cieszenia się nawet zmęczeniem po całym dniu zabawy (lub pracy – zależnie od perspektywy), a z drugiej strony budzi niepokój: to teraz ma być już tylko gorzej?

W tym dorastaniu dzieci widzę oprócz wielu nowych wyzwań i radości, i trudności trwania przy swojej hierarchii, jeszcze jedną obietnicę – znów bycia bardziej dla męża. Kiedy już odchowamy dzieci… Kiedy wypuścimy je… znów, jak za czasów zakochania, będziemy wychodzić nocą na spacery, wyjeżdżać we dwoje, spotykać się z przyjaciółmi na długich debatach i planszówkach, będziemy wychodzić wieczorem do teatru, zahaczając o kawiarnię, będziemy śmiać się przy naszych ulubionych komediach, popijając czerwone wino. Będziemy jak dwoje nowo staro zakochanych. Widuję czasem takich i wtedy zaczynam spontanicznie pytać Boga, czy i my doczekamy takich chwil. Nie, nie pytać. Ja go wtedy proszę: daj nam takich chwil doczekać. Czy to nie będzie jak smakowanie miłości dojrzalszej, bardziej doświadczonej, owocującej, spełnionej? I ta perspektywa jeszcze bardziej mnie motywuje, by już dziś troszczyć się o mojego Oblubieńca. By zakochiwać się codziennie nie tylko w moich Małych Książętach, ale w Tym moim Wojowniku. By tych Małych nie trzymać zbyt kurczowo przy sobie, ale by mocniej trzymać się tego Jedynego.

Ale i tak... jest mi dobrze tu dziś. Tu, gdzie jesteśmy. Tu z Nimi. I ufam, że dobrze nam będzie za kilka-dziesiąt lat. Nie, nie myślę, że lepiej albo gorzej. Będzie inaczej. Ale na swój czas będzie równie dobrze.

„Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem.” (Koh 3, 1)

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS