Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? (Rz 8, 31b)

Podcast SK 03: Serce małżonka jej ufa

Trzeci, marcowy odcinek podcastu Serca Kobiety pod hasłem: Serce małżonka jej ufa

Zapraszam do słuchania.

I tym razem mam dla Was małe niespodzianki (szczegóły w nagraniu :-) 

POBIERZ PODCAST

ODSŁUCHAJ W iTunes (iPodcast)

 

W tym odcinku:

Dzielna Niewiasta: Serce małżonka jej ufa

Inspiracje: Święty wpływ, czyli Cenniejsza niż perły 

               Jak znaleźć księcia z bajki w stawie pełnym ropuchów?

 

Linki do tego odcinka:

Gary L. Thomas, Cenniejsza niż perły, wyd. Vocatio

Kenneth Ryan, Jak znaleźć księcia z bajki  w stawie pełnym ropuchów?, wyd. Vocatio 

Czytaj dalej...

Sama

Są bardzo różne samotności. Takie, które blokują, koncentrują na sobie albo na pustym miejscu w sercu, którego nie można niczym zapełnić, albo miejscu pełnym, którego nie można nikomu przekazać. Są samotności oczyszczające nasze przywiązania i podparcia, takie, które trzeba nieść lub toczyć jak ciężki kamień i takie samotności dobre, wyczekane, które przypominają kim naprawdę jesteśmy. 

Nie jestem sama prawie nigdy. (Kiedyś z niedowierzaniem słuchałam o dzieciach, które nie opuszczają mamy nawet w toalecie;-) Teraz gdziekolwiek nie pójdę, idzie ze mną Maleństwo, ale najczęściej tuż obok jest też drepczący coraz pewniej Starszak. Jest i Mąż. Jeśli nie fizycznie, to w sercu zawsze jestem z kimś, jestem czyjaś, jestem dla kogoś. Lubię to uwikłanie w relacje, bycie żoną, matką, córką, siostrą. Kobieta podobno żyje i myśli przez pryzmat relacji. Ale w samej podstawie każdy z nas jest przecież sam - osobny. Najwygodniej mi o tym zapomnieć albo to wyprzeć. Nauczyliśmy się, że niedaleko od samotności do osamotnienia. Ale przecież wcale nie zawsze.

Nawet w największej miłości oblubieńczej, nawet w najbardziej zażyłej przyjaźni, nawet przy gromadce dzieci, jestem sama. Odkrywam to wtedy, gdy nie potrafię przekazać osobom najukochańszym pewnych doświadczeń i uczuć, kiedy nie umiem myśli ubrać w stosowane słowa, kiedy muszę sama, nawet przy potężnym wsparciu miłości Moich, stanąć przed zadaniami, których nikt za mnie nie zrobi, z moim lękiem, którego nikt za mnie nie pokona, z moimi obowiązkami, których nie mogę nikomu zlecić. A zwłaszcza z moim przemijaniem, które muszę przeżyć sama. Oczywiście jest i On. Nie zapominam. Ale i przed Nim staję bez nich. Choć ci najbliżsi są na drodze mojego powołania, On chce mnie samej.

Nie jest łatwo młodym matkom i żonom o fizyczną samotność, ale o tę psychiczną, która niekiedy uwiera, nietrudno. Z dziećmi nie rozmawia się jak z dorosłymi. Przy dzieciach jesteś mamą, która ma pilnować, która ma mieć zawsze dobre rozwiązanie i plan, który można zrealizować. Choć czasem przy dzieciach stajesz się choć na chwilę jak dziecko, to wiesz gdzieś w głębi, że musisz pozostać dorosła, trzeźwo myśląca, pewna swoich decyzji. I musisz być, nie oczekując zrozumienia ani zapełnienia każdej pustki.

Wyjechałam z domu na trzy dni do Matki Bożej Jazłowieckiej. I oprócz wielu wspaniałych spotkań, rozmów i modlitw, doświadczyłam na nowo własnej autonomii, mojej odrębności i tej dobrej samotności. Nic nowego, nic wielkiego. Tylko teoria zamieniona w piękne doświadczenie i prawdziwe zadziwienie. Bliskiego spotkania samej siebie. Samej. Tuż obok Niego. 

Ja naprawdę jestem Sobą. On naprawdę chce mnie dla mnie samej. 

Czytaj dalej...

Jak być żoną, będąc mamą?

Jako narzeczone, a potem młode żony zazwyczaj teorię o łączeniu tych dwóch ról znamy bardzo dobrze. Mamy już ułożony plan i zasady albo liczymy na to, że musi być dobrze, skoro miłość wszystko przetrzyma. Wiemy, że będąc mamą, nie możemy przestać być żoną – tą wyjątkową, kochającą, twórczą. Ale kiedy pojawiają się na świecie dzieci, stajemy przed nowymi wyzwaniami i nie zawsze nasze teorie się sprawdzają. Czasem potrzebujemy nowych.

Zmęczenie? Konflikty? Brak czasu? Oddalenie? Obojętność? A może tęsknota za tym, by być coraz piękniejszą i szczęśliwszą żoną, nie tylko mamą ?

Na spotkaniu zastanowimy się m. in. nad tym:

  • co oznacza być szczęśliwą żoną i mamą
  • czy można coś zrobić, by było jak dawniej (a może inaczej, jeszcze lepiej?)
  • jak odnaleźć samą siebie między tymi dwoma życiowymi zadaniami

Spotkanie poprowadzi Katarzyna Marcinkowska – żona i mama, z wykształcenia filozof, autorka projektu Serce Kobiety (www.sercekobiety.pl) 

Spotkanie odbędzie się 9.12 o godz. 10.00.

Jest to spotkanie z cyklu spotkań dla mam, które odbywają się co tydzień w parafii św. Zygmunta w Warszawie, w godz. 10-12 w salce "Słowa Bożego". Spotkania koordynuje Zuzanna Zarzycka (kontakt do Zuzi: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.). Na spotkania zapraszamy mamy z małymi dziećmi i mamy w stanie błogosławionym.

Czytaj dalej...

Dziecko czy mąż?

Teorię znam doskonale i to od dawna. Pamiętam jak przed ślubem długopisem na kartce budowaliśmy naszą wspólną hierarchię wartości, układając te ważne sprawy jak klocki, z niezwykłą pewnością i lekkością, widząc niezawodną trwałość naszej konstrukcji i utwierdzając się w dobrze ustawionych fundamentach. Bo to przecież Dom na Skale. Przypominało to nawet układanie puzzli, z których każdy ma swoje niewymienialne miejsce. Prosto, logicznie, w pewnej chwili nawet jakoś zbyt łatwo.

Znałam już wtedy trud utrzymania tej konstrukcji – ustawienia Boga przed narzeczonym/mężem, a ich przed pracą i swoimi ambicjami. Bo deklaracje z życiem nie zawsze lubią chodzić za rękę. Bo przecież nad tym wszystkim zawsze jest własne ego, które szuka tylko jakiejś bocznej ścieżki, żeby zająć wyższe miejsce, udając, że jest tam, gdzie być miało.

Wiele lat temu, kiedy jeszcze byłam Kasią W. (podejrzaną - i to słusznie - o poważne i niewyleczalne zauroczenie w niejakim Mariuszu M.), prowadziłam rozmowę z dwiema bliskimi mi kobietami, spełnionymi potrójnymi matkami. – Ja to go tak kocham, że… - i tu jakieś westchnienie, migoczące oczy, drżenie głosu albo poetyckie, patetyczne porównania, które moje słuchaczki przyprawiłyby co najwyżej o ironiczny uśmiech. – Pogadamy jak będziesz mieć dzieci... – odpowiedziały, mrugając do siebie porozumiewawczo, z pewnością, a właściwie z politowaniem. A w domyśle: dzieci kocha się bardziej, zobaczysz, jesteś jeszcze jak nieopierzone pisklę, które zachwyciło się pierwszym lotem. Przekonasz się, że to jest dopiero początek prawdziwej miłości i że najlepsze jeszcze nie nadeszło. Najlepsze. A może i najtrudniejsze. Albo po prostu jeszcze kubeł zimnej wody przed tobą.

Dziś wiem, że dziecko kocha się inaczej, w co zresztą nigdy nie wątpiłam. Teraz to wiem, bo tego doświadczam. Ale jak ciężko jest wyważyć właściwą hierarchię, doświadczam tego chyba jak każda mama, może szczególnie ta młoda. Nie mam tu jednak na myśli tego, komu przyznaję miejsce pierwsze, ale to, co tak naprawdę robię każdego dnia, jak dzielę swój czas i swoje serce dla tych moich najbliższych. Czyli jak praktyka weryfikuje moje teorie. Co robię, by mąż nie zniknął ze swojego miejsca, by nie odłożyć małżeńskiej relacji na półkę z napisem „na później”, by nie usprawiedliwiać się, że jeszcze zdążymy. Bo nie wiemy, ile czasu nam zostało. Wiem tylko, że każdego dnia zostało nam już trochę mniej. 

I wcale nie chodzi o to, by nieść sztandar z hasłem Mąż jest na pierwszym miejscu, by zostawiać płaczące niemowlę w imię osób ważniejszych, ale by nie zapomnieć, że w porządku naszej miłości on jest pierwszy i niewymienialny, nasza relacja jest wyjątkowa i niepowtarzalna. I by małymi gestami potwierdzać to w codzienności. Bł. Marcelina Darowska mówiła, że mąż jest pierwszą osobą w życiu kobiety, bo przy dzieciach możemy być zastąpione, ale przy mężu nikt nas nie zastąpi. Relacja macierzyńska jest – jak dalej rozważa Marcelina Darowska – najsilniejsza w życiu kobiety, ale najświętszą jest – małżeństwo. Co jest dla mnie najświętsze, co jest dla mnie pierwsze, co jest tym, w co chcę włożyć serce i wysiłek, to jest mój wybór i moje codzienne nastawianie serca jak zegarka ze starym mechanizmem, który ma skłonność do opóźnień. Nikt nie powiedział, że to ma być łatwe.  

Miłość do dziecka, zwłaszcza małego, jest prostsza. Dziecko przynosi radość samą swoją obecnością. Wynagradza uśmiechem. Choć wymaga wiele sił fizycznych (zwłaszcza, gdy jako niemowlę oscyluje przy górnej granicy siatki centylowej) i psychicznych (gdy ma kolki albo wchodzi w przedwczesny bunt dwulatka), to zaspokojenie jego potrzeb jest łatwiejsze, a nawet jeśli jest męczące, wyniki są wymierne, a satysfakcja obustronna niemal gwarantowana. Przynajmniej po jakimś czasie. Zmienić pieluchę? Podać samochodzik? Przebrać? Przytulić? Nakarmić?  Gotowe! I gdyby umiał jako niemowlę albo gdyby wpadł na to bez sugestii jako półtoraroczniak, założyłby mi na głowę koronę, ale co tam – mogę zrobić to sama, a on jeszcze roześmieje się, jakby to było naprawdę nie wiadomo jakim wyczynem.

Z mężem jest inaczej. Już samo nakarmienie go wymaga większego wysiłku, pomysłowości i serca (choć to porównanie jeszcze zależy od dziecka;-) Rozmowa też jest bardziej skomplikowana. O ile już jest jakaś rozmowa. Rozumiem, że to inaczej oznacza często trudniej. A po całodniowym wysiłku, szukamy drogi na skróty. To może sam sobie zrób obiad?  Budowania relacji z mężem to piękne wyzwanie? Mamy stawiać mu czoła? Jasne, że tak! O ile nie uśniemy na kanapie w drodze do łazienki. A mężowie wychodzą nam naprzeciw lub nie. Ułatwiają lub nie. Rozumieją jak ciężko jest podzielić na nowo swoje serce i rozmnożyć miłość lub nie. Albo im to wszystko powiemy albo nie.

Słyszę dość często od osób bliskich lub od całkiem nieznanych, spotkanych gdzieś przypadkowo na spacerze, że teraz to nasz najlepszy czas. Teraz, gdy dzieci są małe. Niektórzy mówią to z rozżaleniem, jakby zawiedzeni trochę tym, co stało się później. Zawiedzeni dziećmi, rodzicielstwem, sobą, małżeństwem. Albo tak zaskoczeni tym cudem dzieciństwa marzą o powrocie do piaskownicy. To motywuje mnie do cieszenia się nawet zmęczeniem po całym dniu zabawy (lub pracy – zależnie od perspektywy), a z drugiej strony budzi niepokój: to teraz ma być już tylko gorzej?

W tym dorastaniu dzieci widzę oprócz wielu nowych wyzwań i radości, i trudności trwania przy swojej hierarchii, jeszcze jedną obietnicę – znów bycia bardziej dla męża. Kiedy już odchowamy dzieci… Kiedy wypuścimy je… znów, jak za czasów zakochania, będziemy wychodzić nocą na spacery, wyjeżdżać we dwoje, spotykać się z przyjaciółmi na długich debatach i planszówkach, będziemy wychodzić wieczorem do teatru, zahaczając o kawiarnię, będziemy śmiać się przy naszych ulubionych komediach, popijając czerwone wino. Będziemy jak dwoje nowo staro zakochanych. Widuję czasem takich i wtedy zaczynam spontanicznie pytać Boga, czy i my doczekamy takich chwil. Nie, nie pytać. Ja go wtedy proszę: daj nam takich chwil doczekać. Czy to nie będzie jak smakowanie miłości dojrzalszej, bardziej doświadczonej, owocującej, spełnionej? I ta perspektywa jeszcze bardziej mnie motywuje, by już dziś troszczyć się o mojego Oblubieńca. By zakochiwać się codziennie nie tylko w moich Małych Książętach, ale w Tym moim Wojowniku. By tych Małych nie trzymać zbyt kurczowo przy sobie, ale by mocniej trzymać się tego Jedynego.

Ale i tak... jest mi dobrze tu dziś. Tu, gdzie jesteśmy. Tu z Nimi. I ufam, że dobrze nam będzie za kilka-dziesiąt lat. Nie, nie myślę, że lepiej albo gorzej. Będzie inaczej. Ale na swój czas będzie równie dobrze.

„Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem.” (Koh 3, 1)

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS