Nie lękaj się, Ja jestem z tobą! (Iz 41, 10)

Katarzyna Marcinkowska

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

URL strony:

Ale każda z nas jest inna!

Śmiejemy się z różnic między płciami. Opowiadamy sobie przykłady, historie z życia wzięte i te całkiem abstrakcyjne, literackie. Jednocześnie niemal zawsze gdy mowa o różnicach, pojawia się głos sprzeciwu: ale to tylko stereotypy i uogólnienia! Takie typy idealne, światy możliwe z idealnymi kobietami i mężczyznami. Takie wytwory kultury, listy życzeń czy oskarżeń. Doświadczenie pracy z grupami mówi mi, że zazwyczaj taki sprzeciw pojawia się... po stronie kobiet.

Podczas ostatnich warsztatów dla narzeczonych grupy pracowały nad opisem cech męskich i kobiecych. Damska grupa, prezentując wyniki swojej pracy, na wstępie zaznaczyła: „To są generalizacje, tak naprawdę każda z nas jest inna”, broniąc się przed metkowaniem i zbyt poważnym, zbyt dosłownym potraktowaniem tego, co zapisały na kartce. Kolejna grupa, tym razem męska kontynuowała wątek osobistego odniesienia do zadania. Przedstawiciel grupy rozpoczął słowami: „U nas, w przeciwieństwie do pań, jest dużo prościej. My faceci jesteśmy do siebie bardzo podobni”. Oczywiście nie zabrakło przy tym uśmiechu czy wręcz mrugnięcia okiem, ale było to wyznanie w swoim rodzaju szczere.

Zgadzam się całkowicie, że każda osoba jest inna i płeć nie określa nas całkowicie, zarówno gdy chodzi o panów, jak i panie. Każda z nas jest inna, każda z nas została obdarzona innymi talentami, inną osobowością, kształtowaną w niepowtarzalnym środowisku rodzinnym, ale każda z nas jest kobietą i to coś znaczy, i to nas łączy. Tworzymy pewien zbiór przez cechy (jakkolwiek to określenie nie wydaje mi się adekwatne) wspólne oraz podobne, kobiece doświadczenia. Dlaczego jednak tak bardzo boimy się zaszufladkowania? Czy za tym sprzeciwem nie stoi potrzeba bycia wyjątkową, niepowtarzalną, jedyną? A nawet więcej: czy nie stoi za tym pragnienie bycia tajemniczą, nieprzeniknioną, niepoznawalną, niedającą uchwycić się w jakichkolwiek ramach? Znów wzbudzę sprzeciw niektórych pań, gdy stwierdzę, że i to jest (czy też może) być pewien rys kobiecy...;-)

Panowie na prawo, panie na lewo

Zapraszamy na warsztaty dla kobiet albo na wakacyjny obóz dla mężczyzn. Polecamy wieczór filmowy dla panów albo pań. Zachęcamy też dzieci na specjalnie dla nich przygotowane zajęcia oraz młodzież na spotkania. Czy coś w tym złego? Czy segregujemy świat, dzielimy go na zbiory, które są tylko w naszej głowie? Czy oddalamy od siebie młodych i starych oraz kobiety od mężczyzn?

Bardzo często spotykam się z pytaniami, dlaczego jakaś inicjatywa skierowana jest do określonej grupy. Dlaczego na konkretne spotkanie mogą przyjść tylko kobiety? A jeśli ja jestem mężczyzną i chciałbym posłuchać tego a tego tematu, bo jest dla mnie szczególnie ważny? A jeśli jestem kobietą i chciałabym obejrzeć właśnie to-niby-męskie kino i włączyć się dyskusję? (W tych przypadkach często jednak bardziej pociągająca może być perspektywa, że to jest „dla nich”. Co takiego opowiadają mężczyznom/kobietom, co nie jest dla nas?) Dlaczego tworzymy takie podziały?

Usłyszałam jeden bardzo ciekawy zarzut: kiedyś „u cioci na imieninach” wszyscy siedzieli razem - młodzi i starsi wspólnie biesiadowali, rozmawiali, byli ze sobą. Pytam moich rodziców o to, bo ich „kiedyś” będzie trochę bardziej wyraziste. Tata mówi o jednym: dzieci głosu nie miały. Ja przywołuję w pamięci inne rodzinne imprezy i to, co najbardziej pamiętam, to poszukiwanie „podobnych”, a więc szukanie dzieci. „A będą tam jakieś dzieci?” - na pewno rodzice znają to pytanie swoich pociech. Oczywiście, sympatyczna ciocia, która pomoże nam kolorować obrazki czy wujek, który chętnie zagra z nami w klasy byli równie pomocni, ale na dłużą metę nie potrafili zastąpić rówieśników. Mały Książę powiedziałby, że dorośli byli dziećmi, ale już o tym zapomnieli. Nie ich wina, prawa czasu i życia.

Przypominam sobie także takie momenty, kiedy wszyscy razem (tzn. starsi i młodsi) siedzieliśmy przy stole. Chciałyśmy (ja i siostra) słuchać rozmowy mamy i cioci, ale tylko do czasu było to możliwe, bo w końcu dzieci były wypraszane. Jasne jest, że dzieci chłoną opowieści dorosłych bardzo łatwo, dlatego nie powinny być słuchaczami wszystkich rozmów, a to znowu tworzy grupy. Tak jak 40-latka nie porozmawia z dzieckiem o swoich problemach rodzinnych czy kwestiach związanych z pracą, tak i 10-latka nie porozmawia z dorosłym na temat swoich fascynacji bajkowych czy sportowych (oczywiście „porozmawia”, ale inaczej, mniej fachowo;-) W grupach mieszanych podobnych wiekowo (np. na spotkaniach dorosłych) także tworzą się podziały. Niejednokrotnie kobiety znajdują wspólne tematy, dalekie od tych, które akurat interesują mężczyzn. Znacie może to: „zmieńmy temat, dobrze? ile można rozmawiać o najbliższych wyborach albo o kupnie nowego samochodu”? Oczywiście, nie oznacza to, że przez cały wieczór izolujemy się od siebie! Jednak wizja, w której wszyscy razem przez cały czas toczymy wspólnie dyskusję albo spędzamy czas podzielony równo: każdy z każdym, wydaje mi się zbyt utopijna.

W codziennych relacjach w rodzinie spotykamy się zarówno z osobami innej płci jak i w innym wieku. Nie jest dla nas naturalnym środowisko zupełnie jednolite. Czy potrzebujemy więc jakiegoś bodźca do spędzania czasu z innymi, kiedy nasza codzienność przepełniona jest takimi okazjami? Istnieją przypadki szczególne jak brak jednego z rodziców czy brak dziadków. Ale i w takich sytuacjach budujemy relacje z dalszą rodziną czy z przyjaciółmi. Nie jesteśmy samotnymi wyspami. Poznajemy inność już od początku życia, szukamy swojej tożsamości przez negowanie tego, kim i czym nie jesteśmy. Zawsze będziemy otoczeni przez wielość i różność. Ale jak w tej sytuacji nie stracić poczucia siebie, jak tworzyć siebie nie poprzez negację, ale przez afirmację?

Czy te spotkania „dedykowane” nie mają w sobie czegoś z „imienin u cioci”? To nie jest coś codziennego. Dlaczego spędzamy czas „w swoim gronie”? Szukamy kogoś, z kim dzielimy podobne doświadczenia, ale z innej perspektywy niż te w rodzinie - bo w rodzinie mamy wiele wspólnych spraw i doświadczeń ze względu na naszą więź. Ale czasami jako kobieta chcę porozmawiać z inną kobietą o naszych „babskich” sprawach, o tym, co czujemy, co planujemy, na co czekamy. Jako dziecko chcę z innym maluchem pobawić się w zabawę, której nie zrozumie żaden dorosły, chcę temu innemu opowiedzieć o mojej kolekcji naklejek albo o ulubionej książce. Moje bycie w tym czasie pochłoniętą rozmową z innymi kobietami, nie jest separowaniem się od mężczyzn, nie jest udowadnianiem, że kobiety są lepsze, a z mężczyznami nie ma o czym gadać. To nie ma być dzielenie świata, a jeśli nawet ma w sobie coś z dzielenia czy kategoryzowania, to jest pozbawione wartościowania. Ten czas ma mi pomóc zyskać nową perspektywę, rozważyć sprawy, o których zapominam na co dzień, ma mi pomóc w przypomnieniu sobie mojej tożsamości, tego, że jestem KOBIETĄ i różnię się od mężczyzny. Ten czas ma także kierować do powrotu do naszej codzienności - do ukochanych mężczyzn, do naszych rodzin. Czasem, aby pójść krok do przodu, musimy się cofnąć. Czasem potrzebujemy pustyni czy rozłąki, by powrócić do najbliższych osób.

Dlatego z uporem maniaka będę bronić idei działań skierowanych do pewnych grup. 6-latków nie zainteresuję tym samym co 13-latków czy 30-latków. Pozwólmy sobie być innymi. Dajmy sobie odrobinę przestrzeni. I nie zapominajmy, że wiele inicjatyw jest organizowanych bez ograniczeń albo z mniejszymi ograniczeniami - kursy i spotkania dla zakochanych, narzeczonych czy małżonków, spotkania dla rodziców czy dla całych rodzin... - i tych właśnie jest znacznie więcej!

Piękna

- mojej Siostrze, która za jest już mamą trzykrotną

…Piękna. Dawno nie myślałam o kimś w sposób tak prosty i jednoznaczny (zwłaszcza o niej): naprawdę jest piękna. Zeszłam tylko umyć zęby – higienicznie, prozaicznie. I nagle słyszę jej spokojny głos, wołający mamę. Ile to razy uciszałam ją, gdy śpiewała przez mikrofon w sąsiednim pokoju albo w samochodzie. Teraz brzmienie było inne: stonowane, niepoznawalne. Wkradłam się do niej. „O, Kasia, podasz mi pieluszkę? Jest tam, na stoliczku.” Leżała w starej, różowej, obszernej babcinej koszuli nocnej, z rozpuszczonymi włosami i z przyssaną Natalią do piersi. Podałam osłupiała, jakaś omotana. „Nie mogę się podnieść. Chciałabym usnąć, ale Mała się rozbudziła” - tłumaczyła. Usiadłam na łóżku naprzeciw nich i popatrzyłam na moją siostrę. M o j a siostra… Ta od-wiecznie gotowa do tupnięcia nogą, postawienia na swoim, chętna do wyjścia na scenę, odtańczenia i odśpiewania, do zauroczenia mężczyzn i cioć. Moja rozmarzona starsza siostra prosząca o kolejne na świeżo pisane słowami bajki, zawsze dostająca rolę księżniczek w naszych przedstawieniach.

Była teraz całkiem nie-zwykła: bez makijażu, bez biżuterii. Oczy miała jednak bardziej błyszczące niż kiedykolwiek wcześniej. Usta jakieś niecodziennie piękne. Figury nie straciła prawie, niech no tylko brzuch trochę opadnie i znów będą mówić „chudzina”, ale ona nie będzie chwytać już byle czego, byle wszystkiego – musi strzec wymogów pokarmowych dla małej. Gdzie jej dekolty, krótkie spódniczki? Gdzie jej buty na obcasach (startych wiecznie)? Tylko papcie i pantalony. Zamiast perfum – zapach dziecka (ten najniezwyklejszy zapach, który unosi się w całym pokoju, oczarowuje). Taka przede mną: w blasku lampki oświetlającej policzek – szczyt Rembrandtowskiego pędzla. Przyjmuję ją jeszcze nie w pełni znajomą. Wiem tylko, że jest piękna, jest dzielna, jest odważna. Przyjmuję, że blondyneczka, z którą zakładałam szkołę dla miśków i odgrywałam koncerty a’la „Spice Girls”, odeszła. Albo oto nadeszła w postaci małej Natalki. Dziwna wymiana ról. Możliwa?

Do twarzy jej z uśmiechem zmęczenia i bezsilności. Do twarzy jej z takim pięknem. Pięknem macierzyństwa. Z piętnem Ewy. Z piętnem naszej Ewy.*

24.11.2006

* Naszej mamy, Ewy.

Subskrybuj to źródło RSS