Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy (Łk 13, 12)

Katarzyna Marcinkowska

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

URL strony:

Ja byłam Adamem

- z dedykacją dla mojego Męża, który pomógł mi odkryć tajemnicę kobiecego serca

Ja byłam Adamem, ty byłeś Ewą

Nie, nigdy nie zamieniliśmy się rolami, nigdy nie wątpiłam w swoją kobiecą tożsamość, choć jej pełne odkrycie i przyjęcie wymagało Spotkania – z sobą samą, a przede wszystkim z Drugim. Z tym, który pokocha bezwarunkowo moją odmienność, moje uciekające spod kanonów piękno i wzmocni we mnie poczucie tej świętej, nieprzypadkowej odmienności.

Znalazłam swoje zapiski sprzed kilku lat, z tego pięknego okresu jeszcze przed-narzeczeńskiego, z etapu zwanego późnym zakochaniem, zauroczeniem, decyzją o miłości, a nawet miłością samą, którą przeżywałam bardzo mocno, którą próbowałam analizować, choć czasem brakowało słów konkretnych, a żadne metafory nie wydawały się dostatecznie trafne.

Myślałam o sobie: ja. Prawdopodobnie tak właśnie rozumiałam siebie od drugiego, może trzeciego roku życia, kiedy świadomość własnej, odrębnej osoby stawała się coraz wyższa: nie byłam dzieckiem, które mówiło o sobie w trzeciej osobie, które motywowano w sposób „ona zrobi, ona pójdzie”, a patrząc w lustro nie widziałam drugiego zaciekawionego człowieka, ale siebie, jakkolwiek nie byłoby to przedziwne. Zyskałam świadomość, że mam świadomość, idąc krok naprzód od małp naczelnych. Stałam się jednostką, Leibnizowską monadą, niepowtarzalnym zbiorem Demokrytowych atomów i  przedziwną machiną podobną do innych, a całkiem inną. I to była już prawie harmonia. Ta jedność duszy i ciała Adama przed zjawieniem się Ewy. (…) Dla mnie przyszedłeś jako Ewa. Ja byłam, Ciebie nie było. Ja widziałam, jaki jest świat, ale nie wiedziałam, jaki jest z Tobą. Z dodatkiem Ciebie. Ja znałam moje drzewa. (Zapiski z 2008 r.)

Dlaczego więc byłam Adamem? (Wiem, brzmi to trochę dziwnie.) Oczywiście, nie z powodu męskości, ale ze względu na jego samotność i nieokreśloność przed zjawieniem się niewiasty, drugiego człowieka. Odkrywałam swoją osobową tożsamość, moją godność, ogrom Bożej miłości względem mnie jako dziecka. Czułam już, że jestem kochana i chcę kochać, i chcę rozwijać siebie, i siebie samą poznać lepiej. Nie w teorii. Zwracają uwagę niektórzy, że w Księdze Rodzaju przed pojawieniem się drugiego człowieka mamy wciąż do czynienia po prostu z „człowiekiem”, a dopiero po stworzeniu ich dwojga zostali oni określeni jako kobieta [isza] i mężczyzna [isz]. Ale skąd on, ten pierwszy, mógłby wiedzieć o swojej męskości, nie wiedząc, czym jest kobiecość, nie mając żadnego punktu odniesienia (nawet jeżeli w istocie tym mężczyzną był od początku)? Nie wnikam w to najgłębiej, bo przecież mamy do czynienia z pewnym obrazem, a nie opisem historycznym, ale uderza mnie spójność Adamowej historii – on wie, kim był przed zaśnięciem, on widzi zmianę - widzi Ewę, kość z jego kości i ciało z jego ciała, on pamięta swoje poszukiwania i smutek, poznaje siebie samego odtąd lepiej, uzupełniając to, co już odkrył wcześniej w swej samotności, uzupełniając o ten aspekt relacji i płciowości. Dlatego jestem głęboko przekonana o tym, że przed jej zjawieniem się on nie miał pojęcia, że jest mężczyzną. Wiedział tylko, że jest człowiekiem, a ta niepełność własnego poznania musiała mu ciążyć.

Czułam się chyba tak jak Adam. Odkryłam, że jestem jednością ciała i ducha, że jestem kimś, a nie czymś, że jestem inna od całego stworzenia, ale jeszcze nie do końca wiedziałam kim jestem, jakie jest moje powołanie i do czego zostałam stworzona. Byłam dla siebie jako pierwsza, ale zagubiona w sobie, stęskniona aż ktoś pomoże mi wyjść z tego przedziwnego labiryntu. Czekałam, nawet nie przeczuwając, że jedno spotkanie, że jedna osoba może tak bardzo mnie zmienić i tak mocno pomóc mi siebie zdefiniować, określić i zaakceptować siebie jako kobietę. Nie wiedziałam wtedy jeszcze jak bardzo człowiek nie jest samotną wyspą.

Więc pomimo że to ja jestem urzekająca, to ja pragnę spojrzenia adorującego, z zachwytem przyjęłam tego drugiego jak Adam Ewę. Okrzykiem radości. Jak kogoś, na kogo długo czekałam, nawet o tym nie wiedząc. Jak kogoś, kto przyszedł, by mi odsłonić najważniejszą prawdę o życiu i o miłości, o męskości i o kobiecości. Przyszedł i zmienił wszystko, i pomógł odkryć, jaka jest Droga i jaka jest prawda o moim kobiecym sercu. Dzięki niemu zrozumiałam, jak wielka jest święta różnica między nami, jak cudowne jest dzieło Pana, jak wspaniale obmyślił On miłość dwojga oraz ich osobiste i wspólne powołanie. Odkryłam, że jesteśmy tacy sami, ale inni. Równi, ale różni. Komplementarni.

I że ja też byłam Ewą. Dla niego.

Błogosławione „pomiędzy”

Nie jestem już nigdy sama, „zatracam” w całkowitej wolności swoją autonomiczność i niepodzielność, ale wciąż dla wielu osób stwierdzenie „jestem mamą”, brzmi co najmniej dziwnie. Może nawet dla mnie samej jest to jeszcze określenie trudne, górnolotne, oswajam się z nim, ciągle nie dowierzam – jakby bicie małego, innego serca, choć ukryte, było niewystarczającym dowodem. A tak naprawdę jakby samo pozwolenie dziecku dorastać we mnie było zbyt małą zasługą, niegodną jeszcze szczytnego miana macierzyństwa.  

Stan błogosławiony to przedziwny czas bycia „pomiędzy”, czas oczekiwania, ale też czas rozdarcia, przejścia przez most, który łączy dwie odmienne tożsamości: mnie-samej i mnie-matki. Kim teraz jestem? Bo kim byłam i kim mam się stać, to czuję, ale kim jestem w tej drodze, na tym moście?

W kulturze ludowej stan „pomiędzy” był uważany za bardzo tajemniczy, wręcz złowrogi. To, co nie było dookreślone, bez konkretnej tożsamości, było nawet uważane za niebezpieczne, mroczne, niestabilne, a więc zagrażające porządkowi świata. Taki status miała np. panna młoda, która nie była już panną, ale dopiero stawała się mężatką. Była jakby zawieszona między dwoma światami, a do żadnego nie pasowała bez zastrzeżeń – już i jeszcze. Stan błogosławiony ma w sobie coś ze stanu narzeczeństwa: dorastanie do innej roli, dojrzewanie do nowej sytuacji i trwanie w pewnym zawieszeniu, w niedookreśleniu, w poszukiwaniu samej siebie. Niby wiesz, co się ma wydarzyć, wiesz, z czym wiąże się to, co ma nadejść, a jednak masz poczucie, że jest pewien czas teraz, którego nie można zasłaniać tym nadchodzącym kiedyś, nawet wkrótce, ani tym, co już było. I choć stokrotnie już zadawałaś sobie pytanie o to, „kim jesteś”, pojawia się nowa potrzeba odpowiedzi. 

Stan tego przechodzenia przypomina mi także czasy nastoletnie, gdy słyszałam, że nie jestem już dzieckiem. Wiedziałam przecież o tym, czułam to. Nie byłam już dziewczynką - to zdrobnienie nie pasowało tak dobrze jak jeszcze kilka lat wcześniej. Jednak nie byłam też dorosłą kobietą, a nazwanie tak samej siebie w tamtych czasach spotkałoby się z ironicznym uśmiechem – innych osób, ale też moim. Pamiętam dobrze, że jako dziecko zastanawiałam się, o czym są grube książki pozbawione obrazków, które czytała moja mama. Czułam wobec nich swoisty respekt. Nie przed ich długością czy nieinteresującą okładką, ale przed treścią, której, jak mocno wierzyłam, nie byłabym w stanie wtedy zrozumieć. Wiedziałam, że mój młody umysł nie wyłapałby wszystkich niuansów fabuły i zawiłych wątków. Pogubiłabym się jak w labiryncie, z którego wyjść mogą tylko wtajemniczeni. I poczułam się bardzo dziwnie, gdy przypomniawszy sobie o tym kilka lat później zrozumiałam, że już nic tak trudnego przede mną nie ma, że jestem w stanie zrozumieć najbardziej zagmatwane losy zapisane nie tylko w powieściach, ale też w życiu. Kiedy jednak stałam się dorosła? Nie pamiętam. Nie wiem. Nie były dla mnie wielką zmianą 18. urodziny, ani te 20. czy kolejne... Nie poczułam też, że ten moment to wyjazd na studia do innego miasta, rozłąka z rodzicami czy nawet zamążpójście. Kiedy więc zaczynam myśleć o sobie jako o osobie dorosłej – sama nie wiem. To też jest długi most do przejścia - dojrzewania, ukobiecania się, wyrastania z ulubionych sukienek i odkładania na półkę ulubionych lalek z nadzieją, że inna mała dziewczynka kiedyś po nie sięgnie. A ja razem z nią.

W ciąży podobno naturalnym odczuciem jest zacieranie się granic między mną a dzieckiem. Nie jest to zresztą bardzo dziwne, przecież nie jestem w stanie nigdzie wyjść bez tej milczącej, ale dającej o sobie znać, Obecności. Nie możemy siłą woli oddzielić się fizycznie nawet na chwilę od siebie. Dwie zupełnie różne osoby, dwa niezależne istnienia, a jednak nierozdzielne. Jesteśmy na tę bliskość „skazani” przez kilka miesięcy nawet w tych sytuacjach, w których chciałoby się zostać zupełnie samemu tak, by nikt podsłuchiwał, by nikt nie zagłuszał rytmu własnego serca. Stanowimy przez pewien czas najbardziej zgrany team na świecie, zgodny, niekłótliwy. I to bycie razem zmienia mnie, kształtuje nie tylko moje macierzyństwo, ale całą moją tożsamość.

Matka przychodzi na świat razem z dzieckiem, ale przecież dziecko nie pojawia się gotowe w jednej chwili, nie zaczyna istnieć w momencie narodzin, nawet jeśli jego życie uparcie liczymy od porodu, wpisujemy w metryki i świętujemy co roku. W chwili poczęcia, choć jest Ono już określone i całe, nie jest jeszcze gotowe do samodzielnego życia w naszym świecie, a więc czeka. Czeka na odpowiedni moment, też jest gdzieś pomiędzy, dojrzewa, przygotowuje się. I może tylko to nas różni, że Ono nie wie o swoich przygotowaniach. Jakże wielki jest Dawca Życia, który to wszystko obmyślił.

Kobiecość, czyli delikatność?

Kiedy pracujemy w grupach, poszukując cech kobiecych, zawsze pojawia się i ona, jakby nieodłączna od nas - delikatność. Prowokacyjnie pytam wtedy: „czy mężczyźni nie są delikatni?”. Okazuje się, że są, ale jakoś inaczej, ich delikatność ma inny odcień i czują to niemal wszyscy. W jakiś przedziwny sposób ta delikatność bardziej wpasowuje się w płeć piękną. Wystarczy spojrzeć na nasze ciało, czyż nie jest delikatniejsze, czyż nasza skóra nie jest cieńsza, nasza sylwetka drobniejsza, nasz głos nieco cieplejszy? A skoro tak, to o ileż bardziej delikatne musi być wnętrze, nasze kobiece serce? Czy jednak delikatność zaprzecza sile? (Bardzo często w opisie kobiecości pojawia się także siła, a jakże!)

Czym jest zatem delikatność? Słownik Języka Polskiego (www.sjp.pwn.pl) nie jest zwięzły w jej definiowaniu, podając kilka sposobów rozumienia delikatności. Kilka z nich jest pomocnych. Więc po (1) delikatny to «odznaczający się kruchością budowy i subtelnością kształtów», co zdaje się być spełnione dla kobiecości w aspekcie fizycznym (choć przecież nie przekreśla to ogromnych możliwości kobiecego ciała, które potrafi tak wiele znieść).  Po (2) delikatny to «odznaczający się wrażliwością i subtelnością w sposobie bycia; też: świadczący o takich cechach», a zatem łączy się delikatność z wrażliwością, z naszym usposobieniem, z naszą zdolnością do reagowania na pewne okoliczności i bodźce. Po (3) delikatny to «wymagający taktu i ostrożności», tak jak „delikatny temat”, ale czyż nasza kobiecość nie domaga się właśnie taktu? Umiejętnego obchodzenia się z nią?

Jednak do rozważania delikatności natchnęła mnie nie sama delikatność, ale właściwie coś, co może wydawać się jej zaprzeczeniem. Wojna. Powstanie Warszawskie, Cud nad Wisłą. Sierpień, oprócz tego, że jest bardzo maryjny, pielgrzymkowy, jest też patriotyczny, waleczny, historyczny. Piękny przy tym. Ale gdzie jest delikatność w obliczu wojny i rozlewu krwi? Gdzie były kobiety w czasie wojny?

Już ponad rok temu dostałam od przyjaciółki książkę „Dziewczyny wojenne” Łukasza Modelskiego (wyd. Znak 2011). Magda wiedziała, jak bliski jest mi ten temat, jak pochłonęły mnie lektury na temat Holocaustu, realiów drugiej wojny światowej, a szczególnie los kobiet w tamtych czasach. Stąd ten prezent. I to z jaką dedykacją (tak, my uwielbiamy wciąż wpisywać i otrzymywać dedykacje na książkach): By te portrety Kasiu, były dla Ciebie inspiracją i odpowiedzią na to, czego poszukujesz i co pragniesz zobaczyć w KOBIETACH i w samej sobie... (O znalezionej odpowiedzi wspomnę na końcu.) Niedawno wróciłam do lektury, tak sierpniowo, to będzie dobry czas – pomyślałam. A że każdy rozdział jest zamkniętą opowieścią, o powrót nie było trudno. W „Dziewczynach wojennych” poznajemy historie 11 kobiet (a właściwie większej liczby niewiast pojawiających się w biografii każdej z głównych bohaterek i wielu mężczyzn) z czasów II wojny światowej; głównie bardzo młodych kobiet, które wbrew logice ryzykowały własne życie, by ratować innych ludzi (np. ukrywając Żydów czy też służąc jako sanitariuszki, łączniczki), które odważnie decydowały się wejść do grona partyzantów w czasie Powstania Warszawskiego czy służyły w lotnictwie. Biografie, jakich nie powstydziłby się niejeden mężczyzna, chcąc świadczyć o swojej odwadze i męstwie!

O niezwykłej kobiecej sile i odwadze zazwyczaj myślałam w kontekście macierzyństwa. Nie brak przykładów wielkiego heroizmu budzącego się w matce właśnie ze względu na dziecko. A może nawet i szerzej, ze względu na tych, których kochamy. Jednak w większości relacji z tej książki mamy do czynienia z młodymi dziewczynami, gdzieś na rozstaju jeszcze dróg, poszukujących swojej drogi zawodowej i rodzinnej, a zdolnych już ryzykować własne życie dla słusznej sprawy, dla walczenia o wolną Polskę, za swoich najbliższych. Dziewczyny, które uczyły się, jak władać bronią, które musiały radzić sobie w warunkach skrajnego głodu i niewygody, przechodząc do porządku dziennego np. nad brudem, głodem, brakiem czystej bielizny czy wszawicą. Dzielne, kobiece serca, wrażliwe na wszelkie krzywdy wobec innych, ale nie poddające się konwenansom, że dziewczynom czegoś nie wypada.

Każda historia jest niezwykła, wypowiadana przez usta bohaterek z perspektywy wielu lat, a wspomnienia wydają się tak żywe, jakby wiek narratorek zatrzymał się w miejscu. Lekcja kobiecości, lekcja historii. Nie wiedziałam, że prof. filozofii Barbara Skarga, której nazwisko było mi przecież dobrze znane, była łączniczką AK, pilotującą wiele ważnych akcji i przez 10 lat była w obozie pracy. Nie wiedziałam też (cóż za ignorancja znowu!), że córka Józefa Piłsudskiego była pilotem. Jadwiga Piłsudska jeszcze przed wojną uzyskała licencję szybowcową kategorii D, w 1939 r. zamierzała rozpocząć studia na politechnice. Gdy wybuchła wojna, chcąc wykorzystać swoje umiejętności, czekała na możliwość aktywnego włączenia się w służbę lotniczą Anglii. W 1942 r., dzięki obniżeniu wymagań co do ilości odbytych godzin w powietrzu, udało się jej dostać do ATA (Air Transport Auxiliary, pomocniczej służy Roayl Air Force), o którym pisze Łukasz Modelski:

Do służby w ATA przyjmowani są piloci niemogący ze względu na wiek czy stan zdrowia służyć w RAF-ie. Do ATA trafiają również kobiety, którym przepisy nie pozwalają brać udziału w lotach bojowych (…) Służba ta ma jeszcze jedną cechę – wysoką śmiertelność. Piloci ATA muszą prowadzić sto kilkadziesiąt typów maszyn – od szkolnych samolotów z otwartą kabiną do czterosilnikowych bombowców. Bardzo często są one w tak złym stanie, że otrzymują pozwolenie tylko na jeden przelot – do warsztatu. Latają bez radia, nie wolno zajmować częstotliwości. Co czwarty pilot tej służby zginie podczas wykonywania zadania.  

Nie twierdzę, że delikatność zaprzecza aktywności podczas wojny. Być może te kobiety właśnie dzięki swojej delikatności i kobiecości dokonywały tak wielkich czynów (choć same często się zarzekają, że nic wielkiego nie robiły, nosiły jedynie przesyłki...) Niewątpliwie ich oddanie stawiało je niejednokrotnie pod ścianą, w obliczu śmierci i trudnych wyborów.

Nie bili, tylko wrzeszczeli. Twardo trzymam się swojej wersji. Oni na to, że w takim razie mnie rozstrzelają. Wyprowadzono mnie za chałupę, trzech bojów. I dają trzy minuty do zastanowienia się. I ja sobie myślę: „Tyle znam adresów, kiedy mnie będą torturować, zasypię. Jak mnie mają rozstrzelać, to chwała Bogu, nie będą torturować, szybka śmierć”. Był taki ładny księżyc akurat. Pomyślałam tylko: „Jednak na tym świecie ładnie jest.” Zdążyłam tak sobie pomyśleć i dostałam cios w szczękę. (Irka Baranowska)  

Co chciałabym zobaczyć w kobietach? Co wiem dzięki tej lekturze? Pragnę zobaczyć w kobietach prawdę o kobiecości, o tym, że jest ona wielowymiarowa, zdolna do poświęceń, do aktów niesamowitej odwagi, a jednocześnie nawet na wojnie, nawet w warunkach ekstremalnych, jej delikatność nie zanika. Zachwyt nad drugim człowiekiem, serce spragnione miłości (wątki miłosne także w tych opowieściach znajdziecie!), pełne oddanie, umiejętność dostosowania się do warunków danej sytuacji, niesamowita jasność myśli i uczuć, wyczulenie na piękno i wiara. Ta niesamowita wiara, że można zachować godność i swoją wartość zawsze i na zawsze. Bo ona nie pochodzi od ludzi.

Przywilej bycia kobietą

Jeszcze kilka tygodni temu razem z mężem nie mogliśmy doczekać się chwili, w której poczujemy pierwsze ruchy dziecka. Patrząc na zaokrąglony delikatnie brzuch, dumny tata powiedział: chciałbym, żeby już dawało o sobie znać kopnięciem! Ja też chciałam, tym bardziej, że nie wiedziałam jeszcze czego mogę się spodziewać. Chciałam także namacalnie poczuć, że tam rzeczywiście Ktoś jest (a podobno wątpliwości „czy naprawdę jestem w ciąży? czy naprawdę jest tam mały człowiek?” towarzyszą wielu kobietom w stanie błogosławionym). Nie trzeba było długo czekać, w 18. tygodniu ciąży, kiedy razem siedzieliśmy na kanapie, nie miałam wątpliwości – kopnęło! I to tak solidnie, rytmicznie, trzykrotnie. Nawet Mariusz zdążył poczuć. Tak przynajmniej twierdził. Być może tylko po to, by mnie nie urazić.

Minęły kolejne tygodnie. Ruchy Dziecka stały się silniejsze. Podzieliłam się z Mariuszem moimi odczuciami: To jedno z najpiękniejszych doświadczeń mojego życia. Łagodne przypominanie „tego spod serca”, że jest, że nie mogę o nim zapomnieć. Przytaknął jako ten, który zazwyczaj nie jest w zasięgu, gdy akurat Maluch się budzi, który nie zdąża dobiec, a gdy już niby wyczekuje, to albo odkłada dłoń zbyt wcześnie, albo wcale nie odczuwa ruchów. „O teraz, kopnął! Czułeś?” „No tak jakby… Właściwie nie za bardzo…” „Jak mogłeś TEGO nie poczuć?” „Ale ty przecież czujesz to z dwóch stron! Czujesz inaczej. Czujesz to lepiej. To jest kobiecy przywilej.” I jak tu się nie zgodzić?

Czy kobiecość ma swoje przywileje? Czy kobiecość sama w sobie jest przywilejem? Przywilej, według swojej definicji i źródła, to pewne szczególne prawo nadane przez władcę (taka prawnicza nomenklatura). Czyż nie możemy zatem mówić o dwóch różnych nadanych przez naszego Stwórcę przywilejach? Po pierwsze – przywilej bycia kobietą, po drugie – przywilej bycia mężczyzną. Bo któż powiedział, że jedno dobro musi wykluczać drugie?

Jednak częściej zwykło się rozważać raczej nasze kobiece nieuprzywilejowanie i to wcale nie bez powodu. Historia świata pokazuje, że kobietom częstokroć bywało ciężej. Były dyskryminowane, w społeczeństwie umniejszano ich rolę, stosowano wobec nich przemoc. Zresztą to nie tylko historia, to wciąż codzienność. A nawet jeśli nie ma celowej dyskryminacji, to pojawia się przecież po prostu pewna niewygoda bycia kobietą, związana z naszym tajemniczym i niezwykłym ciałem, z naszą skomplikowaną psychiką, z naszymi emocjami… Sama przez to przechodziłam kiedyś dotkliwie i dlatego rozumiem te dziewczyny, które nie mogą pogodzić się z wieloma kobiecymi przypadłościami, tym bardziej, że świat im mówi: musisz być zawsze piękna, zawsze dyspozycyjna, uśmiechnięta, przebojowa i na siłach, itd. Ale że aż tak daleko nie akceptujemy naszych przywilejów, jakby specjalnie lub już nawykowo, stawiając je w złym świetle, o tym się przekonuję coraz częściej w poradni, na rozmowach, gdzieś wyłapując z wypowiedzi między słowami. O tym jeszcze kiedyś więcej opowiem.  

Zatem rację ma Alice von Hildebrand rozważając naszą sytuację w ten sposób (w swojej książce „Przywilej bycia kobietą”):

Kto w ogóle wybrałby sobie takie ciało, które począwszy od okresu dojrzewania może sprawiać tyle kłopotów, być powodem niewygód, i ogromnego bólu? Kto chciałby tygodniami, a nieraz i miesiącami doznawać nudności, które towarzyszą okresowi ciąży? Kto dobrowolnie zgodziłby się na rodzenie w dotkliwych bólach?

Jest jednak i druga strona tego medalu. Nasze ciało, które sprawia tyle bólu i trudności pozwala nam na doświadczenia dla mężczyzn nieosiągalne jak przywołane wcześniej odczuwanie ruchów Dziecka. Zapewne też tak jest z karmieniem piersią. A jest to tylko pewien aspekt naszego szerokiego przywileju, który, jak wierzę, rozciąga się nie tylko na kobiety, które są biologicznymi matkami, choć w przypadku macierzyństwa możemy wskazać na fakt bardzo namacalny, stąd tak wyraźny. Chesterton, rozważając różnicę ról kobiecych i męskich stwierdza, że nie ma tu równości, bo przywilej, jakim została obdarzona niewiasta, jest niewyobrażalny. Pisze on nawet o pewnej wyższości kobiet w tym kontekście:

W żaden sposób nie da się nigdy pominąć tej niezwykłej wyższości, jaką charakteryzuje się płeć żeńska, bo nawet dziecko płci męskiej rodzi się jako bliższe swej matce niż swemu ojcu.

Feminizm kojarzony najczęściej z walką o prawa kobiet, z walką wobec przejawów dyskryminacji, często pomija nasz przywilej, np. macierzyństwa, ukazując go jedynie jako balast. Wiele feministek zachowuje się trochę tak, jakby pragnęło nie tyle naszego przywileju, ale przywileju nadanego mężczyznom, podważając w ten sposób rozporządzenie Stwórcy. Nowy feminizm (do którego wzywał Jan Paweł II)  jest w tym kontekście wyjątkowy – oprócz postulatów zwalczania wszelkiej dyskryminacji, podkreśla i niemalże każe rozkoszować się naszym „geniuszem kobiety”, naszymi największymi przywilejami, a więc byciem kobietą w samej istocie, w prawdzie o nas samych, w prawdzie, która pochodzi z Prawdy i Miłości. 

Subskrybuj to źródło RSS