Pan zlitował się nad nią i rzekł do niej: <<Nie płacz!>> (Łk 7, 13)

Katarzyna Marcinkowska

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

URL strony:

Panowie na prawo, panie na lewo

Zapraszamy na warsztaty dla kobiet albo na wakacyjny obóz dla mężczyzn. Polecamy wieczór filmowy dla panów albo pań. Zachęcamy też dzieci na specjalnie dla nich przygotowane zajęcia oraz młodzież na spotkania. Czy coś w tym złego? Czy segregujemy świat, dzielimy go na zbiory, które są tylko w naszej głowie? Czy oddalamy od siebie młodych i starych oraz kobiety od mężczyzn?

Bardzo często spotykam się z pytaniami, dlaczego jakaś inicjatywa skierowana jest do określonej grupy. Dlaczego na konkretne spotkanie mogą przyjść tylko kobiety? A jeśli ja jestem mężczyzną i chciałbym posłuchać tego a tego tematu, bo jest dla mnie szczególnie ważny? A jeśli jestem kobietą i chciałabym obejrzeć właśnie to-niby-męskie kino i włączyć się dyskusję? (W tych przypadkach często jednak bardziej pociągająca może być perspektywa, że to jest „dla nich”. Co takiego opowiadają mężczyznom/kobietom, co nie jest dla nas?) Dlaczego tworzymy takie podziały?

Usłyszałam jeden bardzo ciekawy zarzut: kiedyś „u cioci na imieninach” wszyscy siedzieli razem - młodzi i starsi wspólnie biesiadowali, rozmawiali, byli ze sobą. Pytam moich rodziców o to, bo ich „kiedyś” będzie trochę bardziej wyraziste. Tata mówi o jednym: dzieci głosu nie miały. Ja przywołuję w pamięci inne rodzinne imprezy i to, co najbardziej pamiętam, to poszukiwanie „podobnych”, a więc szukanie dzieci. „A będą tam jakieś dzieci?” - na pewno rodzice znają to pytanie swoich pociech. Oczywiście, sympatyczna ciocia, która pomoże nam kolorować obrazki czy wujek, który chętnie zagra z nami w klasy byli równie pomocni, ale na dłużą metę nie potrafili zastąpić rówieśników. Mały Książę powiedziałby, że dorośli byli dziećmi, ale już o tym zapomnieli. Nie ich wina, prawa czasu i życia.

Przypominam sobie także takie momenty, kiedy wszyscy razem (tzn. starsi i młodsi) siedzieliśmy przy stole. Chciałyśmy (ja i siostra) słuchać rozmowy mamy i cioci, ale tylko do czasu było to możliwe, bo w końcu dzieci były wypraszane. Jasne jest, że dzieci chłoną opowieści dorosłych bardzo łatwo, dlatego nie powinny być słuchaczami wszystkich rozmów, a to znowu tworzy grupy. Tak jak 40-latka nie porozmawia z dzieckiem o swoich problemach rodzinnych czy kwestiach związanych z pracą, tak i 10-latka nie porozmawia z dorosłym na temat swoich fascynacji bajkowych czy sportowych (oczywiście „porozmawia”, ale inaczej, mniej fachowo;-) W grupach mieszanych podobnych wiekowo (np. na spotkaniach dorosłych) także tworzą się podziały. Niejednokrotnie kobiety znajdują wspólne tematy, dalekie od tych, które akurat interesują mężczyzn. Znacie może to: „zmieńmy temat, dobrze? ile można rozmawiać o najbliższych wyborach albo o kupnie nowego samochodu”? Oczywiście, nie oznacza to, że przez cały wieczór izolujemy się od siebie! Jednak wizja, w której wszyscy razem przez cały czas toczymy wspólnie dyskusję albo spędzamy czas podzielony równo: każdy z każdym, wydaje mi się zbyt utopijna.

W codziennych relacjach w rodzinie spotykamy się zarówno z osobami innej płci jak i w innym wieku. Nie jest dla nas naturalnym środowisko zupełnie jednolite. Czy potrzebujemy więc jakiegoś bodźca do spędzania czasu z innymi, kiedy nasza codzienność przepełniona jest takimi okazjami? Istnieją przypadki szczególne jak brak jednego z rodziców czy brak dziadków. Ale i w takich sytuacjach budujemy relacje z dalszą rodziną czy z przyjaciółmi. Nie jesteśmy samotnymi wyspami. Poznajemy inność już od początku życia, szukamy swojej tożsamości przez negowanie tego, kim i czym nie jesteśmy. Zawsze będziemy otoczeni przez wielość i różność. Ale jak w tej sytuacji nie stracić poczucia siebie, jak tworzyć siebie nie poprzez negację, ale przez afirmację?

Czy te spotkania „dedykowane” nie mają w sobie czegoś z „imienin u cioci”? To nie jest coś codziennego. Dlaczego spędzamy czas „w swoim gronie”? Szukamy kogoś, z kim dzielimy podobne doświadczenia, ale z innej perspektywy niż te w rodzinie - bo w rodzinie mamy wiele wspólnych spraw i doświadczeń ze względu na naszą więź. Ale czasami jako kobieta chcę porozmawiać z inną kobietą o naszych „babskich” sprawach, o tym, co czujemy, co planujemy, na co czekamy. Jako dziecko chcę z innym maluchem pobawić się w zabawę, której nie zrozumie żaden dorosły, chcę temu innemu opowiedzieć o mojej kolekcji naklejek albo o ulubionej książce. Moje bycie w tym czasie pochłoniętą rozmową z innymi kobietami, nie jest separowaniem się od mężczyzn, nie jest udowadnianiem, że kobiety są lepsze, a z mężczyznami nie ma o czym gadać. To nie ma być dzielenie świata, a jeśli nawet ma w sobie coś z dzielenia czy kategoryzowania, to jest pozbawione wartościowania. Ten czas ma mi pomóc zyskać nową perspektywę, rozważyć sprawy, o których zapominam na co dzień, ma mi pomóc w przypomnieniu sobie mojej tożsamości, tego, że jestem KOBIETĄ i różnię się od mężczyzny. Ten czas ma także kierować do powrotu do naszej codzienności - do ukochanych mężczyzn, do naszych rodzin. Czasem, aby pójść krok do przodu, musimy się cofnąć. Czasem potrzebujemy pustyni czy rozłąki, by powrócić do najbliższych osób.

Dlatego z uporem maniaka będę bronić idei działań skierowanych do pewnych grup. 6-latków nie zainteresuję tym samym co 13-latków czy 30-latków. Pozwólmy sobie być innymi. Dajmy sobie odrobinę przestrzeni. I nie zapominajmy, że wiele inicjatyw jest organizowanych bez ograniczeń albo z mniejszymi ograniczeniami - kursy i spotkania dla zakochanych, narzeczonych czy małżonków, spotkania dla rodziców czy dla całych rodzin... - i tych właśnie jest znacznie więcej!

Piękna

- mojej Siostrze, która za jest już mamą trzykrotną

…Piękna. Dawno nie myślałam o kimś w sposób tak prosty i jednoznaczny (zwłaszcza o niej): naprawdę jest piękna. Zeszłam tylko umyć zęby – higienicznie, prozaicznie. I nagle słyszę jej spokojny głos, wołający mamę. Ile to razy uciszałam ją, gdy śpiewała przez mikrofon w sąsiednim pokoju albo w samochodzie. Teraz brzmienie było inne: stonowane, niepoznawalne. Wkradłam się do niej. „O, Kasia, podasz mi pieluszkę? Jest tam, na stoliczku.” Leżała w starej, różowej, obszernej babcinej koszuli nocnej, z rozpuszczonymi włosami i z przyssaną Natalią do piersi. Podałam osłupiała, jakaś omotana. „Nie mogę się podnieść. Chciałabym usnąć, ale Mała się rozbudziła” - tłumaczyła. Usiadłam na łóżku naprzeciw nich i popatrzyłam na moją siostrę. M o j a siostra… Ta od-wiecznie gotowa do tupnięcia nogą, postawienia na swoim, chętna do wyjścia na scenę, odtańczenia i odśpiewania, do zauroczenia mężczyzn i cioć. Moja rozmarzona starsza siostra prosząca o kolejne na świeżo pisane słowami bajki, zawsze dostająca rolę księżniczek w naszych przedstawieniach.

Była teraz całkiem nie-zwykła: bez makijażu, bez biżuterii. Oczy miała jednak bardziej błyszczące niż kiedykolwiek wcześniej. Usta jakieś niecodziennie piękne. Figury nie straciła prawie, niech no tylko brzuch trochę opadnie i znów będą mówić „chudzina”, ale ona nie będzie chwytać już byle czego, byle wszystkiego – musi strzec wymogów pokarmowych dla małej. Gdzie jej dekolty, krótkie spódniczki? Gdzie jej buty na obcasach (startych wiecznie)? Tylko papcie i pantalony. Zamiast perfum – zapach dziecka (ten najniezwyklejszy zapach, który unosi się w całym pokoju, oczarowuje). Taka przede mną: w blasku lampki oświetlającej policzek – szczyt Rembrandtowskiego pędzla. Przyjmuję ją jeszcze nie w pełni znajomą. Wiem tylko, że jest piękna, jest dzielna, jest odważna. Przyjmuję, że blondyneczka, z którą zakładałam szkołę dla miśków i odgrywałam koncerty a’la „Spice Girls”, odeszła. Albo oto nadeszła w postaci małej Natalki. Dziwna wymiana ról. Możliwa?

Do twarzy jej z uśmiechem zmęczenia i bezsilności. Do twarzy jej z takim pięknem. Pięknem macierzyństwa. Z piętnem Ewy. Z piętnem naszej Ewy.*

24.11.2006

* Naszej mamy, Ewy.

Żadna kobieta nie jest tylko kobietą

„Żadna kobieta nie jest tylko kobietą” (Keine Frau ist ja nur Frau) - to chyba jedno z najpopularniejszych zdań z pism Edyty Stein. Zdanie tak pojemne, tak treściwe, a przy tym tak skrótowe. Ciekawa jestem wszystkich możliwych interpretacji (oraz nad-interpretacji i re-interpretacji).

Najważniejsze do zaakcentowania jest owe TYLKO. Gdyby je ominąć, powstałby dziwny twór, stwierdzający, że kobieta nie jest kobietą, co miałoby sens tylko w odpowiednim kontekście, a i tak nie wiadomo, czy miałby jakieś (jakieś mądre i dobre) przesłanie. Najgorszym posunięciem byłoby wyrzucenie obu negacji i zostawienie tego jako: kobieta jest tylko kobietą, bo przecież gdzieś nawet intuicyjnie wyczuwamy, że byłoby to zubożenie i spłaszczenie Sprawy. Chociaż nie powinno być dla nas trudne przywołanie sytuacji surowego patriarchatu, gdzie kobieta faktycznie jest „tylko kobietą”, która nie ma prawa głosu, a jeśli nawet wyrazi swoje zdanie, może zostać uciszona, zignorowana, wyśmiana, przywołana do pionu, do „swojego miejsca w szeregu”. Potrafimy wyobrazić sobie takie podejście, które depcze godność kobiety, podkreślając owe tylko i rozumiejąc je na swój sposób.

Żadna kobieta nie jest tylko kobietą, ponieważ jest zawsze KIMŚ więcej, ponieważ samo bycie kobietą nie wyczerpuje jej tożsamości. Przede wszystkim jest osobą, która na równi z mężczyzną posiada swoją niezbywalną godność i wielkość bycia człowiekiem. Jest Ona nie tylko córką i siostrą, ale staje się oblubienicą, matką, przyjaciółką. Przyjmuje role żony, wychowawczyni, opiekunki, a także wykorzystując swoje talenty i umiejętności, podejmuje najróżniejsze prace w społeczeństwie. Dzięki swojej wrażliwości na drugiego człowieka oraz innym cechom, które tak naturalnie i powszechnie nie przysługują mężczyznom, jest po prostu niezastąpiona.

W jednym z odcinków świetnego amerykańskiego serialu „Siódme niebo” kilkuletnia Ruthy za zadanie domowe dostaje napisać: kim chciałaby być w przyszłości. Zabiera się do tej pracy bardzo poważnie i skrupulatnie. Przygląda się pracy ojca-pastora, rozmawia ze starszym bratem-pielęgniarzem i kilkoma innymi osobami z jej otoczenia. Ale w tym wszystkim, co widzi i słyszy, nie odnajduje żadnego celu ani czegoś, co by ją pociągnęło. I oto do jakiego dochodzi wniosku... Ruthy pragnie zostać mamą! Jednak nie chodzi tu konkretnie i jedynie o aspekt macierzyństwa, ale o bogactwo, jakie ma w sobie jej mama, o wielość spraw, jakimi się zajmuje. Okazuje się ona nie tylko mamą, ale także psychologiem, nauczycielem, dekoratorem wnętrz, zarządcą, kucharką, a gdy trzeba także mechanikiem. Mama (moglibyśmy poszerzyć: Kobieta) nie zamyka się w jednym zawodzie, w jednym zadaniu, ale jest elastyczna, zdolna do ogarnięcia wielu spraw w swoim otoczeniu i wytyczeniu celów. Mama to ktoś więcej niż tylko mama - odkrywa dziewczynka.

Przewiduję pewną problematyczność: a czy o mężczyźnie nie powiemy podobnie, czyli: Żaden mężczyzna nie jest tylko mężczyzną? W świetle powyższych dywagacji nie możemy wręcz powiedzieć inaczej. Mężczyzna także zawiera w sobie bogactwo - ról i relacji, swoich zadań i umiejętności. Zwróćmy jednak uwagę na fakt, iż o tym, że mężczyzna jest "kimś więcej", nie trzeba nawet przypominać (choć w świetle dzisiejszych kryzysów chyba jednak już trzeba). A jak musiało to zabrzmieć zdanie o kobiecie w latach 20-30. XX w.? Na pewno odważnie i poważnie. A dziś? W dobie wy-emancypowanych kręgów kobiecych, wojujących feministek i ruchów genderowych to zdanie chyba musi powrócić z dużą siłą i nowym przesłaniem.

I wreszcie mój ulubiony komentarz do powyższego zdania.

Żadna kobieta nie jest tylko kobieta, ale jest AŻ kobietą.

Lustereczko, powiedz przecie...

„Lustereczko, lustereczko, powiedz przecie…”

Pewnie większość z nas Dziewczyny, zaprzeczy, że kiedykolwiek wypowiadała dokładnie te słowa. Chyba że miała okazję wcielić się w Złą Macochę w bajce o Królewnie Śnieżce. (Mnie trafiło się akurat być krasnoludkiem w przedszkolnym przedstawieniu ; - )

A jednak szukamy tej odpowiedzi albo Samo Lustro zwraca się do nas ze swoimi kąśliwymi, wymagającymi uwagami. Jeśli którakolwiek z Was stwierdziła po wymianie spojrzeń ze zwierciadłem, że powinna się odchudzić albo cokolwiek zmienić w swoim wyglądzie, nie będzie mogła zaprzeczyć temu subtelnemu dialogowi. Lustro mówi, że coś jest nie-tak-jak-być-powinno. Ale skąd ono wie, jak być powinno, czy ma jakiś wzorzec? Skąd my (bo nie oszukujmy się, jednak mamy tu dużo do powiedzenia) to wiemy? I właściwie: Kto powinien tym rozporządzać?

Tak naprawdę temat samoakceptacji wydaje mi się coraz bardziej oklepany. To jest trochę tak, że jedne dziewczyny z niego wyrastają i znajdują w tej kwestii jakąś równowagę czy kompromis (zwykle temat powraca, choć już w innym natężeniu, inną drogą), ale pojawiają się nowe sytuacje, nowe osoby i nowe – może nawet „nowoczesne” – wymagania, kanony piękna – nawet nie piękna, ale atrakcyjności o zgrozo, atrakcyjności zwykle z-seksualizowanej. (Oczywiście, kwestia samoakceptacji dotyczy też panów, ale wolę mówić do kobiet i o kobietach, bo lepiej znam nasze dolegliwości.)

Wiem na pewno, że tym, co „leczy” z lusterkowej choroby jest Miłość Drugiej Osoby, która widzi w nas piękno – i nie, nie tylko to wewnętrzne, ale całościowe. W moim życiu i w sposobie patrzenia na siebie zaszły ogromne zmiany odkąd zostałam pokochana. Dopiero wtedy zrozumiałam, że każda dziewczyna może być Księżniczką (nawet jeśli kiedyś musiała zagrać krasnoludka;-) Ale to był pierwszy krok. Drugi musi odbyć się gdzieś głęboko w naszym sercu, w zgodzie na siebie i – jakże to zabrzmi górnolotnie – w odkryciu tego, że jestem stworzona i pomyślana przez Boga. Jestem piękna jako kobieta.

Ale to, co mnie zmotywowało do wpisu, to potrzeba, jaką noszę w sobie od dłuższego czasu. Chcę podzielić się z Wami piosenkami zespołu, który – mogę się założyć – dla większości będzie całkiem nowym odkryciem. Chrześcijańską grupę Barlow Girl (www.barlowgirl.com) tworzą trzy dziewczyny - siostry, które już od wielu lat komponują, grają i śpiewają. Wydały kilka płyt. Ich muzyka towarzyszy mi od czasów liceum. To, co mnie zachwyca, to „kobiecość” tego zespołu. Nie tylko w całości tworzą swoje piosenki, ale też przez ten damski rys ich treść wyjątkowo trafia do płci pięknej, poruszając tematy, które dla nas są ważne. W związku z kwestią akceptacji chciałam zwrócić uwagę na dwie piosenki. Są one bardzo osobiste dla autorek, szczególnie dla Rebecci Barlow (najstarszej z sióstr), która otwarcie wyznaje, że chorowała na anoreksję. Nie potrafiła sobie poradzić z wymaganiami, jakie stawiała swojemu ciału, ideałowi wykreowanemu przez media, który chciała osiągnąć. Udało jej się jednak wyjść z tego.

Pierwsza z piosenek to „Mirror” (ang. Lustro) – utwór sprzed kilku lat właśnie o tym dialogu, a właściwie o wygraniu tej dyskusji-walki. Druga piosenka „Sing me a Love Song” (ang. Śpiewaj mi piosenkę o miłości) pochodzi z najnowszej płyty i na youtube możecie obejrzeć teledysk, choć osobiście pierwszy kawałek polecam bardziej!:-)

Jeśli spodobają się Wam te piosenki, to polecam i inne. Bo muszę zdradzić, że podane powyżej nie są moimi ulubionymi z repertuaru Barlow Girl:-) a jednak i tak są piękne!

Subskrybuj to źródło RSS