Wszystkie wasze sprawy niech się dokonują w miłości! (1 Kor 16, 14)

Katarzyna Marcinkowska

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

URL strony:

Czy moje ciało wymaga poprawki?

Masz 10, 12 albo 14 lat (albo jeszcze mniej lub więcej). Jesteś na to przygotowana emocjonalnie albo zupełnie nie. Czekasz na ten moment z niecierpliwością i ekscytacją albo masz nadzieję, że „to się nigdy nie stanie”. Szukasz informacji na ten temat, rozmawiasz z koleżankami, siostrami i mamą albo nie chcesz o tym nic absolutnie wiedzieć, jakby ominięcie tematu miało tę sprawę rozwiązać. Pierwsza miesiączka pojawia się i tak – gdy jesteś na to gotowa lub nie, gdy czujesz się z tego powodu dumna lub gdy chciałabyś zapaść się pod ziemię. I ten moment sprawia, że już odtąd będzie jakoś inaczej.

Coraz więcej młodych dziewcząt w momencie, o którym mowa, dostaje bardzo wymowną naukę od swoich mam: zostają zaprowadzone do ginekologa po to, by lekarz przepisał odpowiednie „leki” na tę kobiecość. Już teraz lub chwilę później. Zresztą nierzadkie są pewnie i te sytuacje, gdy dzieje się to za aprobatą dojrzewającej dziewczyny, która o dobrodziejstwie pigułek słyszała i czytała już wielokrotnie. Pierwszy sygnał, jaki możemy otrzymać, brzmi: twoje ciało jest zagrożeniem, twoja płodność jest niebezpieczna, naturę trzeba poprawić, coś jest „nie tak”. Być może zbyt mało z nas usłyszało piękną nowinę o tym, że nasz młody organizm przygotowuje się do macierzyństwa i kiedyś, dzięki właśnie tym przemianom, będziemy mogły nosić pod sercem nowe życie. Nie zawsze było nam również dane obserwowanie mamy, która jest dumna ze swojej kobiecości i macierzyństwa.

Trudno mi czasem zrozumieć, dlaczego odczuwamy tak naprawdę nie istotę naszego cyklu, a coś zupełnie pobocznego, choć dla nas najtrudniejszego, czyli krwawienie. Nowe życie poczyna się w naszym ciele zupełnie bez naszej „wiedzy”, bez świadomości „to teraz”, gdzieś w ukryciu, poza naszym wzrokiem. Moment uwolnienia komórki jajowej, a więc te kilka godzin, na które ukierunkowane są wszystkie zmiany hormonalne w cyklu, są dla nas całkowicie niewidzialne i nieodczuwalne (pomijając oczywiście mogący towarzyszyć temu wydarzeniu ból owulacyjny, który i tak nie wskazuje dokładnie na „tę chwilę”). Jest, a jakby go nie było. W naszej społecznej mentalności nie istnieje więc owulacja, jest tylko krwawienie – powiązane z dyskomfortem, osłabieniem organizmu, a także z bólem. Słyszę wielokrotnie: „opóźnia się miesiączka”, a przecież ona nigdy się nie opóźnia, zawsze pojawia się w odpowiednim momencie, to tylko owulacja może być opóźniona względem innych cykli. Jak pokochać taką przedziwną kobiecość?

Moje dojrzewanie przyszło za wcześnie. Szybciej dojrzało moje ciało, niż serce. Nie byłam zintegrowana i gotowa, byłam przede wszystkim zawstydzona. Zaakceptowanie mojej kobiecości było procesem wieloletnim i trudnym, a dziś zdaję sobie sprawę z tego, że było to i z tym dojrzewaniem powiązane. Dzięki trudnościom, jakie przeszłam, potrafię zrozumieć, że pokochanie swojej kobiecości, zwłaszcza gdy całe otoczenie – medialne, koleżeńskie czy rodzinne – daje nam przeciwny przekaz, może jawić się jako zadanie ponad nasze siły. Nie wystarczy usłyszeć: twoje ciało jest piękne i idealne. Trzeba tego doświadczyć. Doświadczyć tego, że moje ciało nie jest zepsute, nie jest uszkodzone ani w jakikolwiek sposób gorsze od męskiego.

Cykl miesiączkowy może być utrapieniem, niezrozumiałą grą hormonów, której cel zupełnie jest przed nami zasłonięty. Czy jednak moja płodność jest chorobą? Największym być może paradoksem jest nazywanie pigułek antykoncepcyjnych „lekiem”. Zmyłka ta nie jest nawet wyczuwalna gołym okiem, bo oto dostajemy właśnie tabletki, które przypominają przecież i inne lecznicze specyfiki. Jednak wielokrotnie mówi się kobietom, że to jest panaceum na wiele problemów – zaczynając od problemów z cerą, małych piersi, poprzez nieregularne cykle aż do bolesnych menstruacji. A przede wszystkim jest to – jak się twierdzi – złoty środek na naszą płodność. Bierzesz i już więcej nie musisz się martwić. (Tymczasem okazuje się, że wiele z tych „uwolnionych kobiet” żyje pod presją tabletki, ciągle bojąc się, czy nie zapomną wziąć, czy wystarczy im do następnej wizyty lekarskiej, na której dostaną kolejną receptę, itd.) Celem tych tabletek jest wyłączenie zdrowej funkcji naszego organizmu, odcięcie bardzo ważnego układu hormonalnego, który powoduje nie tylko cykliczne przemiany w naszym ciele i psychice, ale też jest czymś w nas najbardziej kobiecym. Taka cud-tabletka na naszą kobiecość zaraz przy haśle: Pokochaj siebie! Jesteś tego warta! itd., czyli istny misz-masz naszych czasów.

Sama też byłam „leczona” antykoncepcją. Miałam 17 lat, a moje cykle przez długi czas były nieregularne (albo wcale ich nie było). Przez kilka miesięcy tabletki dawały mi, mającej wtedy jeszcze nikłą wiedzę na temat własnego cyklu, poczucie, że oto mój organizm działa bez zastrzeżeń. Po zużyciu kilku opakowań zapytałam lekarza o to, kiedy mogę odstawić przepisane specyfiki, a zatem jak długo ta „kuracja” powinna trwać, by była skuteczna. Tego, co wtedy usłyszałam, nie zapomniałam do dziś: „nie musisz odstawiać tych leków, narzeczony na pewno bardzo się ucieszy”. Ale jaki narzeczony? Nie byłam wtedy w związku, zresztą lekarz założył, że na pewno będę potrzebowała nie własnej płodności i zdrowia, ale „zabezpieczenia” przed nimi. A może ten, który będzie moim narzeczonym, jednak wcale się nie ucieszy, że zamiast dbać o swoją płodność, niszczę ją jeszcze bardziej? Grzecznie podziękowałam, wyszłam. Do dziś nie wiem, co mnie wtedy tknęło, bo nadal nie rozumiałam, jak działa mój cykl i co jest ze mną nie tak, ale miałam głębokie przekonanie – zgodnie z odpowiedzią lekarza, który de facto na moje pytanie udzielił jasnej odpowiedzi – że branie tych tabletek niczego nie zmieni, a więc odstawiłam je z ulgą. Cykl oczywiście nie wrócił. Do czasu. Do tego momentu, w którym pozwoliłam mojemu ciału na bycie kobiecym, kiedy pozwoliłam sobie mieć kształty i kilka kilogramów więcej. Może, gdyby ginekolog połączył fakt niedowagi i zanik jajeczkowania, dotarłby do przyczyny tych problemów i leczenie  miałoby jakiś sens.

Dwa lata później moje serce przestało terroryzować ciało, zostałam pokochana jako kobieta i zaczęłam odkrywać, że w moim ciele zapisane jest moje powołanie. Odkryłam, że moje ciało nie jest zepsute, nie wymaga żadnych tabletek, które je blokują, ale domaga się troski i poznania. Przyjęcia jako daru. W tej drodze oprócz miłości i akceptacji pomogły mi bardzo naturalne metody rozpoznawania płodności, a więc przyjrzenie się przemianom w cyklu, zachwycenie się logiką, z jaką działa mój organizm i celem, jaki temu przyświeca.

To, co w nas zdrowe i najbardziej kobiece, czołowe feministki ze szklanego ekranu z wielką lekkością chcą zanegować. Jak pisze Magdalena Środa (feministka, bynajmniej nie ta „nowa”, nie „nasza”): Mało jest rzeczy zapewniających w równym stopniu kobiecą wolność i autonomię jak antykoncepcja. Skuteczna, bezpieczna, dająca poczucie panowania i nad płodnością, i nad życiem. Nie wyobrażam sobie, jak funkcjonowały kobiety w czasach, gdy nie istniała. Wielokrotnie te właśnie mainstreamowe feministki wypowiadają się negatywnie o nauczaniu Kościoła w kwestii rodzicielstwa i planowania rodziny, ukazując je jako patriarchalne i wymierzone wprost przeciwko kobiecie. Z tych wypowiedzi przebija ich nieznajomość nauczania, o którym chcą mówić, brak wiedzy na temat naturalnych metod rozpoznawania płodności, głęboka ignorancja i niewysłuchanie głosu wielu kobiet. A ich opinie chłoną odbiorcy i powtarzają. Dlatego tak trudno im potem uwierzyć naszym słowom i świadectwom: nauczanie Kościoła w sprawie planowani rodziny i płodności jest nie tylko dostosowane do naszych czasów, nie tylko uwzględnia godność każdego i każdej z nas, ale pozwala na odkrywanie bogactwa naszej natury, odkrycie naszego powołania! Jak mogę więc nie być nową feministką, skoro nowy feminizm to perspektywa wprost odwrotna od powyższej To spojrzenie przypomina mi, że moje ciało jest ukształtowane i obmyślone idealnie, zgodnie ze swoim powołaniem, moje ciało mówi, a zrozumienie jego „mowy” przynosi najpiękniejsze owoce - szczerego dialogu i komunikacji w me mnie samej.

Nie chcę panować nad moją płodnością, chcę tę płodność zrozumieć, pokochać, przyjąć jako zadanie, zachwycić się nią jak kolejną tajemnicą. Chcę, by moją kobiecą naturę przyjmował mój Ukochany, by walczył ze mną, jeśli będzie to dla mnie trudne. Moje ciało jest idealnie zaprojektowane, by mnie kształtować i wychowywać, by dawać nowe życie i je chronić, by być darem dla innych. Moje kobiece ciało nie tylko jest wystarczające, ale jest zachwycające!

Dziękuję Ci Boże, że stworzyłeś kobietę tak cudownie! 

Ja byłam Adamem

- z dedykacją dla mojego Męża, który pomógł mi odkryć tajemnicę kobiecego serca

Ja byłam Adamem, ty byłeś Ewą

Nie, nigdy nie zamieniliśmy się rolami, nigdy nie wątpiłam w swoją kobiecą tożsamość, choć jej pełne odkrycie i przyjęcie wymagało Spotkania – z sobą samą, a przede wszystkim z Drugim. Z tym, który pokocha bezwarunkowo moją odmienność, moje uciekające spod kanonów piękno i wzmocni we mnie poczucie tej świętej, nieprzypadkowej odmienności.

Znalazłam swoje zapiski sprzed kilku lat, z tego pięknego okresu jeszcze przed-narzeczeńskiego, z etapu zwanego późnym zakochaniem, zauroczeniem, decyzją o miłości, a nawet miłością samą, którą przeżywałam bardzo mocno, którą próbowałam analizować, choć czasem brakowało słów konkretnych, a żadne metafory nie wydawały się dostatecznie trafne.

Myślałam o sobie: ja. Prawdopodobnie tak właśnie rozumiałam siebie od drugiego, może trzeciego roku życia, kiedy świadomość własnej, odrębnej osoby stawała się coraz wyższa: nie byłam dzieckiem, które mówiło o sobie w trzeciej osobie, które motywowano w sposób „ona zrobi, ona pójdzie”, a patrząc w lustro nie widziałam drugiego zaciekawionego człowieka, ale siebie, jakkolwiek nie byłoby to przedziwne. Zyskałam świadomość, że mam świadomość, idąc krok naprzód od małp naczelnych. Stałam się jednostką, Leibnizowską monadą, niepowtarzalnym zbiorem Demokrytowych atomów i  przedziwną machiną podobną do innych, a całkiem inną. I to była już prawie harmonia. Ta jedność duszy i ciała Adama przed zjawieniem się Ewy. (…) Dla mnie przyszedłeś jako Ewa. Ja byłam, Ciebie nie było. Ja widziałam, jaki jest świat, ale nie wiedziałam, jaki jest z Tobą. Z dodatkiem Ciebie. Ja znałam moje drzewa. (Zapiski z 2008 r.)

Dlaczego więc byłam Adamem? (Wiem, brzmi to trochę dziwnie.) Oczywiście, nie z powodu męskości, ale ze względu na jego samotność i nieokreśloność przed zjawieniem się niewiasty, drugiego człowieka. Odkrywałam swoją osobową tożsamość, moją godność, ogrom Bożej miłości względem mnie jako dziecka. Czułam już, że jestem kochana i chcę kochać, i chcę rozwijać siebie, i siebie samą poznać lepiej. Nie w teorii. Zwracają uwagę niektórzy, że w Księdze Rodzaju przed pojawieniem się drugiego człowieka mamy wciąż do czynienia po prostu z „człowiekiem”, a dopiero po stworzeniu ich dwojga zostali oni określeni jako kobieta [isza] i mężczyzna [isz]. Ale skąd on, ten pierwszy, mógłby wiedzieć o swojej męskości, nie wiedząc, czym jest kobiecość, nie mając żadnego punktu odniesienia (nawet jeżeli w istocie tym mężczyzną był od początku)? Nie wnikam w to najgłębiej, bo przecież mamy do czynienia z pewnym obrazem, a nie opisem historycznym, ale uderza mnie spójność Adamowej historii – on wie, kim był przed zaśnięciem, on widzi zmianę - widzi Ewę, kość z jego kości i ciało z jego ciała, on pamięta swoje poszukiwania i smutek, poznaje siebie samego odtąd lepiej, uzupełniając to, co już odkrył wcześniej w swej samotności, uzupełniając o ten aspekt relacji i płciowości. Dlatego jestem głęboko przekonana o tym, że przed jej zjawieniem się on nie miał pojęcia, że jest mężczyzną. Wiedział tylko, że jest człowiekiem, a ta niepełność własnego poznania musiała mu ciążyć.

Czułam się chyba tak jak Adam. Odkryłam, że jestem jednością ciała i ducha, że jestem kimś, a nie czymś, że jestem inna od całego stworzenia, ale jeszcze nie do końca wiedziałam kim jestem, jakie jest moje powołanie i do czego zostałam stworzona. Byłam dla siebie jako pierwsza, ale zagubiona w sobie, stęskniona aż ktoś pomoże mi wyjść z tego przedziwnego labiryntu. Czekałam, nawet nie przeczuwając, że jedno spotkanie, że jedna osoba może tak bardzo mnie zmienić i tak mocno pomóc mi siebie zdefiniować, określić i zaakceptować siebie jako kobietę. Nie wiedziałam wtedy jeszcze jak bardzo człowiek nie jest samotną wyspą.

Więc pomimo że to ja jestem urzekająca, to ja pragnę spojrzenia adorującego, z zachwytem przyjęłam tego drugiego jak Adam Ewę. Okrzykiem radości. Jak kogoś, na kogo długo czekałam, nawet o tym nie wiedząc. Jak kogoś, kto przyszedł, by mi odsłonić najważniejszą prawdę o życiu i o miłości, o męskości i o kobiecości. Przyszedł i zmienił wszystko, i pomógł odkryć, jaka jest Droga i jaka jest prawda o moim kobiecym sercu. Dzięki niemu zrozumiałam, jak wielka jest święta różnica między nami, jak cudowne jest dzieło Pana, jak wspaniale obmyślił On miłość dwojga oraz ich osobiste i wspólne powołanie. Odkryłam, że jesteśmy tacy sami, ale inni. Równi, ale różni. Komplementarni.

I że ja też byłam Ewą. Dla niego.

Błogosławione „pomiędzy”

Nie jestem już nigdy sama, „zatracam” w całkowitej wolności swoją autonomiczność i niepodzielność, ale wciąż dla wielu osób stwierdzenie „jestem mamą”, brzmi co najmniej dziwnie. Może nawet dla mnie samej jest to jeszcze określenie trudne, górnolotne, oswajam się z nim, ciągle nie dowierzam – jakby bicie małego, innego serca, choć ukryte, było niewystarczającym dowodem. A tak naprawdę jakby samo pozwolenie dziecku dorastać we mnie było zbyt małą zasługą, niegodną jeszcze szczytnego miana macierzyństwa.  

Stan błogosławiony to przedziwny czas bycia „pomiędzy”, czas oczekiwania, ale też czas rozdarcia, przejścia przez most, który łączy dwie odmienne tożsamości: mnie-samej i mnie-matki. Kim teraz jestem? Bo kim byłam i kim mam się stać, to czuję, ale kim jestem w tej drodze, na tym moście?

W kulturze ludowej stan „pomiędzy” był uważany za bardzo tajemniczy, wręcz złowrogi. To, co nie było dookreślone, bez konkretnej tożsamości, było nawet uważane za niebezpieczne, mroczne, niestabilne, a więc zagrażające porządkowi świata. Taki status miała np. panna młoda, która nie była już panną, ale dopiero stawała się mężatką. Była jakby zawieszona między dwoma światami, a do żadnego nie pasowała bez zastrzeżeń – już i jeszcze. Stan błogosławiony ma w sobie coś ze stanu narzeczeństwa: dorastanie do innej roli, dojrzewanie do nowej sytuacji i trwanie w pewnym zawieszeniu, w niedookreśleniu, w poszukiwaniu samej siebie. Niby wiesz, co się ma wydarzyć, wiesz, z czym wiąże się to, co ma nadejść, a jednak masz poczucie, że jest pewien czas teraz, którego nie można zasłaniać tym nadchodzącym kiedyś, nawet wkrótce, ani tym, co już było. I choć stokrotnie już zadawałaś sobie pytanie o to, „kim jesteś”, pojawia się nowa potrzeba odpowiedzi. 

Stan tego przechodzenia przypomina mi także czasy nastoletnie, gdy słyszałam, że nie jestem już dzieckiem. Wiedziałam przecież o tym, czułam to. Nie byłam już dziewczynką - to zdrobnienie nie pasowało tak dobrze jak jeszcze kilka lat wcześniej. Jednak nie byłam też dorosłą kobietą, a nazwanie tak samej siebie w tamtych czasach spotkałoby się z ironicznym uśmiechem – innych osób, ale też moim. Pamiętam dobrze, że jako dziecko zastanawiałam się, o czym są grube książki pozbawione obrazków, które czytała moja mama. Czułam wobec nich swoisty respekt. Nie przed ich długością czy nieinteresującą okładką, ale przed treścią, której, jak mocno wierzyłam, nie byłabym w stanie wtedy zrozumieć. Wiedziałam, że mój młody umysł nie wyłapałby wszystkich niuansów fabuły i zawiłych wątków. Pogubiłabym się jak w labiryncie, z którego wyjść mogą tylko wtajemniczeni. I poczułam się bardzo dziwnie, gdy przypomniawszy sobie o tym kilka lat później zrozumiałam, że już nic tak trudnego przede mną nie ma, że jestem w stanie zrozumieć najbardziej zagmatwane losy zapisane nie tylko w powieściach, ale też w życiu. Kiedy jednak stałam się dorosła? Nie pamiętam. Nie wiem. Nie były dla mnie wielką zmianą 18. urodziny, ani te 20. czy kolejne... Nie poczułam też, że ten moment to wyjazd na studia do innego miasta, rozłąka z rodzicami czy nawet zamążpójście. Kiedy więc zaczynam myśleć o sobie jako o osobie dorosłej – sama nie wiem. To też jest długi most do przejścia - dojrzewania, ukobiecania się, wyrastania z ulubionych sukienek i odkładania na półkę ulubionych lalek z nadzieją, że inna mała dziewczynka kiedyś po nie sięgnie. A ja razem z nią.

W ciąży podobno naturalnym odczuciem jest zacieranie się granic między mną a dzieckiem. Nie jest to zresztą bardzo dziwne, przecież nie jestem w stanie nigdzie wyjść bez tej milczącej, ale dającej o sobie znać, Obecności. Nie możemy siłą woli oddzielić się fizycznie nawet na chwilę od siebie. Dwie zupełnie różne osoby, dwa niezależne istnienia, a jednak nierozdzielne. Jesteśmy na tę bliskość „skazani” przez kilka miesięcy nawet w tych sytuacjach, w których chciałoby się zostać zupełnie samemu tak, by nikt podsłuchiwał, by nikt nie zagłuszał rytmu własnego serca. Stanowimy przez pewien czas najbardziej zgrany team na świecie, zgodny, niekłótliwy. I to bycie razem zmienia mnie, kształtuje nie tylko moje macierzyństwo, ale całą moją tożsamość.

Matka przychodzi na świat razem z dzieckiem, ale przecież dziecko nie pojawia się gotowe w jednej chwili, nie zaczyna istnieć w momencie narodzin, nawet jeśli jego życie uparcie liczymy od porodu, wpisujemy w metryki i świętujemy co roku. W chwili poczęcia, choć jest Ono już określone i całe, nie jest jeszcze gotowe do samodzielnego życia w naszym świecie, a więc czeka. Czeka na odpowiedni moment, też jest gdzieś pomiędzy, dojrzewa, przygotowuje się. I może tylko to nas różni, że Ono nie wie o swoich przygotowaniach. Jakże wielki jest Dawca Życia, który to wszystko obmyślił.

Kobiecość, czyli delikatność?

Kiedy pracujemy w grupach, poszukując cech kobiecych, zawsze pojawia się i ona, jakby nieodłączna od nas - delikatność. Prowokacyjnie pytam wtedy: „czy mężczyźni nie są delikatni?”. Okazuje się, że są, ale jakoś inaczej, ich delikatność ma inny odcień i czują to niemal wszyscy. W jakiś przedziwny sposób ta delikatność bardziej wpasowuje się w płeć piękną. Wystarczy spojrzeć na nasze ciało, czyż nie jest delikatniejsze, czyż nasza skóra nie jest cieńsza, nasza sylwetka drobniejsza, nasz głos nieco cieplejszy? A skoro tak, to o ileż bardziej delikatne musi być wnętrze, nasze kobiece serce? Czy jednak delikatność zaprzecza sile? (Bardzo często w opisie kobiecości pojawia się także siła, a jakże!)

Czym jest zatem delikatność? Słownik Języka Polskiego (www.sjp.pwn.pl) nie jest zwięzły w jej definiowaniu, podając kilka sposobów rozumienia delikatności. Kilka z nich jest pomocnych. Więc po (1) delikatny to «odznaczający się kruchością budowy i subtelnością kształtów», co zdaje się być spełnione dla kobiecości w aspekcie fizycznym (choć przecież nie przekreśla to ogromnych możliwości kobiecego ciała, które potrafi tak wiele znieść).  Po (2) delikatny to «odznaczający się wrażliwością i subtelnością w sposobie bycia; też: świadczący o takich cechach», a zatem łączy się delikatność z wrażliwością, z naszym usposobieniem, z naszą zdolnością do reagowania na pewne okoliczności i bodźce. Po (3) delikatny to «wymagający taktu i ostrożności», tak jak „delikatny temat”, ale czyż nasza kobiecość nie domaga się właśnie taktu? Umiejętnego obchodzenia się z nią?

Jednak do rozważania delikatności natchnęła mnie nie sama delikatność, ale właściwie coś, co może wydawać się jej zaprzeczeniem. Wojna. Powstanie Warszawskie, Cud nad Wisłą. Sierpień, oprócz tego, że jest bardzo maryjny, pielgrzymkowy, jest też patriotyczny, waleczny, historyczny. Piękny przy tym. Ale gdzie jest delikatność w obliczu wojny i rozlewu krwi? Gdzie były kobiety w czasie wojny?

Już ponad rok temu dostałam od przyjaciółki książkę „Dziewczyny wojenne” Łukasza Modelskiego (wyd. Znak 2011). Magda wiedziała, jak bliski jest mi ten temat, jak pochłonęły mnie lektury na temat Holocaustu, realiów drugiej wojny światowej, a szczególnie los kobiet w tamtych czasach. Stąd ten prezent. I to z jaką dedykacją (tak, my uwielbiamy wciąż wpisywać i otrzymywać dedykacje na książkach): By te portrety Kasiu, były dla Ciebie inspiracją i odpowiedzią na to, czego poszukujesz i co pragniesz zobaczyć w KOBIETACH i w samej sobie... (O znalezionej odpowiedzi wspomnę na końcu.) Niedawno wróciłam do lektury, tak sierpniowo, to będzie dobry czas – pomyślałam. A że każdy rozdział jest zamkniętą opowieścią, o powrót nie było trudno. W „Dziewczynach wojennych” poznajemy historie 11 kobiet (a właściwie większej liczby niewiast pojawiających się w biografii każdej z głównych bohaterek i wielu mężczyzn) z czasów II wojny światowej; głównie bardzo młodych kobiet, które wbrew logice ryzykowały własne życie, by ratować innych ludzi (np. ukrywając Żydów czy też służąc jako sanitariuszki, łączniczki), które odważnie decydowały się wejść do grona partyzantów w czasie Powstania Warszawskiego czy służyły w lotnictwie. Biografie, jakich nie powstydziłby się niejeden mężczyzna, chcąc świadczyć o swojej odwadze i męstwie!

O niezwykłej kobiecej sile i odwadze zazwyczaj myślałam w kontekście macierzyństwa. Nie brak przykładów wielkiego heroizmu budzącego się w matce właśnie ze względu na dziecko. A może nawet i szerzej, ze względu na tych, których kochamy. Jednak w większości relacji z tej książki mamy do czynienia z młodymi dziewczynami, gdzieś na rozstaju jeszcze dróg, poszukujących swojej drogi zawodowej i rodzinnej, a zdolnych już ryzykować własne życie dla słusznej sprawy, dla walczenia o wolną Polskę, za swoich najbliższych. Dziewczyny, które uczyły się, jak władać bronią, które musiały radzić sobie w warunkach skrajnego głodu i niewygody, przechodząc do porządku dziennego np. nad brudem, głodem, brakiem czystej bielizny czy wszawicą. Dzielne, kobiece serca, wrażliwe na wszelkie krzywdy wobec innych, ale nie poddające się konwenansom, że dziewczynom czegoś nie wypada.

Każda historia jest niezwykła, wypowiadana przez usta bohaterek z perspektywy wielu lat, a wspomnienia wydają się tak żywe, jakby wiek narratorek zatrzymał się w miejscu. Lekcja kobiecości, lekcja historii. Nie wiedziałam, że prof. filozofii Barbara Skarga, której nazwisko było mi przecież dobrze znane, była łączniczką AK, pilotującą wiele ważnych akcji i przez 10 lat była w obozie pracy. Nie wiedziałam też (cóż za ignorancja znowu!), że córka Józefa Piłsudskiego była pilotem. Jadwiga Piłsudska jeszcze przed wojną uzyskała licencję szybowcową kategorii D, w 1939 r. zamierzała rozpocząć studia na politechnice. Gdy wybuchła wojna, chcąc wykorzystać swoje umiejętności, czekała na możliwość aktywnego włączenia się w służbę lotniczą Anglii. W 1942 r., dzięki obniżeniu wymagań co do ilości odbytych godzin w powietrzu, udało się jej dostać do ATA (Air Transport Auxiliary, pomocniczej służy Roayl Air Force), o którym pisze Łukasz Modelski:

Do służby w ATA przyjmowani są piloci niemogący ze względu na wiek czy stan zdrowia służyć w RAF-ie. Do ATA trafiają również kobiety, którym przepisy nie pozwalają brać udziału w lotach bojowych (…) Służba ta ma jeszcze jedną cechę – wysoką śmiertelność. Piloci ATA muszą prowadzić sto kilkadziesiąt typów maszyn – od szkolnych samolotów z otwartą kabiną do czterosilnikowych bombowców. Bardzo często są one w tak złym stanie, że otrzymują pozwolenie tylko na jeden przelot – do warsztatu. Latają bez radia, nie wolno zajmować częstotliwości. Co czwarty pilot tej służby zginie podczas wykonywania zadania.  

Nie twierdzę, że delikatność zaprzecza aktywności podczas wojny. Być może te kobiety właśnie dzięki swojej delikatności i kobiecości dokonywały tak wielkich czynów (choć same często się zarzekają, że nic wielkiego nie robiły, nosiły jedynie przesyłki...) Niewątpliwie ich oddanie stawiało je niejednokrotnie pod ścianą, w obliczu śmierci i trudnych wyborów.

Nie bili, tylko wrzeszczeli. Twardo trzymam się swojej wersji. Oni na to, że w takim razie mnie rozstrzelają. Wyprowadzono mnie za chałupę, trzech bojów. I dają trzy minuty do zastanowienia się. I ja sobie myślę: „Tyle znam adresów, kiedy mnie będą torturować, zasypię. Jak mnie mają rozstrzelać, to chwała Bogu, nie będą torturować, szybka śmierć”. Był taki ładny księżyc akurat. Pomyślałam tylko: „Jednak na tym świecie ładnie jest.” Zdążyłam tak sobie pomyśleć i dostałam cios w szczękę. (Irka Baranowska)  

Co chciałabym zobaczyć w kobietach? Co wiem dzięki tej lekturze? Pragnę zobaczyć w kobietach prawdę o kobiecości, o tym, że jest ona wielowymiarowa, zdolna do poświęceń, do aktów niesamowitej odwagi, a jednocześnie nawet na wojnie, nawet w warunkach ekstremalnych, jej delikatność nie zanika. Zachwyt nad drugim człowiekiem, serce spragnione miłości (wątki miłosne także w tych opowieściach znajdziecie!), pełne oddanie, umiejętność dostosowania się do warunków danej sytuacji, niesamowita jasność myśli i uczuć, wyczulenie na piękno i wiara. Ta niesamowita wiara, że można zachować godność i swoją wartość zawsze i na zawsze. Bo ona nie pochodzi od ludzi.

Subskrybuj to źródło RSS