Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie (Łk 10, 39)

Katarzyna Marcinkowska

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

URL strony:

Upragniona jako niewiasta

Pod moim sercem ukrywa się inne, maleńkie serce. Serce, które w 21. dniu życia Maleństwa rozpoczęło wybijać swój niepowtarzalny rytm. I będzie tak bić aż do ostatnich chwil tu na ziemi. A pewnie i dłużej. (Czy w Niebie też będziemy mieć serce?) Powoli dorastam do roli matki. Nie tylko rośnie serce Dziecka, rośnie też moje serce. Albo po prostu zmienia nieco kształt. 

Imię dla córki wybrałam już w liceum, czyli wtedy, kiedy nie miałam narzeczonego ani nie wiedziałam jeszcze, do jakiej miłości i jakiej wspólnoty zostałam stworzona (bo z jakiej, to już wiedziałam). Kiedy poznałam mojego męża i gdy Droga zaczęła prowadzić nas ku sakramentalnemu TAK, upewniłam się, czy zaakceptuje to żeńskie imię. Nie pamiętam już, czy zapytałam tak wprost, czy tak często o tym mówiłam, że on po prostu na to przystał. Nasza córka, jeśli kiedykolwiek będzie nam dane być rodzicami dziewczynki, będzie mieć na imię Agata - zdecydowaliśmy. A może nawet Agata Katarzyna. Bo co dwie patronki, to nie jedna. Na Agatę musimy jednak jeszcze poczekać… Jest z nami maleńki, ale już dający o sobie znać chłopiec o dumnej wadze 400 g. Ireneusz. Zatem pod moim kobiecym sercem bije maleńkie, męskie serce. I gdyby nie dorosły mężczyzna obok mnie, czułabym się bardzo zagubiona. Jak pielęgnować takie męskie serce? (Już nie mówiąc o tym, jak zrezygnować z kolorowych sukienek, wstążek do włosów i marzeń o domku dla lalek, z których jeszcze nie wyrosłam.)

Nie wybieramy naszej płci. Tym bardziej nie wybieramy płci naszych dzieci. Nie wybieramy też dla nich dnia narodzin czy miesiąca, a nawet roku (jakże często słyszę, że grudzień to najgorszy miesiąc, tak jakby listopad różnił się od niego bardzo). A jednak zdarza się bardzo często, że mamy pewne marzenia z tym związane. Tak jak rozumiem kobiece pragnienie wychowania córki (choć znam wiele kobiet, które zastrzegają się, że gdyby miały mieć jedno dziecko, to wybrałyby chłopca), tak też rozumiem ojcowskie pragnienie wychowania syna. Sprzeciwiam się jednak punktom honoru – że syn powinien być pierwszy, albo że po dziewczynce najlepiej, by urodził się chłopiec. Nie zgadzam się na gratulacje typu: „tym bardziej gratuluję, że syn”, a zdarza się i takie słyszeć. Może jednak bez dobrej aparatury było nam lepiej? Obecnie w wielu miejscach na świecie dokonuje się aborcji, gdy zostanie potwierdzona żeńska płeć. I choć jest to nielegalne, wciąż ma to miejsce, na co wskazuje nienaturalnie duża przewaga liczebna chłopców nad dziewczynkami w Chinach (117/100) czy w Indiach (111/100), gdy za normę uznaje się stan 105/100. Kobiecość niechciana i zagrożona już od poczęcia. Czy mamy szczęście? Czy musi dojść do aborcji, by być dziewczynką niechcianą?

Uwielbiam historię, którą opowiadała mi mama już wiele razy. Lubię, gdy ją powtarza, chyba nigdy mi się nie znudzi. Jestem drugim dzieckiem - drugą córką moich rodziców. Urodziłyśmy się z moją siostrą w czasach, gdy USG nie było czymś powszechnie dostępnym. Nasi rodzice nie wiedzieli więc, czy będziemy chłopcami czy dziewczynkami. Podobno narodziny pierwszej córki były dla mojego taty lekkim rozczarowaniem, jako mężczyzna pragnął syna i to pierworodnego. Jednak to było chwilowe zawiedzenie. Szybko pokochał swoją pierworodną. Zaś podobno – co wiem tylko z relacji mojej mamy, gdyż tata nigdy nie wypowiadał się na ten temat, tylko delikatnie przytakiwał relacji swojej żony – narodzinami drugiej dziewczynki nie był już zawiedziony, bo wiedział wtedy, jak bardzo można kochać córkę. (Do dziś mój tata już jako Dziadek ma ogromny sentyment do swoich wnuczek, obecnie dwóch.) Nie wiem, czy kiedykolwiek tata takie słowa wypowiedział, właściwie śmiem w to wątpić, ale jednocześnie wierzę mamie, że z jego postawy i emocji potrafiła to wyczytać. Uwielbiam tę opowieść, bo dzięki niej wiem, jak bardzo byłam kochana i upragniona oraz jak wspaniale zostałam przyjęta z tym, że byłam kobietą, taką trochę nie do pary.

Czy Twoja kobiecość była upragniona i przyjęta przez rodziców? Może rodzice skakali z radości, kiedy dowiedzieli się, że jesteś małą kobietą? Może byłaś spełnieniem ich marzeń? A może byłaś którąś z kolei dziewczynką w domu, w którym oczekiwano syna, a może byłaś pierworodną, kiedy liczono na pierworodnego. Nawet jeżeli Twoi ziemscy rodzice pragnęli syna, nawet jeśli Twoja płeć była dla nich rozczarowaniem, to mamy pewność, że w Oczach Boga wszystko stało się dokładnie tak, jak stać się miało. On ukochał Cię przed Twoim poczęciem, Miłością odwieczną, jako Kobietę, nie tylko i nie tak po prostu jako człowieka. On chciał Ciebie jako Córki. Czy nie jest to wspaniała Dobra Nowina? Czy nie jest to najwspanialszy Ojciec?

Edyta Stein

Innych można prowadzić tylko tą drogą, którą się samemu idzie. (Edyta Stein)

Edyta Stein (1891-1942), a właściwie Teresa Benedykta od Krzyża – kobieta, feministka, filozof, wychowawczyni, nawrócona katoliczka, karmelitanka, święta Kościoła katolickiego, patronka Europy… Żadne z tych określeń nie opisują jej w pełni, każde pokazuje tylko część jej osobowości, jakiś aspekt jej człowieczeństwa. Zatrzymanie się na którymś z nich może zubażać, może pokazywać tylko część prawdy. Choć nie wiem, czy jest inne wyjście, czy można Edytę Stein opisać w pełni?

Co nie leżało w moich planach, leżało w planach Bożych. Jakże jest żywa we mnie pewność płynąca z wiary, że gdy się patrzy przez pryzmat Boży, nie widzi się przypadków. Całe moje życie, aż do najdrobniejszych szczegółów, zostało nakreślone przez Boską Opatrzność i w obliczu Boga ma doskonały sens i powiązanie. I raduje się na światło chwały, w którym będzie mi kiedyś odsłonięta tajemnica tego doskonałego sensu i związku. (Edyta Stein)

Pisanie o Edycie Stein jest dla mnie trudne, bo przez ostatnie lata była dla mnie przede wszystkim nie teologiem, nie katoliczką, ale filozofem i to wybitnym, odważnym, trochę zapomnianym – poszukującym prawdy, zgłębiającym tajemnicę człowieka (jego cielesności, duchowości a przede wszystkim tego niezwykłego połączenia), piszącym i filozofującym w nieco trudny, fenomenologiczny sposób. To właśnie jej praca doktorska O zagadnieniu wczucia, napisana w czasie, kiedy Edyta była osobą niewierzącą, ale poszukującą, stała się tematem mojej pracy magisterskiej. Boleję nad tym, że wielokrotnie próbuje się czytać jej wczesne prace w kluczu „wiary”, dopatrując się w nich np. zapowiedzi jej nawrócenia. Nie trzeba tego robić. Wystarczy te teksty czytać tak, jak są napisane, tak, jak miały być odebrane, by zrozumieć, że nie ma w nich nic, czego mógłby się chrześcijański filozof wstydzić. Jest tam rzeczywiście jedynie ścisłe podążanie za prawdą i poszukiwanie jasności.

Moja tęsknota za prawdą była mą jedyną modlitwą. (Edyta Stein)

Nie znaczy to jednak, że przekreślam zupełnie często podkreślane poszukiwanie przez nią prawdy z ostatecznym jej efektem, a więc nawróceniem i chrztem w Kościele katolickim. A także z jej późniejszą odwagą i świadomością ofiary za naród żydowski. Od ksiąg i nauki do Boga, od filozofii do teologii, od teorii do praktyki - jakże wspaniałe i nieodgadnione są ścieżki Boga!

Prawda, żywa, działająca, podobnie jak ziarno wpada ona w duszę, zapuszcza w nią korzenie i wzrasta. (Edyta Stein)

Oprócz wspaniałej filozofii i życia, Edyta Stein jest dla mnie, zwłaszcza w tym miejscu, jakim jest Serce Kobiety, szczególnie ważna ze względu na jej zainteresowanie kobiecością. Była jedną z pierwszych kobiet, które mogły studiować, żyła w czasach, w których kobiety stawały się pełnoprawnymi obywatelkami, pracownicami i studentkami, choć przecież nie było wtedy idealnie, a na pewno było znacznie trudniej być kobietą w sferze publicznej niż dziś. Była więc przykładem kobiety nie tylko mądrej i pięknej, ale także aktywnej, działającej, poszukującej, walecznej (choć przy tym też delikatnej). Była świadoma trudności, z jakimi borykają się kobiety jej czasów oraz „wszystkich czasów”, a przy tym nie przestawała wierzyć, że jest w kobiecość wpisana prawda oraz miłość Stwórcy, których odkrycie pozwala nam być szczęśliwymi i spełnionymi.

Żadna kobieta nie jest tylko kobietą. (Edyta Stein)

Jest jedną z pierwszych nowych feministek, choć żyła w latach jeszcze przed tzw. drugą falą feminizmu. To właśnie ona chciała widzieć kobietę jako kobietę – z pięknem jej ciała, powołania, macierzyństwa (duchowego i fizycznego), kobietę równą w godności mężczyźnie. Taką, jaka została stworzona od początku.

Jestem przekonana, że gatunek człowiek przejawia się jako gatunek podwójny: mężczyzna i kobieta, że istota człowieka, w której nie może u żadnego z nich brakować ani jednej cechy, wyraża się w sposób podwójny i że specyficzne odbicie przedstawia całe ukształtowanie bytu. To nie jest tak, że ciało jest inaczej ukształtowane czy że poszczególne funkcje fizjologiczne są odmienne, ale odmienne jest całe życie cielesne, odmienne jest odniesienie duszy do ciała i różny jest w psychice stosunek umysłu do zmysłów, jak również różne są wzajemne relacje poszczególnych władz umysłu. (Edyta Stein)

Jak napisała Immakulata J. Adamska, tłumaczka wielu pism naszej myślicielki: „Edyta Stein chciała nauczyć kobietę sztuki dorastania do samej siebie i wyczulić ją na pełną wolność ukształtowaną według porządku stworzonego przez Boga.”

Dziś, (9.08) we wspomnienie św. Teresy Benedykty od Krzyża, słyszymy słowa Ewangelii św. Mateusza: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.” 

Jeśli się chce dzielić życie Chrystusa, musi się wraz z Nim przejść śmierć krzyżową: wydać się na ukrzyżowanie, w cierpieniu i śmierci, tak jak je Bóg ześle czy dopuści. (Edyta Stein)

***

Edyta Stein – urodziła się w 1891 r. we Wrocławiu, w pobożnej wielodzietnej rodzinie żydowskiej jako najmłodsze dziecko Augusty i Zygfryda. Jako nastolatka przestała się modlić i uznała się za ateistkę. Studiowała germanistykę, psychologię i filozofię, z której w 1916 r. obroniła doktorat (praca „O zagadnieniu wczucia”). W 1922 r. przyjęła chrzest w Kościele katolickim, na którym otrzymała wybrane przez siebie imię Teresa (za św. Teresą od Jezusa, której pisma mocno wpłynęły na nawrócenie Stein). Po nawróceniu nauczała w żeńskich szkołach oraz była zapraszana do wygłaszania wykładów w wielu miastach Europy. W 1933 r. wstąpiła do Karmelu, gdzie przyjęła imiona Teresa Benedykta od Krzyża. W 1938 r. złożyła śluby wieczyste. Ze względu na żydowskie pochodzenie została aresztowana i wywieziona do Auschwitz w 1942 r., gdzie zginęła śmiercią męczeńską, zagazowana 9 sierpnia 1942. Została kanonizowana w 1998 r., a rok później ogłoszono ją patronką Europy. 

Ale każda z nas jest inna!

Śmiejemy się z różnic między płciami. Opowiadamy sobie przykłady, historie z życia wzięte i te całkiem abstrakcyjne, literackie. Jednocześnie niemal zawsze gdy mowa o różnicach, pojawia się głos sprzeciwu: ale to tylko stereotypy i uogólnienia! Takie typy idealne, światy możliwe z idealnymi kobietami i mężczyznami. Takie wytwory kultury, listy życzeń czy oskarżeń. Doświadczenie pracy z grupami mówi mi, że zazwyczaj taki sprzeciw pojawia się... po stronie kobiet.

Podczas ostatnich warsztatów dla narzeczonych grupy pracowały nad opisem cech męskich i kobiecych. Damska grupa, prezentując wyniki swojej pracy, na wstępie zaznaczyła: „To są generalizacje, tak naprawdę każda z nas jest inna”, broniąc się przed metkowaniem i zbyt poważnym, zbyt dosłownym potraktowaniem tego, co zapisały na kartce. Kolejna grupa, tym razem męska kontynuowała wątek osobistego odniesienia do zadania. Przedstawiciel grupy rozpoczął słowami: „U nas, w przeciwieństwie do pań, jest dużo prościej. My faceci jesteśmy do siebie bardzo podobni”. Oczywiście nie zabrakło przy tym uśmiechu czy wręcz mrugnięcia okiem, ale było to wyznanie w swoim rodzaju szczere.

Zgadzam się całkowicie, że każda osoba jest inna i płeć nie określa nas całkowicie, zarówno gdy chodzi o panów, jak i panie. Każda z nas jest inna, każda z nas została obdarzona innymi talentami, inną osobowością, kształtowaną w niepowtarzalnym środowisku rodzinnym, ale każda z nas jest kobietą i to coś znaczy, i to nas łączy. Tworzymy pewien zbiór przez cechy (jakkolwiek to określenie nie wydaje mi się adekwatne) wspólne oraz podobne, kobiece doświadczenia. Dlaczego jednak tak bardzo boimy się zaszufladkowania? Czy za tym sprzeciwem nie stoi potrzeba bycia wyjątkową, niepowtarzalną, jedyną? A nawet więcej: czy nie stoi za tym pragnienie bycia tajemniczą, nieprzeniknioną, niepoznawalną, niedającą uchwycić się w jakichkolwiek ramach? Znów wzbudzę sprzeciw niektórych pań, gdy stwierdzę, że i to jest (czy też może) być pewien rys kobiecy...;-)

Subskrybuj to źródło RSS