Nie lękaj się, Ja jestem z tobą! (Iz 41, 10)

Katarzyna Marcinkowska

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

URL strony:

Ta, której Pan otworzył serce

Pan otworzył jej serce, tak że uważnie słuchała słów Pawła... Dz 16, 14

Lidia (por. Dz 16, 11-15. 40)  może przypominać dzielną niewiastę z Księgi Przysłów (Prz 31, 10-31). Gospodarna pani domu, kobieta biznesu ubrana w purpurę i wyczulona na sprawy duchowe. Wstaje o świcie, dobrze rozdziela obowiązki, prowadzi udane interesy, a przy tym ma serce otwarte na innych ludzi i samego Boga. To właśnie Jego pragnie jej dusza, a On ją odnajduje i woła po imieniu. Lidia najpewniej jest już nawrócona na wiarę w jedynego Boga. Poznaje Pisma, dowiaduje się więcej o Panu i o historii Izraela. Tego dnia, kiedy zmienia się jej życie, trwa spotkanie w kobiecym gronie. Przy rzece, najpewniej w synagodze. Może razem się modlą, może rozmawiają o swojej codzienności, o tym, jak spędziły poranek, o tym, ile jeszcze muszą zrobić w domu, o tym, co znaczy być kobietą. Rytm ich spotkania zakłóca pojawienie się św. Pawła, który zaczyna opowiadać zebranym niewiastom o Jezusie. Lidia słyszy każde słowo bardzo wyraźnie. Dobra Nowina przenika do jej serca, a ona zaczyna rozumieć, jaka jest najgłębsza prawda o Bogu, i już wie, że na to właśnie czekała. Czekała na Jezusa. Choć nie może Go teraz dotknąć i usłyszeć, staje się jej bliski, pragnie relacji z Nim! Pragnie Go poznawać! Ma w sobie tyle otwartości i gotowości, że przyjmuje tę naukę natychmiast. Duch Święty współdziała z nią. Daje jej pewność, pokój i odwagę, by nie zostawić tej Miłości dla siebie. Robi przestrzeń – dla innych i dla Boga – w swoim sercu i swoim otoczeniu. Lidia wraz z bliskimi i służbą przyjmuje chrzest, a następnie otwiera drzwi swojego domu dla innych wierzących. Nie tyle nawet zaprasza, ile wymusza na apostołach wejście w jej progi. Jest konkretna, konsekwentna, pewna siebie, gościnna. Umie zarządzać, umie prowadzić, choć sama wie, że i ona jest prowadzona. Zapewne chce czerpać pełnymi garściami z obecności swoich gosci, aby jeszcze więcej zrozumieć i jeszcze bardziej dać się przemieniać łasce. A kiedy apostołowie już odejdą, drzwi jej domu będą dalej otwarte dla tych, którzy będą chcieli spotkać się we wspólnocie. Być może Lidia nigdy nie zostawia swojej pracy, nie przestaje wyrabiać i sprzedawać purpury. Może z równie wielką siłą przekonywania mówi teraz o Jezusie najbogatszym. Opowiada im o Jego zmartwychwstaniu, a także o swoim nowym życiu. I o tym, że jest cenniejsza niż perły i purpura.

***

 

Fakty o Lidii:

Pochodziła z Tiatyry w Lidii.

Zajmowała się sprzedażą purpury (może właśnie dlatego, że jej miasto pochodzenia słynęła z tej produkcji).

Mieszkała w Filippi.

Była najpewniej poganką nawracającą się na wiarę w jedynego Boga.

Spotkała św. Pawła i jego towarzyszy w szabat podczas kobiecego spotkania modlitewnego.

Przyjęła wiarę chrześcijańską, poruszana głoszeniem św. Pawła. 

Była najpewniej niezamężna i zamożna - sama zarządzała swoim domem.

Została ochrzczona z całym swoim domem - czyli była pierwszą chrześcijanką w Europie!

Gościła u siebie apostołów.

Wspomnienie św. Lidii obchodzimy 3 sierpnia.

 

Czego uczy mnie dziś św. Lidia? 

Otwartości. Gotowości, by iść głębiej i dalej w życiu duchowym. Odwagi. Oddania się Panu. Wierności modlitwie i swoim obowiązkom. Gościnności. Pewności siebie.

A czego św. Lidia uczy dziś Ciebie?

 

PURPUROWA PROMOCJA!

Z okazji wspomnienia św. Lidii mam dla Was kupon rabatowy -20% na wszystkie zamówienia w sklepiku Serce Kobiety złożone w dniach 2-3.08.17 Aby skorzystać z rabatu, należy przy składaniu zamówienia wpisać hasło: Lidia w miejscu "kupon rabatowy".  

 

Poszukiwania! | Dołącz do zespołu SK

Serce Kobiety się rozwija (w sposób, którego sama nie przewidziałam). Dojrzewa. Rozkwita. Jest wiele pomysłów i nowych projektów, a wraz z nimi i zapotrzebowanie na serca i ręce gotowe do działania! Dlatego oficjalnie ogłaszam, że poszukuję osoby (a może i osób) chętnej do włączenia się w działania Serca Kobiety.

Szukam osoby (a dokładniej kobiety), która

- zna projekt Serce Kobiety;

- wyznaje wartości, które są podstawą działań SK i ważny jest dla niej rozwój duchowy;

- pragnie działać na rzecz rozwoju kobiecych serc (tak, czuje misję i ma motywację do działania!);

- lubi uzupełniać notesy i kalendarze;

- ma możliwość dojazdu do biura (Marki k. Warszawy) (nie codziennie);

- może poświęcić min. 20 godz. tygodniowo na tę pracę;

- jest kreatywna i proaktywna;

- umie działać w zespole, ale też potrafi działać samodzielnie;

- ma wyczucie estetyki;

- ma lekkie pióro. 

 

Mile widziane:

- zamiłowanie do działań w social media;

- obsługa programów graficznych;

- umiejętność robienia zdjęć;

- doświadczenie w obsłudze stron www;

- doświadczenie w promocji.

 

Przykładowe zadania:

- pomoc w obsłudze zamówień w sklepie internetowym (obsługa strony, pakowanie zamówień);

- pomoc w promocji produktów i wydarzeń;

- pomoc w prowadzeniu stron www;

- pomoc w organizacji wydarzeń;

- tworzenie tekstów, opisów;

- działania w social media;

- administracja grupy na fb.

 

Zgłoszenia zawierające CV oraz list motywacyjny (nie nazbyt oficjalny) wraz z załączonymi ewentualnymi pracami, można wysyłać na adres Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. do końca sierpnia. (Możliwe jest także wcześniejsze zakończenie poszukiwań.) 

Możliwość uzgodnienia czasu rozpoczęcia współpracy (połowa września lub początek października) oraz formy (staż, umowa-zlecenie).

Ta, która wychwala Pana

Była tam kobieta, która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Gdy Jezus ją zobaczył, przywołał ją i rzekł do niej: Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocyWłożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga.

Łk 13, 11-13

Przygarbiona. Bezimienna. Pewnie uśmiechnęłaby się gorzko, słysząc o swoim pięknie albo o tym, że jest Córką Króla Królów. Tego zniekształcenia nie da się ukryć jak fałdki na brzuchu czy przypudrować jak przebarwienia na twarzy. To nie jest tylko znamię na plecach, to widoczna z daleka cała jej postawa, jej ciążenie ku ziemi, jej nakierowanie wzroku na własne stopy. Ona cała jest pochylona i z trudem mogłaby spojrzeć drugiemu człowiekowi w twarz. Z trudem mogłaby też spojrzeć w lustro, by zobaczyć, kim naprawdę jest. Może czuje, że cała jest pochyleniem i niemocą. Wielokrotnie próbowała wyprostować się, ale zniechęcona, odpuściła sobie tę walkę. Zaakceptowała niedogodności i wytknięcia palcami. Może nie pamięta, jak było dawniej, w końcu zmaga się ze swoją ułomnością już 18 lat. Po takim czasie można przywyknąć do różnych, nawet najgorszych warunków, można nie widzieć wielkich zmian, jakie zaszły, można nie pamiętać, że kiedyś było inaczej, można przestać marzyć o tym, by było lepiej. Może zaczęło się od prawdziwej choroby ciała, ale to niedomaganie dotknęło także jej duszy. Może chorowały jej kości. Ale teraz już to nie tyle jej ciało jest chore, a jej serce, które zostało zniewolone przez złego ducha. Nieprzyjaciel mógł wykorzystać jej sytuację, emocje, uczucia. Mógł podsycać w niej żal, smutek, zgorzknienie, zazdrość. Może kobieta uległa zniechęceniu, może zaczęła pogardzać innymi, może odwiedzała świątynię, ale nie miała w sobie żadnej wiary i woli walki. Jej historia pełna jest niewiadomych. Ale dzięki nim po części możemy, dopisując zdania jej życiorysu, odnaleźć i nasze pochylenie.

W tym dniu, który opisuje św. Łukasz, ta właśnie kobieta przychodzi do synagogi, nie prosząc o uzdrowienie. Przychodzi z niemocą. Może przychodzi tylko z przyzwyczajenia, bez serca płonącego żarem. Modli się tak, jak umie. I wtedy z oddali zostaje dostrzeżona przez Jezusa. On ją widzi. Nie jej zgarbioną sylwetkę, nie jej grzech, nie jej zniewolenie, ale ją samą. Widzi także coś więcej. Widzi ją taką, jaką może się stać. Widzi ją naprawdę piękną. Woła ją na sam środek świątyni i tam, na oczach wszystkich, przywraca jej wolność. Kobieta odzyskuje postawę wyprostowaną, postawę godną prawdziwej księżniczki. Postawę pozwalającą jej wychwalać Boga tańcem. Uzdrowiona wychwala Pana i widzi już nie ziemię, ale Jego. I siebie – w Jego oczach.

Jej historia spotkania z Jezusem bardzo mnie porusza. Daje nadzieję. Stawia przede mną pytania o moją własną postawę  i o to, jak i kiedy ja wychwalam Pana. Jest jeszcze coś - kontekst tego spotkania, który Ewangelista opisuje dokładnie, ale który zwykle umykał mi gdzieś między rozważaniami o postawie pochylonej a wdzięczności za uwolnienie. Szabat. Jezus uzdrawia kobietę w szabat - w dzień, który miał być dniem odpoczynku i... wysławiania Pana. Tymczasem reakcją przełożonego synagogi na czyn Jezusa jest oburzenie. Uzdrowienie - według niego - zostało dokonane w niewłaściwym czasie. Gorszy się. Zna Prawo i wie, że nie wolno w tym dniu leczyć, gdy nie ma zagrożenia życia. Zna Prawo, ale nie zna jeszcze Prawa Miłości. Szabat jest dniem odpoczynku na cześć Pana, upamiętniającym odpoczynek Stwórcy po sześciu dniach pracy (Wj 20, 8-11). Ale to nie koniec uzasadnienia szabatu. Dla Żydów jest on także dniem upamiętniającym wyjście z niewoli egipskiej. „Pamiętaj, że byłeś niewolnikiem w ziemi egipskiej i wyprowadził cię stamtąd Pan, Bóg twój, ręką mocną i wyciągniętym ramieniem: przeto ci nakazał Pan, Bóg twój, strzec dnia szabatu.” (Pwt 5, 15)

Jezus wyprowadza kobietę pochyloną z niewoli i pozwala jej w dniu szabatu chwalić Pana! Leczy jej serce. Czyni ją wolną. Czyni ją gotową przeżywać ten uroczysty dzień tak, jak może najpełniej! I uznaje swój gest nie za pracę zabierającą siły czy odrywającą uwagę od świętości, a za uczynek miłości, nawet obowiązek Miłości podtrzymujący - czy wręcz dający życie.

Jezus przypomina, że „szabat jest ustanowiony dla człowieka” (Mk 2, 27). Ma służyć człowiekowi do odnowienia serca i głębszego spotkania z Bogiem. I daje nam coś nowego. Dzień, w którym świętujemy Jego zwycięstwo nad śmiercią i wyprowadzenie nas Jego zbawczą ofiarą z niewoli grzechu. To jest ten dzień szczególnego spotkania z Nim, oddania Mu wszystkiego, przemieniania swojego myślenia - prostowania ścieżek. Wyprostowania się i chwalenia Go całym sercem.

W świętowaniu Dnia Pańskiego robię postępy - głównie małe kroki, ale to już coś! Na początku nowego miesiąca, który, choć jest miesiącem wakacyjnym, dla mnie jest miesiącem wytężonej pracy, z wielką radością i nadzieją patrzę na nadchodzące niedziele - w większości bez zobowiązań (o co nie zawsze łatwo). I tak, to jest mój duchowy cel na sierpień. Ćwiczyć się w świętowaniu i wychwalaniu Pana. 

A jak Wy świętujecie Dzień Pański?

Niedziela:

  • Jezus jest w centrum
  • Msza św. z dziećmi (jeśli to możliwe)
  • małżeńskie rozważanie Słowa
  • katecheza dla dzieci
  • rodzinne uwielbienie
  • wyjątkowa rodzinna aktywność (teraz to głównie spacery, odświętne place zabaw itd.)
  • bez Internetu :-)

Mario! Rabbuni!

Ewangelia nie ukazuje nam szczegółów jej życia, nie opowiada historii jej chorób i nie opisuje dokładnie, jak wyglądało jej pierwsze spotkanie z Jezusem. Czy sama przyszła po uzdrowienie - tak jak kobieta cierpiąca na krwotok, czy ktoś z bliskich walczył o jej życie - tak jak Jair walczył o przebudzenie swojej córki, czy też to sam Jezus zobaczył ją gdzieś w tłumie - tak jak kobietę pochyloną - tego nie wiemy… I nie musimy. Na kartach Ewangelii Maria Magdalena pojawia się dość często i chyba jak żadna inna kobieta Nowego Testamentu doczekała się tak wielu wersji swojej biografii. Przypominanie, że Maria Magdalena nie była nierządnicą nie jest najważniejsze (choć w imię naszej znajomości Pisma i rozróżnienia bohaterek jest bardzo istotne!). Ważniejsze jest to, czego ona uczy nas swoją postawą i w jaki sposób ukazuje nam się Jezus w relacji z nią.

Św. Maria Magdalena 22 lipca obchodzi swoje święto (tak! od ubiegłego roku już święto - nie takie zwykłe wspomnienie! dlatego właśnie teraz pojawia się i w Sercu Kobiety. 

Co wiemy o Marii Magdalenie?

  • Jezus uwolnił ją od siedmiu złych duchów. Nie wiemy wiele o tym uzdrowieniu, nie wiemy, czym objawiała się jej choroba i słabość, możemy jedynie domyślać się, że jej stan był krytyczny. Siedem złych duchów to po prostu wielka ich liczba. Wiemy więc, że zawdzięcza Jezusowi zdrowie duszy i ciała, otrzymała od Niego nowe życie i to spotkanie dało jej nowy sens i pewien początek. Tak wielka była ta nowość, że Maria Magdalena wraz z innymi kobietami po prostu poszła za Nim… I tak szła aż do końca.

Następnie wędrował przez miasta i wsie, nauczając i głosząc Ewangelię o królestwie Bożym. A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które uwolnił od złych duchów i od słabości: Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów; Joanna, żona Chuzy, zarządcy u Heroda; Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały ze swego mienia.  (Łk 8, 1-3)

  • Jej imię Magdalena pochodzi najpewniej od miasta jej pochodzenia - Magdalii. Dzięki temu określeniu możemy odróżnić ją od innych kobiet o imieniu Maria, które pojawiają się w Ewangelii (Maria, matka Jezusa, Maria z Betanii czy Maria, żona Kleofasa).
  • I - podkreślam raz jeszcze - Maria Magdalena nie była kobietą cudzołożną. Nie, to nie ją Jezus uratował od ukamienowania. To nie ona obmywała Mu stopy podczas uczty u Szymona. A bynajmniej - Pismo Święte nie potwierdza tego, choć takie powiązania przeniknęły dość mocno do naszego myślenia o niej. Pierwszy raz takie połączenie pojawiło się w kazaniu papieża Grzegorza I w VI w., ale takie ukazywanie jej - trwa do dziś. Pamiętacie np. Marię Magdalenę z „Pasji” Mela Gibsona? A może tak jak i ja słyszałyście nieraz na kazaniach właśnie o takiej nawróconej a nie uwolnionej i uzdrowionej Marii Magdalenie?

Kiedyś na rekolekcjach w środku lata przeżywałam Boże Narodzenie. Przeżywaliśmy je we wspólnocie, bo taki był zamysł. A więc były kolędy i pasterka w upalną, lipcową noc i oczekiwanie na narodzenie Jezusa. Święto Marii Magdaleny - przypadające 22 lipca przenosi mnie w szczególny sposób w tajemnice paschalne. Razem z Marią Magdaleną staję pod krzyżem i przy grobie Jezusa, bo właśnie tam odnajdujemy ją zawsze u wszystkich Ewangelistów.

Maria Magdalena idzie za Jezusem. Stoi przy Krzyżu. Jest przy grobie. Jest pierwszym świadkiem zmartwychwstania.  Ukazuje, jaka jest siła miłości.

Najbardziej poruszająca mnie scena, w której pojawia się Maria, opisana została przez św. Jana. To w niej odnajduję Marię (a także i siebie) płaczącą, szukającą, widzącą, choć nie widzącą i słyszącą, choć niesłyszącą.

J 20, 1-18

***

Zostawiali ją. Czytam 20 rozdział Janowej Ewangelii i taka jest moja pierwsza myśl. Zostawili ją! Maria Magdalena o bardzo wczesnej porze, w ciemności, udaje się do grobu Jezusa. Sama. Bladym świtem. Idzie, ryzykując, że zostanie złapana jako uczennica Jezusa i że spotka ją to samo, co Jego. Ale ona jakoś specjalnie nie ukrywa się przed Żydami, po prostu idzie. Dostrzega odsunięty kamień i od razu biegnie po Jana i Piotra. Apostołowie pędzą do wskazanego miejsca i tam, widząc szaty Jezusa… zaczynają rozumieć Pisma i wierzyć... „Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych. Uczniowie zatem powrócili znowu do siebie.” (J 20, 8-9)

I tyle. Co zrobią apostołowie? Nie wiemy. Ale Maria Magdalena dalej stoi przy grobie. Płacze. Dwa razy zostaje zapytana o powód swojej rozpaczy - najpierw przez aniołów, później przez samego Jezusa. Odpowiedź Marii jest dość logiczna i całkiem do przewidzenia. Wciąż taka sama, ukazująca jej skupienie na fakcie zniknięcia ciała Pana. Ale w jej płaczu może kryć się coś więcej, coś, czego ona sama nie potrafi nazywać.

Może tak naprawdę płacze, bo tęskni. Płacze, bo przypomniała sobie Jego śmierć. Płacze, bo wraca myślami do pierwszego spotkania. Płacze, bo nie rozumie. Płacze, bo czuje się bezsilna. Płacze, bo nie upilnowała Jego ciała. Płacze, bo nie wie, co się dzieje. Płacze, bo nie może w to uwierzyć. Płacze…  i choć ma wiele dobrych powodów do płaczu, to może sama nie wie dlaczego. Może chce płakać? Znacie to - płakać, nie wiedząc dlaczego?... Mając w pogotowiu jakiś powód pierwszy „z brzegu”, jakiś czynnik „zapalny”, który wydaje nam się prawdziwym powodem?... Trzymany w pogotowiu - na wypadek, gdyby ktoś jednak zapytał...

Płacz nie pomaga Marii w dobrym widzeniu. Zwiastuni w bieli wydają się jeszcze nierealni. Przecież oni na pewno wyglądają inaczej! Przecież oni są nie-z-tego-świata i Maria musi to widzieć. I widzi, ale nie widzi. Podobnie z Jezusem. Odwraca się przecież w Jego kierunku. Widzi Go, ale nie widzi. Może widzi, że On przypomina Pana, ale przecież wydaje jej się to niemożliwe. Do umysłu jeszcze nie dociera taka zmiana. Przed chwilą były droga krzyżowa, śmierć, złożenie do grobu… Maria znów odpowiada to samo, dodając, że przeniesie Jego ciało, gdy tylko je znajdzie. Sama! Sama je przeniesie!

Znacie to wewnętrzne rozdarcie, kiedy spotykamy kogoś, kto wydaje się nam znajomy w miejscu, w którym wydaje się, że on być nie powinien? Ja tak mam. Spotykam kogoś i nie jestem pewna. Bo choć intuicja podpowiada, że to on/ona, to jednak czuję się niepewnie. Może mi się wydaje? Może to zbieg okoliczności? Może ja tylko chciałbym, żeby to był on/ona? I co wtedy? I wtedy - zwykle czekam na znak. Na uśmiech. Na słowo, które znam. Na głos. Na pewność... Ale Maria już usłyszała Jego głos. I przecież znała ten głos bardzo dobrze. Słyszała, ale nie usłyszała. Dopiero wypowiedzenie jej imienia przyniosło rozpoznanie. On zna jej imię! On zna JĄ. Olśnienie. Rozpoznanie. Upewnienie. Nie potrzeba więcej słów, długich wyjaśnień. Wystarczy jej tyle, by wykrzyknąć: Rabbuni!

Jan i Piotr zostawili ją, by On sam mógł przyjść do niej. Tak, jak ona tego najbardziej potrzebowała. Przyjść do Niej i być z nią w relacji, w wymianie spojrzeń i słów - tak, jak ona była z Nim pod krzyżem.

Może teraz płacze ze szczęścia i cała jest radością. Na nowo ożywioną, odnowioną, uzdrowioną po raz kolejny! Chciałaby Go zatrzymać. Chciałaby z Nim zostać, ale On posyła ją do uczniów. Ta chwila bliskości teraz ma zaowocować jej świadectwem, jej umacniającym słowem, ma przygotować Mu drogę. Wychodzi z ogrodu. Odchodzi od grobu. Idzie z nowym życiem. Ich spotkanie w ogrodzie przypomina mi… a jakże, o rozkwitaniu. Bo wiecie, to nasze ziemskie rozkwitanie to jest jeszcze nic w porównaniu z tym, co przed nami!

W miejscu, gdzie wydawało się, że zwyciężyła śmierć, On wstał, jak powiedział. A ona jako pierwsza doświadczyła JEGO spojrzenia - tego samego, ale już całkiem innego. Zmartwychwstałego.

Subskrybuj to źródło RSS