Pan zlitował się nad nią i rzekł do niej: «Nie płacz!» (Łk 7, 13)

Msza św. dla kobiet w Warszawie

Gorąco zapraszam wszystkie Panie na Mszę św. dla kobiet z homilią i konferencją! Po Mszy także chwila adoracji. Przed wakacjami odbyły się już trzy takie spotkania (25.04, 23.05 i 27.06), a ta wrześniowa Msza św. rozpoczyna nowy cykl comiesięcznych Eucharystii, które zostały już rozpisane i zaplanowane do czerwca 2014.

Mottem przewodnim najbliższego spotkania będą słowa z Księgi Przysłów Niewiastę dzielną któż znajdzie?

Będzie także możliwość zupełnie premierowo nabycia Kalendarza Kobiety na 2014 rok:-)

Mszę św. odprawi ks. Piotr Paweł Łapa, nasz duszpasterz, a także duszpasterz wielu innych wspaniałych dzieł, o czym możecie się przekonać: www.nazeslaniu.pl

Zapraszam serdecznie wszystkie Panie - młodsze i starsze, samotne i zamężne!
Dla każdej z Was jest tu miejsce!

* Jeśli nie jesteś w stanie dotrzeć na Mszę św., a chciałabyś, byśmy pomodliły się w Twojej intencji, prześlij ją na adres Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. Wszystkie intencje zostaną zapisane na karteczkach i zaniesione przed ołtarz. Jeśli będziesz na Mszy świętej, możesz już wcześniej przygotować na karteczce swoje intencje. Tradycyjnie oczywiście będzie długopis i czyste karteczki być może na te intencje, które pojawią się w ostatniej chwili.

Czytaj dalej...

Ja byłam Adamem

- z dedykacją dla mojego Męża, który pomógł mi odkryć tajemnicę kobiecego serca

Ja byłam Adamem, ty byłeś Ewą

Nie, nigdy nie zamieniliśmy się rolami, nigdy nie wątpiłam w swoją kobiecą tożsamość, choć jej pełne odkrycie i przyjęcie wymagało Spotkania – z sobą samą, a przede wszystkim z Drugim. Z tym, który pokocha bezwarunkowo moją odmienność, moje uciekające spod kanonów piękno i wzmocni we mnie poczucie tej świętej, nieprzypadkowej odmienności.

Znalazłam swoje zapiski sprzed kilku lat, z tego pięknego okresu jeszcze przed-narzeczeńskiego, z etapu zwanego późnym zakochaniem, zauroczeniem, decyzją o miłości, a nawet miłością samą, którą przeżywałam bardzo mocno, którą próbowałam analizować, choć czasem brakowało słów konkretnych, a żadne metafory nie wydawały się dostatecznie trafne.

Myślałam o sobie: ja. Prawdopodobnie tak właśnie rozumiałam siebie od drugiego, może trzeciego roku życia, kiedy świadomość własnej, odrębnej osoby stawała się coraz wyższa: nie byłam dzieckiem, które mówiło o sobie w trzeciej osobie, które motywowano w sposób „ona zrobi, ona pójdzie”, a patrząc w lustro nie widziałam drugiego zaciekawionego człowieka, ale siebie, jakkolwiek nie byłoby to przedziwne. Zyskałam świadomość, że mam świadomość, idąc krok naprzód od małp naczelnych. Stałam się jednostką, Leibnizowską monadą, niepowtarzalnym zbiorem Demokrytowych atomów i  przedziwną machiną podobną do innych, a całkiem inną. I to była już prawie harmonia. Ta jedność duszy i ciała Adama przed zjawieniem się Ewy. (…) Dla mnie przyszedłeś jako Ewa. Ja byłam, Ciebie nie było. Ja widziałam, jaki jest świat, ale nie wiedziałam, jaki jest z Tobą. Z dodatkiem Ciebie. Ja znałam moje drzewa. (Zapiski z 2008 r.)

Dlaczego więc byłam Adamem? (Wiem, brzmi to trochę dziwnie.) Oczywiście, nie z powodu męskości, ale ze względu na jego samotność i nieokreśloność przed zjawieniem się niewiasty, drugiego człowieka. Odkrywałam swoją osobową tożsamość, moją godność, ogrom Bożej miłości względem mnie jako dziecka. Czułam już, że jestem kochana i chcę kochać, i chcę rozwijać siebie, i siebie samą poznać lepiej. Nie w teorii. Zwracają uwagę niektórzy, że w Księdze Rodzaju przed pojawieniem się drugiego człowieka mamy wciąż do czynienia po prostu z „człowiekiem”, a dopiero po stworzeniu ich dwojga zostali oni określeni jako kobieta [isza] i mężczyzna [isz]. Ale skąd on, ten pierwszy, mógłby wiedzieć o swojej męskości, nie wiedząc, czym jest kobiecość, nie mając żadnego punktu odniesienia (nawet jeżeli w istocie tym mężczyzną był od początku)? Nie wnikam w to najgłębiej, bo przecież mamy do czynienia z pewnym obrazem, a nie opisem historycznym, ale uderza mnie spójność Adamowej historii – on wie, kim był przed zaśnięciem, on widzi zmianę - widzi Ewę, kość z jego kości i ciało z jego ciała, on pamięta swoje poszukiwania i smutek, poznaje siebie samego odtąd lepiej, uzupełniając to, co już odkrył wcześniej w swej samotności, uzupełniając o ten aspekt relacji i płciowości. Dlatego jestem głęboko przekonana o tym, że przed jej zjawieniem się on nie miał pojęcia, że jest mężczyzną. Wiedział tylko, że jest człowiekiem, a ta niepełność własnego poznania musiała mu ciążyć.

Czułam się chyba tak jak Adam. Odkryłam, że jestem jednością ciała i ducha, że jestem kimś, a nie czymś, że jestem inna od całego stworzenia, ale jeszcze nie do końca wiedziałam kim jestem, jakie jest moje powołanie i do czego zostałam stworzona. Byłam dla siebie jako pierwsza, ale zagubiona w sobie, stęskniona aż ktoś pomoże mi wyjść z tego przedziwnego labiryntu. Czekałam, nawet nie przeczuwając, że jedno spotkanie, że jedna osoba może tak bardzo mnie zmienić i tak mocno pomóc mi siebie zdefiniować, określić i zaakceptować siebie jako kobietę. Nie wiedziałam wtedy jeszcze jak bardzo człowiek nie jest samotną wyspą.

Więc pomimo że to ja jestem urzekająca, to ja pragnę spojrzenia adorującego, z zachwytem przyjęłam tego drugiego jak Adam Ewę. Okrzykiem radości. Jak kogoś, na kogo długo czekałam, nawet o tym nie wiedząc. Jak kogoś, kto przyszedł, by mi odsłonić najważniejszą prawdę o życiu i o miłości, o męskości i o kobiecości. Przyszedł i zmienił wszystko, i pomógł odkryć, jaka jest Droga i jaka jest prawda o moim kobiecym sercu. Dzięki niemu zrozumiałam, jak wielka jest święta różnica między nami, jak cudowne jest dzieło Pana, jak wspaniale obmyślił On miłość dwojga oraz ich osobiste i wspólne powołanie. Odkryłam, że jesteśmy tacy sami, ale inni. Równi, ale różni. Komplementarni.

I że ja też byłam Ewą. Dla niego.

Czytaj dalej...

Edyta Stein

Innych można prowadzić tylko tą drogą, którą się samemu idzie. (Edyta Stein)

Edyta Stein (1891-1942), a właściwie Teresa Benedykta od Krzyża – kobieta, feministka, filozof, wychowawczyni, nawrócona katoliczka, karmelitanka, święta Kościoła katolickiego, patronka Europy… Żadne z tych określeń nie opisują jej w pełni, każde pokazuje tylko część jej osobowości, jakiś aspekt jej człowieczeństwa. Zatrzymanie się na którymś z nich może zubażać, może pokazywać tylko część prawdy. Choć nie wiem, czy jest inne wyjście, czy można Edytę Stein opisać w pełni?

Co nie leżało w moich planach, leżało w planach Bożych. Jakże jest żywa we mnie pewność płynąca z wiary, że gdy się patrzy przez pryzmat Boży, nie widzi się przypadków. Całe moje życie, aż do najdrobniejszych szczegółów, zostało nakreślone przez Boską Opatrzność i w obliczu Boga ma doskonały sens i powiązanie. I raduje się na światło chwały, w którym będzie mi kiedyś odsłonięta tajemnica tego doskonałego sensu i związku. (Edyta Stein)

Pisanie o Edycie Stein jest dla mnie trudne, bo przez ostatnie lata była dla mnie przede wszystkim nie teologiem, nie katoliczką, ale filozofem i to wybitnym, odważnym, trochę zapomnianym – poszukującym prawdy, zgłębiającym tajemnicę człowieka (jego cielesności, duchowości a przede wszystkim tego niezwykłego połączenia), piszącym i filozofującym w nieco trudny, fenomenologiczny sposób. To właśnie jej praca doktorska O zagadnieniu wczucia, napisana w czasie, kiedy Edyta była osobą niewierzącą, ale poszukującą, stała się tematem mojej pracy magisterskiej. Boleję nad tym, że wielokrotnie próbuje się czytać jej wczesne prace w kluczu „wiary”, dopatrując się w nich np. zapowiedzi jej nawrócenia. Nie trzeba tego robić. Wystarczy te teksty czytać tak, jak są napisane, tak, jak miały być odebrane, by zrozumieć, że nie ma w nich nic, czego mógłby się chrześcijański filozof wstydzić. Jest tam rzeczywiście jedynie ścisłe podążanie za prawdą i poszukiwanie jasności.

Moja tęsknota za prawdą była mą jedyną modlitwą. (Edyta Stein)

Nie znaczy to jednak, że przekreślam zupełnie często podkreślane poszukiwanie przez nią prawdy z ostatecznym jej efektem, a więc nawróceniem i chrztem w Kościele katolickim. A także z jej późniejszą odwagą i świadomością ofiary za naród żydowski. Od ksiąg i nauki do Boga, od filozofii do teologii, od teorii do praktyki - jakże wspaniałe i nieodgadnione są ścieżki Boga!

Prawda, żywa, działająca, podobnie jak ziarno wpada ona w duszę, zapuszcza w nią korzenie i wzrasta. (Edyta Stein)

Oprócz wspaniałej filozofii i życia, Edyta Stein jest dla mnie, zwłaszcza w tym miejscu, jakim jest Serce Kobiety, szczególnie ważna ze względu na jej zainteresowanie kobiecością. Była jedną z pierwszych kobiet, które mogły studiować, żyła w czasach, w których kobiety stawały się pełnoprawnymi obywatelkami, pracownicami i studentkami, choć przecież nie było wtedy idealnie, a na pewno było znacznie trudniej być kobietą w sferze publicznej niż dziś. Była więc przykładem kobiety nie tylko mądrej i pięknej, ale także aktywnej, działającej, poszukującej, walecznej (choć przy tym też delikatnej). Była świadoma trudności, z jakimi borykają się kobiety jej czasów oraz „wszystkich czasów”, a przy tym nie przestawała wierzyć, że jest w kobiecość wpisana prawda oraz miłość Stwórcy, których odkrycie pozwala nam być szczęśliwymi i spełnionymi.

Żadna kobieta nie jest tylko kobietą. (Edyta Stein)

Jest jedną z pierwszych nowych feministek, choć żyła w latach jeszcze przed tzw. drugą falą feminizmu. To właśnie ona chciała widzieć kobietę jako kobietę – z pięknem jej ciała, powołania, macierzyństwa (duchowego i fizycznego), kobietę równą w godności mężczyźnie. Taką, jaka została stworzona od początku.

Jestem przekonana, że gatunek człowiek przejawia się jako gatunek podwójny: mężczyzna i kobieta, że istota człowieka, w której nie może u żadnego z nich brakować ani jednej cechy, wyraża się w sposób podwójny i że specyficzne odbicie przedstawia całe ukształtowanie bytu. To nie jest tak, że ciało jest inaczej ukształtowane czy że poszczególne funkcje fizjologiczne są odmienne, ale odmienne jest całe życie cielesne, odmienne jest odniesienie duszy do ciała i różny jest w psychice stosunek umysłu do zmysłów, jak również różne są wzajemne relacje poszczególnych władz umysłu. (Edyta Stein)

Jak napisała Immakulata J. Adamska, tłumaczka wielu pism naszej myślicielki: „Edyta Stein chciała nauczyć kobietę sztuki dorastania do samej siebie i wyczulić ją na pełną wolność ukształtowaną według porządku stworzonego przez Boga.”

Dziś, (9.08) we wspomnienie św. Teresy Benedykty od Krzyża, słyszymy słowa Ewangelii św. Mateusza: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.” 

Jeśli się chce dzielić życie Chrystusa, musi się wraz z Nim przejść śmierć krzyżową: wydać się na ukrzyżowanie, w cierpieniu i śmierci, tak jak je Bóg ześle czy dopuści. (Edyta Stein)

***

Edyta Stein – urodziła się w 1891 r. we Wrocławiu, w pobożnej wielodzietnej rodzinie żydowskiej jako najmłodsze dziecko Augusty i Zygfryda. Jako nastolatka przestała się modlić i uznała się za ateistkę. Studiowała germanistykę, psychologię i filozofię, z której w 1916 r. obroniła doktorat (praca „O zagadnieniu wczucia”). W 1922 r. przyjęła chrzest w Kościele katolickim, na którym otrzymała wybrane przez siebie imię Teresa (za św. Teresą od Jezusa, której pisma mocno wpłynęły na nawrócenie Stein). Po nawróceniu nauczała w żeńskich szkołach oraz była zapraszana do wygłaszania wykładów w wielu miastach Europy. W 1933 r. wstąpiła do Karmelu, gdzie przyjęła imiona Teresa Benedykta od Krzyża. W 1938 r. złożyła śluby wieczyste. Ze względu na żydowskie pochodzenie została aresztowana i wywieziona do Auschwitz w 1942 r., gdzie zginęła śmiercią męczeńską, zagazowana 9 sierpnia 1942. Została kanonizowana w 1998 r., a rok później ogłoszono ją patronką Europy. 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS