Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie (Ga 5, 22 - 23)

uBOGAcONA + kochać, czyli służyć

Nie mam wątpliwości, że każda z nas szuka... bogactwa. I nie chodzi wcale o drogą biżuterię, ekskluzywne sukienki czy majątek. Szukamy prawdziwego BOGActwa. Szukamy Jego. Chcemy być uBOGAcONE. Właśnie wtedy czujemy szczęście! To hasło będzie powracać jeszcze wielokrotnie (szczególnie w projekcie na nowy rok!). Ale ono już zostało zaznaczone w Kalendarzu Kobiety 2017 - zwłaszcza na zdjęciach. Przy historiach bohaterek Nowego Testamentu możecie zobaczyć nas - zwykłe kobiety, odnajdujące cząstkę siebie w historiach kobiet Nowego Testamentu. Odnajdujące tam światło, pokrzepienie. Te (nie)dzisiejsze kobiety stają obok nas i stają się nam bliskie. Widzimy jak podobne są ich lęki, pragnienia i upadki - do naszych doświadczeń, uczuć, myśli. Przez to podobieństwo zbliżają nas do Jezusa i do prawdy o tym kim jesteśmy w Jego oczach! A czy Wy już odnalazłyście jakąś część siebie dzięki nim? Czy jesteście krok bliżej do Jezusa? Czy czujecie się uBOGAcONE?

Pozwólcie, że sama też odpowiem na to pytanie. Zacznę od tego, że każda z nich jest mi na swój sposób bliska. Odkrywam je powoli. A kiedy wydaje mi się, że już dobrze je znam, to jeszcze raz pochylając się nad Słowem Bożym, słyszę coś nowego. Na dziś. Tak też jest w tym miesiącu, kiedy moją bohaterka stała się kobieta, która bardzo umiłowała. Przez ostatnie tygodnie (wielkopostne)  historia jej spotkania z Jezusem była dla mnie źródłem umocnienia, ale też wielu pytań: o moją wiarę, relację z Jezusem i miłość. Powracał do mnie jak refren jej flakonik i gest obmycia stóp. A czy ja tak potrafię? Czy kocham miłością, która daje, widzi drugiego, nie wylicza? Czy kocham w ten sposób BOGA, ale też czy kocham tak człowieka, tego najbliższego? Tych moich maluczkich i tych dużych. Odpowiedź wydaje się oczywista, ale nie jest łatwa.

Czy naprawdę kocham? Co za pytanie! Pewnie, że kocham! I to jak! Ale czy ukochani moi to czują, widzą? Czy tego doświadczają? Kochać znaczy służyć. Wiem to od dawna, ale czy żyję tą prawdą? Czy jak ta grzeszna kobieta potrafię umyć im stopy, czy potrafię oddać wszystko? Już o poranku mogłabym się zastanawiać nad niezręcznością własnej odpowiedzi. Poranki bywają trudne (i to już brzmi jak usprawiedliwienie!). Czasem walczę o chwilę snu. Próbuję wypchnąć męża z łózka, by zajął się dziećmi. Ale to nie jest jednostronne, czasem toczy się wyliczanka, kto ostatnio wstał do naszych nadmiernie aktywnych o świcie dzieci ;-) Często jednak nie ma ani chwili na walkę, bo wezwanie jest tak pilne (wiecie o co chodzi!). Wieczory bywają długie, a poranki przychodzą z zaskoczenia. Nie wiadomo o której się rozpoczną. Moje żywe budziki działają zwykle w powtarzającym się rytmie, ale nie zawsze (o? 7.00 i jeszcze bez alarmu?)! A potem lista do zrobienia z nie zawsze współpracującym zespołem (skarpetki, śniadanie, sprzątanie, próba ubrania się, próba dobudzenia się, próba wypicia kawy, próba jakiejś tam kreatywności).  

W pewnej chwili zdałam sobie sprawę, że nie lubię poranków. I to nie jest wina moich dzieci, to nie jest wina słońca, które wstaje. To moje za mało kocham. To miłość, która nie chce wstać i służyć. To ja, która marzę o tym, by ktoś przyniósł mi kawę. (Samo w sobie marzenie nie jest oczywiście złe!) O poranku nie jest mi łatwo dawać najdroższy olejek, jaki mogę ofiarować moim najbliższym. A wiem, że mogę! W Nim mogę wszystko! Wstać ciężko, ale przecież i tak wstaję! Ciężej się uśmiechnąć. Do dzieci atakujących rano swoją czułością (rzadziej, krócej) lub potrzebami (głośniej, częściej). Ale uzmysłowienie sobie tego pozwoliło mi podjąć postanowienie, że chcę inaczej! Zrobię dokładnie to samo, ale z innym sercem, z gotowym flakonikiem wypełnionym miłością i oddaniem. Postanowiłam więc sobie otwierać szeroko oczy na pierwsze zawołanie. Nie kłaść się już na chwilkę po wstaniu. Zadbać bardziej o wieczór - o ogarnięcie ważnych spraw i szybszy sen.  Tak, by rano być przynajmniej w połowie tak aktywną jak oni i wykorzystać tę chwilę, kiedy - całkiem często - choć na jakiś czas (15, czasem 30 minut)  - jest ze mną jeden z maluchów. Być cała z nim - w klockach, książkach, kolorowankach. Takich chwil sam na sama nie ma zbyt wiele. Te są bezcenne, te są nasze. I co odkryłam? Że mogę! Że mój dzień jest piękny już o świcie. 

Ale to nie koniec historii tego miesiąca. (Co więcej to jeszcze nawet nie koniec miesiąca!) Był Wielki Tydzień. W Wielki Czwartek po powrocie z kościoła zastałam w domu cały rodzinny zespół oczekujący na moje przybycie. Nie śpią jeszcze? Przecież prawie 20! Mieli powód - dobrze przygotowaną niespodziankę. Kolację. Ale zanim kolacja, to coś jeszcze. Czekali z bosymi stopami, pełni ekscytacji. Ustawili swoje wysokie dziecięce krzesła.

- Co tata będzie robił? - zapytał Mariusz, sprawdzając, czy Irek pamięta rozmowę, którą odbyli podczas mojej nieobecności.

- Będzie myć nogi.

- Jak kto?

- Jak Jezus.

- A dlaczego?

- Bo nas kocha.

 

A więc Mariusz polał nasze stopy wodą. Ucałował. Symbolicznie. Delikatnie. Z miłością. Chłopaki nie pozostali dłużni, też tak chcieli. A więc wszyscy wszystkim myli stopy aż skończyła się woda w dzbanku. Irek nie zapomniał dopowiedzieć i szczegółu o tym, że w czasach Jezusa stopy przybywających na ucztę musiały być naprawdę brudne. Chodzące po ulicach zwierzęta zostawiały przecież ślady. (Takie zapadające w dziecięce serca szczegóły znajdziecie tu - w najlepszym wydaniu Biblii dla dzieci, jakie mamy: Sally Lloyd-Jones, Z Jezusem przez Biblię, wyd. Aetos) 

Tak więc uczyły mnie dzieci uniżenia. Miłości. Obmywania stóp. Kiedy następnego dnia usiadłam na fotelu z bosymi nogami, moje młodsze dziecko natychmiast pobiegło po dzbanek, chcąc mi umyć stopy. Co za niesamowita sytuacja - moje dziecko przypomina mi - być jak Jezus! 

nie przyszedłem po to, aby Mi służono, lecz aby służyć innym - Mt 20, 28

Tak, jestem uBOGAcONA

***

Wczoraj to był poranek! Chłopaki do niczego nie nawoływali. Usiedli razem przy dużym oknie w naszej sypialni. Przynieśli koce, poduszki, samochody, książki i nie wiem co jeszcze. Bawili się całkiem spokojnie chyba z godzinę. Nasze małżeńskie zadziwienie nie chciało nas opuścić! Czyli oni też tak potrafią! 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS