Pan otworzył jej serce, tak że uważnie słuchała słów Pawła (Dz 16, 14)

Sama

Są bardzo różne samotności. Takie, które blokują, koncentrują na sobie albo na pustym miejscu w sercu, którego nie można niczym zapełnić, albo miejscu pełnym, którego nie można nikomu przekazać. Są samotności oczyszczające nasze przywiązania i podparcia, takie, które trzeba nieść lub toczyć jak ciężki kamień i takie samotności dobre, wyczekane, które przypominają kim naprawdę jesteśmy. 

Nie jestem sama prawie nigdy. (Kiedyś z niedowierzaniem słuchałam o dzieciach, które nie opuszczają mamy nawet w toalecie;-) Teraz gdziekolwiek nie pójdę, idzie ze mną Maleństwo, ale najczęściej tuż obok jest też drepczący coraz pewniej Starszak. Jest i Mąż. Jeśli nie fizycznie, to w sercu zawsze jestem z kimś, jestem czyjaś, jestem dla kogoś. Lubię to uwikłanie w relacje, bycie żoną, matką, córką, siostrą. Kobieta podobno żyje i myśli przez pryzmat relacji. Ale w samej podstawie każdy z nas jest przecież sam - osobny. Najwygodniej mi o tym zapomnieć albo to wyprzeć. Nauczyliśmy się, że niedaleko od samotności do osamotnienia. Ale przecież wcale nie zawsze.

Nawet w największej miłości oblubieńczej, nawet w najbardziej zażyłej przyjaźni, nawet przy gromadce dzieci, jestem sama. Odkrywam to wtedy, gdy nie potrafię przekazać osobom najukochańszym pewnych doświadczeń i uczuć, kiedy nie umiem myśli ubrać w stosowane słowa, kiedy muszę sama, nawet przy potężnym wsparciu miłości Moich, stanąć przed zadaniami, których nikt za mnie nie zrobi, z moim lękiem, którego nikt za mnie nie pokona, z moimi obowiązkami, których nie mogę nikomu zlecić. A zwłaszcza z moim przemijaniem, które muszę przeżyć sama. Oczywiście jest i On. Nie zapominam. Ale i przed Nim staję bez nich. Choć ci najbliżsi są na drodze mojego powołania, On chce mnie samej.

Nie jest łatwo młodym matkom i żonom o fizyczną samotność, ale o tę psychiczną, która niekiedy uwiera, nietrudno. Z dziećmi nie rozmawia się jak z dorosłymi. Przy dzieciach jesteś mamą, która ma pilnować, która ma mieć zawsze dobre rozwiązanie i plan, który można zrealizować. Choć czasem przy dzieciach stajesz się choć na chwilę jak dziecko, to wiesz gdzieś w głębi, że musisz pozostać dorosła, trzeźwo myśląca, pewna swoich decyzji. I musisz być, nie oczekując zrozumienia ani zapełnienia każdej pustki.

Wyjechałam z domu na trzy dni do Matki Bożej Jazłowieckiej. I oprócz wielu wspaniałych spotkań, rozmów i modlitw, doświadczyłam na nowo własnej autonomii, mojej odrębności i tej dobrej samotności. Nic nowego, nic wielkiego. Tylko teoria zamieniona w piękne doświadczenie i prawdziwe zadziwienie. Bliskiego spotkania samej siebie. Samej. Tuż obok Niego. 

Ja naprawdę jestem Sobą. On naprawdę chce mnie dla mnie samej. 

Czytaj dalej...

Jest nas już czworo

Jest nas już czworo. Jeszcze tego nie widać na pierwszy rzut oka, ale to już tylko kwestia kilku tygodni, może kilkunastu dni. Wyciągam z szafy odłożone ciążowe kreacje. Teraz będzie trochę lżej, wiosennie, wakacyjnie. Jeszcze nie znamy się zbyt dobrze z Tym Czwartym, jest dla nas tajemnicą, próbujemy nadać mu imię, ale jeszcze niewiele nam o sobie powiedział. A może to Ona? Może są we mnie dwa kobiece serca?

Jest nas czworo. Jestem w ciąży. Spodziewamy się dziecka. Powiększyliśmy rodzinę. Jakkolwiek by nie przekazać tej nowiny, reakcje bywają różne. Gdy te słowa padają pierwszy raz i nie płyną z ust kogoś bardzo młodego, gdzie ewidentnie nie taki był plan, reakcje zazwyczaj mają któryś z odcieni radości. Zwłaszcza, gdy było to dziecko długo wyczekiwane. Ale kiedy pojawiają się kolejne dzieci, bywa już bardziej różnorodnie. Niejedną historię słyszałam, teraz mam i swoje.

Nie tylko trzecie, czwarte czy piąte dziecko bywa witane zdziwieniem, także to drugie. Tak szybko? Już? Toście się pospieszyli! A gdzieś z tyłu głowy zapewne domysły: metody naturalne zawiodły? Mania upewniania się, czy poszło zgodnie z planem, czy dziecko  było uwzględnione w grafikach, czy cieszyć się, czy pocieszać. Bo choć z jednej strony dobrze, gdy między rodzeństwem nie ma dużej różnicy wieku, to z drugiej strony - przecież rok czy półtora – może jednak to za wcześnie? Przecież to starsze jest małe. Więc może jednak nie planowali? Tym sceptycznym co do nauki Kościoła nie na rękę będzie usłyszeć: tak, planowane, wyczekane, wytęsknione, zaproszone, a przede wszystkim przywitane podskokami do góry.

Są też reakcje tych bardziej doświadczonych: Gratulujemy! Będzie fajnie, ale ciężko. Albo: teraz to się wam zacznie, teraz to będziesz wiedziała co to niewyspanie i co dzieci potrafią. Teraz to ci się odechce dzieci. Dwoje to już nie jedno – proste. Ale czasem na wyrost próbujemy przełożyć swoje odczucia i doświadczenia na cudze życie. Wolimy uprzedzić, w co się pakują. Choć już jest za późno, oczywiście. 

Mam koleżankę, z którą razem przeżywałyśmy czas błogosławiony. Ja pierwszy raz, Ewa po raz drugi. Jest chyba jedną z niewielu mam, od których nigdy nie usłyszałam tego narzekania na matczyny los, a przecież miałaby na co ponarzekać – na nieprzespane noce, zmęczenie, brak czasu itd. Co więcej, ta sama Ewa mówi mi szeptem: chciałabym kolejne dzieci. Może jeszcze trójeczkę.

Są też takie odpowiedzi na tę wiadomość umieszczoną powyżej, które zapadają w pamięć i zostają tam, by móc powrócić do nich w pochmurne dni, żeby wyszło słońce, choćby to w środku. Jak prawie skakanie z radości czy słowa pewnej osoby, pół żartem, pół serio: No wreszcie!

Jest jeszcze jedno zdanie, które przewija się jak refren w tych rozmowach wczesnociążowych. Poprzedza je rozważanie: to może teraz dziewczynka (czyli: byłaby parka). Może dziewczynka, 50% prawdopodobieństwa. Ale przecież nieważne, byle było zdrowe. Każdy rodzic pragnie tego najmocniej na świecie – by dziecko było zdrowe, by mogło poradzić sobie w życiu, by nie miało trudniej, by nie było wyśmiane, by nie było ograniczone. Ale moje w tej chwili zdrowe dziecko też może zachorować i to bardzo ciężko. Gdybym mogła mieć jedno życzenie w tej sprawie, to poprosiłabym, by było zdrowe, ale jeśli nie będzie? Jeśli nie będzie zdrowe, nadal będzie moim dzieckiem, nadal będzie potrzebować pełnej akceptacji, bezwarunkowej miłości i przyjęcia go na tym dziwnym niekiedy świecie. Tak samo niezależnie od tego, czy będzie chłopcem czy dziewczynką. Dziś czuję to wyjątkowo mocno, ucząc się kochać mojego Starszaka - z jego doskonałą niedoskonałością, z jego zaskakującą mnie co krok indywidualnością. Uczę się pozwalać mu być sobą, rozwijać się w swoim tempie, poznawać świat tak, jak tego potrzebuje. I chronić przed porównaniem, i dawać poczucie - jesteś wyjątkowy, jesteś dzieckiem samego Boga... no i Mamusi :-)

Dlatego wolę usłyszeć: będę pamiętać w modlitwie niż byle było zdrowe (w innym wariancie: oby wszystko było dobrze). Bo to samo życie jest największym darem. Każde życie. W każdej porze.       

Czytaj dalej...

Nie stracić żadnej szansy

Czego uczą nas dzieci? To oczywiste. Ciekawości. Zadziwienia. Zmuszają do zastanowienia się nad tym, co wydawało się niepodważalne i niewymagające argumentów. - A dlaczego? A po co? A skąd? A kiedy? Dzieci to niezwykli nauczyciele, mali wielcy filozofowie. 

Mój roczny Irek jeszcze nie buduje zdań, ale już potrafi wytrącić ze spokojnego rytmu życia swoim zadziwieniem nad cudownością najprostszych rzeczy i zjawisk. Firanki, ekspresu, psa, pestki dyni, ołówka, szklanej butelki. Przez ostatnie dwa miesiące daje mi jeszcze inną lekcję pt: nie przegap żadnej szansy. Żadnej, nawet najmniejszej. Nawet jeśli to szansa tylko pozorna. Uchylone drzwi? Pudełko tuż przy łóżku, które może pomóc dostać się wyżej? Interesujący, zazwyczaj zakazany obiekt w na oko na wyciągnięcie ręki przez szczebelki łóżeczka? Mama, która przysnęła? Każdą szansę trzeba wykorzystać, by wejść tam, gdzie mówią, że nie można, by zbadać, czy jednak granice nie zostały zmienione, by zmierzyć się z samym sobą. By coś odkryć, by czegoś doświadczyć, by sprawdzić siebie. Może tym razem dam radę.
 
Zadziwia mnie jego determinacja, jego szybkość, zwinność i inteligencja. Znajdzie najmniejszy paproch na podłodze i triumfalnie, ale po cichutku, odwracając lekko głowę, zbliży do ust - trochę kierując do mnie wyrzut sumienia, trochę poznając coś nowego. Jest bystry, niesamowity, a przy tym dziecinnie naiwny. Wciąż to ja mam więcej siły i więcej sposobów na udaremnienie jego prób. Ale... przecież nie raz już mu się udało. Udało się, bo próbował. 
 
On się nie przejmuje zbyt wcześnie, że może się nie udać. Nie przejmuje się, co o nim kto powie i pomyśli (choć może po cichu liczy na swój sukces i już słyszy oklaski), nie kalkuluje, czy mu się uda, nie zastanawia się, co się stanie, gdy się nie powiedzie. To trochę szalone, trochę ryzykowne, trochę nieprzystające do dorosłego życia. Trochę donkiszotowskie, ale piękne. Oby miał w sobie choć połowę tej determinacji i wiary we własne możliwości za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat, oby nadal wierzył, że trzeba próbować i że, choć wiele od niego nie zależy, to zależy od niego i tak bardzo dużo.
 
Zastanawiam się więc sama, ile ja mam w sobie tej determinacji i jak często (nie)pamiętam, że to ja muszę zrobić jakiś krok, by dojść tam, gdzie chciałabym dotrzeć, że to ode mnie, moich decyzji, moich prób (nawet jeśli nie zakończy je sukces), zależy powodzenie. Nawet tych największych idealistów latami życie uczy, że nie zawsze te wysiłki zostaną docenione czy uwieńczone wymarzonym celem. On też się tego uczy, ja się tego uczyłam przez ostatnie lata. Ale ostatnio zachwycam się i inspiruję jego metodą prób i dostrzegania każdej szansy, i wiary we własne siły. Nie tylko po to, by wygrać, ale by doświadczyć, by spróbować, by nie mieć do siebie żalu: można było.
 
Jako dorosłe, roztropne i dzielne niewiasty - ile razy poddajemy się i nie podejmujemy nadarzającej się okazji, nie wykorzystujemy szansy? Bo może się nie udać (zawsze może się nie udać, nawet jeśli robimy coś z zamkniętymi oczami po mistrzowsku, zawsze może się nie udać). Bo może nie warto. Bo inni zrobią to lepiej, bo ktoś już to zrobił. Bo mi powiedzieli kiedyś, że ja nie potrafię i się nie nadaję. Bo mi się nigdy nic nie udaje. Bo może to pułapka, a nie jakaś szansa. Bo może będzie inna, lepsza, lepiej widoczna okazja. Bo może inni będą się patrzeć i to krzywo. Bo może nie wyjdzie idealnie. Bo może się zmęczę. Bo może.
 
A może właśnie się uda, albo wynik będzie całkiem zaskakujący - pragnąc czegoś, otrzymamy coś innego, ważniejszego, bardziej rozwijającego? Może poznamy jakąś część siebie i wtedy runie dawne wyobrażenie i ograniczenia, i otworzą się nowe drzwi. Otworzą się, ale przecież niezupełnie same.
 
Może gdzieś blisko są takie lekko uchylone, niezamknięte na klucz drzwi i uchylone okno?
Czytaj dalej...

Jak być żoną, będąc mamą?

Jako narzeczone, a potem młode żony zazwyczaj teorię o łączeniu tych dwóch ról znamy bardzo dobrze. Mamy już ułożony plan i zasady albo liczymy na to, że musi być dobrze, skoro miłość wszystko przetrzyma. Wiemy, że będąc mamą, nie możemy przestać być żoną – tą wyjątkową, kochającą, twórczą. Ale kiedy pojawiają się na świecie dzieci, stajemy przed nowymi wyzwaniami i nie zawsze nasze teorie się sprawdzają. Czasem potrzebujemy nowych.

Zmęczenie? Konflikty? Brak czasu? Oddalenie? Obojętność? A może tęsknota za tym, by być coraz piękniejszą i szczęśliwszą żoną, nie tylko mamą ?

Na spotkaniu zastanowimy się m. in. nad tym:

  • co oznacza być szczęśliwą żoną i mamą
  • czy można coś zrobić, by było jak dawniej (a może inaczej, jeszcze lepiej?)
  • jak odnaleźć samą siebie między tymi dwoma życiowymi zadaniami

Spotkanie poprowadzi Katarzyna Marcinkowska – żona i mama, z wykształcenia filozof, autorka projektu Serce Kobiety (www.sercekobiety.pl) 

Spotkanie odbędzie się 9.12 o godz. 10.00.

Jest to spotkanie z cyklu spotkań dla mam, które odbywają się co tydzień w parafii św. Zygmunta w Warszawie, w godz. 10-12 w salce "Słowa Bożego". Spotkania koordynuje Zuzanna Zarzycka (kontakt do Zuzi: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.). Na spotkania zapraszamy mamy z małymi dziećmi i mamy w stanie błogosławionym.

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS