Przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości. (Kol 3, 14)

Temat niewygodny. Jak walczyć o życie?

Dziś o czymś trudnym, niewygodnym. Muszę. Muszę się tym podzielić, bo my mamy wpływ. Bo my mamy powołanie do tego, by walczyć. By zachwycać taką walką. Bo to nam kobietom zostało w sposób szczególny powierzone Życie. Bo to, co dzieje się dziś z milionami poczętych odrzuconych dzieci, to jest pytanie o człowieczeństwo, ale także o kobiecość. Kobieto, kim jesteś? Mamo, gdzie jesteś? I to nie jest pytanie do  t a m t y c h  kobiet, to nie jest też pytanie tylko do  W a s, to jest po pierwsze pytanie do mnie samej. Jakie ja mam Serce Mamy?

Dziś kilka słów o aborcji, o filmie, który ostatnio oglądaliśmy z Mariuszem, o szukaniu dróg i nadziei - że my naprawdę możemy coś zrobić. Wiem, temat mało przyjemny, dla wielu z nas wciąż brzmiący abstrakcyjnie. Ale czy wiecie, że w czasie II wojny światowej (czyli przez 5 lat) zginęło na świecie 72 mln ludzi, a rocznie w wyniku aborcji zabijanych jest 42 mln dzieci. Tak oficjalnie. Czy macie świadomość, że wiele z nas, w tym i ja, rodziło się w czasach (przed 1993), kiedy nasze mamy miały prawnie szeroki dostęp do aborcji? I wiele kobiet dziś, z pokolenia naszych mam i babć dobrze wie, czym jest aborcja. 

Obejrzeliśmy z Mariuszem film o Mary Wagner, a właściwie „Nie o Mary Wagner”, bo Mary nie chciała, by to był film o niej. Ona nie chce być tu ważna, bo istotna jest sprawa, ważne jest każde życie, o które walczy. Mary jest Kanadyjką, która chodząc do klinik aborcyjnych, rozdając kobietom białe róże, ulotki i rozmawiając z nimi, mówiąc o innym wyjściu, kiedy kobietom wydaje się, że innej drogi już nie ma, walczy jednocześnie z bezdusznym prawem. Przeszkadza klinikom, zabierając im klientki i łamie prawo, które chroni dziecko dopiero od urodzenia. O Mary być może słyszałyście już co nieco, gdyż kilka miesięcy temu była w Polsce. (Może byłyście na jakimś spotkaniu z nią? Mnie niestety się nie udało.) Film o niej, który niedawno ukazał się w Polsce, to tylko inspiracja do tego, czym chciałabym się z Wami podzielić. Co do filmu, to gorąco go polecam. Oprócz szerszego zrozumienia sytuacji tej działaczki pro-life, można dowiedzieć się więcej na temat aborcji, jej historii, zasięgu, procedur. Można zrozumieć także trudności, jakie napotykają ci, którzy walczą z nią, można zdać sobie sprawę, jak wygląda podejście do życia i aborcji w wielu krajach, tuż za naszą granicą także. A mentalnie? A mentalne także coraz częściej i u nas. Film zawiera też drastyczne zdjęcia aborcji. Zbyt drastyczne? To częste pytanie do dyskusji – czy warto/powinno się/można pokazywać zdjęcia abortowanych dzieci. To boli, to usprawiedliwia płacz, to wzbudza też bezradność, a może niektórym to nawet wystarczy, by zrozumieć czym jest aborcja i o co w niej chodzi. Czym jest usuwanie płodu, czym jest zabijanie niewinnego człowieka. Po obejrzeniu filmu pobiegłam do śpiącego Irusia. Patrzyłam jak spokojnie śpi w swojej pozycji a'la Superman (Mariusz mówi, że wystarczyłoby mu tylko pelerynkę doczepić). Jeszcze niedawno był taaaki malutki. Jeszcze rok temu był pod moim sercem, choć nie mogę uwierzyć, że to był ten sam on. Jeszcze rok temu kanadyjskie prawo nie wzięłoby go w obronę.

Tylko... czy ten temat nas naprawdę dotyka? Czy nas w ogóle dotyczy? Czy nie wydaje się zupełnie abstrakcyjny, daleki naszej codzienności? Jako nastolatka napisałam dwa opowiadania konkursowe o tematyce pro-life. O rozmowie dziecka nienarodzonego z aniołem w Niebie i o sytuacji dwóch kobiet - dzisiejszej nastolatki i Maryi. Czułam to mocno, ale znałam tylko z filmów, z tej rzeczywistości poza mną. Dziś temat aborcji powraca do mnie coraz częściej, coraz bardziej. Dla mnie, a myślę, że i dla wielu Polaków, zwłaszcza będących blisko Kościoła i wartości życia, to temat, który wydaje się zupełnie marginalny. Idąc przez miasto nie mijam klinik aborcyjnych, kiedy dowiaduję się o ciąży, ginekolog nie proponuje mi aborcji, wśród moich przyjaciół nawet nie rozważamy takich rozwiązań (ale już np. na kursie zdarzyło nam się dyskutować o tym z narzeczonymi, pamiętam szczególnie jedną dziewczynę, która przekonywała, że jako rodzic zepsułabym życie nastoletniej córce, nie pozwalając jej na aborcję). Ale to nie znaczy, że nie istnieje podziemie. Jak mówią, dla chcącego nic trudnego. To nie znaczy też, że zgodnie z prawem nie dokonuje się aborcji eugenicznej na ludziach, którzy są niepożądani (także dla społeczeństwa). To znaczy, że wcale nie możemy spać spokojnie. Nasze ostatnie ankiety na kursach przedmałżeńskich pokazały, że coraz więcej osób (dodajmy: narzeczonych chcących zawrzeć ślub katolicki) nie zgadza się z nauczaniem Kościoła na temat aborcji.

A mnie dźwięczą w uszach słowa św. Pawła „Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest świętą, a wy nią jesteście.” (1 Kor 3, 16-17)

Myślę, pytam siebie, szukam w sobie odpowiedzi.

Czy jestem gotowa stanąć pod kliniką aborcyjną jak Mary?

Czy jestem gotowa walczyć o każde życie?

Czy jestem gotowa wbrew poprawności i haseł tolerancji głośno powiedzieć „jestem za życiem”?

I „jestem przeciwko prawu kobiety do zabijania własnego dziecka”,  „jestem przeciwko aborcji”? I to nie w gronie osób, które myślą podobnie, które czują tak jak ja, ale wśród tych, którzy wykluczą mnie ze swojego środowiska, wyłączą mikrofon, zabiorą głos, obrzucą obelgami.

Mistrzynią spojrzenia na życie i godność człowieka była bł. Matka Teresa z Kalkuty. Po ludzku nie matka, ale tak naprawdę Matka, od której my mamy możemy się uczyć. „Zaczynajmy od pełnego miłości pokochania małego dziecka już w łonie matki. Jak już wielokrotnie mówiłam w wielu miejscach, tym, co najbardziej niszczy pokój we współczesnym świecie, jest aborcja - ponieważ jeżeli matka może zabić swoje własne dziecko, co może powstrzymać ciebie i mnie od zabijania się nawzajem? Najbezpieczniejszym miejscem na świecie powinno być łono matki, gdzie dziecko jest najsłabsze i najbardziej bezradne, w pełni zaufania całkowicie zdane na matkę.” 

Kiedy już zdajemy sobie sprawę z sytuacji, możemy rozpłakać się i stwierdzić, że absolutnie nic nie możemy zrobić, albo możemy zrobić to..., co możemy zrobić. Nie chcę być bezradna, jestem za tym drugim wyjściem. Nie chcę też tylko mówić nie zgadzam się, nie popieram, nie podoba mi się to, ale chcę zrobić coś, by afirmować życie, by naprawdę być pro life.   

Prawda

Poznając prawdę o kobiecie i naszym kobiecym powołaniu, a także poznając piękno naszego ciała i macierzyństwa, ugruntowujemy się w miłości do życia. A wtedy możemy ją przekazywać dalej. Wiedzę i radość z bycia kobietą. Także poznanie prawdy o antykoncepcji jest bardzo ważne. W filmie Nie o Mary Wagner podkreśla się, jak mocno antykoncepcja związana jest z aborcją. Była to zresztą jedna z obaw (jak się okazało słuszna) Pawła VI, gdy pisał encyklikę Humanae Vitae, gdzie określił stanowisko Kościoła w kwestii regulacji poczęć. Ponieważ antykoncepcja nigdy nie jest skuteczna w 100%, aborcja istnieje jako wyjście awaryjne, a ponieważ antykoncepcja tworzy już mentalność anty-life, aborcja jest dla wielu osób naturalną konsekwencją jej nieskuteczności.

Zaczynajmy od siebie. Kochajmy naszą kobiecość, kochajmy nasze ciała, kochajmy Życie!

Być przyjaciółką

Nie zawsze łatwo jest być przyjaciółką. Być blisko innych kobiet, towarzyszyć im w ich trudnościach. Może kiedyś staniemy w sytuacji, gdy nasza przyjaciółka, siostra, koleżanka, uczennica itd. będzie myślała o aborcji albo nawet te myśli się nie pojawią, ale dziecko stanie się w jej odczuciu wrogiem, który zniszczy jej świat i nie da jej żadnej przyszłości. Bądźmy tuż obok nich, nie omijamy tych trudnych pytań, rozmów. Szukajmy profesjonalnej pomocy, wsparcia, dobrej lektury. Poszerzajmy serca, poznawajmy świat kobiet. Nigdy nie wiemy jak bardzo może komuś utkwić w pamięci nasze jedno zdanie, nasza postawa. I nie wiemy, jak daleko może to zanieść dalej.

Wychowywać mężczyzn

Jesteśmy siostrami, matkami i przyjaciółkami dla naszych mężczyzn. To oni w wielu sytuacjach są winni, a niemal zawsze współwinni aborcji. Ale my możemy ich uczyć – miłości, szacunku do życia, czułości, wrażliwości na zło. A także odpowiedzialności i miłości. Już małych chłopców możemy zachwycać życiem, dziećmi, ich rozwojem. Ja zawsze z podziwem patrzę na moich siostrzeńców, którzy cieszą się z młodszych dzieci w rodzinie, którzy oglądają filmik z USG jak film akcji. O, rusza się! Widzę nogę! :-) Nie wierzę, by taki mężczyzna (czy kobieta), utwierdzany w zachwycie nad cudem życiem, kiedyś tam w przyszłości z przekonaniem mógł powiedzieć, że poczęte dziecko to nie człowiek. 

Modlitwa za Życie

Długą macie listę intencji modlitewnych? Ja tak. Podejrzewam, że Wy też. Oczywiście, zazwyczaj najbardziej naglące są te na tu i teraz albo te dotyczące naszego życia, naszej sytuacji, naszego problemu. Ważne jest to porządkowanie swojego życia i serca razem z Nim, w rozmowie z Nim, ale gdy zdaję sobie sprawę z ogromu zła, które dzieje się, czasem tuż obok, z obojętności prawa, z liczących na zyski organizacji aborcyjnych, z błogiej nieświadomości społeczeństwa, z naszej ludzkiej obojętności, z braku reakcji, z niezabrania głosu, to myślę sobie, że często nie mam wcale pilniejszych intencji. Ja poczekam. Tym dzieciom nie dane jest dużo czasu. 

Dostałam niedawno wiadomość o rozpoczynającym się Różańcu w intencji życia. Równie piękną inicjatywą jest adopcja duchowa - ochrona jednego dziecka zagrożonego przez całą ciążę. Przecież to prawdziwe duchowe rodzenie! 

A Wy macie jakieś pomysły, refleksje? Co możemy jeszcze zrobić?

Jak możemy jeszcze bardziej kochać Życie?

Jak możemy budzić do Życia?

Czytaj dalej...

Dziecko czy mąż?

Teorię znam doskonale i to od dawna. Pamiętam jak przed ślubem długopisem na kartce budowaliśmy naszą wspólną hierarchię wartości, układając te ważne sprawy jak klocki, z niezwykłą pewnością i lekkością, widząc niezawodną trwałość naszej konstrukcji i utwierdzając się w dobrze ustawionych fundamentach. Bo to przecież Dom na Skale. Przypominało to nawet układanie puzzli, z których każdy ma swoje niewymienialne miejsce. Prosto, logicznie, w pewnej chwili nawet jakoś zbyt łatwo.

Znałam już wtedy trud utrzymania tej konstrukcji – ustawienia Boga przed narzeczonym/mężem, a ich przed pracą i swoimi ambicjami. Bo deklaracje z życiem nie zawsze lubią chodzić za rękę. Bo przecież nad tym wszystkim zawsze jest własne ego, które szuka tylko jakiejś bocznej ścieżki, żeby zająć wyższe miejsce, udając, że jest tam, gdzie być miało.

Wiele lat temu, kiedy jeszcze byłam Kasią W. (podejrzaną - i to słusznie - o poważne i niewyleczalne zauroczenie w niejakim Mariuszu M.), prowadziłam rozmowę z dwiema bliskimi mi kobietami, spełnionymi potrójnymi matkami. – Ja to go tak kocham, że… - i tu jakieś westchnienie, migoczące oczy, drżenie głosu albo poetyckie, patetyczne porównania, które moje słuchaczki przyprawiłyby co najwyżej o ironiczny uśmiech. – Pogadamy jak będziesz mieć dzieci... – odpowiedziały, mrugając do siebie porozumiewawczo, z pewnością, a właściwie z politowaniem. A w domyśle: dzieci kocha się bardziej, zobaczysz, jesteś jeszcze jak nieopierzone pisklę, które zachwyciło się pierwszym lotem. Przekonasz się, że to jest dopiero początek prawdziwej miłości i że najlepsze jeszcze nie nadeszło. Najlepsze. A może i najtrudniejsze. Albo po prostu jeszcze kubeł zimnej wody przed tobą.

Dziś wiem, że dziecko kocha się inaczej, w co zresztą nigdy nie wątpiłam. Teraz to wiem, bo tego doświadczam. Ale jak ciężko jest wyważyć właściwą hierarchię, doświadczam tego chyba jak każda mama, może szczególnie ta młoda. Nie mam tu jednak na myśli tego, komu przyznaję miejsce pierwsze, ale to, co tak naprawdę robię każdego dnia, jak dzielę swój czas i swoje serce dla tych moich najbliższych. Czyli jak praktyka weryfikuje moje teorie. Co robię, by mąż nie zniknął ze swojego miejsca, by nie odłożyć małżeńskiej relacji na półkę z napisem „na później”, by nie usprawiedliwiać się, że jeszcze zdążymy. Bo nie wiemy, ile czasu nam zostało. Wiem tylko, że każdego dnia zostało nam już trochę mniej. 

I wcale nie chodzi o to, by nieść sztandar z hasłem Mąż jest na pierwszym miejscu, by zostawiać płaczące niemowlę w imię osób ważniejszych, ale by nie zapomnieć, że w porządku naszej miłości on jest pierwszy i niewymienialny, nasza relacja jest wyjątkowa i niepowtarzalna. I by małymi gestami potwierdzać to w codzienności. Bł. Marcelina Darowska mówiła, że mąż jest pierwszą osobą w życiu kobiety, bo przy dzieciach możemy być zastąpione, ale przy mężu nikt nas nie zastąpi. Relacja macierzyńska jest – jak dalej rozważa Marcelina Darowska – najsilniejsza w życiu kobiety, ale najświętszą jest – małżeństwo. Co jest dla mnie najświętsze, co jest dla mnie pierwsze, co jest tym, w co chcę włożyć serce i wysiłek, to jest mój wybór i moje codzienne nastawianie serca jak zegarka ze starym mechanizmem, który ma skłonność do opóźnień. Nikt nie powiedział, że to ma być łatwe.  

Miłość do dziecka, zwłaszcza małego, jest prostsza. Dziecko przynosi radość samą swoją obecnością. Wynagradza uśmiechem. Choć wymaga wiele sił fizycznych (zwłaszcza, gdy jako niemowlę oscyluje przy górnej granicy siatki centylowej) i psychicznych (gdy ma kolki albo wchodzi w przedwczesny bunt dwulatka), to zaspokojenie jego potrzeb jest łatwiejsze, a nawet jeśli jest męczące, wyniki są wymierne, a satysfakcja obustronna niemal gwarantowana. Przynajmniej po jakimś czasie. Zmienić pieluchę? Podać samochodzik? Przebrać? Przytulić? Nakarmić?  Gotowe! I gdyby umiał jako niemowlę albo gdyby wpadł na to bez sugestii jako półtoraroczniak, założyłby mi na głowę koronę, ale co tam – mogę zrobić to sama, a on jeszcze roześmieje się, jakby to było naprawdę nie wiadomo jakim wyczynem.

Z mężem jest inaczej. Już samo nakarmienie go wymaga większego wysiłku, pomysłowości i serca (choć to porównanie jeszcze zależy od dziecka;-) Rozmowa też jest bardziej skomplikowana. O ile już jest jakaś rozmowa. Rozumiem, że to inaczej oznacza często trudniej. A po całodniowym wysiłku, szukamy drogi na skróty. To może sam sobie zrób obiad?  Budowania relacji z mężem to piękne wyzwanie? Mamy stawiać mu czoła? Jasne, że tak! O ile nie uśniemy na kanapie w drodze do łazienki. A mężowie wychodzą nam naprzeciw lub nie. Ułatwiają lub nie. Rozumieją jak ciężko jest podzielić na nowo swoje serce i rozmnożyć miłość lub nie. Albo im to wszystko powiemy albo nie.

Słyszę dość często od osób bliskich lub od całkiem nieznanych, spotkanych gdzieś przypadkowo na spacerze, że teraz to nasz najlepszy czas. Teraz, gdy dzieci są małe. Niektórzy mówią to z rozżaleniem, jakby zawiedzeni trochę tym, co stało się później. Zawiedzeni dziećmi, rodzicielstwem, sobą, małżeństwem. Albo tak zaskoczeni tym cudem dzieciństwa marzą o powrocie do piaskownicy. To motywuje mnie do cieszenia się nawet zmęczeniem po całym dniu zabawy (lub pracy – zależnie od perspektywy), a z drugiej strony budzi niepokój: to teraz ma być już tylko gorzej?

W tym dorastaniu dzieci widzę oprócz wielu nowych wyzwań i radości, i trudności trwania przy swojej hierarchii, jeszcze jedną obietnicę – znów bycia bardziej dla męża. Kiedy już odchowamy dzieci… Kiedy wypuścimy je… znów, jak za czasów zakochania, będziemy wychodzić nocą na spacery, wyjeżdżać we dwoje, spotykać się z przyjaciółmi na długich debatach i planszówkach, będziemy wychodzić wieczorem do teatru, zahaczając o kawiarnię, będziemy śmiać się przy naszych ulubionych komediach, popijając czerwone wino. Będziemy jak dwoje nowo staro zakochanych. Widuję czasem takich i wtedy zaczynam spontanicznie pytać Boga, czy i my doczekamy takich chwil. Nie, nie pytać. Ja go wtedy proszę: daj nam takich chwil doczekać. Czy to nie będzie jak smakowanie miłości dojrzalszej, bardziej doświadczonej, owocującej, spełnionej? I ta perspektywa jeszcze bardziej mnie motywuje, by już dziś troszczyć się o mojego Oblubieńca. By zakochiwać się codziennie nie tylko w moich Małych Książętach, ale w Tym moim Wojowniku. By tych Małych nie trzymać zbyt kurczowo przy sobie, ale by mocniej trzymać się tego Jedynego.

Ale i tak... jest mi dobrze tu dziś. Tu, gdzie jesteśmy. Tu z Nimi. I ufam, że dobrze nam będzie za kilka-dziesiąt lat. Nie, nie myślę, że lepiej albo gorzej. Będzie inaczej. Ale na swój czas będzie równie dobrze.

„Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem.” (Koh 3, 1)

Czytaj dalej...

Dziecko prawdę ci powie

Dziecko prawdę ci powie. Wiedziałam o tym, zanim oficjalnie zostałam mamą. Słyszałam o tym wiele razy, czując, że chyba i tak dobrze wiem, jak to będzie przebiegać. Czekałam na to z pewnym gotowym już, niemalże napisanym scenariuszem pt. czego chciałabym dowiedzieć się o sobie, który domagał się tylko korekty, ale przede wszystkim potwierdzenia. Jednak dziecko jest dużo bardziej krytycznym korektorem, niż przewidywałam i mówi głośniej i szybciej, niż mi się wydawało.

Dzieci zaczynają mówić zanim powiedzą jakieś słowo, choćby to przypominające ba-ba czy ma-ma. One, przez sam fakt bycia z nami, tuż obok, wskazują nasze braki, trudności z emocjami, z dawaniem bez oczekiwania, ze stawianiem swoich potrzeb przed nimi, każą zmierzyć się z własnym dzieciństwem i tym dzieckiem w sobie, które ciągle nosisz. One pokazują, wytykają – największą pustkę i największy bałagan serca, ale i największe światło i piękno, i te zakurzone już nieco, zapomniane skarby w nas, jak skarby na strychu babci. Te, o których nawet nie mamy pojęcia. Pokazują tak wiele…, jeśli tylko mama znajdzie czas, by to nazwać i oswoić, by przenieść wzrok znad łóżeczka i przewijaka, i placu zabaw na samą siebie. A że bywa to trudne wyjście poza swoją strefę codziennego nastawienia, to mamy wiedzą. Bo górnolotne pytania o to, co pokazuje mi moje dziecko o mnie (i o sobie!), zderza się z prozą przenoszenia brzdąca z miejsca na miejsce, przebierania z jednych spodni w drugie (co kiedyś wydawało mi się spełnieniem marzeń modowych, podkreślam kiedyś), studzenia gorącej butelki, siedzenia z maluchem na dywanie, udając odgłosy zwierząt i przewracając grube kartki książki, które maluch próbuje zjeść. A gdy wieczorem dziecko uśnie, nie zawsze pierwsze myśli, które przychodzą do głowy, można zatytułować: czego dziś dowiedziałam się o sobie?:-) Raczej: jeszcze trzeba zmyć podłogę, wstawić pranie, co jutro na obiad albo w końcu obejrzę serial lub film, byle taki dla rozluźnienia. Wejść głębiej w swoje serce? Wejść w siebie? Kiedy ja mam wrażenie, że zaraz wyjdę z siebie – coś takiego usłyszałam niedawno. Ale właśnie wyjść z siebie na chwilę to dobra okazja, by spojrzeć z zewnątrz i wrócić.

Macierzyństwo to dobra okazja, by odkrywać bardziej siebie, by pracować nad swoimi emocjami, zastanawiać się, skąd one się biorą, o czym mi mówią, dlaczego reaguję tak, a nie inaczej, jakie ja mam pragnienia i marzenia, za czym ja tęsknię, co potrafię, co mi zupełnie nie wychodzi, a więc summa summarum kim ja jestem. Bo nie jestem tylko mamą, choć przy maleńkich dzieciach czasem ciężko w to uwierzyć.

To, że dziecko pokazuje mi prawdę o mnie, ma jeszcze inne znaczenie, którego nie przewidziałam wcześniej. Pragnę, by moje dziecko było szczęśliwe, nie znam nic piękniejszego od jego śmiechu i spokojnego snu. Mogę bez przerwy podchodzić do jego łóżeczka i podziwiać to małe śpiące Arcydzieło (zdradzę nawet coś więcej: robimy to z mężem naprzemiennie!). Ale mam więcej oczekiwań: chcę, by miał mocne poczucie własnej wartości, by miał głęboką wiarę w Boga i by to Jemu ufał, chcę, by był świadomy swoich mocnych stron, ale by umiał też przyznać się do błędu, itd. Z prozaiczności – chcę, by zdrowo się odżywiał (nie przejadał słodyczami i słodkimi napojami), by lubił sport, by był kulturalny i grzeczny wobec innych ludzi. Chcę, by był sobą, by zrealizował swoje marzenia i talenty, ale przy tym, by był dobrym człowiekiem – może kiedyś mężem i ojcem. Wygląda to na całą listę życzeń. Wiem, że każdy rodzic ją ma. I przy tej mojej pięknej liście, którą już powoli chciałabym wdrażać, pojawia się prawda o mnie – z próżnego i Salomon nie naleje. Nie mogę nauczyć go awersji do czekolady, kiedy sama nie mogę się jej oprzeć (tej z Karmello - gorącej z miętą i bitą śmietaną albo mrożonej w upalne dni), nie mogę nauczyć go nie nadużywania soli, kiedy przesalam swoją zupę, i nie mogę dać mu poczucia własnej wartości, jeśli nie pokocham samej siebie (to szczególnie ważne ze strony mamy wydaje mi się w przypadku córki). Nie uwierzy mi, że wiara jest wielką przygodą z Bogiem, jeśli nie podejrzy, choćby przez dziurkę od klucza, że i ja w niej uczestniczę. Nie będzie mówił piękną polszczyzną i słowami miłości, jeśli nie usłyszy ich od nas, jeśli będziemy mówić krzykiem. Nie chcę rzeźbić mojego dziecka na mój obraz i podobieństwo, ale wiem, że będzie patrzył. Już patrzy. Będzie naśladował, będzie weryfikował słowa przez czyny. Będzie się zastanawiał, czy chce być trochę taki jak my, a będzie to już później, po tym jak trochę takim się stanie. Zanim  więc zacznę go zmieniać, muszę zmieniać samą siebie, zanim zacznę od niego wymagać, muszę wymagać od siebie. Zanim dotrę do jego serca, muszę dotrzeć do mojego własnego.

Czytaj dalej...

Spotkanie dla mam z dziećmi i mam w stanie błogosławionym

13.05 o godz. 10.00 w kawiarence przy parafii pw Zesłania Ducha Świętego w Warszawie (ul. Broniewskiego 44) zapraszamy na spotkanie dla mam z dziećmi i kobiet w stanie błogosławionym!

Tematem spotkanie będzie radzenie sobie z emocjami okazywanymi przez dzieci. Gościem spotkania będzie Małgorzata Biarda - mama 15 letniego chłopca z ADHD, Manager Operacyjny, Manager zespołu, Coach. Pani Małgorzata opowie o swoich doświadczeniach, a także o wypróbowanych sposobach na różne sytuacje. Będzie również okazja, by wymienić się swoimi doświadczeniami, problemami i obawami.

Na spotkaniu będzie kącik zabaw dla dzieci, a także kawa i herbata. Zachęcamy, by zabrać ze sobą coś do herbaty:-) 

Będzie również czas na wspólną modlitwę oraz integrację.

Zapraszamy wszystkie mamy!
 
Więcej o idei tych spotkań: Spotkania dla mam
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS