Żadna kobieta nie jest tylko kobietą. (św. Edyta Stein)

Adwentowy Notes dla kobiet 2016

Pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie... Mt 25, 6

Panna roztropna czy nieroztropna? Przewidująca? Oczekująca? Gotowa? A może zaspana nieco?... Którą z nich jesteś? Którą z nich chcesz być? (Pytanie retoryczne, hmm?... ;-) 

Lubię adwent. Im jestem starsza, tym bardziej lubię. Może dlatego, że tym bardziej czekam na Niego. I to nie tylko dlatego, że zbliża się Boże Narodzenie. Tegoroczny Adwent może zaskoczyć. Że już, że tak nagle i że tak... tak na dość długo. Rozpoczęłam więc przedadwentowe przygotowania. Do przygotowywania trzeba się przygotować. Jak do drogi. Do ważnej drogi.

W ubiegłym roku przygotowała, Notes Adwentowy, z którego, jak wiem, korzystało pewne grono kobiet. Ponieważ tamta wersja była dostosowana do 2015 roku, postanowiłam ją uaktualnić. A zatem już jest gotowy cały Notes na Adwent 2016. Jest to odświeżona wersja Notesu z poprzedniego roku. A zatem jeśli udało Ci się w ubiegłym roku korzystać z niego i masz ochotę na coś całkiem innego, to specjalnie nie nakłaniam, ale... jeśli nie miałaś okazji z nim pracować, a może z jakiegoś powodu zrezygnowałaś, ale chciałabyś spróbować raz jeszcze, to gorąco zapraszam! Plik do pobrania poniżej.

Dobrego przygotowywania się i zapalania lamp! 

Czytaj dalej...

Kalendarzowe kulisy, czyli czego się nauczyłam

Już, nareszcie, w końcu nadeszło życie po premierze Kalendarza Kobiety 2017. Skąd to westchnienie? Po prostu nie przewidziałam, że będzie się z nią wiązało tyle emocji i wydarzeń. Choć doświadczenie rośnie (4 edycje Kalendarza, ponad 3 lata pracy), to jednak ciągle dzieje się coś nowego i emocje nie słabną. Przed premierą działo się wiele. Wiedziałam, że już kilkaset osób czeka na swój zamówiony Kalendarz. Zaczęły się także nieprzewidziane wcześniej schody – czyli opóźnienia w drukarni… Czekanie było bardzo trudne i mogę to powiedzieć śmiało – najtrudniejsze było dla mnie. Ale choć jest już po premierze, emocje są nadal duże. Bo to dopiero początek kolejnych działań i wyzwań – programu #jawJEGOoczach czy projektu Między Niewiastami. Ale w tym czasie pomiędzy, w tej chwili oddechu, dzielę się z Wami trochę moją drogą, kulisami tego projektu i moimi odkryciami. A właściwie tym, czego uczy mnie Bóg w tym czasie... 

Bóg wie co i jak

Kiedy pojawił się pomysł kalendarza? Nie mam pojęcia! Nie pamiętam tej jednej chwili, tego olśnienia. Nie tak było. To powoli kiełkowało. W maju 2012 mówiłam nawet głośno o tym projekcie, nie mając pojęcia jak robi się Kalendarz, jak miałby wyglądać, co dokładnie miałby zawierać… Miałam w sobie to jedno cudowne uczucie zachwytu, to „łał”, które towarzyszyć miało temu dziełu, kiedy już je będę mieć! Kiedyś tam. Miałam też wiele obaw. Ale był obok mnie najbardziej szalony optymista i wizjoner, jakiego spotkałam… i z jakim związałam swoje życie, czyli mój mąż. Bóg naprawdę wie co i jak. On nas przygotowuje według swoich planów, On nas zna, On widzi wszystko, widzi dalej i szerzej niż my. Gdybym nie miała swojej historia życia, gdybym nie spotkała Mariusza, gdybym nie lubiła pisać, gdybym nie umiała zarządzać pracą zespołu… to nigdy nie powstałby ten Kalendarz. Nawet więcej, okazuje się, że coraz bardziej mogę wykorzystać swoje talenty i dawne pasje, mogę się rozwijać. Mogę na przykład przez chwilę być producentem sesji zdjęciowej (marzyła mi się reżyseria dawno temu) albo grafikiem (jak dziecko sprzedawałam swoje obrazki ;-) 

Po owocach poznacie

Czy to jest naprawdę dobre dzieło? Czy jest zgodne z wolą Boga? Te pytania zadaję sobie naprawdę na poważnie. Jak mam usłyszeć odpowiedź? Co ma być potwierdzeniem? Ilość sprzedanych Kalendarzy, ilość zwrotów, ilość błędów, ilość podziękowań? Czy to w ogóle da się przeliczyć? Zasada owocowania jest dla mnie, przyznaję, trudna. I to nie od dziś. Bo poznawanie po owocach oznacza, że trzeba dać sobie czas, pozwolić sobie na błędy, cierpliwie przyglądać się, zmieniać, weryfikować i trochę, nie wiedzieć dokąd się zmierza i czy idzie się dobrze. Ale dziś widzę dobre owoce. Dostaję wiadomości od kobiet, które mówią, że ten mały kalendarz jest dla nich czymś dobrym i inspirującym, że przypomina im o tym, co ważne, że jest ich towarzyszem, powiernikiem. Albo że jest to dobry prezent dla kobiet, które są im bliskie… Albo że mają już trzy czy nawet cztery takie kalendarze i będą czekać na kolejne...  

On jest Zbawicielem

Wiem, że to On daje wzrost, to On jest Tym, Który prowadzi. Ale przypominam sobie o tym szczególnie mocno w tych chwilach, kiedy za bardzo skupiam się na tym, co JA mogę zrobić. Kalendarz nie jest zbawiennym elementem życia kobiety, ale czuję odpowiedzialność za to, jaki będzie mieć kształt i jakie treści będzie niósł. Myślę często i modlę się za kobiety, które będą z niego korzystać. Ale kiedy za bardzo zaczynam się przejmować tym, co leży po mojej stronie, słyszę jak Jezus mówi mi w tym moim wewnętrznym zamieszaniu: daj spokój, to tylko Kalendarz. Lubię sobie to przypominać. Tylko Kalendarz. 

Nie tworzymy dzieł idealnych

Żaden z dotychczasowych Kalendarzy nie uzyskałby miana idealnego. Każdy z nich poprawiłabym jeszcze w wielu miejscach. Chciałabym, by było lepiej. Skupiam się często na błędach, nie na tej dobrej części. To cud, że powstały aż cztery kalendarze, biorąc pod uwagę takie nastawianie. Ale powoli uczę się dystansu i radości z tej nieidealności, z tego, że można zrobić coś wystarczająco dobrze, by było pięknie. Kilka lat temu pisałam pewien polemiczny tekst, na którym bardzo mi zależało. Wiedziałam, że każde słowo muszę ważyć. Zwlekałam długo z wysłaniem tego, co udało mi się stworzyć. Chciałam, by tekst był naprawdę dobry. Chciałam nie mieć sobie nic do zarzucenia. Spacerując ul. Sławkowską (bo było to za naszych krakowskich czasów), spotkałam pewnego księdza doktora, dla mnie mistrza teologii i filozofii. Podzieliłam się z nim swoimi rozterkami. Powiedział mi wtedy: "Pani Kasiu, nie tworzymy dzieł idealnych”. Wracają do mnie jego słowa bardzo często. Stąd też to, co cieszy mnie najmocniej, to mój własny postęp. To, że z każdym rokiem jest to coraz lepsze. W moich oczach.

Nie da się zadowolić wszystkich i trafić do każdego serca

Co roku otrzymuję takie same pytania: a może mniejszy format? Dlaczego on jest taki duży i ciężki? To prawda, Kalendarz nie jest mały, choć miał być. Ale gdy okazało się, że nie zmienia to kosztu druku, został ten format. I pozostał. Czy powstanie mniejsza wersja? Może. Ale niekoniecznie. Mam w pamięci kwestie sprzedaży i organizacji. Nie tworzę czegoś dużego. Ale kto wie, może kiedyś. Dziś już wiem, że na pewno to nie jest uniwersalny Kalendarz. I wiem, że nie musi być. Nie mam takich ambicji. Nie obrażam się, kiedy słyszę: to nie dla mnie. Nie musi się podobać każdej kobiecie. I nie mówię tego nadąsana, ale naprawdę wolna. Dla wielu może być za duży, za mały, za kolorowy, za ciężki itd. Nie da się stworzyć czegoś tak idealnego i tak uniwersalnego, by każdemu pasowało i dobre służyło. Ale to doświadczenie jest dobre! Przypomina mi także o tym, jak jesteśmy cudownie różnorodne :-) i o tym, jak wielobarwna jest kobiecość! Tak trzymać, Niewiasty!

Radość i dobre słowo - cenniejsze niż perły

Ale wobec tych pytań i skarg pojawia się znacznie więcej ciepłych słów od serca. Podziękowania, dobre słowa, małe świadectwa, a nawet zdjęcia – Kalendarza „w użyciu” (nic nie cieszy mnie bardziej niż to, gdy widzę, że on jest „w ruchu”!). To dodaje skrzydeł i motywuje mnie do dalszej pracy. To nadaje sens tym latom poszukiwań i trudnym momentom. A kto wie, może i zaraz zacznę obmyślać Kalendarz Kobiety 2018… ;-) (Motyw przewodni już mam! Domyślacie się?)

On jest też dla mnie

Tworzenie tego Kalendarza to dla mnie wyzwanie i zadanie – odkrywania siebie i odkrywania Boga. Studiowanie poematu o Dzielnej Niewieście, zagłębianie tematu Pieśni nad Pieśniami czy kobiet Nowego Testamentu. Wiem, że to jest też moja droga wzrastania. Robię to dla Was, ale robię to też i jak dla siebie. Mogłabym za moim mężem powiedzieć: myślałam, że chcę Wam coś dać, a okazało się, jak bardzo to jest dla mnie i jak wiele ja sama muszę się jeszcze nauczyć. (Mój mąż mówi tak w kontekście tworzenie męskiej wspólnoty Przymierze Wojowników). Miałam opory przed umieszczaniem swojego zdjęcia w Kalendarzu. Nie uważam się za modelkę, ale wiecie, nie o wdzięk modelki tu chodzi... Tylko czy to nie wygląda nieskromnie? W Kalendarzu 2015 nie jestem widoczna zbyt wyraźnie (taka też była konwencja zdjęć), ale byłam najlepszą modelką - zawsze na planie ;-) W Kalendarzu 2016 trochę spontanicznie pojawiło się i moje ciążowe zdjęcie. Ale przyznam szczerze – w Kalendarzu Kobiety 2017 chciałam się pojawić. Chciałam wziąć udział w tej przygodzie tak jak 12 innych zaproszonych przeze mnie kobiet. Chciałam odnaleźć siebie w jednej z tych historii w sposób szczególny. Jako ostatnia wybierałam postać „dla siebie”. Nie pomyślałam o niej na początku, bo brałam pod uwagę tylko Ewangelie, a jednak to właśnie obok historii Pryscylli zobaczycie moje zdjęcie. Tak, jestem jedną z tych kobiet, dokładnie jedną pośród nich, taką jak one, jedną między niewiastami… I jest mi tu dobrze!

Ściskam i pozdrawiam najgoręcej z Serca Was wszystkie!

 

Katarzyna Marcinkowska

***

Jeśli nie miałyście okazji korzystać z Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 – polecam eBook Kalendarzowe Inspiracje, w którym zbieram najważniejsze treści z tych wydań.

Więcej o Kalendarzu: www.kalendarzkobiety.pl

Czytaj dalej...

Stać się kobietą, jaką Bóg chciał, abyś była

Stworzona przez Boga. Stać się kobietą, jaką Bóg chciał, abyś była. Tytuł obiecuje wiele. Okładka również. Trochę jakby dawała nadzieję, że odnajdę dzięki niej tę część mnie, której jeszcze nie odkryłam, że stanę się całością – zgodnie z Jego zamierzeniami. Albo że to będzie początek Nowego, że ja będę nowa, piękniejsza. Bliższa Jego zamysłom. Nie łudzę się jednak, że wystarczy jedna książka. Przepraszam, jeśli rozwiewam czyjąś nadzieję na odnalezienie takiej lektury (poza Jedną Jedyną, o której już wiecie). Jednocześnie wiem, że to właśnie dobre słowa, przykłady i wyważone przewodniki pomagają mi trwać w drodze, dając przydatne wskazówki i mapy prowadzące w kierunku pełni życia i pełni kobiecości. Wśród tak wielu propozycji - książek, blogów, newsletterów, konferencji, filmików, facebookowych profili... (Czy tylko ja zaczynam się w tym gubić?) nie zawsze łatwo znaleźć perłę albo chociaż perełkę. Oto jest. Coś na jej kształt.

Książka autorstwa Tammy Evevard to książka, która podejmuje naprawdę ważne tematy. Te kluczowe dla naszego kobiecego życia. To nie znaczy, że każdy z nich będzie tak samo istotny dla każdej z nas (jesteśmy przecież na różnych etapach życia, mamy różne doświadczenia, różne gusta), ale mam przeczucie, że któryś z nich trafi prosto do serca. To są tematy, o których nie myśli się codziennie na spacerze, o których nie rozmawia się każdego wieczoru z przyjaciółką, a jednak one ciągle wracają i domagają się udzielenia jasnej odpowiedzi. Kim jestem, kim jest mój Bóg, czym jest moje kobiece piękno, jaka jest moja misja w świecie i wobec najbliższych, co znaczy być matką, jak wybierać dobrą drogę?

Podoba mi się bardzo szczerość i bezpośredniość autorki oraz to, z jaką uwagą kolekcjonuje swoje doświadczenia i jak przekłada je na sprawy duchowe. Ta książka nie jest wyczerpującym podręcznikiem, to pewien zbiór myśli, w dużej mierze historia i dorobek Tammy, jej skarbiec odkryć i obserwacji, którymi chce się z nami podzielić. To także zapadające w pamięć historie kobiet, które Tammy spotkała na swojej drodze, często zagubionych i zranionych, które odnalazły siebie dzięki Bożej Miłości. Niejedna z nas zobaczy w nich siebie... Wiele w tej lekturze haseł i obrazów, które zapadają w pamięć i gdzieś w głębi po cichu pracują, przypominają się... Gonić lwa. Bardzo chcieć. Czy też widzieć gobelin z drugiej strony. (Cały gobelin, jaki powstaje z naszego życia, widzi On, nie my. My widzimy tylko plecione bezładnie nitki.)

Tammy Evevard od pierwszej strony staje się czytelniczkom bliska i znajoma. Otwiera się tak bardzo, że widzimy w niej nie tylko kobietę dzielną, świadomą swoich korzeni i odważnie głoszącą Dobrą Nowinę, ale tak jak my - kobietę walczącą o samą siebie i dojrzewającą (np. do roli matki, bo przecież - jak sama pisze - nie cierpiała dzieci!). Tammy jest bezpośrednia i konkretna, zabawna, ale też refleksyjna. Nie mówi mi czegoś bardzo nowego, czegoś, czego bym jeszcze nie usłyszała. Wiem, że jestem umiłowaną córką Boga, wiem, że potrzebuję Go, wiem, że On mnie przyjmuje w każdej chwili, wiem, że to ode mnie zależy, którą drogę wybiorę, wiem, jak cudowne jest powołanie kobiety, wiem, jak cenna jest przyjaźń… A jednak mówi to w taki sposób, że chwilami uśmiecham się do siebie, ciesząc się, że ktoś ujął te prawdy w nowy sposób. Utrwalam je wtedy i przypominam sobie, jaka chcę być i Kto jest u mojego boku.

„Jeśli Mu na to pozwolimy, Bóg może przemienić nawet najbardziej przerażające okoliczności i wydobyć z każdej z nich coś pięknego. Piękno z popiołów – to sprawia, że Bóg jest najświętszy, najcudowniejszy. Jednak musimy Mu na to pozwolić. A kiedy to zrobimy, wówczas odnajdujemy najbardziej cudowną Bożą łaskę.” (Tammy Evevard)

***

UWAGA! :-)

Książce patronuje Serce Kobiety i w związku z tym mam dla Was kilka książek :) Będę je rozdawać w poniedziałek! Śledźcie facebookowy profil Serce Kobiety w poniedziałek 19.09 około godziny 12. 

 

***

Tammy Evevard, Stać się kobietą, jaką Bóg chciał, abyś była, wyd. eSPe, Kraków 2016

 

Czytaj dalej...

Wieczór prawdę mi powie

Wieczorami piszę swoje największe sprawdziany. Właśnie wczoraj zdałam sobie z tego sprawę. To wieczory mnie demaskują. Nie tylko dlatego, że wtedy znika makijaż, ale też dlatego, że przychodzi zmęczenie. Wywoływane i wypracowywane przez cały dzień, a pojawia się jakby znienacka. O! To już? Zmęczenie powszednie. Takie niespowodowane podróżami dookoła świata, biegiem przez płotki, podnoszeniem ciężarów czy wybitnie długą pracą nad czymś ważnym w stresującej atmosferze (nie licząc inwestowania w dzieci ;-) . Nie, raczej to zmęczenie, które każda z nas (i każdy też!) zna, to zmęczenie, które rozpoczyna zbyt wczesny poranek, a później już wywołują codzienne zabiegi: wycieranie podłogi, zamiatanie okruszków, całe kulinaria: śniadaniowe kanapki, kakao, sprzątanie po śniadaniu, krojenie owoców, sprzątanie po konsumpcji, wymyślanie obiadu itd., czytanie książeczek o koparkach i lekcje dźwiękoznawcze, wymyślanie zabaw i zajęć, które zajmą chłopaków na dłużej niż dwie minuty, składanie prania, wychodzenie na spacer, a więc spacerowa logistyka, pakowanie, interakcje ze spotkanymi osobami, mycie rączek przed jedzeniem i po jedzeniu, usypianie na pierwszą drzemkę, na drugą drzemkę, na noc itd. Takie nic. Nic konkretnego. Takie codzienne wieczorne zmęczenie mamy małych dzieci, na które nie pomagają ani trzy kawy z ekspresu, ani duża dawka magnezu (wiem, pewnie neutralizują się). Podobno to wszystko mieści się w normie. Macierzyństwo to ciągłe, niemal chroniczne zmęczenie. 

Zmęczenie czasem witam z radością. Myślę sobie wtedy: to był dobry dzień. Dałam radę! Dałam z siebie wszystko. Tyle się wydarzyło. Dzieci trochę podrosły. Ach, i te nowe słowa, i dialogi do zapamiętania. I nauki do wyciągnięcia z dzisiejszych zdarzeń, z moich reakcji, z ich potrzeb. Udało się zrobić to i tamto. Poznałam to czy owo. Byliśmy, zrobiliśmy, nacieszyliśmy się sobą, wytyczyliśmy sobie nowe kierunki itd. Teraz czas na wypoczynek. Nie jutro, tylko teraz. Chwila dla siebie, chwila dla nas. Kąpiel, książka, modlitwa, herbata, czy coś w tym stylu. Czasem jednak siłuję się z nim. Zmęczenie? A tyle jeszcze do zrobienia! Cały dzień minął, a tu NIC nie zrobione ;-) W co zmęczone ręce włożyć? W kuchnię, w pisanie, w zaległe lektury, w relacje z przyjaciółmi, w rozmowę z mężem, w układanie kwiatów na stole albo zdjęć w albumie? Zmęczenie bywa bezlitosne i bezduszne, nie w porę. A może raczej ja, a założę się, że nie tylko ja, bywam dla niego bezlitosna. Nie, nawet nie dla niego, tylko dla siebie?

A ono jest taaaaakie dobre. Bardzo dobre! Nie tylko dlatego, że potwierdza moją pracę i to, że żyję. Ono pokazuje mi wyraźnie, czasem dosadnie a nawet boleśnie, jaka jestem. Właśnie w tym zmęczeniu wieczornym - czy potrafię kochać, czy z łagodnością i radością potrafię utulić płaczące dziecko, czy wtedy widzę drugiego człowieka bardziej niż siebie? Czy kocham? Jak kocham? Wtedy właśnie potwierdzam swoimi wyborami, co jest dla mnie ważne, co jest pierwsze. Sama sobie pokazuję, gdzie jest mój skarb - gdzie jest moje serce. Czego szukam w tych kilku chwilach przed snem, w tych ostatnich minutach czy godzinach, kiedy jeszcze tu jestem? A gdyby to był mój ostatni wieczór?... O czym myślę, co przynosi mi ukojenie? Rozmowa z Panem? Modlitwa brewiarzowa z mężem? Lektura dla serca? Bliskość najbliższych? Rozmowa z kimś, kogo kocham? Co mnie napełnia radością i pokojem? O co walczę ostatkiem sił? 

Różnych rzeczy się dowiaduję o sobie wieczorami.

Życzę i Wam pięknego wieczornego zmęczenia!

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS