Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie (Ga 5, 22 - 23)

Kobieta o uformowanym sercu

***

Elżbieta wie już dużo o życiu. Niejedno widziała, niejedno słyszała. Może inne kobiety myślą o niej: wymarzona przyjaciółka, wymarzona matka. Taka, która na każde pytanie zna odpowiedź – odnajdzie w pamięci jakąś historię, a do tego jeszcze nigdy nie zapomni wspomnieć o Bogu. Ma przecież swoje lata i duże doświadczenie. Choć już tyle z siebie dała, ma nadal siłę, by służyć ludziom i Bogu. Nie chlubi się swoją pracą, nie zwierza się ze swoich trosk. Sprawiedliwa, wierna Panu, wzorowa żona i prawie spełniona kobieta. Nie odeszła od Boga, choć pewnie niełatwo jest zrozumieć Jego drogi. Po tylu latach pewnie zdążyła choć po części zaakceptować swoją bezdzietność. Być może pogodziła się sama ze sobą. Przecież wie, że nie jest pozbawiona łaski, nie jest ułomna. Chociaż spojrzenia innych ludzi nie zawsze ją w tym utwierdzają, to jednak słucha Jego głosu. Ona wie, że otrzymała wiele, Bóg szepce jej to do ucha codziennie, widzi to w oczach męża, ale uczucie niespełnienia i straty nie wygasło zupełnie. Emocje przecież najtrudniej opanować i zmieniać. Może daje sobie do tego prawo. Przez lata musiała mierzyć się ze swoim smutkiem i żalem, patrząc na rosnące, okrągłe brzuszki innych kobiet, a później na ich maleńkie dzieci. Pan miał widocznie inną drogę dla niej. Złożyła w ofierze swój ból, choć przez długi czas wciąż miała nadzieję. Co miesiąc czuła szybsze bicie własnego serca, które później zwalniało. I gdy zaczyna o tej nadziei zapominać, przychodzi ten dzień, kiedy zaczyna doświadczać stanu błogosławionego! Ale to nie koniec radości Elżbiety. Tylko czy ona mogłaby choćby przepuszczać, że doświadczy jeszcze większego cudu? Że przez trzy miesiące będzie przebywać blisko Pana? Że będzie pierwszą, która będzie mogła Go adorować w ciszy swojego domu, pod sercem swojej krewnej Maryi? Elżbieta patrzy na świat inaczej, głębiej. Widzi, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Niepłodna może urodzić syna, a młoda, dobrze znana jej kuzynka, może zostać Matką Boga. Elżbieta naprawdę wie dużo o życiu i o Bogu, ale On nigdy nie przestaje jej zadziwiać.

Jakie cuda w moim życiu Pan uczynił?

***

 

Czytaj dalej...

Stworzona, by pragnąć

Co ma wspólnego dieta, bieganie i zmiana nawyków żywieniowych z najgłębszymi pragnieniami kobiecego serca? Zwyciężenie kompleksów i zadowolenie ze swojego odbicia w lustrze? A może coś więcej i znacznie głębiej – na przykład lepsze ukierunkowanie swoich tęsknot, lekcja opanowania oraz odkrycie prawdziwego głodu?

W swojej książce „Stworzona, by pragnąć” Lysa Terkeurst udowadnia, że może być i tak. I co więcej, robi to nie przez błyskotliwe intelektualne wywody, ale przez własny przykład, zwierzenie się jak najlepszej przyjaciółce swoimi drogami, obawami, odkryciami, zwycięstwami i pragnieniami. Lysa - jak wiele kobiet – nie była do końca zadowolona ze swojego ciała, a ściślej mówiąc, z nadmiaru nagromadzonych kilogramów. Zapragnęła nie tylko założyć swoje obcisłe spodnie i poczuć się lepiej.

„Gra nie toczyła się bowiem o to, ile ważę i jak rozmiar noszę, ale o moje rozdwojone serce.”

Solidaryzuję się z jej motywacją i punktem widzenia, choć dla wielu osób, o których ona sama także w swojej książce wspomina, taka postawa może być niezrozumiała. Bo jeśli zapomnimy, że ciało ma z sercem bezpośrednie połączenie, bo idą ręka w rękę, to możemy nawet oburzyć się, że Pana Boga mieszamy w nasze potrzeby (albo i fanaberie) wprowadzenia ładu w takie pozornie jedynie przyziemne sfery życia i temu profanum próbujemy przypisać jako takie sacrum. Ale za pragnieniami kolejnej kostki czekolady i dokładki hamburgerów stoi bardzo często coś więcej - inne nieuporządkowane miejsca w nas samych i nieuświadomione tęsknoty.

„Musiałam zdobyć się na szczerość i przyznać, że polegam na jedzeniu bardziej niż na Bogu. Pożądam jedzenia bardziej niż Boga. W jedzeniu znajduję pocieszenie, nagrodę i radość. Do jedzenia uciekam się w chwilach napięcia i smutku, a nawet szczęścia.”

Czy każda z nas naprawdę zmaga się z tymi pokusami w postaci gorącej czekolady i fast foodów? Może jeszcze nie, może już nie, a może tak, ale wcale nie w takim stopniu jak Lysa. Ale tych pragnień, które zabierają nam rozeznanie, które kuszą, osłabiają wolę, zabierają wiarę w siebie i poczucie własnej wartości, a także wyciszają to największe pragnienie prawdziwej Miłości, jest o wiele więcej w naszej codzienności. I tak na przykład szukając bliskości i miłości, wpadamy w ramiona zupełnie przypadkowych mężczyzn, pozwalając odebrać (a nawet wyrwać czy wyszarpać) sobie największe marzenia i ideały. A przecież, jak podkreśla kilkakrotnie Lysa, zasługujemy na coś lepszego.

„Być może w porównaniu z sytuacją młodej dziewczyny, próbującej zachować czystość, powstrzymanie się od jedzenia wydaje się rzeczą błahą, a jednak głód to głód; pokusa to pokusa; pragnienie to pragnienie. Być może te dwie sytuacje tak bardzo się nie różną. Za każdym razem, kiedy przypominam sobie o tym, że zostałam stworzona do lepszych rzeczy, czuję przypływ motywacji i świeżych sił.”

W tej książce nie znajdziecie recepty na zrzucenie zbędnych kilogramów, tutaj szerokie pole do działania Lysa zostawia specjalistom – dietetykom i lekarzom. Na pewno jednak wszystkie zebrane przez nią przemyślenia mogą pomóc w zrozumieniu, że warto naprawdę zawalczyć o całą siebie, wsłuchać się w swoje prawdziwe pragnienia i odnajdywać najgłębsze Źródła, by je wypełnić i ugasić.

„Tak, zostałyśmy stworzone, by łaknąć – tęsknić, bardzo pragnąć, życzyć sobie gorąco i pożądać – Boga. Tylko Jego.”

Lysa Terkeurst, Stworzona, by pragnąć, wyd. Aetos 2014.

W ksiągrani KiM

Czytaj dalej...

Wprowadzając spokój i ład w sercu


Wprowadziłem ład
i spokój do mojej duszy.
Jak niemowlę u swej matki,
jak niemowlę — tak we mnie jest moja dusza.
 

(Ps 131, 2)

Kocham psalm 131. Krótki, a tak przejmujący, napisany dawno temu, a jakby z mojego wnętrza odczytany. I pewnie nie tylko z mojego. 

A jak ma się Twoje serce dziś? W ładzie i w spokoju, jak niemowlę u swej matki? Uderzyło mnie to porównanie. Staram się być mamą, której ramiona są dla dziecka jak kuloodporne skrzydła – bezpieczne i delikatne, czułe, ale nie przygniatające. Niemowlę jeszcze nie wie, nie domyśla się, nie domniemuje, nie przypuszcza, ono czuje i to odczuwa całym sobą. To mają być ramiona, które osłaniają – przed wiatrem, przed słońcem, przed śniegiem, przed nieżyczliwym spojrzeniem, przed ciekawskością ciekawskich, przed zakatarzonym panem w autobusie, przed niemowlęcym nieskoordynowaniem i nie zawsze bezpiecznym czynieniem kolejnych kroków rozwojowych, a nawet (albo i w szczególności) przed macierzyńskim zniecierpliwieniem, słabością i zmęczeniem, i miłością niedoskonałą, zaborczą, zawłaszczającą, wpatrzoną w siebie.

Udaje się czasem. Maluch zasypia zupełnie nieświadomy tego, że mogłabym go upuścić, a zasypiając uśmiecha się błogo albo zabawnie otwiera usta, jakby senność przerwała naszą rozmowę. Jest mu dobrze. Mnie także. Wymieniamy się naszymi darami i to się nazywa miłość. I w tym naszym tuleniu jest ład i swoista harmonia, która powtarza się każdego wieczora.

Ale są i te dni, kiedy moje ramiona nie są w stanie go uspokoić, kiedy on wyrywa się przestraszony, zmęczony lub głodny (albo taki, taki i taki na raz) i żadne ciepłe słowo, rytmiczne i cierpliwe kołysanie, recytowanie jego ulubionej Lokomotywy i śpiewanie piosenek z Kotów nie skraca czasu uspokojenia. Ta mała awantura musi się przetoczyć, obijając ramiona, o których Maluch zapomina. Jego lęk i poruszenie są większe i głośniejsze. Zamiast naszego współbrzmienia, jest tylko chwilowy chaos. Tak jak i dziś. Nie pomaga karuzela, na której misie tańczą w rytmie brzmienia kołysanki Brahmsa, nic nie daje nawet nagranie szumu, a kiedy w końcu w ruch idzie prawdziwy odkurzacz, przychodzi spokój, ale powoli, przerywany jeszcze łkaniem. Maluch walczy sam z sobą o ten spokój. Bo o prawdziwy pokój czasem trzeba stoczyć bitwę. Znacie to?

Moje serce ma się podobnie. Jak w sinusoidzie, jak na karuzeli (albo kolejce górskiej, istny rollercoaster) – raz utulone i zadowolone, raz wystraszone i niepewne swojego miejsca. Czasem samo sobie jest winne, czasem ja nie umiem go umiejętnie przygarnąć, nie działają dawne sposoby, a nowych nie wiadomo gdzie szukać. Nie mogę mieć własnego serca w garści jak niewolnika, więźnia, jak coś raz ustawionego i poznanego – ono stawia nowe wyzwania i pytania. Zupełnie tak jak dziecko na kolejnych etapach rozwoju domaga się nowych sposobów wprowadzenia porządku i prowadzenia dialogu. 

Pokój. Która z nas go nie pragnie? Ale czyż nie obca jest nam również szarpanina, roszczeniowość i niezadowolenie z siebie, biadolenie na tę naszą kobiecą chwiejność, a to znów te lęki, znów ten niepokój... Mamom, które tak pewnie chronią swoje Maleństwa to także się zdarza. O, i to jakże często! Mamo, stań się więc i mamą - wyrozumiałą, troskliwą, pomysłową - dla samej siebie. Jak utulać swoje serce? Jak zabiegać o pokój i ład, i o samą siebie? 

Chciałabym mieć patent na to. Na samą siebie. Ale nie mam, wybaczcie. Na pewno trzeba oddać się w Ramiona większe, bo to od Nich przychodzi Pokój Prawdziwy, ale przecież i od nas tak wiele zależy! Mam dziś malutkie inspiracje. Jeśli tylko macie swoje sposoby i pomysły, dzielcie się! :-)

Radość. Odrzucenie trosk. Dziękczynienie. A wraz z nimi POKÓJ.

„Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! Niech będzie znana wszystkim ludziom wasza wyrozumiała łagodność: Pan jest blisko! O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem! A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie.” (Flp 4, 4-7)

Czym mogę się radować? Wszystkim. Chwilą obecną, porankiem, wieczorem i podwieczorkiem, rozmową od serca, przypadkowym spotkaniem, zasłyszaną dobrą nowiną, tym, co mam i tym, czego nie mam, deszczem, kawą z automatu, nowym dniem, nową szansą, tym, że nic nie trwa wiecznie, ale Miłość jest niezniszczalna, że wszystkie trudności są małe w porównaniu z radością Nieba. A kiedy wypełniam się Radością, nie pozostaje już czas ani miejsce na troski. Kiedy się pojawią, stają się śmiesznie małe i niepoważne, i same z sobie mogą sobie żartować. A z tej radości rodzi się dziękczynienie.  

Ład.

Zadbać o swoje serce to nie tylko zafundować mu duchowe Spa, podsunąć wzniosłe pieśni i ambitną lekturę, zadbać o duszę to nie tylko czytać jej wiersze i zdobywać nowe umiejętności, które można zgrabnie kiedyś, gdzieś, po coś wykorzystać. To także pokochać swoje ciało, dostarczyć mu witamin, a płucom świeżego powietrza. To zadbanie o harmonię i współgranie tej całości. Jak wielki jest wpływ naszego ciała na duszę, udowodniono już dawno. Jesteśmy przecież całością. Kiedy zaniedbuję moje ciało, tracę też siły duchowe. A jak łatwo przechylić się w jedną albo drugą stronę! Dlatego spaceruję godzinami (jedna z cudownych wymuszonych aktywności mamy!), tańczę, prasując sterty ubranek i koszul (jakoś dziwnie moich ubrań jest tu najmniej), przyrządzam potrawy proste i kolorowe, nie stroniąc od magnezu w czekoladzie, zakładam spódnice, kolczyki (od męża;-) i czasem róż na policzki, no i uśmiech. Cieszę się, że jestem w moim ciele, z moim ciałem. Nie ma ze mną lekko, ale dochodzimy do porozumienia.

Zadbać o porządek w sobie to nie tylko posegregować zadania, oddzielić sprawy ważne od pilnych, przemienić to, co wydawało się przekleństwem w dar. To nie tylko uporządkowanie umysłu, emocji, wspomnień i pragnień, to także proste ogarnięcie stołu, wyrzucenie wszystkich nazbieranych drobiazgów z szuflady i ułożenie ich w nowy sposób. To również krytyczne przejrzenie szafy i wyrzucenie nienoszonych od trzech lat sukienek, niezałożonych od zawsze bransoletek, które przytrafiło się kiedyś dostać. To przerzucenie sterty papierów, które może kiedyś miały się przydać, ale utworzyły tylko barykady, które nijak nie bronią tego, co powinny były. Bo bałagan, którym się otaczamy, nie sprzyja porządkowi we wnętrzu. 

Czytaj dalej...

Przyjaciółkę od serca któż znajdzie?

Jedno z moich (a przypuszczam, że nie tylko moich) pierwszych, dziewczyńskich pragnień brzmiało: znaleźć przyjaciółkę od serca (nie bez znaczenia były tu oczywiście lektury L. M. Montgomery). A zatem pragnienie, by znaleźć dziewczynkę, której powierzę wszystkie sekrety, z którą przeżyję niezapomniane przygody, z którą będę chichotać ze znanych nam tylko żartów, z którą stworzymy umówione, tajne znaki i która zawsze na pytanie o to, kto jest jej przyjaciółką, odpowie, że ja. A ja się jej odwzajemnię.

Nasza przyjaźń miała oczywiście wszystko przetrzymać – skończenie szkoły, wewnętrzne przemiany i dylematy, a nawet miłość. Takie to było niesamowite, idealistyczne pragnienie, trochę egocentryczne, ale też pełne gotowości oddania cząstki siebie drugiej osobie. Potrzeba, by być wyjątkową dla kogoś i jednocześnie uczynić drugą osobę wyjątkową, oswoić ją według rad Liska z „Małego Księcia”, towarzyszyć jej w radościach i trudach, pocieszać i rozśmieszać. To pragnienie obudziło się dużo wcześniej od tego o Księciu z bajki. Czy tylko było, czy już wygasło?

Czyż jest coś lepszego niż mieć kogoś, z kim można porozmawiać o wszystkich rzeczach jakby się rozmawiało ze sobą samym? (Cyceron)

To, co się działo w moim dziecięcym świecie, oczywiście weryfikowało te wzniosłe ideały i myśli. Przyjaciółka była niemal zawsze jedna (bywały też sytuacje trudne, gdy trzeba było którąś z dwóch wybrać), jednak kim dokładnie była, to się zmieniało dość często, zwłaszcza na początku szkoły podstawowej. To była też wielokrotnie przyjaźń niedojrzała, pełna zazdrości, zaborczości i obawy przed odrzuceniem. Przyjaźń, która jeszcze się nie wydoskonaliła, której wiele brakowało, która nie była w stanie złapać stosownej perspektywy, a czasem nawet oddechu. Uczenie się relacji międzyludzkich w praktyce i studiowanie duszy ludzkiej jest bardzo trudne dla kilkulatki, a i z wiekiem nie zawsze jest łatwiej. A później okazywało się, że jednak wiele z tych przyjaźni, które miały przetrzymać wszystko, były zapieczętowane deklaracjami i szczerymi wyznaniami wierności oraz dozgonności, kończyły się, były nam dane tylko na jakiś czas, często tylko na ten etap, gdy łączyły nas wspólne sprawy. Często, ale jednak nie zawsze. 

Chyba wiele z nas nosiło w sobie to samo pragnienie. A jak jest dziś? Mając 18, 30, 45 czy 60 lat – czy masz dziś swoją „przyjaciółkę od serca”? Czy masz gdzieś obok siebie (nawet jeśli to „obok” oznacza, że dzieli Was kilkaset kilometrów) kobietę, z którą nigdy się nudzisz – ani rozmową, ani milczeniem, na spotkanie z którą czekasz, na którą możesz zawsze liczyć? Jako już dorosłe dziewczyny odkrywamy, że możemy mieć kilka bliskich koleżanek – z jedną uwielbiamy dzielić się naszą wiarą, z inną chętnie pójdziemy na spacer lub kawę, z jeszcze inną wymienimy się najnowszymi nowinkami z dziedziny mody, urody czy gospodarowania domowym budżetem. Odkrywamy, że każda z nich wnosi coś niezwykłego w nasze życie, każda z nich jest nam bliska, uczy nas czegoś, pobudza nas do jakiegoś działania, ale gdy już możemy wybierać, którą z nich zaprosić na wieczór filmowy, wernisaż, na mszę dla kobiet albo na poszukiwanie jesiennego płaszcza na wyprzedażach – wiemy, kogo o to poprosić, nie z każdą będzie tak samo. Która z nich jest Twoją przyjaciółką od serca?

Niezwykła jest siła przyjaźni. I tej kobiecej, i męskiej. Czy mężczyźni też szukają przyjaciół od serca? Już od etapu wczesnoszkolnego chłopcy dopierają się nie w pary, ale w co najmniej trójki, tworząc małe grupki, w których częściej obowiązuje hierarchia i jakiś podział. Taki system oczywiście sprawia, że niekiedy jest im łatwiej funkcjonować – zawsze można podzielić zadania, można zagłosować, ot, taka mini demokracja. Gdy jeden z nich zachoruje, nie są zupełnie sami w szkole. W parach, które tworzą dziewczynki, mamy relację wyłączną, twarzą w twarz, coś w rodzaju: wszystko albo nic. A dorośli panowie? Towarzystwo innych mężczyzn jest im niesamowicie potrzebne – by porozmawiać (lub pomilczeć) „po męsku”, by się nawzajem motywować, pomagać sobie w znajdywaniu rozwiązań i czasem dzielić się sobą po prostu przez świadectwo życia. Męskie relacje bywają bardziej bezpośrednie, ale dzięki temu też bardzo oczyszczające i konfrontujące. Jak mawia mój mąż: „Powiemy sobie bez ogródek prawdę prosto w oczy, nie licząc się nawet ze słowami, a potem po prostu poklepiemy się po ramieniu, nie chowając żadnej urazy, ale widząc, że to, co się wydarzyło, było słuszne.” My tymczasem po kobiecemu nie chcąc zranić, ani być zranionymi, szukamy słów najdelikatniejszych, czasem nawet nieadekwatnych, zbyt ogólnych, troskając się o tę przyjaźń - o drugiego i o siebie samą, i o to, co między nami.

Nigdy nie usłyszałam od mojego męża, by nazwał kogoś przyjacielem i by się tego mocno trzymał. Ma grono bliskich kolegów, którzy są dla niego ważni, z którymi chętnie się spotyka, ale rozważania: czy to mój przyjaciel (a tym bardziej: czy to mój przyjaciel od serca), raczej temu nie towarzyszą. A gdy już zadaję mu wprost pytanie o przyjaciela, patrzy na mnie z ukosa, jakby to pytanie było dziwne, niestosowne, a może nawet śmieszne (a jest?). Za to z wielkim uśmiechem i szczerością słucha o moich rozważaniach w tym temacie, dostrzegając, jak wciąż to dziewczęce pragnienie powraca, jak mnie nurtuje.

Czym sen dla ciała, tym przyjaźń dla ducha – odświeża siły. (Cyceron)

Przyjaźń jest też trudna, wymaga oddania, a przede wszystkim inwestycji, czyli czasu, którego jako dorosłe kobiety, zabiegane przez pracę, obowiązki, różne aktywności i wszystkie inne naglące sprawy, najczęściej po prostu nie mamy. Tyle rzeczy jest pilnych i ważniejszych, prawda? Kiedy ostatnio odmówiłaś koleżance spotkania albo przesunęłaś je na nieokreślone i niepewne później? Pochłania nas też rodzina - mamy tu przecież tyle osób do kochania, że wraz ze wrastaniem w piękne i absorbujące środowisko domowe, coraz częściej zaniedbujemy przyjaciół, często tłumacząc to tym, że ich już nie potrzebujemy - mamy przecież wspaniałego męża, cudowne dzieci, kochanych rodziców itd. Ale mój mąż i dzieci nie staną się przecież przyjaciółką od serca... Uważam mojego męża za najlepszego przyjaciela, ale to relacja, która nie zastępuje w pełni przyjaźni kobiecej. A przyjaźni, podobnie jak miłości, nie można odłożyć na później.

Łatwiej jest po całym wyczerpującym dniu zalogować się na facebooka (i mówię to po pierwsze o sobie), gdzie życie towarzyskie pozornie „kwitnie”, gdzie poczujemy się otoczone setkami osób, a nawet więcej – setkami znajomych – którzy chętnie zalajkują nasze nowe zdjęcie czy nowiny o zamążpójściu, ale po zamknięciu okna, zostajemy same z sobą, nie zbliżając się nawet o krok do drugiej osoby, ani do samej siebie. Łatwiej jest włączyć portal społecznościowy (choć dostrzegam, że coraz więcej osób świadomie z tej formy rezygnuje!) niż wyjść wieczorem na spacer z koleżanką albo zatelefonować na długaśna rozmowę do bliskiej osoby - tak, by czuła, że mimo odległości, jaka nas dzieli, jest dla nas ważna, że nie prowadzimy wtedy pięciu rozmów na „chacie”, nie klikamy jednocześnie w poszukiwaniu newsów, ale całą uwagę skupiamy na niej. Przyjaźń jest trudna, bo wymaga poświęcenia, wymaga pracy i uwagi, wysiłku i ciągłego wychodzenia z siebie. A, jak słusznie mówi Lisek z opowieści Saint-Exupery, nie ma supermarketów z przyjaciółmi, nie możemy ich ani kupić, ani zdobyć teraz, natychmiast, dlatego też ludzie często nie mają przyjaciół. Ale przecież nie zawsze...

Wyk­reślić ze świata przy­jaźń... To jak­by z­gasić słońce na niebie. (Cyceron)

Dziś chyba nawet bardziej od pragnienia odnalezienia takiej przyjaciółki, rodzi się we mnie pragnienie, by taką przyjaciółką być. Od Serca. 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS