Wszystkie troski wasze przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was (1 P 5, 7)

Oczy i serce szeroko otwarte

Na kursach przedmałżeńskich jest taki jeden temat, który zawsze wzbudza dyskusję. Gdybym miała jakiś czas temu zgadnąć, o jaki temat chodzi, obstawiałabym oczywiście kwestię antykoncepcji – przecież to dziś jeden z najtrudniejszych elementów nauczania KK, najczęściej kwestionowany, problem zupełnie pozbawiony przez wielu poczucia grzeszności i konieczności w przestrzeganiu.

Zaraz obok postawiłabym oczywiście, seks przedmałżeński, który nierozłącznie wiąże się z antykoncepcją. Gdybyśmy pamiętali, że seksualność jest połączona z płodnością (i żadna antykoncepcja nie uczyniła faktycznego podziału, o czym świadczy liczba ciąż niechcianych), problem seksu przed ślubem, seksu przed zobowiązaniem, seksu przed prawdziwą, dojrzałą miłością – po prostu by nie istniał na taką skalę. Ale w głowach ludzi XXI wieku pojawił się ten podział, utwierdzany przez kulturę, edukatorów seksualnych i inne strefy wpływów. Seks już dłużej nie równa się płodność. Nie tylko ta biologiczna, także ta duchowa. Akt seksualny nie musi wypływać i umacniać miłości, nie musi potwierdzać jedności.

Doświadczenie ostatnich wielu miesięcy pokazało mi jednak coś innego. Prawdziwy szum powstaje przy temacie in vitro. Wszyscy o nim słyszeli, zdecydowana większość widzi w nim jedyną szansę na leczenie niepłodności (a na uwagę o tym, że to wcale nie jest leczenie, słyszymy odpowiedź: „no ale cel jest osiągnięty!”, więc jest to dla licznych osób po prostu leczenie problemu), jedyną szansę dla cierpiących par, w których rodzi się ogromne pragnienie potomstwa. Wiele tych motywacji jest naprawdę dobrych – przecież tu chodzi o szczęście małżonków. I właśnie tego argumentu wielokrotnie nie da się przeskoczyć. Hedonizm. Wartościowanie według kategorii szczęście – nieszczęście, przyjemność - przykrość. A dobro? A na dobro nie ma tu miejsca, bo dobro to po prostu szczęście, te najzupełniej subiektywne, nasze.

Pytamy uczestników o to, jakie znają argumenty KK przeciwko in vitro. Nie ma ich zbyt wiele. Ale ktoś mądrze mówi: „zabijanie zarodków”. Zapisujemy. W tej chwili bliżej siedzący uczestnik kręci głową: „to zabijanie to złe sformułowanie”. [Przypomina mi się od razu dyskusja w Sejmie o ustawie aborcyjnej, gdzie pani Kai Godek zabroniono używania słowa „dziecko” i „zabijanie”.] Tak naprawdę nasza dyskusja oscyluje wokół jednej kwestii: kiedy człowiek staje się człowiekiem? Zdarzyło się podczas tych różnych rozmów w grupie narzeczonych, że dwu lub trzykrotnie ktoś z sali naprawdę dał piękne świadectwo, podkreślając, że w momencie zapłodnienia, czyli połączenia komórki jajowej z plemnikiem, jest nowy człowiek i dla niego nie ma innej „granicy”, nie ma tu jakichś pół-rozwiązań, bo sprawa jest prosta. Ale w wielu osobach budzi się sprzeciw: to tylko kropka! To jeszcze nie jest człowiek, to zarodek. Jedna dziewczyna powiedziała kiedyś, że to „przecież nie ma rączek i nóżek”, a gdy odpowiedziałam, że rodzą się ludzie bez rąk i nóg (dobrze znany przykład Nicka Vujicica) albo że człowiek może stracić kończyny w wypadku – oburzyła się na mój argument (nie zacytuję w jaki sposób).

Kiedy zaczyna się życie człowieka? To nie jest kwestia biologiczna – tu nie ma wątpliwości, że życie jest od początku. Rozwój tej maleńkiej istoty pędzi w niesamowitym tempie. Już w tej chwili pierwszej zostają określone jego/jej cechy fizyczne, płeć, pewne uwarunkowania. I już za kilka tygodni w tym malutkim organizmie zobaczymy tak dobrze znane nam rysy człowieka – główkę, nóżki, rączki – zobaczymy to już wtedy, gdy to maleństwo będzie mieć zaledwie kilka centymetrów, a po jego mamie nawet nie będziemy mogli odgadnąć, że jest w stanie błogosławionym. Ale problem idzie dalej: nie tylko kiedy człowiek jest człowiekiem (w momencie narodzenia? jakie to niespójne stwierdzenie, kiedy możemy dziś ratować maleńkie wcześniaki), ale też co świadczy o człowieczeństwie – świadomość (gdy śpimy, tracimy ją przecież)? sprawność fizyczna? nogi i ręce? odczuwanie bólu? bicie serca? rozumność, wolność? Wszystkie są w nas wpisane już na początku, ale wiele z nich wymaga czasu, by dojrzeć. Niektóre elementy możemy stracić, ale czy tracimy wtedy naszą ludzką godność? Człowiek jest tak skomplikowanym stworzeniem, że jego rozwój naprawdę trwa długo. I ten fizyczny, i duchowy. Może zatraciliśmy umiejętność czekania, cierpliwość wobec natury, chcemy wydrzeć Bogu jedną z największych tajemnic Jego stwórczości. A może jednak uznanie tak prostej prawdy postawiłoby nas w tragicznej sytuacji, w potrzebie pokory i uniżenia, do których człowiek XXI wieku nie został wychowany. 

Uznanie godności człowieka od pierwszej chwili jego życia jest przez nasze media i mainstream zupełnie wyśmiane, oddalane od naszych serc, podawane są nam inne sformułowania, akcentuje się dobro (subiektywne) małżonków, piękne pragnienia rodzicielstwa, pomijając przy tym wiele faktów*. Szuka się naukowych lub neutralnych terminów – no właśnie zarodek, blastocysta, ewentualnie niszczenie, ale nie śmierć zarodków, płód nie dziecko - jakby wskazanie na etap rozwoju człowieka cokolwiek zmieniało. Bo gdybyśmy uznali i zrozumieli, że życie ludzkie jest od początku, wiedzielibyśmy, że nie wolno się nim bawić, nie wolno pozwolić, by ktokolwiek tworzył je według swojej ochoty i zgadzał się na jego zabijanie. Gdybyśmy zrozumieli, że to jest maleńki człowiek, taki sam, jakim byliśmy wiele lat temu, nie moglibyśmy postąpić inaczej jak uznać naszą powinność chronienia i kochania go. Wbrew naszym zachciankom, nawet wbrew naszemu cierpieniu. Wiedzielibyśmy, że to jest jakieś Ty, nie pewne to. Ta prosta prawda sprawiłaby, że dyskusja o in vitro byłaby ucięta dość szybko. I rzeczywiście dla niektórych osób ta rozmowa daje jasny rezultat: wiedzą, dlaczego in vitro jest niedopuszczalne, dowiadują się, na czym rzeczywiście ono polega, otwierają oczy, bo mają otwarte także serca na Innego, na Drugiego, na Życie.

Kwestii, jakie poruszamy w tych rozmowach jest oczywiście, dużo więcej. Ale jeszcze jedną chcę szczególnie wyróżnić. Pytamy narzeczonych, czy słyszeli o NaProTechnology. Na 20 par zazwyczaj ręce podnoszą dwie. Rodzi się wtedy jedno pragnienie – by pamiętali, że coś takiego jest, że in vitro nie jest ostatnią deską ratunku, że można o płodność dbać, można nie ingerować w życie ludzkie, można w zgodzie z sumieniem starać się o poczęcie dziecka. Wiecie co się wtedy dzieje? Ludzie nie dowierzają. Szukają dziury w całym. Twierdzą niektórzy, że diagnostyka niepłodności to jest standardowa procedura przed in vitro, oburzają się, kiedy porównujemy koszty tych metod, zamykając przy tym oczy na to, komu tak naprawdę zależy na przeprowadzaniu in vitro, na jego refundacji. Wkładają NaProTechnology między bajki i wiedzą swoje. I święcie wierzą, że skoro NaPro nie jest w stanie pomóc w 100% (chociażby w sytuacji, gdy kobieta jest już po przekwitaniu), to in vitro wszystkiemu i tak zaradzi. Nie ma innych opcji. Cel uświęca środki. Oczywiście, akurat te głosy słyszymy na forum. Ale pojawiają się i dalsze pytania, często gdzieś w indywidualnym spotkaniu: gdzie można znaleźć tę pomoc? Niektórzy już wiedzą, że problem niepłodności związany ze schorzeniami kobiecymi czy z wiekiem może się u nich pojawić i już teraz chcieliby o to zadbać.

Dlaczego podejmuję ten temat? Bo to jest kwestia głęboko dotykająca mojego kobiecego serca. (Ale od razu dodam, że dotyka on też mocno męskich serc, np. mojego męża.) Zawsze byłam za życiem i jego ochroną, ale teraz, nosząc pod sercem Dziecko, czuję się jeszcze bardziej za tę ochronę odpowiedzialna. W tym wymiarze mojego macierzyństwa, ale i szerzej. Otwieram także oczy. Gdy byłam dzieckiem... Czułam jak dziecko, pragnęłam jak dziecko. Myślałam, że na świecie nie ma wojen. Bardzo lubiłam historię, chętnie uczyłam się o naszych polskich królach, o datach bitew i epokach, które minęły, a które czasem wydawały się ciekawsze od naszych, czasem przerażały. Ale byłam wtedy przekonana, że żyję w takich czasach, w których wojen już nie ma. II wojna światowa wydawała mi się odległa o całe galaktyki czasowe. Z przerażeniem odkryłam kiedyś, jak bardzo się myliłam. 

Kiedyś też myślałam, że dziś, w naszym cywilizowanym, kulturalnym świecie - aborcji się już nie przeprowadza. Przecież ludzie wiedzą, jak rozwija się dziecko, przecież mogą odłożyć poczęcie, przecież nikt nie chciałby zabić innego człowieka, a przyjaciele i wspólnota utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Chyba myśleliśmy podobnie. Powoli otwieram oczy i mam ochotę czasem je zamknąć. Bo liczba aborcji dokonywanych na całym świecie jest ogromna (w USA rocznie ok. 850 tys., w Chinach rocznie kilkanaście milionów...) Bo odmawia się prawa do życia dzieciom chorym. Bo niewiele wynieśliśmy z lekcji historii, zwłaszcza tej XX-wiecznej.
 
Ale, choć to może boleć, musimy te oczy i serca mieć szeroko otwarte, by walczyć o godność każdego człowieka. Tak samo jak nowofeministycznie pragniemy walczyć o godność każdej kobiety. 
 
Kochając Życie, kochamy przecież Tego, Który je powołał i oddał w nasze, często niegodne, małe, niezdarne, zabrudzone i zmęczone Dłonie. 
Oddał, choć wiedział, jak bardzo tym darem człowiek może wzgardzić. 
I wiedział, jak bardzo to właśnie ten człowiek może Je chronić
  

* Przemilczając na przykład takie fakty:

We Włoszech co druga kobieta poddająca się sztucznemu zapłodnieniu ma więcej niż 50 lat! Skuteczność in vitro to zaledwie 21-26%. 60-95% zarodków stworzonych w metodzie in vitro ginie. W Wielkiej Brytanii rocznie przeprowadza się około 80 aborcji u kobiet, które poczęły dziecko z in vitro. (źródło: Służba Życiu)

Czytaj dalej...

Czy moje ciało wymaga poprawki?

Masz 10, 12 albo 14 lat (albo jeszcze mniej lub więcej). Jesteś na to przygotowana emocjonalnie albo zupełnie nie. Czekasz na ten moment z niecierpliwością i ekscytacją albo masz nadzieję, że „to się nigdy nie stanie”. Szukasz informacji na ten temat, rozmawiasz z koleżankami, siostrami i mamą albo nie chcesz o tym nic absolutnie wiedzieć, jakby ominięcie tematu miało tę sprawę rozwiązać. Pierwsza miesiączka pojawia się i tak – gdy jesteś na to gotowa lub nie, gdy czujesz się z tego powodu dumna lub gdy chciałabyś zapaść się pod ziemię. I ten moment sprawia, że już odtąd będzie jakoś inaczej.

Coraz więcej młodych dziewcząt w momencie, o którym mowa, dostaje bardzo wymowną naukę od swoich mam: zostają zaprowadzone do ginekologa po to, by lekarz przepisał odpowiednie „leki” na tę kobiecość. Już teraz lub chwilę później. Zresztą nierzadkie są pewnie i te sytuacje, gdy dzieje się to za aprobatą dojrzewającej dziewczyny, która o dobrodziejstwie pigułek słyszała i czytała już wielokrotnie. Pierwszy sygnał, jaki możemy otrzymać, brzmi: twoje ciało jest zagrożeniem, twoja płodność jest niebezpieczna, naturę trzeba poprawić, coś jest „nie tak”. Być może zbyt mało z nas usłyszało piękną nowinę o tym, że nasz młody organizm przygotowuje się do macierzyństwa i kiedyś, dzięki właśnie tym przemianom, będziemy mogły nosić pod sercem nowe życie. Nie zawsze było nam również dane obserwowanie mamy, która jest dumna ze swojej kobiecości i macierzyństwa.

Trudno mi czasem zrozumieć, dlaczego odczuwamy tak naprawdę nie istotę naszego cyklu, a coś zupełnie pobocznego, choć dla nas najtrudniejszego, czyli krwawienie. Nowe życie poczyna się w naszym ciele zupełnie bez naszej „wiedzy”, bez świadomości „to teraz”, gdzieś w ukryciu, poza naszym wzrokiem. Moment uwolnienia komórki jajowej, a więc te kilka godzin, na które ukierunkowane są wszystkie zmiany hormonalne w cyklu, są dla nas całkowicie niewidzialne i nieodczuwalne (pomijając oczywiście mogący towarzyszyć temu wydarzeniu ból owulacyjny, który i tak nie wskazuje dokładnie na „tę chwilę”). Jest, a jakby go nie było. W naszej społecznej mentalności nie istnieje więc owulacja, jest tylko krwawienie – powiązane z dyskomfortem, osłabieniem organizmu, a także z bólem. Słyszę wielokrotnie: „opóźnia się miesiączka”, a przecież ona nigdy się nie opóźnia, zawsze pojawia się w odpowiednim momencie, to tylko owulacja może być opóźniona względem innych cykli. Jak pokochać taką przedziwną kobiecość?

Moje dojrzewanie przyszło za wcześnie. Szybciej dojrzało moje ciało, niż serce. Nie byłam zintegrowana i gotowa, byłam przede wszystkim zawstydzona. Zaakceptowanie mojej kobiecości było procesem wieloletnim i trudnym, a dziś zdaję sobie sprawę z tego, że było to i z tym dojrzewaniem powiązane. Dzięki trudnościom, jakie przeszłam, potrafię zrozumieć, że pokochanie swojej kobiecości, zwłaszcza gdy całe otoczenie – medialne, koleżeńskie czy rodzinne – daje nam przeciwny przekaz, może jawić się jako zadanie ponad nasze siły. Nie wystarczy usłyszeć: twoje ciało jest piękne i idealne. Trzeba tego doświadczyć. Doświadczyć tego, że moje ciało nie jest zepsute, nie jest uszkodzone ani w jakikolwiek sposób gorsze od męskiego.

Cykl miesiączkowy może być utrapieniem, niezrozumiałą grą hormonów, której cel zupełnie jest przed nami zasłonięty. Czy jednak moja płodność jest chorobą? Największym być może paradoksem jest nazywanie pigułek antykoncepcyjnych „lekiem”. Zmyłka ta nie jest nawet wyczuwalna gołym okiem, bo oto dostajemy właśnie tabletki, które przypominają przecież i inne lecznicze specyfiki. Jednak wielokrotnie mówi się kobietom, że to jest panaceum na wiele problemów – zaczynając od problemów z cerą, małych piersi, poprzez nieregularne cykle aż do bolesnych menstruacji. A przede wszystkim jest to – jak się twierdzi – złoty środek na naszą płodność. Bierzesz i już więcej nie musisz się martwić. (Tymczasem okazuje się, że wiele z tych „uwolnionych kobiet” żyje pod presją tabletki, ciągle bojąc się, czy nie zapomną wziąć, czy wystarczy im do następnej wizyty lekarskiej, na której dostaną kolejną receptę, itd.) Celem tych tabletek jest wyłączenie zdrowej funkcji naszego organizmu, odcięcie bardzo ważnego układu hormonalnego, który powoduje nie tylko cykliczne przemiany w naszym ciele i psychice, ale też jest czymś w nas najbardziej kobiecym. Taka cud-tabletka na naszą kobiecość zaraz przy haśle: Pokochaj siebie! Jesteś tego warta! itd., czyli istny misz-masz naszych czasów.

Sama też byłam „leczona” antykoncepcją. Miałam 17 lat, a moje cykle przez długi czas były nieregularne (albo wcale ich nie było). Przez kilka miesięcy tabletki dawały mi, mającej wtedy jeszcze nikłą wiedzę na temat własnego cyklu, poczucie, że oto mój organizm działa bez zastrzeżeń. Po zużyciu kilku opakowań zapytałam lekarza o to, kiedy mogę odstawić przepisane specyfiki, a zatem jak długo ta „kuracja” powinna trwać, by była skuteczna. Tego, co wtedy usłyszałam, nie zapomniałam do dziś: „nie musisz odstawiać tych leków, narzeczony na pewno bardzo się ucieszy”. Ale jaki narzeczony? Nie byłam wtedy w związku, zresztą lekarz założył, że na pewno będę potrzebowała nie własnej płodności i zdrowia, ale „zabezpieczenia” przed nimi. A może ten, który będzie moim narzeczonym, jednak wcale się nie ucieszy, że zamiast dbać o swoją płodność, niszczę ją jeszcze bardziej? Grzecznie podziękowałam, wyszłam. Do dziś nie wiem, co mnie wtedy tknęło, bo nadal nie rozumiałam, jak działa mój cykl i co jest ze mną nie tak, ale miałam głębokie przekonanie – zgodnie z odpowiedzią lekarza, który de facto na moje pytanie udzielił jasnej odpowiedzi – że branie tych tabletek niczego nie zmieni, a więc odstawiłam je z ulgą. Cykl oczywiście nie wrócił. Do czasu. Do tego momentu, w którym pozwoliłam mojemu ciału na bycie kobiecym, kiedy pozwoliłam sobie mieć kształty i kilka kilogramów więcej. Może, gdyby ginekolog połączył fakt niedowagi i zanik jajeczkowania, dotarłby do przyczyny tych problemów i leczenie  miałoby jakiś sens.

Dwa lata później moje serce przestało terroryzować ciało, zostałam pokochana jako kobieta i zaczęłam odkrywać, że w moim ciele zapisane jest moje powołanie. Odkryłam, że moje ciało nie jest zepsute, nie wymaga żadnych tabletek, które je blokują, ale domaga się troski i poznania. Przyjęcia jako daru. W tej drodze oprócz miłości i akceptacji pomogły mi bardzo naturalne metody rozpoznawania płodności, a więc przyjrzenie się przemianom w cyklu, zachwycenie się logiką, z jaką działa mój organizm i celem, jaki temu przyświeca.

To, co w nas zdrowe i najbardziej kobiece, czołowe feministki ze szklanego ekranu z wielką lekkością chcą zanegować. Jak pisze Magdalena Środa (feministka, bynajmniej nie ta „nowa”, nie „nasza”): Mało jest rzeczy zapewniających w równym stopniu kobiecą wolność i autonomię jak antykoncepcja. Skuteczna, bezpieczna, dająca poczucie panowania i nad płodnością, i nad życiem. Nie wyobrażam sobie, jak funkcjonowały kobiety w czasach, gdy nie istniała. Wielokrotnie te właśnie mainstreamowe feministki wypowiadają się negatywnie o nauczaniu Kościoła w kwestii rodzicielstwa i planowania rodziny, ukazując je jako patriarchalne i wymierzone wprost przeciwko kobiecie. Z tych wypowiedzi przebija ich nieznajomość nauczania, o którym chcą mówić, brak wiedzy na temat naturalnych metod rozpoznawania płodności, głęboka ignorancja i niewysłuchanie głosu wielu kobiet. A ich opinie chłoną odbiorcy i powtarzają. Dlatego tak trudno im potem uwierzyć naszym słowom i świadectwom: nauczanie Kościoła w sprawie planowani rodziny i płodności jest nie tylko dostosowane do naszych czasów, nie tylko uwzględnia godność każdego i każdej z nas, ale pozwala na odkrywanie bogactwa naszej natury, odkrycie naszego powołania! Jak mogę więc nie być nową feministką, skoro nowy feminizm to perspektywa wprost odwrotna od powyższej To spojrzenie przypomina mi, że moje ciało jest ukształtowane i obmyślone idealnie, zgodnie ze swoim powołaniem, moje ciało mówi, a zrozumienie jego „mowy” przynosi najpiękniejsze owoce - szczerego dialogu i komunikacji w me mnie samej.

Nie chcę panować nad moją płodnością, chcę tę płodność zrozumieć, pokochać, przyjąć jako zadanie, zachwycić się nią jak kolejną tajemnicą. Chcę, by moją kobiecą naturę przyjmował mój Ukochany, by walczył ze mną, jeśli będzie to dla mnie trudne. Moje ciało jest idealnie zaprojektowane, by mnie kształtować i wychowywać, by dawać nowe życie i je chronić, by być darem dla innych. Moje kobiece ciało nie tylko jest wystarczające, ale jest zachwycające!

Dziękuję Ci Boże, że stworzyłeś kobietę tak cudownie! 

Czytaj dalej...

Być kobietą

Nie jest to książka nowa, choć wydania sprzed zaledwie kilku lat mogłoby zmylić mniej dociekliwych. Ta książka, powiedzmy wprost, jest klasyką.  I choć od jej napisania minęło już ponad 35 lat, to nie traci na aktualności (stąd nowe wydania!). Można powiedzieć to  mocniej: ta książka nigdy nie straci na aktualności i znaczeniu, bo pytanie o to, co znaczy być kobietą i jak zaakceptować swoją kobiecość - zwłaszcza od strony biologicznej - będzie zawsze dla wszystkich pokoleń naglące. A Autorka udziela odpowiedzi w sposób znakomity!

Ingrid Trobisch nie jest tylko teoretykiem. To, o czym pisze, jest wynikiem jej wielu doświadczeń - zarówno osobistych, „zawodowych”, ale także, można powiedzieć, „opatrznościowych”! Bo jak inaczej nazwać to, że poznała „przypadkowo” dra Kegla (tak, tego od „mięśnia Kegla”), a gdy dowiedziała się o pracy dra Josefa Rötzera (twórcy metody objawowo-termicznej), okazało się, że ten wybitny profesor mieszka zaledwie kilka kilometrów od jej domu! Te różne doświadczenia sprawiły, że Trobisch napisała książkę do wszystkich kobiet, ale i mężczyzn (!!) o tym, jak zrozumieć i pokochać siebie, swoją płodność, cykliczność, a także wszystkie doświadczenia kobiecości!

Autorka rozpoczyna opis kobiecych doświadczeń od cyklu kobiety, opierając swoją wiedzę m.in. na dokonaniach dra Rötzera. Następnie opisuje czas ciąży - mówiąc, co wtedy dzieje się z kobietą, nie unikając wielu praktycznych porad - zarówno skierowanych do samych kobiet, jak i do ich mężów! Kolejnym momentem, któremu poświęca uwagę, jest poród, który przedstawia w piękny sposób, nie pomijając wskazówek, ale także dodając, jakie ma on znaczenie dla samej kobiety oraz dla ojca dziecka. Trobisch kładzie duży akcent na obecność i pomoc męża przy porodzie, co w latach 70. XX w. nie było przez wszystkich lekarzy i we wszystkich szpitalach mile widziane. Pisze ona także o ważności karmienia piersią nie tylko dla dziecka, ale dla kobiety. Ostatni rozdział poświęca jakże ważnemu momentowi w życiu każdej kobiety - okresowi postmenopauzy, pokazując ten czas jako kolejny etap, niosący coś nowego, wiążący się ze zmianą, ale nie ujmujący nic kobiecie. Pojawia się także w Być kobietą rozdział na temat satysfakcji seksualnej żony, w którym autorka w piękny i bezpruderyjny sposób pisze o kobiecym doświadczeniach seksualnych, co popiera m.in. wynikami badań dra Kegla.

Tak pełne spojrzenie na doświadczenie kobiecości, które jest nie tylko biologiczne i fizyczne, ale przede wszystkim całościowe, a więc powiązane głęboko z duszą kobiety, z całym światem jej emocji i przeżyć, pozwala na okrzyk radości i wdzięczności za to, że jestem kobietą! Na próżno jednak doszukiwalibyśmy się tutaj jakiegoś wywyższenia kobiety ponad mężczyznę! Autorka wskazuje ciągle te momenty, w których to kobiecość potrzebuje męskości, a mężczyzna kobiety.  

Książkę możesz zamówić w sklepiku Serca Kobiety! Gorąco polecam!

I. Trobisch, Być kobietą, wyd. Vocatio, Warszawa 2006.

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS