Wszystkie troski wasze przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was (1 P 5, 7)

Może w końcu będę piękna

Wielki Post. Brzmi jak wielkie wyzwanie, którego można się przestraszyć. Można lękać się wysokich szczytów do zdobycia i tego, że w połowie drogi nie starczy już sił, by ukończyć wspinaczkę, a powrót będzie wiązał się z podobnym trudem albo tego, że wyrośnie na drodze kamień, którego nie będzie można ani obejść, ani przeskoczyć. Ale to wyzwanie brzmi też jak obietnica – po trudzie, po 40 dniach, po wyjściu na pustynię, której samotność raz kusi, raz przeraża, możesz wrócić piękniejsza. Wielki Post może być jak 40-dniowy (i pozornie nawet darmowy) pobyt w Spa. Tyle że nie wystarczy położyć się wygodnie i czekać na efekty, nie będzie to jedynie relaks, ale też praca, a rezultat tych starań nie jest do końca przewidywalny. Trzeba za to powziąć postanowienia, nastawić się na wyrzeczenie i ćwiczenia z tą niesłychanie atrakcyjną wizją, jakie to piękne wyjdziemy po tych zabiegach.

Kusi. Bo która z nas nie chciałaby być piękniejsza? Postanowienie, które wiele kobiet podejmuje lub kiedykolwiek już podejmowało w tym czasie (ja też, ja też!) to niejedzenie słodyczy. Ćwiczenie silnej woli bywa w tej przestrzeni bardzo przydatne, potrzebne (i trudne!;-), ale gdy pierwsze promienie wiosennego słońca połaskoczą po twarzy, takie postanowienie kusi też swoimi konsekwencjami: a może, tak całkiem przy okazji i niezamierzenie, zrzucę ze 2 kilo, a może zmieszczę się w sukienkę o numer mniejszą? Czy to już post, czy jeszcze dieta eliminująca niepotrzebne cukry? (Nie rozstrzygam, zależy przecież od motywacji.)

Są też inne słuszne postanowienia: mniej komputera, mniej telewizji, mniej facebooka, więcej modlitwy, nabożeństwa wielkopostne, dobre rekolekcje i lektura duchowa czy też mniej narzekania, opanowanie emocji, efektywniej wykorzystany czas… Tak, byśmy stawały się lepsze, silniejsze, dzielniejsze, byśmy walczyły ze swoimi słabościami i grzechami, byśmy były bliższe perfekcji. Ale czy w wielkopostnym przygotowaniu na Święta Wielkanocne naprawdę chodzi o upiększanie siebie, o wzmocnienie swojej woli, o siłę? Czy nie jest to ważny środek do celu, a nie cel sam w sobie? Można przecież tak bardzo skupić się na ulepszaniu siebie, że cały wysiłek włożymy w koncentrację na swojej (nie)doskonałości, na sobie. Możemy tak bardzo walczyć i negować to, co w nas ciemne, że zapomnimy o dobru, które mogłoby w tym samym czasie rozwijać się i kiełkować. A nie ma lepszej drogi ku temu niż troska o drugiego człowieka i to wszystko, co możemy dać z siebie, nawet jeśli jest to słabe, małe czy, jak mówi papież Franciszek, wręcz jest to nasze „ubóstwo”, nasza kruchość. Stając się darem i nie przywłaszczając sobie samych siebie, stajemy się najbardziej podobne do miłości. I jakże często właśnie stając naprzeciw drugiego człowieka, zapominając o sobie, nie myśląc o własnym rozwoju, stojąc w takim wybrakowanym stroju i dzieląc się tym, co mamy, dokonuje się w nas cichy cud przemienienia i nawrócenia, zmiany kierunku życia, sposobu myślenia, wzbogacenia o to, co najważniejsze.

Wielki Post to czas ogołocenia: dobrze nam zrobi, jeśli się zastanowimy, czego możemy się pozbawić, aby pomóc innym i wzbogacić ich naszym ubóstwem. Nie zapominajmy, że prawdziwe ubóstwo boli: ogołocenie byłoby bezwartościowe, gdyby nie miało wymiaru pokutnego. Budzi moją nieufność jałmużna, która nie boli.” (Orędzie Papieża Franciszka na Wielki Post 2014)

Po 40 dniach postu nie chodzi o to, by z zachwytem i zadowoleniem wpatrywać się w swoje odnowione i upiększone odbicie w lustrze – szczuplejsze, bardziej zdyscyplinowane, wymodlone i rozanielone, ale o to, by w końcu nawrócić się i widzieć siebie w prawdzie – w swoim pięknie i brakach, w swojej sile i słabościach, mając głęboką świadomość tego, jak wielkie rzeczy On nam uczynił zupełnie bez naszej zasługi. Czując także ten ból, który pozostał po oddawaniu wszystkiego, co wydawało się konieczne, a było tylko marnym naddatkiem, co oddzielało od Miłości i zagłuszało rytm Serca. I może w końcu będę naprawdę piękna, stojąc przy krzyżu, a później przy pustym grobie, świadoma tego, że to wszystko to dla mnie zupełnie za darmo. Że jestem godna Takiej Miłości. Że jestem piękna. Że nigdy niczym się nie odpłacę. I jakże wtedy nie pragnąć niczego innego jak tylko dziękować i kochać?

Wielki Post to wielka obietnica.

Czytaj dalej...

Mamo, czy ja jestem piękna?

Niedawno u rodziców (nie pamiętam nawet dlaczego) w rozmowie podjęliśmy temat moich dodatkowych kilogramów w czasie ciąży (obecne już +13 :-) Mama spojrzała wtedy na mnie i bardzo ciepło oznajmiła: „ale Kasiu, ty pięknie wyglądasz!”. (Tak na marginesie czy też w nawiasie: komplementów od mamy w czasie ciąży mam naprawdę dużo, a jeden szczególnie utkwił mi w pamięci: „ciąża tak ci służy, że powinnaś cały czas być w ciąży!”.) Ale zaraz po tych słowach dodała: „ja wiem, słowa mamy to nie to samo...”.

Wielokrotnie, zwłaszcza gdy byłam nastolatką i mama w jakiś sposób doceniała czy to moją urodę czy talenty, miała w sobie niezwykłą świadomość, że jej słowa na pewnym etapie nie wystarczają (a ostatnio dała do zrozumienia, że według niej na żadnym etapie nie wystarczają). Wcale nie obrażała się, kiedy one budziły jedynie delikatny uśmiech albo przekorną, choć krótką i szczerą wtedy w moim odczuciu odpowiedź: „nieprawda”. Dobrze wiedziała, że jej słowa i opinie są lub mogą być odebrane przeze mnie jako nieobiektywne, pocieszające, a nawet nic nie znaczące. Takie mamusiowe gadanie, które czasem zamiast podnosić na duchu, mogło tylko dołować: to już jest ze mną tak źle, że tylko mama może mi prawić komplementy?! Ona patrzyła przecież zawsze z miłością, a czy w takim spojrzeniu można coś uznać za niepiękne? Ona sama stwarzała we mnie piękno, a ja chciałam wiedzieć, że jestem piękna. Tak obiektywnie. Albo subiektywnie, ale w oczach kogoś, kto wcale tego zachwytu nie ma ze względu na naturę naszej relacji. Kto wcale nie powinien, ale naprawdę chce, kto zostaje urzeczony mną. Tak, chciałam zachwycać, ale kogoś więcej (a właściwie: kogoś innego) niż własną mamę. Pragnęłam podziwu Adama nad wdziękiem Ewy. Kiedy dziewczyna marzy o byciu adorowaną przez inne osoby, a często przez tę jedną jedyną, to słowa mamy nic nie wnoszą. W tej jednej sprawie ona szybko przestaje być nieomylnym autorytetem. Bo i co z tego, że słyszę od niej, że jestem piękna i wspaniała, kiedy nikt inny tego nie dostrzega? Jest (czy też może pojawić się) taki etap w naszej historii życia. Ale może on przemija? I wracamy z utęsknieniem do tych maminych zachwytów?... Czy zawsze słowa mamy to nie to samo?

Czy jestem piękna? Podobno pytamy o to przede wszystkim naszych tatusiów, nosząc w sobie wielkie pragnienie bycia dla niego księżniczką. Czy z mamą jest bardzo inaczej? Kilka dni po tamtej rozmowie, przy myciu podłóg, wróciły do mnie jej słowa. (Nie ma to jak szybki refleks.) Poprowadziłam wtedy spontaniczny dialog między mną a nią. A właśnie, że Twoje słowa, mamo, są dla mnie bardzo ważne! Ale tu chodzi o coś więcej niż tylko o pytanie, czy jestem piękna, bo za nim idą kolejne, zwłaszcza na tym etapie mojej drogi - usamodzielnienia się i tworzenia własnej rodziny: czy jestem zaradna, czy jestem dobrą gospodynią, czy jestem kobietą „z klasą”, czy mam dobre serce, czy dokonałam dobrych wyborów, czy jesteś ze mnie dumna, itp. Zrozumiałam, że to, jak dziś patrzy na mnie moja mama, jest dla mnie niezwykle ważne! Zupełnie jakby moje olśnienie przyszło wraz z poślizgnięciem się na wyczyszczonych panelach. Dotarło do mnie dlaczego do dziś, a może szczególnie dziś, wszystkie słowa mamy, jej opinie i uwagi na mój temat mamy są dla mnie tak istotne, dlaczego tak często do nich powracam, dlaczego wywołują wiele różnych emocji. Usłyszałam niedawno mądre, psychologiczne stwierdzenie o tym, że w ciąży jest się bardziej podatną na krytykę, że jest to etap prawdziwego odcinania pępowiny, etap mierzenia się ze swoją mamą – tak, może to i prawda, ale znalazłam też swoją odpowiedź na pojawiające się we mnie uczucia i przemyślenia. Ja po prostu chcę być piękna dla mojej mamy. Chcę wiedzieć, że jej nie zawiodłam, że patrząc na mnie, widzi dobre owoce swojej pracy wychowawczej, że widzi we mnie cząstkę siebie i tego, którego tak bardzo pokochała – mojego taty, że akceptuje mnie i moje wybory, i moje do siebie podobieństwo, i równocześnie moją odmienność. I dlatego tak przykre są, pozornie jej błahe komentarze np. na temat niedobrze dobranej torebki; mojego stylu, który jej nie zawsze odpowiada; źle upieczonego ciasta (bo przecież zamiast takiego najprostszego można postarać się o jakieś „normalne”;, nieumiejętności zadbania o garderobę męża, itp. Dlatego też tak uskrzydlające są dziś dla mnie, niemal jak dla małej dziewczynki, pochwały czy słowa uznania z jej strony. I nawet takie słowa – o tak! Nawet takie: Pięknie wyglądasz!

To powinno być tak oczywiste – wpatrzenie rodzicielki pełne miłości i urzeczenia. I dla mnie było, dopóki nie poznałam sytuacji, które temu przeczyły. Historii dziewczyn, które od dzieciństwa słyszały, że są brzydkie, głupie, niegrzeczne – nie od kolegów na podwórku, ale właśnie od swojej Mamy. Bo nie spełniały wymagań i wyobrażeń, bo miały inną wrażliwość, inne talenty, bo były po prostu niedoskonałe… I nawet jeśli nie chciały być księżniczkami, nie miały tak wzniosłych marzeń, to po prostu chciały być przyjęte i kochane takimi, jakimi są, nie walcząc o uznanie, nie zdobywając punktów, nie starając się dorównać komuś innemu. Chciały tylko czuć, że są wystarczające dokładnie takie, jakie są. I w pełni przyjęte przez najbliższych. A zwłaszcza przez tą, która je przyjęła jako pierwsza. Bo to czasem za mało, być przyjętą w jej łonie. My chcemy być przyjęte w Waszych sercach, kochane Mamy! I jako małe dziewczynki i jako kobiety. Zawsze. My - niedoskonałe, błądzące, nieporadne czasami, często dalekie od ideału dzielnej niewiasty, niekiedy zagubione, nawet wyśmiane przez innych, nieprzyjęte przez ludzi, ale dla Was wyjątkowe, piękne i obdarzone kobiecym geniuszem. Może serce mamy wcale nie jest takie subiektywne? Może właśnie przez miłość jest zawsze obiektywne i może w nas tę wartość podtrzymywać?

A więc – tak, jest dla mnie ważne, czy jestem piękna w Twoich oczach, Mamo. (A wiem Mamo, że będziesz czytać ten wpis, oj wiem!)

Czytaj dalej...

Jak królowa Estera

Czy któraś z Was czuła się kiedyś porzucona? Ja tak. Przez mężczyznę, który mówił, że mnie kocha i pragnie się ze mną ożenić. Odszedł nagle, z dnia na dzień, bez słowa wyjaśnienia. Oznajmił tylko przez telefon: „to koniec”. Byłam w szoku. Przecież wspólnie się modliliśmy, staraliśmy się żyć w czystości przedmałżeńskiej, chcieliśmy zbudować wspólny dom oparty na skale, którą jest Bóg… a więc dlaczego?                                                         

Bardzo to przeżyłam, czułam się jak nic niewarty przedmiot. Ze wszystkich sił starałam się przylgnąć do Jezusa. Na początku nawet Jemu nie potrafiłam opowiedzieć o tym, co się dzieje w moim sercu. Moją modlitwą były wtedy łzy i zasypianie z przyciśniętym do piersi krzyżem. W końcu postanowiłam wyjechać na rekolekcje, nie mogłam już dłużej wytrzymać w domu. Pewnego razu ksiądz oznajmił, że kolejny dzień naszych rekolekcji to czas, gdy Bóg szczególnie będzie do nas mówił. Po prostu wiedziałam, że mówi prawdę! Wstałam wcześnie rano i poszłam nad jezioro. Wokół nie było nikogo. Patrząc na wschód słońca, wykrzyczałam Bogu cały ból, jaki miałam w sercu i zapytałam: co dalej? Wzięłam wtedy do ręki Pismo Święte i po prostu je otworzyłam. Mój wzrok padł na tytuł 2 rozdziału Księgi Estery: „Estera królową”. Zaczęłam czytać i z każdym kolejnym wersetem moje serce było coraz bardziej poruszone. Byłam przekonana, że to nie przypadek, że właśnie w tym fragmencie przemawia do mnie sam Bóg. I daje mi obietnicę.                                                

Przeczytałam, że piękna Żydówka Estera wraz z innymi kobietami, została wzięta do królewskiego zamku, gdzie przygotowywano ją na spotkanie króla Aswerusa, który szukał nowej żony. Przez rok była smarowana olejkami oczyszczającymi i upiększającymi. Gdy nadeszła jej kolej, zaprowadzono ją do króla, a on ją umiłował.

Zrozumiałam, że Bóg ma plan na moje życie, że to bolesne doświadczenie ma czemuś służyć. Powiedziałam Mu wtedy, że się zgadzam na Jego wolę, poprosiłam, aby mnie prowadził. Wiedziałam, że będę tą Esterą, że ćwicząc się w cierpliwości mam czekać, zaufać.  Nie sądziłam jednak, że moja historia będzie aż tak podobna do tej biblijnej. Bóg zaczął pomału otwierać moje oczy. W końcu zobaczyłam, że mój związek z tym mężczyzną nie podobał się Jemu, że tylko pozornie był budowany na wartościach chrześcijańskich. Zdałam sobie sprawę jak byłam niedojrzała, zaślepiona, ile niepokojących sygnałów przegapiłam, i że w gruncie rzeczy nie byłam traktowana tak, jak na to zasługiwałam. Przechodziłam więc okres smarowania olejkami oczyszczającymi. W końcu z całego serca podziękowałam Bogu, że się rozstaliśmy, w tej wielkiej dla mnie tragedii zobaczyłam ogromne błogosławieństwo! Potem przyszedł czas na olejki upiększające – odbudowanie własnej wartości, pewność, że jestem piękną kobietą, wartą prawdziwej miłości. Przez cały ten okres w myślach wracałam do Estery i zastanawiałam się, co czuła w tym czasie oczekiwania, jakie były jej pragnienia i obawy. Wierzyłam, że tak jak ona spotkam swego króla.

I oto po roku od przeżycia tych rekolekcji związałam się z mężczyzną, który dziś jest moim mężem! Gdy zaplanowaliśmy już datę naszego ślubu, któregoś dnia ponownie wróciłam do cennego dla mnie fragmentu o Esterze. Czytając werset: Zabrano więc Esterę do króla Aswerusa, do jego pałacu królewskiego w dziesiątym miesiącu, to jest w miesiącu Tebet (Est 2, 16), zwróciłam uwagę na przypis, że okres ten oznacza przełom grudnia i stycznia. A my mieliśmy wziąć ślub 29 grudnia. Nie wierzę w przypadki, dla mnie ta pozorna zbieżność dat potwierdza tylko fakt, że Bóg spełnia swoje obietnice. I tak po ślubie przeniosłam się do mieszkania męża, a zatem do pałacu mego króla :-) O historii Estery (a więc i mojej) przypomniała mi niedawno koleżanka, która o niczym nie wiedząc oglądała nasze zdjęcia ślubne i stwierdziła, że na jednym z nich wyglądam jak królowa… :-)

Monika

(Tekst nadesłany i nagrodzony)

Czytaj dalej...

Piękna

- mojej Siostrze, która za jest już mamą trzykrotną

…Piękna. Dawno nie myślałam o kimś w sposób tak prosty i jednoznaczny (zwłaszcza o niej): naprawdę jest piękna. Zeszłam tylko umyć zęby – higienicznie, prozaicznie. I nagle słyszę jej spokojny głos, wołający mamę. Ile to razy uciszałam ją, gdy śpiewała przez mikrofon w sąsiednim pokoju albo w samochodzie. Teraz brzmienie było inne: stonowane, niepoznawalne. Wkradłam się do niej. „O, Kasia, podasz mi pieluszkę? Jest tam, na stoliczku.” Leżała w starej, różowej, obszernej babcinej koszuli nocnej, z rozpuszczonymi włosami i z przyssaną Natalią do piersi. Podałam osłupiała, jakaś omotana. „Nie mogę się podnieść. Chciałabym usnąć, ale Mała się rozbudziła” - tłumaczyła. Usiadłam na łóżku naprzeciw nich i popatrzyłam na moją siostrę. M o j a siostra… Ta od-wiecznie gotowa do tupnięcia nogą, postawienia na swoim, chętna do wyjścia na scenę, odtańczenia i odśpiewania, do zauroczenia mężczyzn i cioć. Moja rozmarzona starsza siostra prosząca o kolejne na świeżo pisane słowami bajki, zawsze dostająca rolę księżniczek w naszych przedstawieniach.

Była teraz całkiem nie-zwykła: bez makijażu, bez biżuterii. Oczy miała jednak bardziej błyszczące niż kiedykolwiek wcześniej. Usta jakieś niecodziennie piękne. Figury nie straciła prawie, niech no tylko brzuch trochę opadnie i znów będą mówić „chudzina”, ale ona nie będzie chwytać już byle czego, byle wszystkiego – musi strzec wymogów pokarmowych dla małej. Gdzie jej dekolty, krótkie spódniczki? Gdzie jej buty na obcasach (startych wiecznie)? Tylko papcie i pantalony. Zamiast perfum – zapach dziecka (ten najniezwyklejszy zapach, który unosi się w całym pokoju, oczarowuje). Taka przede mną: w blasku lampki oświetlającej policzek – szczyt Rembrandtowskiego pędzla. Przyjmuję ją jeszcze nie w pełni znajomą. Wiem tylko, że jest piękna, jest dzielna, jest odważna. Przyjmuję, że blondyneczka, z którą zakładałam szkołę dla miśków i odgrywałam koncerty a’la „Spice Girls”, odeszła. Albo oto nadeszła w postaci małej Natalki. Dziwna wymiana ról. Możliwa?

Do twarzy jej z uśmiechem zmęczenia i bezsilności. Do twarzy jej z takim pięknem. Pięknem macierzyństwa. Z piętnem Ewy. Z piętnem naszej Ewy.*

24.11.2006

* Naszej mamy, Ewy.

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS