Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie (Ga 5, 22 - 23)

Niewiastę dzielną któż znajdzie?

„Niewiastę dzielną któż znajdzie?” Czy słysząc te słowa (a zgaduję, że słyszałaś je już wielokrotnie, bo okazji ku temu nie brakuje), zaczynasz rozglądać się wokół siebie? Czy próbujesz odpowiedzieć na to pytanie jakby to było rzeczywiście poszukiwanie, w którym bierzesz udział, w którym możesz wytypować kogoś jako zwycięzcę (a właściwie: zwyciężczynię)? A może słysząc to zdanie, patrzysz raczej w swoje serce i czujesz, że ono nie dotyczy nikogo innego, jak tylko Ciebie i mogłoby brzmieć dużo prościej: czy jesteś dzielną niewiastą?

Bardzo prawdopodobne, że serce podpowiada ci, a nawet krzyczy: TAK! Oczywiście, że jestem dzielną niewiastą, mam w sobie ogromne pokłady siły, odwagi, miłości, mogę sprostać wszelkim wyzwaniom. To jak odpowiedź proroka Izajasza na Boże wezwanie: „Usłyszałem głos Pana, który rzekł: Kogo poślę? I kto tam pójdzie? Tedy odpowiedziałem: Oto jestem, poślij mnie!” (Iz 6,8) Może właśnie masz ochotę odpowiedzieć: Oto jestem dzielną niewiastą, Panie, znalazłeś! Jednak nie każdy prorok na wezwanie Pana odpowiadał tak ochoczo, bez lęku – wielu z nich czuło przede wszystkim swoją słabość oraz ogrom zadania, który nie odpowiada tej słabości. A nie mógłbyś Panie, wybrać kogoś innego? Rozglądając się po własnym wnętrzu możemy dostrzegać, że daleko nam do dzielnej niewiasty, a wręcz niekiedy stanowimy idealne przeciwstawienie względem jej opisu. Prawdopodobnie w obu odpowiedziach mylimy się, zapominając, że odpowiedź sytuuje się gdzieś pośrodku. Bo ten poemat do wspaniała pochwała kobiecości, naszych talentów (owego geniuszu kobiety!), naszego powołania, ale też piękna inspiracja, by nasze kobiece serce badać i rozwijać, hartować i pielęgnować.

Poemat o Dzielnej Niewieście jest w rzeczywistości tekstem wskazującym na ideał, do którego możemy dążyć, ale którego osiągnięcie nie jest wcale tak łatwe. Księga Przysłów (Prz 31, 10-31) wydaje się tutaj niezwykle współczesna – czyż nie żyjemy w epoce ideałów, wzorców, niedoścignionych przykładów? Czyż nie słyszymy wielokrotnie, że powinnyśmy być perfekcyjnymi paniami domu (najlepiej w szpilkach!), specjalistkami w swoich branżach, do tego zawsze zadbanymi, gotowymi na podbój świata kobietami, a gdy zachodzi potrzeba też kochającymi i troskliwymi matkami? I czy nie jest ideałem dziś kobieta niezależna, odważna, wszędobylska, dla której nie ma ograniczeń? Wielokrotnie są dzisiejsze hasła dalekie od promowania kobiecości, od szanowania naszej natury i pragnień, ale widoczne jest i pewne bardzo dobre pragnienie, by być, by się spełniać, by mieć możliwości.

Bywa bowiem i tak, że czasem przesładzamy naszą kobiecość. Czy nie uważamy zbyt często, że nam nie wypada być odważnymi i silnymi (a takie postulaty chętnie przepiszemy złym feministkom)? Zagłębiając się w tekst z Księgi Przysłów odkrywamy, że ideał kobiety (dodajmy: kobiety wierzącej, oddanej Panu) nie oznacza wcale kobiety niemogącej o sobie decydować, kobiety słabszej od mężczyzny, uległej męskiemu światu, a tym bardziej nie jest to wcale kobieta, której głównymi i najważniejszymi cechami byłyby delikatność i piękno zewnętrzne (choć i one się tutaj pojawiają). Dzielna Niewiasta to kobieta niezwykle przedsiębiorcza i wszechstronna, zaangażowana w życie swojej rodziny, ale też w życie społeczne. To kobieta spełniona, a w głębi swojego serca - to kobieta umiłowana i doskonale tego świadoma. To niewiasta doświadczająca swojej wartości, zanurzona w Miłości.

Świetnie uchwytuje aktualność tego biblijnego wzoru kard. Stefan Wyszyński: „Chce [dzielna niewiasta] w każdej dziedzinie życia zabierać głos i wpływać nań skutecznie. Opis biblijny daje nam obraz kobiety uniwersalnej, która jest kobietą w całym tego słowa znaczeniu – jest matką, jest kierowniczką swojej rodziny, jest zwierzchniczką swoich sług.  (…) Ona jest ośrodkiem, głównym ogniwem życia domowego, rodzinnego. Nie rezygnuje z niczego, wszędzie zaznacza swoją obecność i dochodzi do głosu.” Kim jest ta kobieta? Wiemy o niej, że jest żoną i matką. Możemy też wnioskować, że jest kobietą zamożną, o wysokim statusie społecznym, ale nie przez to jest chwalona, o nie...

Już na wstępie tego opisu pojawia się jej mąż. Czytamy: serce małżonka jej ufa. Jakże często podkreśla się system patriarchalny tamtych czasów! A tu mamy do czynienia z sytuacją zupełnie wykraczającą poza te wyobrażenia. Żona zostaje obdarzona przez swojego męża zaufaniem, szacunkiem, a nawet, jak przekonamy się w dalszych wersach, ma ona prawo decydowania o wielu sprawach w domu, a także w gospodarstwie. To, że mąż jej ufa, to jeszcze nie wszystko. On ją sławi! Powstaje wraz z synami i wychwala cnoty swojej małżonki! Lubimy słyszeć pochwały, pragniemy być doceniane za to, co robimy i kim jesteśmy, ale zdarza się, że opinia Tych Najbliższych jest najważniejsza. Ich szacunek, ich wsparcie, ich spojrzenie na nas w dużo szerszym kontekście (przecież znają nas z wielu stron... tych lepszych, ale też tych gorszych) jest cenniejsze od wielu pochwał i zaszczytów. Nawet jeśli coś nam się nie uda, coś nam nie wyjdzie i po ludzku zawiodłyśmy same siebie, może nawet zostałyśmy źle ocenione, spaliłyśmy przez nieuwagę jakieś mosty, ale mamy poczucie, że jesteśmy kochane i akceptowane przez Te Najważniejsze dla nas Osoby, daje to niezwykłe poczucie bezpieczeństwa i ogromną siłę, i wiarę. Nie myślmy jednak, że Dzielna Niewiasta otrzymuje to wszystko, nic z siebie nie dając. Nie czyni mu [mężowi] źle, ale dobrze przez wszystkie dni życia. Czy autor nie przymknął oczu? Może nie zauważył jej niedociągnięć, podniesionego głosu, zgryźliwych uwag, ironicznego uśmiechu, rzucanych ze złością odpowiedzi? Jeśli rzeczywiście Niewiasta ta w tak piękny sposób potrafi kochać swojego męża... To jest rzeczywiście wydoskonalona w miłości.

Dzielna Niewiasta to także pani domu, można powiedzieć - wspaniała kura domowa (z zastrzeżeniem, że łac. cura domestica oznacza oczywiście tego, kto opiekuje się domem i nie ma wiele wspólnego z kurą!). Jest kobietą niezwykle zaradną, pracowitą, wszechstronną, dba o domowników i udowadnia swą wielką wrażliwość na ich sprawy. Jest także przedsiębiorcza - zasadza winnice, zajmuje się handlem. Biblijna bizneswoman. Rozdziela obowiązki, a zatem jest umiejętną kierowniczką, ale sama nie stroni od pracy fizycznej: wyciąga ręce po kądziel, jej palce chwytają wrzeciono. Będąc kobietą zaangażowaną, wręcz zapracowaną, a przy tym majętną, nie jest zamknięta na potrzeby osób słabszych i biedniejszych: otwiera dłoń ubogiemu, do nędzarza wyciąga swe ręce. Kobieta o wielkim sercu, o oczach szeroko otwartych, o wyciągniętych ramionach.

Czy jest piękna? O tak. I do tego ubrana modnie, gustownie i bogato: jej szaty z bisioru i z purpury. Nie ukrywa swoich wdzięków, nie szuka ubrań najtańszych. Ale cały ten kosztowny strój współgra z jej pięknem wewnętrznym. Jest to także kobieta mądra, której słuchanie jest przyjemnością i przynosi wiele pożytku - zapewne całemu otoczeniu. Otwiera usta z mądrością, na języku jej miłe nauki. A skąd czerpie ona tę mądrość? Zapewne z doświadczenia życia, ze spotkań z ludźmi, a przede wszystkim z bliskości Pana.

Fragment, który szczególnie mnie ujmuje, brzmi: Strojem jej siła i godność, do dnia przyszłego się śmieje. Bo i jakże kobiece jest zamartwianie się! Noszenie w swoim sercu wszystkich drobiazgów, tworzenie mozaik problemów, zbieranie trosk o wszystkich najbliższych i tych dalszych, i gromadzenie tego w sobie, i pielęgnowanie. A kiedy już to wszystko jest w nas, ciężko jest uśmiechnąć się do dnia przyszłego, przychodzą lęki, niepewności, obawy, czarne scenariusze i wyjścia awaryjne, do których za nic nie chciałybyśmy się kierować. Zamartwiamy się o przeszłość (czy kogoś nie zraniłam? czy o mnie źle nie pomyśleli? czemu zrobiłam to i tamto?), zamartwiamy się też o przyszłość (jak to będzie? czy dam radę? czy poradzą sobie?) i zapominamy o dniu dzisiejszym. I zapominamy, że wokół są Ludzie, że jest praca, że jest powołanie na Teraz, nie na inny czas. Ale Dzielna Niewiasta nie jest bynajmniej lekkoduchem, nie żyje chwilą obecną jakby jutro miało nie nadejść - wiemy przecież, że gromadzi zapasy, tworzy inwestycje, zabezpiecza przyszłość, ale przy tym nie lęka się o nią, potrafi z uśmiechem patrzeć w dzień jutrzejszy. Może dlatego, że tak bardzo zaufała - nie swoim siłom, ale Bogu.

Czyż ten ideał nie wpasowuje się i w nasze, dzisiejsze pragnienia? Jak pisze kard. Stefan Wyszyński: „Nieraz jeszcze czytamy w prasie zarzuty, że Kościół zostawia kobiecie troskę o sprawy kuchenne i gospodarcze. Tymczasem mamy w nauce Kościoła wspaniały ideał <<niewiasty mężnej>>, dawno już ukształtowany. Mogą się tylko zmieniać poszczególne jego elementy, w miarę okoliczności i rozwoju społecznego, lecz myśli przewodnie są nadal aktualne.” Mamy więc ideał, który wpasowuje się w myśl nowego feminizmu - kobiety aktywnej, spełnionej i docenionej! Kobiety, która w pełni realizuje swoją kobiecość (na swój niepowtarzalny sposób) i jest przy tym niezwykle szczęśliwa, bo wie, kim naprawdę jest.

Jestem przekonana, że nasza dzielność/mężność/odwaga/siła/cnota (bo takie bogactwo znaczenie niesie ze sobą hebrajskie słowo hail) ma wiele sposobów realizacji, dla każdej z nas wyjątkowe. Czy odnajdujesz w sobie tę Dzielną Niewiastę, która potrafi uczynić tak wiele? Która potrafi być wpatrzona w Pana i z wielką odwagą spełniać swoje powołanie, podejmować się wszelakich zadań, jakie pojawiają się na jej drodze, która potrafi kochać tych, którzy są najbliżej, a także zna swoją niezbywalną godność i wartość?

Polecam: Kalendarz Kobiety 2015 z motywem Dzielnej Niewiasty!

Czytaj dalej...

Kalendarz Kobiety na 2014

Kalendarz jest pięknie wydany; grafika jest subtelna, tak aby to nasze zapiski stały się najważniejsze. Twarda oprawa i solidne szycie z pewnością przetrwają te ponad trzysta sześćdziesiąt dni... a może zostanie z nami na dłużej? Jak nasz pamiętnik kobiecości?  Małgorzata Rajchel - megosia.blogspot.com

Opinie o Kalendarzu:

Jest przemyślany i prowadzi do Boga. (Małgorzata)

Jestem nim zachwycona. Jest tak przemyślany i harmonijny. Zawarte w nim zadania zaskakująco trafnie poruszają serce i mogą pełnić funkcję terapeutyczną. Super! (Agnieszka) 

Kalendarz Kobiety na 2014 rok to owoc kilkutygodniowej pracy wielu osób, a także zrealizowane marzenie Serca Kobiety. Czym jest ten Kalendarz? Mam nadzieję, że będzie on przede wszystkim Twoim Kalendarzem (a nie kalendarzem jakiejś kobiety), Twoim towarzyszem na 365 dni, który codziennie będzie przypominał Ci, jak wielkim przywilejem jest bycie kobietą! Mam nadzieję, że będzie Ci przypominał o tym, co naprawdę ważne, będzie Cię inspirował do zagłębiania się w swoje serce i serca innych osób.

Co znajdziesz w Kalendarzu?

- sigla na każdy dzień roku

- cytaty na temat kobiecości

- refleksje na temat kobiecości

- zadania i tematy do refleksji na każdy miesiąc

- zdjęcia (specjalnie stworzone z myślą o tym Kalendarzu!:-)

- wprowadzenie do nowego feminizmu

- oraz miejsca na to, by notować swoje myśli, marzenia, plany...

Kalendarz ma format A5 (format zeszytowy) i twardą okładkę.

 

Kalendarz można zamówić poprzez sklepik na stronie Serce Kobiety.

Można go także nabyć po Mszy św. dla kobiet w Warszawie (25.10 oraz 28.11) i podczas warsztatów dla kobiet.

Można zamawiać także przez allegro.

Kalendarz można także zakupić w sklepiku parafialnym - parafia Zesłania Ducha Św. w Warszawie (ul. Broniewskiego 44) Sklepik czynny w pt. w godz. 15-17 oraz w niedziele w godz. 9-14.

Czytaj dalej...

Czy moje ciało wymaga poprawki?

Masz 10, 12 albo 14 lat (albo jeszcze mniej lub więcej). Jesteś na to przygotowana emocjonalnie albo zupełnie nie. Czekasz na ten moment z niecierpliwością i ekscytacją albo masz nadzieję, że „to się nigdy nie stanie”. Szukasz informacji na ten temat, rozmawiasz z koleżankami, siostrami i mamą albo nie chcesz o tym nic absolutnie wiedzieć, jakby ominięcie tematu miało tę sprawę rozwiązać. Pierwsza miesiączka pojawia się i tak – gdy jesteś na to gotowa lub nie, gdy czujesz się z tego powodu dumna lub gdy chciałabyś zapaść się pod ziemię. I ten moment sprawia, że już odtąd będzie jakoś inaczej.

Coraz więcej młodych dziewcząt w momencie, o którym mowa, dostaje bardzo wymowną naukę od swoich mam: zostają zaprowadzone do ginekologa po to, by lekarz przepisał odpowiednie „leki” na tę kobiecość. Już teraz lub chwilę później. Zresztą nierzadkie są pewnie i te sytuacje, gdy dzieje się to za aprobatą dojrzewającej dziewczyny, która o dobrodziejstwie pigułek słyszała i czytała już wielokrotnie. Pierwszy sygnał, jaki możemy otrzymać, brzmi: twoje ciało jest zagrożeniem, twoja płodność jest niebezpieczna, naturę trzeba poprawić, coś jest „nie tak”. Być może zbyt mało z nas usłyszało piękną nowinę o tym, że nasz młody organizm przygotowuje się do macierzyństwa i kiedyś, dzięki właśnie tym przemianom, będziemy mogły nosić pod sercem nowe życie. Nie zawsze było nam również dane obserwowanie mamy, która jest dumna ze swojej kobiecości i macierzyństwa.

Trudno mi czasem zrozumieć, dlaczego odczuwamy tak naprawdę nie istotę naszego cyklu, a coś zupełnie pobocznego, choć dla nas najtrudniejszego, czyli krwawienie. Nowe życie poczyna się w naszym ciele zupełnie bez naszej „wiedzy”, bez świadomości „to teraz”, gdzieś w ukryciu, poza naszym wzrokiem. Moment uwolnienia komórki jajowej, a więc te kilka godzin, na które ukierunkowane są wszystkie zmiany hormonalne w cyklu, są dla nas całkowicie niewidzialne i nieodczuwalne (pomijając oczywiście mogący towarzyszyć temu wydarzeniu ból owulacyjny, który i tak nie wskazuje dokładnie na „tę chwilę”). Jest, a jakby go nie było. W naszej społecznej mentalności nie istnieje więc owulacja, jest tylko krwawienie – powiązane z dyskomfortem, osłabieniem organizmu, a także z bólem. Słyszę wielokrotnie: „opóźnia się miesiączka”, a przecież ona nigdy się nie opóźnia, zawsze pojawia się w odpowiednim momencie, to tylko owulacja może być opóźniona względem innych cykli. Jak pokochać taką przedziwną kobiecość?

Moje dojrzewanie przyszło za wcześnie. Szybciej dojrzało moje ciało, niż serce. Nie byłam zintegrowana i gotowa, byłam przede wszystkim zawstydzona. Zaakceptowanie mojej kobiecości było procesem wieloletnim i trudnym, a dziś zdaję sobie sprawę z tego, że było to i z tym dojrzewaniem powiązane. Dzięki trudnościom, jakie przeszłam, potrafię zrozumieć, że pokochanie swojej kobiecości, zwłaszcza gdy całe otoczenie – medialne, koleżeńskie czy rodzinne – daje nam przeciwny przekaz, może jawić się jako zadanie ponad nasze siły. Nie wystarczy usłyszeć: twoje ciało jest piękne i idealne. Trzeba tego doświadczyć. Doświadczyć tego, że moje ciało nie jest zepsute, nie jest uszkodzone ani w jakikolwiek sposób gorsze od męskiego.

Cykl miesiączkowy może być utrapieniem, niezrozumiałą grą hormonów, której cel zupełnie jest przed nami zasłonięty. Czy jednak moja płodność jest chorobą? Największym być może paradoksem jest nazywanie pigułek antykoncepcyjnych „lekiem”. Zmyłka ta nie jest nawet wyczuwalna gołym okiem, bo oto dostajemy właśnie tabletki, które przypominają przecież i inne lecznicze specyfiki. Jednak wielokrotnie mówi się kobietom, że to jest panaceum na wiele problemów – zaczynając od problemów z cerą, małych piersi, poprzez nieregularne cykle aż do bolesnych menstruacji. A przede wszystkim jest to – jak się twierdzi – złoty środek na naszą płodność. Bierzesz i już więcej nie musisz się martwić. (Tymczasem okazuje się, że wiele z tych „uwolnionych kobiet” żyje pod presją tabletki, ciągle bojąc się, czy nie zapomną wziąć, czy wystarczy im do następnej wizyty lekarskiej, na której dostaną kolejną receptę, itd.) Celem tych tabletek jest wyłączenie zdrowej funkcji naszego organizmu, odcięcie bardzo ważnego układu hormonalnego, który powoduje nie tylko cykliczne przemiany w naszym ciele i psychice, ale też jest czymś w nas najbardziej kobiecym. Taka cud-tabletka na naszą kobiecość zaraz przy haśle: Pokochaj siebie! Jesteś tego warta! itd., czyli istny misz-masz naszych czasów.

Sama też byłam „leczona” antykoncepcją. Miałam 17 lat, a moje cykle przez długi czas były nieregularne (albo wcale ich nie było). Przez kilka miesięcy tabletki dawały mi, mającej wtedy jeszcze nikłą wiedzę na temat własnego cyklu, poczucie, że oto mój organizm działa bez zastrzeżeń. Po zużyciu kilku opakowań zapytałam lekarza o to, kiedy mogę odstawić przepisane specyfiki, a zatem jak długo ta „kuracja” powinna trwać, by była skuteczna. Tego, co wtedy usłyszałam, nie zapomniałam do dziś: „nie musisz odstawiać tych leków, narzeczony na pewno bardzo się ucieszy”. Ale jaki narzeczony? Nie byłam wtedy w związku, zresztą lekarz założył, że na pewno będę potrzebowała nie własnej płodności i zdrowia, ale „zabezpieczenia” przed nimi. A może ten, który będzie moim narzeczonym, jednak wcale się nie ucieszy, że zamiast dbać o swoją płodność, niszczę ją jeszcze bardziej? Grzecznie podziękowałam, wyszłam. Do dziś nie wiem, co mnie wtedy tknęło, bo nadal nie rozumiałam, jak działa mój cykl i co jest ze mną nie tak, ale miałam głębokie przekonanie – zgodnie z odpowiedzią lekarza, który de facto na moje pytanie udzielił jasnej odpowiedzi – że branie tych tabletek niczego nie zmieni, a więc odstawiłam je z ulgą. Cykl oczywiście nie wrócił. Do czasu. Do tego momentu, w którym pozwoliłam mojemu ciału na bycie kobiecym, kiedy pozwoliłam sobie mieć kształty i kilka kilogramów więcej. Może, gdyby ginekolog połączył fakt niedowagi i zanik jajeczkowania, dotarłby do przyczyny tych problemów i leczenie  miałoby jakiś sens.

Dwa lata później moje serce przestało terroryzować ciało, zostałam pokochana jako kobieta i zaczęłam odkrywać, że w moim ciele zapisane jest moje powołanie. Odkryłam, że moje ciało nie jest zepsute, nie wymaga żadnych tabletek, które je blokują, ale domaga się troski i poznania. Przyjęcia jako daru. W tej drodze oprócz miłości i akceptacji pomogły mi bardzo naturalne metody rozpoznawania płodności, a więc przyjrzenie się przemianom w cyklu, zachwycenie się logiką, z jaką działa mój organizm i celem, jaki temu przyświeca.

To, co w nas zdrowe i najbardziej kobiece, czołowe feministki ze szklanego ekranu z wielką lekkością chcą zanegować. Jak pisze Magdalena Środa (feministka, bynajmniej nie ta „nowa”, nie „nasza”): Mało jest rzeczy zapewniających w równym stopniu kobiecą wolność i autonomię jak antykoncepcja. Skuteczna, bezpieczna, dająca poczucie panowania i nad płodnością, i nad życiem. Nie wyobrażam sobie, jak funkcjonowały kobiety w czasach, gdy nie istniała. Wielokrotnie te właśnie mainstreamowe feministki wypowiadają się negatywnie o nauczaniu Kościoła w kwestii rodzicielstwa i planowania rodziny, ukazując je jako patriarchalne i wymierzone wprost przeciwko kobiecie. Z tych wypowiedzi przebija ich nieznajomość nauczania, o którym chcą mówić, brak wiedzy na temat naturalnych metod rozpoznawania płodności, głęboka ignorancja i niewysłuchanie głosu wielu kobiet. A ich opinie chłoną odbiorcy i powtarzają. Dlatego tak trudno im potem uwierzyć naszym słowom i świadectwom: nauczanie Kościoła w sprawie planowani rodziny i płodności jest nie tylko dostosowane do naszych czasów, nie tylko uwzględnia godność każdego i każdej z nas, ale pozwala na odkrywanie bogactwa naszej natury, odkrycie naszego powołania! Jak mogę więc nie być nową feministką, skoro nowy feminizm to perspektywa wprost odwrotna od powyższej To spojrzenie przypomina mi, że moje ciało jest ukształtowane i obmyślone idealnie, zgodnie ze swoim powołaniem, moje ciało mówi, a zrozumienie jego „mowy” przynosi najpiękniejsze owoce - szczerego dialogu i komunikacji w me mnie samej.

Nie chcę panować nad moją płodnością, chcę tę płodność zrozumieć, pokochać, przyjąć jako zadanie, zachwycić się nią jak kolejną tajemnicą. Chcę, by moją kobiecą naturę przyjmował mój Ukochany, by walczył ze mną, jeśli będzie to dla mnie trudne. Moje ciało jest idealnie zaprojektowane, by mnie kształtować i wychowywać, by dawać nowe życie i je chronić, by być darem dla innych. Moje kobiece ciało nie tylko jest wystarczające, ale jest zachwycające!

Dziękuję Ci Boże, że stworzyłeś kobietę tak cudownie! 

Czytaj dalej...

Przywilej bycia kobietą

Jeszcze kilka tygodni temu razem z mężem nie mogliśmy doczekać się chwili, w której poczujemy pierwsze ruchy dziecka. Patrząc na zaokrąglony delikatnie brzuch, dumny tata powiedział: chciałbym, żeby już dawało o sobie znać kopnięciem! Ja też chciałam, tym bardziej, że nie wiedziałam jeszcze czego mogę się spodziewać. Chciałam także namacalnie poczuć, że tam rzeczywiście Ktoś jest (a podobno wątpliwości „czy naprawdę jestem w ciąży? czy naprawdę jest tam mały człowiek?” towarzyszą wielu kobietom w stanie błogosławionym). Nie trzeba było długo czekać, w 18. tygodniu ciąży, kiedy razem siedzieliśmy na kanapie, nie miałam wątpliwości – kopnęło! I to tak solidnie, rytmicznie, trzykrotnie. Nawet Mariusz zdążył poczuć. Tak przynajmniej twierdził. Być może tylko po to, by mnie nie urazić.

Minęły kolejne tygodnie. Ruchy Dziecka stały się silniejsze. Podzieliłam się z Mariuszem moimi odczuciami: To jedno z najpiękniejszych doświadczeń mojego życia. Łagodne przypominanie „tego spod serca”, że jest, że nie mogę o nim zapomnieć. Przytaknął jako ten, który zazwyczaj nie jest w zasięgu, gdy akurat Maluch się budzi, który nie zdąża dobiec, a gdy już niby wyczekuje, to albo odkłada dłoń zbyt wcześnie, albo wcale nie odczuwa ruchów. „O teraz, kopnął! Czułeś?” „No tak jakby… Właściwie nie za bardzo…” „Jak mogłeś TEGO nie poczuć?” „Ale ty przecież czujesz to z dwóch stron! Czujesz inaczej. Czujesz to lepiej. To jest kobiecy przywilej.” I jak tu się nie zgodzić?

Czy kobiecość ma swoje przywileje? Czy kobiecość sama w sobie jest przywilejem? Przywilej, według swojej definicji i źródła, to pewne szczególne prawo nadane przez władcę (taka prawnicza nomenklatura). Czyż nie możemy zatem mówić o dwóch różnych nadanych przez naszego Stwórcę przywilejach? Po pierwsze – przywilej bycia kobietą, po drugie – przywilej bycia mężczyzną. Bo któż powiedział, że jedno dobro musi wykluczać drugie?

Jednak częściej zwykło się rozważać raczej nasze kobiece nieuprzywilejowanie i to wcale nie bez powodu. Historia świata pokazuje, że kobietom częstokroć bywało ciężej. Były dyskryminowane, w społeczeństwie umniejszano ich rolę, stosowano wobec nich przemoc. Zresztą to nie tylko historia, to wciąż codzienność. A nawet jeśli nie ma celowej dyskryminacji, to pojawia się przecież po prostu pewna niewygoda bycia kobietą, związana z naszym tajemniczym i niezwykłym ciałem, z naszą skomplikowaną psychiką, z naszymi emocjami… Sama przez to przechodziłam kiedyś dotkliwie i dlatego rozumiem te dziewczyny, które nie mogą pogodzić się z wieloma kobiecymi przypadłościami, tym bardziej, że świat im mówi: musisz być zawsze piękna, zawsze dyspozycyjna, uśmiechnięta, przebojowa i na siłach, itd. Ale że aż tak daleko nie akceptujemy naszych przywilejów, jakby specjalnie lub już nawykowo, stawiając je w złym świetle, o tym się przekonuję coraz częściej w poradni, na rozmowach, gdzieś wyłapując z wypowiedzi między słowami. O tym jeszcze kiedyś więcej opowiem.  

Zatem rację ma Alice von Hildebrand rozważając naszą sytuację w ten sposób (w swojej książce „Przywilej bycia kobietą”):

Kto w ogóle wybrałby sobie takie ciało, które począwszy od okresu dojrzewania może sprawiać tyle kłopotów, być powodem niewygód, i ogromnego bólu? Kto chciałby tygodniami, a nieraz i miesiącami doznawać nudności, które towarzyszą okresowi ciąży? Kto dobrowolnie zgodziłby się na rodzenie w dotkliwych bólach?

Jest jednak i druga strona tego medalu. Nasze ciało, które sprawia tyle bólu i trudności pozwala nam na doświadczenia dla mężczyzn nieosiągalne jak przywołane wcześniej odczuwanie ruchów Dziecka. Zapewne też tak jest z karmieniem piersią. A jest to tylko pewien aspekt naszego szerokiego przywileju, który, jak wierzę, rozciąga się nie tylko na kobiety, które są biologicznymi matkami, choć w przypadku macierzyństwa możemy wskazać na fakt bardzo namacalny, stąd tak wyraźny. Chesterton, rozważając różnicę ról kobiecych i męskich stwierdza, że nie ma tu równości, bo przywilej, jakim została obdarzona niewiasta, jest niewyobrażalny. Pisze on nawet o pewnej wyższości kobiet w tym kontekście:

W żaden sposób nie da się nigdy pominąć tej niezwykłej wyższości, jaką charakteryzuje się płeć żeńska, bo nawet dziecko płci męskiej rodzi się jako bliższe swej matce niż swemu ojcu.

Feminizm kojarzony najczęściej z walką o prawa kobiet, z walką wobec przejawów dyskryminacji, często pomija nasz przywilej, np. macierzyństwa, ukazując go jedynie jako balast. Wiele feministek zachowuje się trochę tak, jakby pragnęło nie tyle naszego przywileju, ale przywileju nadanego mężczyznom, podważając w ten sposób rozporządzenie Stwórcy. Nowy feminizm (do którego wzywał Jan Paweł II)  jest w tym kontekście wyjątkowy – oprócz postulatów zwalczania wszelkiej dyskryminacji, podkreśla i niemalże każe rozkoszować się naszym „geniuszem kobiety”, naszymi największymi przywilejami, a więc byciem kobietą w samej istocie, w prawdzie o nas samych, w prawdzie, która pochodzi z Prawdy i Miłości. 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS