O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! (Mt 15, 28)

Może w końcu będę piękna

Wielki Post. Brzmi jak wielkie wyzwanie, którego można się przestraszyć. Można lękać się wysokich szczytów do zdobycia i tego, że w połowie drogi nie starczy już sił, by ukończyć wspinaczkę, a powrót będzie wiązał się z podobnym trudem albo tego, że wyrośnie na drodze kamień, którego nie będzie można ani obejść, ani przeskoczyć. Ale to wyzwanie brzmi też jak obietnica – po trudzie, po 40 dniach, po wyjściu na pustynię, której samotność raz kusi, raz przeraża, możesz wrócić piękniejsza. Wielki Post może być jak 40-dniowy (i pozornie nawet darmowy) pobyt w Spa. Tyle że nie wystarczy położyć się wygodnie i czekać na efekty, nie będzie to jedynie relaks, ale też praca, a rezultat tych starań nie jest do końca przewidywalny. Trzeba za to powziąć postanowienia, nastawić się na wyrzeczenie i ćwiczenia z tą niesłychanie atrakcyjną wizją, jakie to piękne wyjdziemy po tych zabiegach.

Kusi. Bo która z nas nie chciałaby być piękniejsza? Postanowienie, które wiele kobiet podejmuje lub kiedykolwiek już podejmowało w tym czasie (ja też, ja też!) to niejedzenie słodyczy. Ćwiczenie silnej woli bywa w tej przestrzeni bardzo przydatne, potrzebne (i trudne!;-), ale gdy pierwsze promienie wiosennego słońca połaskoczą po twarzy, takie postanowienie kusi też swoimi konsekwencjami: a może, tak całkiem przy okazji i niezamierzenie, zrzucę ze 2 kilo, a może zmieszczę się w sukienkę o numer mniejszą? Czy to już post, czy jeszcze dieta eliminująca niepotrzebne cukry? (Nie rozstrzygam, zależy przecież od motywacji.)

Są też inne słuszne postanowienia: mniej komputera, mniej telewizji, mniej facebooka, więcej modlitwy, nabożeństwa wielkopostne, dobre rekolekcje i lektura duchowa czy też mniej narzekania, opanowanie emocji, efektywniej wykorzystany czas… Tak, byśmy stawały się lepsze, silniejsze, dzielniejsze, byśmy walczyły ze swoimi słabościami i grzechami, byśmy były bliższe perfekcji. Ale czy w wielkopostnym przygotowaniu na Święta Wielkanocne naprawdę chodzi o upiększanie siebie, o wzmocnienie swojej woli, o siłę? Czy nie jest to ważny środek do celu, a nie cel sam w sobie? Można przecież tak bardzo skupić się na ulepszaniu siebie, że cały wysiłek włożymy w koncentrację na swojej (nie)doskonałości, na sobie. Możemy tak bardzo walczyć i negować to, co w nas ciemne, że zapomnimy o dobru, które mogłoby w tym samym czasie rozwijać się i kiełkować. A nie ma lepszej drogi ku temu niż troska o drugiego człowieka i to wszystko, co możemy dać z siebie, nawet jeśli jest to słabe, małe czy, jak mówi papież Franciszek, wręcz jest to nasze „ubóstwo”, nasza kruchość. Stając się darem i nie przywłaszczając sobie samych siebie, stajemy się najbardziej podobne do miłości. I jakże często właśnie stając naprzeciw drugiego człowieka, zapominając o sobie, nie myśląc o własnym rozwoju, stojąc w takim wybrakowanym stroju i dzieląc się tym, co mamy, dokonuje się w nas cichy cud przemienienia i nawrócenia, zmiany kierunku życia, sposobu myślenia, wzbogacenia o to, co najważniejsze.

Wielki Post to czas ogołocenia: dobrze nam zrobi, jeśli się zastanowimy, czego możemy się pozbawić, aby pomóc innym i wzbogacić ich naszym ubóstwem. Nie zapominajmy, że prawdziwe ubóstwo boli: ogołocenie byłoby bezwartościowe, gdyby nie miało wymiaru pokutnego. Budzi moją nieufność jałmużna, która nie boli.” (Orędzie Papieża Franciszka na Wielki Post 2014)

Po 40 dniach postu nie chodzi o to, by z zachwytem i zadowoleniem wpatrywać się w swoje odnowione i upiększone odbicie w lustrze – szczuplejsze, bardziej zdyscyplinowane, wymodlone i rozanielone, ale o to, by w końcu nawrócić się i widzieć siebie w prawdzie – w swoim pięknie i brakach, w swojej sile i słabościach, mając głęboką świadomość tego, jak wielkie rzeczy On nam uczynił zupełnie bez naszej zasługi. Czując także ten ból, który pozostał po oddawaniu wszystkiego, co wydawało się konieczne, a było tylko marnym naddatkiem, co oddzielało od Miłości i zagłuszało rytm Serca. I może w końcu będę naprawdę piękna, stojąc przy krzyżu, a później przy pustym grobie, świadoma tego, że to wszystko to dla mnie zupełnie za darmo. Że jestem godna Takiej Miłości. Że jestem piękna. Że nigdy niczym się nie odpłacę. I jakże wtedy nie pragnąć niczego innego jak tylko dziękować i kochać?

Wielki Post to wielka obietnica.

Czytaj dalej...

Do twarzy jej w bieli

Na białym obrusie każda, nawet najmniejsza plamka staje się problematyczna, bije po oczach, patrzy na mnie jak wyrzut sumienia: to jak o mnie zadbałaś? Myślisz o sobie – tylko kawa i kawa, nie mogłaś napić się zwyczajnej wody? Nie mogłam, nie pomyślałam. Biel wydaje się oczywista i zdolna samą siebie obronić. Miewałam takie plamy na ubraniach, których nawet porady perfekcyjnej pani domu nie przegoniły. Jak tylko mogę, przekonuję męża, że białe koszule nie zawsze są obowiązkowe, że może założyć zupełnie inne, takie w paski czy w kratkę, przyjmując argumentację: bo są ciekawsze. Białe można prać przecież tylko z białym, a to zazwyczaj oznacza kilka tygodni oczekiwania na zebranie odpowiedniej ilości takich rzeczy. Biel jest piękna i odświętna, ale niepraktyczna i trudna w utrzymaniu. Coś za coś.

On w białym garniturze – to się zdarza, ale przecież rzadko (ja kojarzę taki obraz z filmów), ona nie w białej (bądź w pewnej wariacji bieli typu ecri) sukni – to także nieczęsty widok. Taka jest tradycja – mówią niektórzy. I to tradycja tak trwała, że niemal zupełnie wymknęła się swojej wymowie. Nie dziwi dziś nikogo panna młoda w takiej kreacji, która od x lat żyje ze swoim chłopakiem „jak małżeństwo”. Wszyscy tak robią. Wszyscy tak mieszkają, wszyscy takie suknie zakładają. Oczywiście nie wszyscy, to po pierwsze (ale w tę stronę zazwyczaj lepiej się uogólnia) i po drugie, wcale nie wiadomo, czy (a przede wszystkim kiedy) ta niestosowność jest pozorna. 

Nam kobietom do twarzy jest w bieli. Mężczyznom wystarcza biała koszula. Mawiamy o kobiecie: piękna, czysta i niewinna jak lilia, nie zachwycamy się przecież nad czystością i niewinnością mężczyzny (trochę szkoda, bo ich czystość jest równie godna podziwu, przypomina zdobyte w walce trofeum). Pragniemy tej naszej czystości wsłuchane w zachwyt Oblubieńca nad Oblubienicą w Pieśni nad Pieśniami (zawsze czuję się trochę onieśmielona tą księgą, czy na pewno wypada czytać tak piękne i osobiste wyznania?). Ten, Który nas stworzył, pragnie, by nasze serca były czyste, by nasze ciała były prawdziwie świątynią Ducha Świętego, by dawały życie i by były oddane innemu człowiekowi w całości i na zawsze w prawdzie sakramentalnego TAK. Także mężczyźni takich nas pragną, choć pewnie doświadczenia wielu z nas wydają się temu przeczyć.

Utrzymanie tej bieli bywa trudne. Nawet bardzo. Także nam kobietom, choć zwykle mówi się, że to męski problem. O samozaspokojeniu i o radości, jaką daje seksualność (oczywiście zupełnie bez kontekstu płodności), przeczytamy we wszystkich „babskich” gazetach. Zachęcone tą „normalnością” bardzo łatwo możemy uprzedmiotowić nasze ciało, zapominając, kim jesteśmy (córkami samego Boga), czego jesteśmy warte (tego, by sam Bóg oddał za nas życie) i do jak wielkich rzeczy zostałyśmy stworzone (do tego, by dawać życie).

Z jeszcze innego powodu, niezupełnie związanego z naszą kulturą, zachowanie czystości bywa trudne dla kobiet. Przez pragnienie miłości, przez tę przeraźliwie ogromną tęsknotę wylewającą się aż z serca, tęsknotę za byciem kochaną, wybraną, za byciem jedyną i najważniejszą, za byciem w całości dla kogoś. Zdarza się więc, że ona zaślepiona tymi pragnieniami, czasem też w poczuciu przymusu i braku innych rozwiązań, oddaje się jemu, być może z nadzieją, że on jej już nie zostawi, bo przecież o taki Dar trzeba zadbać, trzeba go przez całe życie chronić. Ale on przecież nie obiecał, że będzie, jeszcze nie ślubował, jeszcze w całości ciebie nie przyjął, choć ciało, wydawałoby się, mówi coś innego (mowa ciała może kłamać). On jeszcze może cię zostawić, może się rozmyślić i może się okazać, że to między wami to wcale nie miłość. Że nie dało się przyspieszyć jej rozwoju, bo dysonans był zbyt ogromny. Że choć ciała mogły się dopasować, to serca nigdy się nie złączyły.

Miałam w życiu szczęście. Spotkałam mężczyznę, z którym nie musiałam nawet rozpoczynać tak trudnej dla wielu dziewczyn rozmowy: wiesz kochanie, a ja bym chciała z tym poczekać do ślubu… Wprost przeciwnie – każdego dnia to on niczym rycerz bronił granic naszej intymności i dbał przede wszystkim o bliskość naszych serc. Pragnął zobaczyć mnie w bieli. Mówię „miałam szczęście”, bo to nie jest moją zasługą. Nasza walka o czystość nie była (choć przecież była) próbą wielkiego ognia, bo… byliśmy w tym razem. Nie walczyliśmy przeciwko sobie. W odpowiedzi na to ogromne pragnienie bycia kochaną usłyszałam: chcę cię całą... jako moją żonę.

Nie doświadczyłam rozdarcia, przez które przechodzi niejedna dziewczyna, gdy najpierw musi sama zmierzyć się ze swoimi pragnieniami, najwyższymi wartościami a postawą tego, którego pokochała. Niekiedy dokonuje się coś na miarę cudu - on urzeczony jej wytrwałością i pięknem, zgadza się poczekać. Nie zawsze rozumie, nie zawsze podziela jej spojrzenie, ale podejmuje wyzwanie. Często jednak to ona w końcu rezygnuje ze swoich ideałów, zagłusza sumienie, zniechęcona próbuje się dopasować, szukać kompromisu tak jakby między dobrem a złem było coś pośredniego. Ile razy to słyszałam: nie da się jednak inaczej, kiedyś też chciałam czekać do ślubu, to przecież nic wielkiego, dziś tak wszyscy robią, trzeba się sprawdzić… Czasem szuka usprawiedliwień, potwierdzeń, że nie jest to całkiem najgorszy scenariusz. Albo wprost przeciwnie: obwinia samą siebie i słyszy w sercu powracające pytanie: czy na pewno w bieli będzie mi do twarzy? Czy można było inaczej? Można było. Ale przede wszystkim nadal można.

Biel wydaje się jednorazowa. Doskonale znamy te nieznośne plamy, których nie można doprać, a nawet jeśli znikną, pozostaje to dziwne poczucie, że coś z materiałem jest nie tak – jest odrobinę cieńszy albo nienaturalnie bielszy. Ta biel jest inna. Tak, można iść w białej sukni, w welonie i naprawdę być czystą, nie będąc dziewicą. Można tak bardzo zapragnąć zmiany i tak bardzo rozkochać się w czystości, by zacząć od nowa, w każdej chwili. Bo ta czystość to coś więcej niż stan biologiczny. Widziałam i słyszałam o takich cudach. Słyszałam też o takich pragnieniach przepełnionych lękiem i niewiarą na zmianę. A On przecież wszystko może. Bóg jest perfekcjonistą, On potrafi sprać z naszych szat to, co wydaje się już na zawsze wtopione w tkaninę, potrafi załatać dziury i braki tak, że nie ma po nich śladu, potrafi przywrócić to, co wydaje się utracone na zawsze. On potrafi to, co krwawi przez lata, w jednym momencie uleczyć.

Dam wam serce nowe (Ez 36, 26)

Pokrop mnie hizopem, a stanę się czysty, obmyj mnie, a nad śnieg wybieleję (Ps 51, 9)

Każdej z nas do twarzy w bieli. Tej bieli, która pochodzi od Niego.

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS