Przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości. (Kol 3, 14)

TAK na serio

W dniach 7-15.06 w Warszawie odbędzie się Tydzień Modlitw o Powołania do... MAŁŻEŃSTWA! A jakże!
Wspaniała inicjatywa pod hasłem TAK na serio! organizowana przez DA Namiot - ojców salwatorianów - kościół pw NMP Matki Zbawiciela (Mokotów). 

W ramach tego pięknego projektu razem z Mariuszem będziemy głosić dwie konferencje:

9.06 (poniedziałek) „Dlaczego TAK? - czyli po co nam ślub?”
13.06 (piątek) „Na zawsze! - poznaj, pielęgnuj, bądź” 

 

Czytaj dalej...

Zakochana

Jeśli wiesz, co znaczy być zakochaną, to wiesz też, jak w jednej chwili może zmienić się niemal całkowicie rytm bicia serca. Jakby to był zegarek, który można nastawić jednym, umiejętnym ruchem, delikatnym, ale precyzyjnym. Z dnia na dzień stajesz się inna. Coś się stało? Czemu uśmiechasz się do samej siebie? Czemu podskakujesz i podrygujesz, idąc samotnie ulicą i nie zważając na to, co pomyślą inni. A pomyślą. Żeś jeszcze nie zakosztowała życia, żeś się bajek naoglądała i uwierzyła w „i żyli długo i szczęśliwie”, że on się jeszcze do końca nie przedstawił, że jeszcze zobaczysz, zasmakujesz…, i że tak naprawdę to bardzo za tym tęsknią.

Miłości nie można ukryć, bo ona przemienia. Potrafi całkowicie zmienić spojrzenie na sprawy błahe i poważne, potrafi wyostrzyć pragnienia i wypełnić tęsknoty, nastraja na nowo. Zaczynasz tańczyć do innej muzyki. I choćbyś nie wiadomo jak starała się, długo nie schowasz tej radości, tego oczarowania, tej siebie odmienionej, tego drżenia głosu, gdy wymawiasz jego imię i rumieńców, kiedy spotykasz go przez przypadek (i przypominając sobie, że właśnie rozczochrana idziesz tylko po bułki do piekarni, nie wiesz, czy rzucić się mu na szyję, czy się schować - sprawdzony dylemat). Łatwiej niekiedy ukryć wczesne ciążowe błogosławieństwo niż wczesną miłość.

Nawrócenie i spotkanie Jezusa jest bliskie temu zakochaniu. Nie umiesz być taka jak wcześniej, jesteś odmieniona, przemieniona, zwrócona w inną stronę, na-wrócona, za-kochana. I też słyszysz: coś się zmieniło w tobie, dlaczego tyle w tobie radości, tyle pokoju? Ale nawet nie trzeba długo czekać na odpowiedź. Opowiadasz jak zakochana o swoim wybranku, zafascynowana jego pięknem i ogarnięta tą przedziwną miłością i oczekiwaniem na każde kolejne spotkanie. Nie możesz tego zatrzymać dla siebie. Nawet jeśli byś chciała, nie możesz.

Samarytanka stała się pierwszą apostołką wśród „swoich”. Po spotkaniu z Jezusem pobiegła do miasta i głosiła im Dobrą Nowinę, mówiła o tym, czego On dokonał w jej sercu. Nie zmyślała, nie ubierała w poezję, nie wkładała w schematy pojęciowe. Mówiła o sobie. I o tej miłości. Pobiegła i świadczyła.  „Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w Niego wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej” (J 4, 39).

Jakże trafnie o Samarytance pisze Liz C. Higgs (w swoich Niegrzecznych dziewczynkach): „Kobieta przy studni nie czekała, aż drzwi się otworzą, sama otworzyła je kopniakiem. <<Pójdźcie, zobaczcie…>> Dlaczego mężczyźni z tej miejscowości posłuchali jej, kobiety o podejrzanej reputacji? Proste: Ona widziała Chrystusa. A teraz ludzie w Sychar widzieli Chrystusa w niej. Zmienione życie zawsze przyciąga ludzi. Wyszli z miasta i szli do Niego (J 4, 30)”.

W tę Dobrą Nowinę uwierzyła też Lidia, opisana w Dziejach Apostolskich (Dz 16, 11-15). Zapragnęła od razu bliskości, przyjęła chrzest, a potem zapraszała, a może nawet po kobiecemu, nieco natrętnie, uporczywie, zaciągnęła apostołów do swojego domu, by móc ich ugościć, by mieć swój udział w ich dziele, by nasycać się historią Zbawienia, by nabierać sił i w swoim domu stworzyć miejsce dla tych, którzy uwierzą.

Ale pierwsze zauroczenie ewoluuje, przemienia się, dojrzewa. Staje się Miłością i z przepełnionego uczuciami zachwytu ma stać się wyborem, postawą, obraniem kierunku już na amen. A w Miłości przychodzą i trudy, i wątpliwości, i smutki, i świadomość, że ta pierwsza fascynacja nie wystarcza, by nieść miłość przez całe życie. Że raz dokonany wybór trzeba ponawiać każdego dnia. W każdej godzinie, niekiedy nawet minucie. Brzmi znajomo?

Lubię wracać do początków mojej i Mariuszowej miłości, do tej fascynacji i przekonania, że miłość jest bajkowa. Do znudzenia oglądałam Zaczarowaną i razem z Giselle dziwiłam się zdziwieniu, że można brać ślub w drugim dniu znajomości. Lubię też wracać do tego miejsca, w którym sam Bóg mnie w sobie rozkochał, kiedy to można było naprawdę w sandałach i bez obciążenia jakąkolwiek walizką - iść i głosić. Całą sobą. Z poczuciem, że ta Miłość wystarcza.

Zakochani są jak neofici. Nawróceni, wpatrzeni, pełni zapału i ideałów. Marzą o miłości i już im się wydaje, że ją chwycili w dłonie, że mają ją w garści, pod kontrolą. Nieco bardziej doświadczeni w miłości i w przygodzie z Bogiem widzą trochę więcej - znają smak wątpliwości rozdarcia, wiedzą czym jest droga przez pustynię i czym jest susza, czym są ciche dni i gwałtowne, burzliwe kłótnie, po których nie od razu i nie zawsze pojawia się tęcza, czym jest klęczenie na kolanach z prośbą o wybaczenie przed małżonkiem i przed Bogiem. I jeśli się uprą, ugrzęzną w tej „rzeczywistości”, spojrzą z ukosa, nawet z wyższością wtajemniczonych na nowozakochanych i nowonawróconych. Wiedzą ocierając się o błąd wnioskowania, że młodym dopiero oczy otworzą się i zobaczą, że są bezradni. W głębi serca jednak zazdroszczą im i plują sobie w brodę, że zwątpili w Obietnicę, że za mało głosili, za cicho wołali, za bardzo się ukrywali, za mało się zakochali, że przeciążyli się światową nowomową na temat spraw ważniejszych niż wiara, świadectwo i budowanie rodziny. Że dali się zwieść zdaniom na temat: czas to pieniądz, coś mi się należy, niech robią to inni, ja przyjdę na gotowe.

Ale to spojrzenie na zakochanych neofitów może też napomnieć: idź i głoś. Idź i walcz. Idź i kochaj. Bo każdy dzień jest dobry, żeby zakochać się na nowo. W Jezusie. I we własnym mężu.

Zakochani są świadectwem Tej Miłości, która przemienia.

Czytaj dalej...

Zwyciężyły miłością, odwagą i wiarą

Całe życie Jezusa wypełnione jest delikatną obecnością kobiet, ich wrażliwością, wiarą, miłością i ogromną siłą. W szczególny sposób są One obecne podczas Jego męki, śmierci i Zmartwychwstania.

Najpierw żona Piłata (pamiętajmy, poganka) odważnie mówi swojemu mężowi: „Nie miej nic do czynienia z tym Sprawiedliwym, bo dzisiaj we śnie wiele nacierpiałam się z Jego powodu” (Mt 27, 19). Musiał wiedzieć, że to nie czcze kobiece gadanie, nie przewrażliwienie, ale ostrzeżenie i jej wsłuchane w Prawdę serce. Umył ręce, nie chcąc zanurzać ich w krwi Niewinnego, ale jednocześnie nie miał w sobie dość siły, by się przeciwstawić. 

Później na Drodze Krzyżowej zjawiły się płaczące niewiasty i Weronika czule wycierająca Jego twarz. A potem Krzyż. 

A pod krzyżem Jezusowym stała Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria Kleofasowa oraz Maria Magdalena (J 19, 25). One tam są! Trzeba było nie lada odwagi, aby tam być. A raczej – trzeba aż takiej miłości, jaką one miały, aby tam być…” (kard. Stefan Wyszyński)

Odwaga, by wyjść przed tłum, nie bacząc na spojrzenia i wyzwiska. Nie przejmując się tym, jak były postrzegane przez obcych, ale też swoich, tych, którzy chwilę wcześniej zwątpili - w Niego, w Jego misję i w samych siebie.

Odwaga, by nie odwracać głowy i nie chować się przed własnym sercem, które krwawi, które nie chce uczestniczyć w tej męce, w tej samotności,  które wolałoby ukryć się gdzieś w bezpieczniejszym miejscu, ukołysać się do snu i zamknąć oczom powieki, bo tak przecież łatwiej i lżej. Czego oczy nie widzą przecież...

Odwaga, by przezwyciężyć nie tylko ludzkie spojrzenie, ale i własne słabości, swoją kobiecą emocjonalność i kruchość..

I ta ich miłość jak koło napędowe odwagi.

One pozostały, nawet od grobu nie odeszły. Miłość nigdy nie odchodzi. (…) Wiedzione miłością i jakąś wewnętrzną mądrością, trwają wiedząc, że nie wszystko się skończyło, że trzeba tu być, choćby w bólu i ze łzami. (…) One nie odejdą, chociaż straże uciekną i wszyscy się rozproszą. One będą czekały i doczekają się… Zmartwychwstania.” (kard. Stefan Wyszyński)

Ich miłość wypróbowana, doświadczana, utrudzona, stojąca przed krzyżem, niosąca swój własny krzyż, wsparta o obecność drugiej i o moc samego Stwórcy, Ta, która wszystko przetrzyma, nawet własne upadki i odeprze kołatające myśli wbrew nadziei, ta, która nie tylko współweseli się z prawdą, ale z niej czerpie siłę.

Wielką Sobotę nazywamy Dniem Kobiet! Przecież one tego dnia zwyciężyły swoją wierną miłością, odwagą i wiarą, nie zaś Apostołowie, którzy – gdy ich Mistrz utrudzony spał w grobie – pozamykali się w różnych kryjówkach, w strachu przed Żydami.” (kard. Stefan Wyszyński)

One zwyciężyły, one też zostały nagrodzone w poranek wielkanocny, to one pierwsze ujrzały Tego, którego kochały. One pierwsze miały nieść Dobrą Nowinę. One o niej świadczyły. One same były częścią tej Dobrej Nowiny - że można tak kochać. Że miłość nigdy nie wątpi, że miłość potrafi góry przenosić i zwycięża śmierć, i jest Życiem i Życie daje. 

Daj mi Panie, taką odwagę, taką miłość i taką gotowość, by świadczyć o prawdzie.

Czytaj dalej...

Czas to miłość

Nie mam czasu, bo kiedy tylko wydaje mi się, że jest mój, że mogę nim swobodnie rozporządzać, on ucieka. Kiedy chwytam go w dłoń i oglądam z zadowoleniem, jest już nieobecny. Ja nie mam czasu, to on mnie ma w garści. To on mnie nawołuje – tak, bądź twórcza, bądź zorganizowana, ale pamiętaj, że swojej wartości nie mierzy się przez jak największe skumulowanie pracy, spotkań i zadań jakby stwierdzenie nie mam czasu było komplementem wymierzonym w samego siebie. Chcemy być mega produktywni, zabiegani, chcemy mieć kalendarze wypełnione na zaś i po brzegi, tak jakby to była obietnica osiągnięcia czegoś i bycia kimś. Jak najwięcej zrobić, jak najmniej mieć luk. Może i po to, by nie mieć ani chwili na przyjrzenie się swojemu odbiciu w lustrze i dostrzeżenie pierwszych zmarszczek. Twarz pudruje się przecież szybko, studiuje znacznie dłużej.

W pierwszych tygodniach po porodzie byłam rozdarta szczególnie w tych momentach, kiedy to maluch mający problemy z samodzielnym i spokojnym zasypianiem, jednak zasnął. Jeeeest, sukces, śpi! Półszeptem okrzyk radości, zadowolenie, duma i wszystko, co wzniosłe, a po chwili dylemat nieznajdujący dobrego rozwiązania: to co teraz? Położyć się koło niego, odespać (albo adorować jego bezbronność i piękno tak niesamowicie cudowne wtedy, kiedy śpi)? Czy jednak włączyć w sobie perfekcyjną panią domu i odkurzyć te zakamarki, które nie przeszłyby testu białej rękawiczki (a więc prawie wszystkie!) albo wybić się na wyższy poziom doskonałości i upiec chrupiące zbożowe ciasteczka, a potem opakować je i ustawić na stole, by przywitały zgłodniałego męża? A może jednak nadrobić zaległości książkowe, które ustawiły się w pokaźną stertę na oknie, napisać obiecany artykuł, przejrzeć korespondencję, maila i facebooka? A może odpocząć? I często, naprawdę często, albo te rozważania zajmowały połowę jego drzemki, albo mimo wyboru kończyły się wyrzutem sumienia – no tyle mogłaś zrobić przez te pół godziny, Pani Kasiu! A Ty tylko zdążyłaś wyjąć masło z lodówki i przełożyć książkę na stoliczek. I nie ma zlituj się. Iruś nie poczeka. Za to pozostaje w głowie ten smak porażki i trudność, by teraz już być dla niego w całości. Choć na tę chwilę. I chociaż zdobywam się na wyżyny moich wielozadaniowych zdolności robiąc kawę, zupę, zmywając, pilnując dziecka i odpowiadając na maile w jednym czasie, to jednak czas ma mnie w garści. Czas uczy mnie sztuki wyboru, selekcji i pokory. Czas mnie uczy, że jest z Boga, a Bóg jest Miłością. Więc rację miał kardynał Wyszyński „ludzie mówią: czas to pieniądz, a ja wam mówię: czas to miłość!”.

Więc jeśli już w jakiś sposób nie mam czasu, to wcale nie znaczy, że go nie mam. Mam. Ale nie na wszystko. Chcę go wymieniać na to, co bezcenne. Chcę mieć też rezerwę na to, co może przyjść. Nagle i niepowtórnie. 

Na bycie dla dziecka, bycie mamą, która wsłuchuje się w bicie serca dziecka i próbuje patrzeć na świat jego oczami. Która zapamiętuje i zachowuje to ulotne i tak szybko rozwijające się życie.

Na bycie dla męża. Bo to nieprawda, że wszystko kiedyś tam da się nadrobić, że jeszcze zdążymy pół świata objechać i spełnić swoje trzy życzenia. Spieszymy się kochać i zabiegać o siebie. Tak nieudolnie czasami, tak jak dzieci w piaskownicy, ale drugiej szansy nie będzie.

Na bycie z samą sobą. Choć to bywa niekiedy trudne, bardzo uciążliwe. Na badanie swojego serca jak labiryntu, który mnie nieustannie zaskakuje.

Na te nieliczne, acz drogocenne, luksusowe relacje przyjaźni.

Na bycie z Bogiem. A więc na czerpanie Życia. I odczytywanie, jak czas kochać, jak go wypełniać, jak go dzielić, by się mnożył. Jak go czasem uczynić najzwyklejszą codziennością i ciszą, i smakiem herbaty z samą sobą, i wyśpiewanym psalmem, i gotowością na każde wezwanie. Ale jeśli Miłość jest wielka, to i czas jest wielki.

 

Piszę, ale nie tylko tutaj.

Dzieje się wiele. Bo życie jest także (!) poza Internetem. Bo życie się dzieje. Między ludźmi. Między Bogiem a ludźmi.

Czytam i niebawem podzielę się tym, co czytam.

I szukam podręcznika gospodarowania czasem w miłości.

I swojej kobiecości w byciu dla.

Bo inaczej traci się czas po ludzku, inaczej po Bożemu.

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS