Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie (Łk 11, 9)

Przywilej bycia kobietą

Jeszcze kilka tygodni temu razem z mężem nie mogliśmy doczekać się chwili, w której poczujemy pierwsze ruchy dziecka. Patrząc na zaokrąglony delikatnie brzuch, dumny tata powiedział: chciałbym, żeby już dawało o sobie znać kopnięciem! Ja też chciałam, tym bardziej, że nie wiedziałam jeszcze czego mogę się spodziewać. Chciałam także namacalnie poczuć, że tam rzeczywiście Ktoś jest (a podobno wątpliwości „czy naprawdę jestem w ciąży? czy naprawdę jest tam mały człowiek?” towarzyszą wielu kobietom w stanie błogosławionym). Nie trzeba było długo czekać, w 18. tygodniu ciąży, kiedy razem siedzieliśmy na kanapie, nie miałam wątpliwości – kopnęło! I to tak solidnie, rytmicznie, trzykrotnie. Nawet Mariusz zdążył poczuć. Tak przynajmniej twierdził. Być może tylko po to, by mnie nie urazić.

Minęły kolejne tygodnie. Ruchy Dziecka stały się silniejsze. Podzieliłam się z Mariuszem moimi odczuciami: To jedno z najpiękniejszych doświadczeń mojego życia. Łagodne przypominanie „tego spod serca”, że jest, że nie mogę o nim zapomnieć. Przytaknął jako ten, który zazwyczaj nie jest w zasięgu, gdy akurat Maluch się budzi, który nie zdąża dobiec, a gdy już niby wyczekuje, to albo odkłada dłoń zbyt wcześnie, albo wcale nie odczuwa ruchów. „O teraz, kopnął! Czułeś?” „No tak jakby… Właściwie nie za bardzo…” „Jak mogłeś TEGO nie poczuć?” „Ale ty przecież czujesz to z dwóch stron! Czujesz inaczej. Czujesz to lepiej. To jest kobiecy przywilej.” I jak tu się nie zgodzić?

Czy kobiecość ma swoje przywileje? Czy kobiecość sama w sobie jest przywilejem? Przywilej, według swojej definicji i źródła, to pewne szczególne prawo nadane przez władcę (taka prawnicza nomenklatura). Czyż nie możemy zatem mówić o dwóch różnych nadanych przez naszego Stwórcę przywilejach? Po pierwsze – przywilej bycia kobietą, po drugie – przywilej bycia mężczyzną. Bo któż powiedział, że jedno dobro musi wykluczać drugie?

Jednak częściej zwykło się rozważać raczej nasze kobiece nieuprzywilejowanie i to wcale nie bez powodu. Historia świata pokazuje, że kobietom częstokroć bywało ciężej. Były dyskryminowane, w społeczeństwie umniejszano ich rolę, stosowano wobec nich przemoc. Zresztą to nie tylko historia, to wciąż codzienność. A nawet jeśli nie ma celowej dyskryminacji, to pojawia się przecież po prostu pewna niewygoda bycia kobietą, związana z naszym tajemniczym i niezwykłym ciałem, z naszą skomplikowaną psychiką, z naszymi emocjami… Sama przez to przechodziłam kiedyś dotkliwie i dlatego rozumiem te dziewczyny, które nie mogą pogodzić się z wieloma kobiecymi przypadłościami, tym bardziej, że świat im mówi: musisz być zawsze piękna, zawsze dyspozycyjna, uśmiechnięta, przebojowa i na siłach, itd. Ale że aż tak daleko nie akceptujemy naszych przywilejów, jakby specjalnie lub już nawykowo, stawiając je w złym świetle, o tym się przekonuję coraz częściej w poradni, na rozmowach, gdzieś wyłapując z wypowiedzi między słowami. O tym jeszcze kiedyś więcej opowiem.  

Zatem rację ma Alice von Hildebrand rozważając naszą sytuację w ten sposób (w swojej książce „Przywilej bycia kobietą”):

Kto w ogóle wybrałby sobie takie ciało, które począwszy od okresu dojrzewania może sprawiać tyle kłopotów, być powodem niewygód, i ogromnego bólu? Kto chciałby tygodniami, a nieraz i miesiącami doznawać nudności, które towarzyszą okresowi ciąży? Kto dobrowolnie zgodziłby się na rodzenie w dotkliwych bólach?

Jest jednak i druga strona tego medalu. Nasze ciało, które sprawia tyle bólu i trudności pozwala nam na doświadczenia dla mężczyzn nieosiągalne jak przywołane wcześniej odczuwanie ruchów Dziecka. Zapewne też tak jest z karmieniem piersią. A jest to tylko pewien aspekt naszego szerokiego przywileju, który, jak wierzę, rozciąga się nie tylko na kobiety, które są biologicznymi matkami, choć w przypadku macierzyństwa możemy wskazać na fakt bardzo namacalny, stąd tak wyraźny. Chesterton, rozważając różnicę ról kobiecych i męskich stwierdza, że nie ma tu równości, bo przywilej, jakim została obdarzona niewiasta, jest niewyobrażalny. Pisze on nawet o pewnej wyższości kobiet w tym kontekście:

W żaden sposób nie da się nigdy pominąć tej niezwykłej wyższości, jaką charakteryzuje się płeć żeńska, bo nawet dziecko płci męskiej rodzi się jako bliższe swej matce niż swemu ojcu.

Feminizm kojarzony najczęściej z walką o prawa kobiet, z walką wobec przejawów dyskryminacji, często pomija nasz przywilej, np. macierzyństwa, ukazując go jedynie jako balast. Wiele feministek zachowuje się trochę tak, jakby pragnęło nie tyle naszego przywileju, ale przywileju nadanego mężczyznom, podważając w ten sposób rozporządzenie Stwórcy. Nowy feminizm (do którego wzywał Jan Paweł II)  jest w tym kontekście wyjątkowy – oprócz postulatów zwalczania wszelkiej dyskryminacji, podkreśla i niemalże każe rozkoszować się naszym „geniuszem kobiety”, naszymi największymi przywilejami, a więc byciem kobietą w samej istocie, w prawdzie o nas samych, w prawdzie, która pochodzi z Prawdy i Miłości. 

Czytaj dalej...

Panowie na prawo, panie na lewo

Zapraszamy na warsztaty dla kobiet albo na wakacyjny obóz dla mężczyzn. Polecamy wieczór filmowy dla panów albo pań. Zachęcamy też dzieci na specjalnie dla nich przygotowane zajęcia oraz młodzież na spotkania. Czy coś w tym złego? Czy segregujemy świat, dzielimy go na zbiory, które są tylko w naszej głowie? Czy oddalamy od siebie młodych i starych oraz kobiety od mężczyzn?

Bardzo często spotykam się z pytaniami, dlaczego jakaś inicjatywa skierowana jest do określonej grupy. Dlaczego na konkretne spotkanie mogą przyjść tylko kobiety? A jeśli ja jestem mężczyzną i chciałbym posłuchać tego a tego tematu, bo jest dla mnie szczególnie ważny? A jeśli jestem kobietą i chciałabym obejrzeć właśnie to-niby-męskie kino i włączyć się dyskusję? (W tych przypadkach często jednak bardziej pociągająca może być perspektywa, że to jest „dla nich”. Co takiego opowiadają mężczyznom/kobietom, co nie jest dla nas?) Dlaczego tworzymy takie podziały?

Usłyszałam jeden bardzo ciekawy zarzut: kiedyś „u cioci na imieninach” wszyscy siedzieli razem - młodzi i starsi wspólnie biesiadowali, rozmawiali, byli ze sobą. Pytam moich rodziców o to, bo ich „kiedyś” będzie trochę bardziej wyraziste. Tata mówi o jednym: dzieci głosu nie miały. Ja przywołuję w pamięci inne rodzinne imprezy i to, co najbardziej pamiętam, to poszukiwanie „podobnych”, a więc szukanie dzieci. „A będą tam jakieś dzieci?” - na pewno rodzice znają to pytanie swoich pociech. Oczywiście, sympatyczna ciocia, która pomoże nam kolorować obrazki czy wujek, który chętnie zagra z nami w klasy byli równie pomocni, ale na dłużą metę nie potrafili zastąpić rówieśników. Mały Książę powiedziałby, że dorośli byli dziećmi, ale już o tym zapomnieli. Nie ich wina, prawa czasu i życia.

Przypominam sobie także takie momenty, kiedy wszyscy razem (tzn. starsi i młodsi) siedzieliśmy przy stole. Chciałyśmy (ja i siostra) słuchać rozmowy mamy i cioci, ale tylko do czasu było to możliwe, bo w końcu dzieci były wypraszane. Jasne jest, że dzieci chłoną opowieści dorosłych bardzo łatwo, dlatego nie powinny być słuchaczami wszystkich rozmów, a to znowu tworzy grupy. Tak jak 40-latka nie porozmawia z dzieckiem o swoich problemach rodzinnych czy kwestiach związanych z pracą, tak i 10-latka nie porozmawia z dorosłym na temat swoich fascynacji bajkowych czy sportowych (oczywiście „porozmawia”, ale inaczej, mniej fachowo;-) W grupach mieszanych podobnych wiekowo (np. na spotkaniach dorosłych) także tworzą się podziały. Niejednokrotnie kobiety znajdują wspólne tematy, dalekie od tych, które akurat interesują mężczyzn. Znacie może to: „zmieńmy temat, dobrze? ile można rozmawiać o najbliższych wyborach albo o kupnie nowego samochodu”? Oczywiście, nie oznacza to, że przez cały wieczór izolujemy się od siebie! Jednak wizja, w której wszyscy razem przez cały czas toczymy wspólnie dyskusję albo spędzamy czas podzielony równo: każdy z każdym, wydaje mi się zbyt utopijna.

W codziennych relacjach w rodzinie spotykamy się zarówno z osobami innej płci jak i w innym wieku. Nie jest dla nas naturalnym środowisko zupełnie jednolite. Czy potrzebujemy więc jakiegoś bodźca do spędzania czasu z innymi, kiedy nasza codzienność przepełniona jest takimi okazjami? Istnieją przypadki szczególne jak brak jednego z rodziców czy brak dziadków. Ale i w takich sytuacjach budujemy relacje z dalszą rodziną czy z przyjaciółmi. Nie jesteśmy samotnymi wyspami. Poznajemy inność już od początku życia, szukamy swojej tożsamości przez negowanie tego, kim i czym nie jesteśmy. Zawsze będziemy otoczeni przez wielość i różność. Ale jak w tej sytuacji nie stracić poczucia siebie, jak tworzyć siebie nie poprzez negację, ale przez afirmację?

Czy te spotkania „dedykowane” nie mają w sobie czegoś z „imienin u cioci”? To nie jest coś codziennego. Dlaczego spędzamy czas „w swoim gronie”? Szukamy kogoś, z kim dzielimy podobne doświadczenia, ale z innej perspektywy niż te w rodzinie - bo w rodzinie mamy wiele wspólnych spraw i doświadczeń ze względu na naszą więź. Ale czasami jako kobieta chcę porozmawiać z inną kobietą o naszych „babskich” sprawach, o tym, co czujemy, co planujemy, na co czekamy. Jako dziecko chcę z innym maluchem pobawić się w zabawę, której nie zrozumie żaden dorosły, chcę temu innemu opowiedzieć o mojej kolekcji naklejek albo o ulubionej książce. Moje bycie w tym czasie pochłoniętą rozmową z innymi kobietami, nie jest separowaniem się od mężczyzn, nie jest udowadnianiem, że kobiety są lepsze, a z mężczyznami nie ma o czym gadać. To nie ma być dzielenie świata, a jeśli nawet ma w sobie coś z dzielenia czy kategoryzowania, to jest pozbawione wartościowania. Ten czas ma mi pomóc zyskać nową perspektywę, rozważyć sprawy, o których zapominam na co dzień, ma mi pomóc w przypomnieniu sobie mojej tożsamości, tego, że jestem KOBIETĄ i różnię się od mężczyzny. Ten czas ma także kierować do powrotu do naszej codzienności - do ukochanych mężczyzn, do naszych rodzin. Czasem, aby pójść krok do przodu, musimy się cofnąć. Czasem potrzebujemy pustyni czy rozłąki, by powrócić do najbliższych osób.

Dlatego z uporem maniaka będę bronić idei działań skierowanych do pewnych grup. 6-latków nie zainteresuję tym samym co 13-latków czy 30-latków. Pozwólmy sobie być innymi. Dajmy sobie odrobinę przestrzeni. I nie zapominajmy, że wiele inicjatyw jest organizowanych bez ograniczeń albo z mniejszymi ograniczeniami - kursy i spotkania dla zakochanych, narzeczonych czy małżonków, spotkania dla rodziców czy dla całych rodzin... - i tych właśnie jest znacznie więcej!

Czytaj dalej...

Kobieta rządzi

Pewien starożytny paradoks brzmi mniej-więcej tak:
Mały synek rządzi swoją matką, matka rządzi ojcem, ojciec rządzi Ateńczykami, Ateńczycy – Grecją, a Grecja – światem. Wniosek? Chłopiec rządzi światem.

Oczywiście, mamy tutaj do czynienia z błędem logicznym. Analogie są wszak zbyt słabe, ale to sprawa jasna i teraz nieistotna. Zastanawiam się najmocniej nad drugim przejściem: mama rządzi tatą. I o tym teraz.

Zastanawiałam się ostatnio z koleżankami, jaka jest nasza kobieca sytuacja w świecie, w polityce, w biznesie. Mamy gorzej. Mało nas choćby w Sejmie. Mało nas na filozofii, mało nas – prawdziwych poetek i pisarek. Trochę to dziwne, przykre...W niektórych sytuacjach trudno dziwić się feministycznym postulatom (nie wszystkim, żeby było jasne!).

Może jednak dobrze, że nie kobietom został powierzony całkowicie ster do rządów nad światem?;-) Nasza zmienność mogłaby być niekiedy ciężkim balastem. Kobieca uczuciowość nie potrafiłaby niekiedy stawiać twardych tez i bolesnych dla innych rozwiązań. A może po prostu - chciałybyśmy zawsze za wszelką cenę „dogadać się”? Chwała Bogu, w wielu dziedzinach i sferach życia kobiety na równi z mężczyznami podejmują najróżniejsze zadania. Nie brak wybitnych kobiet-strategów, dyplomatek i bizneswoman, ale czy jest to reguła?

Czy to znaczy, że panowie – gotowi do zdobywania, czasem bitwy, nieokiełznania, dzikości – właśnie oni sami rozporządzają światem, skoro w wielu przestrzeniach publicznych jest ich procentowo więcej niż nas, niewiast?

I tu właśnie odpowiedź niesie paradoks. Bo jakże nie mówić o wielkiej roli kobiety: żony i matki, która naprawdę potrafi mężczyznę uwrażliwiać, otwierać na piękno, częstokroć hamować przed najgorszym. Która z pań nie słyszy: „gdyby nie ty, już dawno bym to rozwalił”, „gdyby Ciebie nie było, rzuciłbym to wszystko, nie miałbym po co i o co walczyć”? Która z nas nie czuje, że w jej obecności każde wulgarne słowo zmienia się w lekki eufemizm? Że nasz uśmiech pomaga łagodzić, uspokaja, nasze serce jest schronieniem dla wielu, to my dajemy motywację naszym mężczyznom do zmian, do zmieniania siebie, do zmieniania świata na lepsze.

Nie jest to żadne odkrycie. Ale jakże nobilituje kobietę. Naprawdę, gdy myślę, że mamy taką władzę, to aż się boję.
Że o niej zapomnimy.

Czytaj dalej...

Jaką kobietą chciałabym być?

Jaką kobietą chciałabym być? Marzy mi się pewna odpowiedź na to pytanie. Taka uniwersalna, wypowiadana przez wszystkie kobiety - młodsze i starsze, a przede wszystkim przez nastolatki. Nie mam przy tym na myśli jakiejś ikony kultury, wzorca piękności i kobiecości, nie myślę także o kimś tak wielkim jak Maryja. Taka wymarzona przeze mnie dziś odpowiedź brzmiałaby: chciałabym być taką kobietą, jak moja mama. Która z Was jest w stanie to powiedzieć? Która z Was tak właśnie myśli, tak czuje, tego pragnie? Która z nas bez zawahania, bez mrugnięcia powieką może zadeklarować: mama jest dla mnie wzorem, przykładem do naśladowania tego, kim jest kobieta.

Kilka dni temu razem z moim mężem Mariuszem prowadziliśmy konferencję dla młodzieży w Gdańsku (Festiwal „Młodzi i Miłość”). Odbiorcą była młodzież, głównie gimnazjalna w tym chyba najtrudniejszym wieku, gdy jeszcze dla wielu jesteś dzieckiem, choć bardzo dojrzewasz, często zakochujesz się i nie wiesz, czy możesz poważnie myśleć o miłości, targają tobą emocje, pytasz o sens cierpienia, o sens życia, o autorytety. Poruszyliśmy temat wzorców, przyznaję, temat trudny, bo choć w ich wieku byłam wcale nie tak dawno (-; to jednak kultura, w jakiej wychowują się dziś 13 czy 15-latki jest zupełnie inna od tej sprzed kilkunastu lat. Oni mają trochę inne wzorce, oni mają facebooka i portale społecznościowe, oni mają Internet i komórki od zawsze, oni słuchają innej muzyki. I choć młodość/dojrzewanie chyba zawsze rządzi się podobnymi prawami, to jednak każde pokolenie zostaje otoczone przez swoistą, wyjątkową sytuację, kulturę, wzorce.

Powiedziałam do dziewczyn o swoim marzeniu. „Marzę, byście powiedziały mi albo zgodziły się na stwierdzenie, że chciałybyście być takimi kobietami jak wasze mamy”. Na reakcję nie trzeba było długo czekać, właściwie wcale nie trzeba było czekać. Rozległa się głośna dezaprobata. „O nie!” „No co ty!” „Tylko nie to!” Być może (tak sobie w duchu optymistycznie dopowiadam) któraś z nich pomyślała: „Właściwie czemu nie?” „Faktycznie, moja mama jest świetna!” Oby! Biorąc pod uwagę ich wiek, ktoś mógłby zastrzec: to jest czas buntu, odcinanie się od korzeni, które wcześniej mogły być dla nich bardzo ważne, a może właśnie idealne. Widzą teraz niedoskonałości swoich rodziców, widzą, że ich mamy nie są doskonałe, jak kiedyś myślały. Tylko że kiedy rozmawiam z dorosłymi kobietami to nastawianie bardzo często pozostaje, wielokrotnie raczej przez uwypuklenie wad mamy opisujemy, kim nie chcemy być, często niosąc na sobie bagaż tego, jaki wzorzec ona nam przekazała, co wpoiła, co mówiła...

Mówi się dziś coraz częściej o kryzysie męskości, o kryzysie ojcostwa. Nasi mężczyźni bardzo często dorastają bez dobrego wzorca męża i taty, a potem jest im ciężko spełniać dobrze swoje role, budować swoje poczucie wartości, być obrońcą rodziny, być walecznym. To prawda. Ale czy kobiety mają łatwiej? Czy nie jest jednak tak, że coraz częściej my także nie wynosimy z domu wzorca kobiecości, jaki chciałybyśmy naśladować? Czy nasze mamy nie pokazują nam, że bycie kobietą to udręka, że będąc kobietą, trzeba liczyć na siebie, że dla kobiety najważniejsza jest praca albo wręcz przeciwnie - tylko dom, zamykając nam wiele furtek, itd.   

Doskonale wiem, że nigdy nasze mamy i my-mamy nie będziemy idealne, nieskazitelne, w 100% kobiece (cokolwiek przez to chcecie rozumieć), ale i dzięki tym niedoskonałościom buduje się w nas obraz dojrzałego, pełnego człowieka, który umie przyznać się do błędów, umie przeprosić, umie pracować nad sobą itp. A może czasem właśnie zapominamy o tym dobru, jakie przekazały nam mamy? Może nie umiemy za to podziękować? Może ten wzorzec kobiety nie jest tak wykrzywiony, jak nam się wydaje? Może mając już 30 czy 40 lat, ciągle zachowujemy się jak zbuntowane nastolatki? (Może tak, a może wcale nie.)

Ostatnio z moim mężem rozmyślamy nad naszymi życiowymi celami, pomysłami, pragnieniami. Marzę, powiem to już dużo skromniej, nie tyle o tym, byśmy wszystkie chciały w jakimś stopniu nasze mamy naśladować (bo nie mam na to wpływu, niestety), ale o tym, by moja córka (która też jest wielkim marzeniem!) kiedyś na tak zadane pytanie, mogła odpowiedzieć: „To nie taki najgorszy wybór”;-) lub nawet więcej: „Tak, chciałabym w jakiś sposób być podobna do mojej mamy i cieszę się, że już tak w pewnym stopniu jestem”. Nie zmienimy życia wszystkich kobiet, ale zacznijmy od tych najbliższych! I na koniec dodam, że nie dziwię się, że mężczyźni pragną mieć syna, tak jak nie dziwię się, że my kobiety pragniemy mieć córki, bo komu innemu możemy przekazać tak wiele i tak bardzo z pierwszej ręki o kobiecości?

Wszystkim Mamom z okazji zbliżającego się 26 maja przesyłam gorące pozdrowienia!

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS