Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? (Rz 8, 31b)

Opowieści poporodowe

Na początku odmierza się każdy dzień, każdą godzinę, każdy gram i każdy grymas. Minęły dopiero dwa tygodnie od porodu, a jak ci się wydaje: to było dawno czy nie? – zapytałam Mariusza bardzo poważnie. – Mnie się zdaje to takie oczywiste, że Stefan sobie tu po prostu leży – odpowiedział. Też tak uważam. Tak po prostu tu jest. Tak jakby tu był zawsze. Tak jakby zapełnił miejsce, które czekało zawsze na niego. I w naszym domu i w nas samych.

To nie będą te prawdziwe opowieści porodowe. Aż do takich uzewnętrznień na blogu nie jestem skłonna, choć potrzeba powracania do tamtych wydarzeń – tak nieodległych przecież czasowo, a rysujących się jakby już wieki temu – jest ogromna. Tak przeżywa się te najsilniejsze doświadczenia, mówiąc o nich, będąc tam jeszcze myślami, widząc to wszystko na nowo.     

Czy wypada pisać o fizjologii, o tym, jak rodzi się człowiek, o tym, jak przeżywa się każdy skurcz? Nie wiem. Może to bardziej stosowne na rozmowy przy kawie, na przyjacielskie spotkania wymiany doświadczeń albo choćby delikatne rozmowy między mamami na placu zabaw (tak jak to wydarzało mi się dziś gdzieś między zjeżdżalnią a piaskownicą), na przeżywanie tego jeszcze raz z kimś drugim, z kimś, kto zrozumie albo spróbuje zrozumieć… Ale niezależnie od stosowności, nie mogę nie napisać, że ten poród był dla mnie prawdziwie doświadczeniem cudu mojego ciała. Cudu narodzin także, to po pierwsze, ale ten cud się powtórzył w moim życiu. Teraz doświadczyłam czegoś, o czym tylko słyszałam i czemu nie-dowierzałam. Tego, że poród może być piękny, że mogę w nim naprawdę być, że mogę pamiętać piosenki, które właśnie słyszę i mogę pomóc dziecku przyjść na świat. Że mogę się zdziwić, że to już ten moment, że ten Drugi już jest ze mną. Doświadczyłam, że moje ciało jest zdolne do wielkiego wysiłku, który nie tylko pomaga dziecku przyjść na ten świat, ale daje mi nowe Życie.

Patrzyłam później na mamy z malutkimi dziećmi, kobiety dopiero co po porodzie, z którymi wymieniałyśmy doświadczenia, żale i radości. A ja myślałam sobie o tym, jak my wszystkie jesteśmy dzielne. Nawet te, co zarzekają się, że nie dadzą rady tu i teraz, te, które krzyczą, że nie mają sił albo że już nigdy więcej nie będą rodzić. Te wszystkie - naprawdę dzielne niewiasty.

Bo przecież poród to doświadczenie ogromnej samotności. Doświadczenie, które trzeba nieść samej, nawet kiedy jest tuż obok ten, którego bardzo kochasz. Trzeba je nieść wraz z dzieckiem, które przeżywa to równie mocno, a pewnie i mocniej, nieświadome, że ta burza, która mu się przydarza, nie jest końcem, ale początkiem. Ale w tej samotności skurczów, samotności odczuwania swojego ciała i najróżniejszych, skrajnych emocji, świadomość, że są blisko osoby, które chciałyby choć uścisnąć ci rękę, powiedzieć „jestem” albo dodać otuchy, wywołując na twojej twarzy choć mały uśmiech, jest niezwykła. Wsparcie - to przyjacielskie, to od Dawcy Życia i od świętych jest wielkie. Gdy czekaliśmy na salę porodową (tak, na zwolnienie sali) dostałam wiadomości od przyjaciółek: „to tak biblijnie jak Maryja, dla której nie było miejsca ;-)” Dostałam też Słowo, o które poprosiła dla mnie Monika o tym, jak bardzo Bóg wspiera swój lud w każdym czasie. Dostałam wsparcie modlitwy i obecności tych osób, które dobrze wiedziały o tym, co dzieje się w sercu w takich chwilach. A całodniowo towarzyszył nam i patron tego dnia – św. Charbel. Chcesz mieć nowego podopiecznego, to się postaraj – powiedziałam mu wprost. I zdążyliśmy przed północą.

To wsparcie to także wszystkie znaki pamięci i chęć pomocy już teraz, gdy jesteśmy we czworo. Zrobić ci może zakupy, nadgonić domowe porządki a może popilnować dzieci? – zapytała koleżanka na kilka dni po porodzie, a ja poczułam klimat, o którym czytałam w amerykańskich książkach – tak potrzebnego, życiowego i powszedniego wsparcia innych kobiet, które dobrze wiedzą jakie mogą być potrzeby młodych mam.

A nasze prawdziwie poporodowe opowieści to zachwyt nad tym, jak zrobiło się w naszym domu pełniej. W samochodzie też.  I jak się w sercu znów zaczęło wszystko układać na nowo zgodnie z potrzebą chwili. Czytania z pierwszej niedzieli, którą przeżywaliśmy we czworo, były jakby dla mnie (też towarzyszy Wam czasem to uczucie?:-) O mannie, która jest na ten dzień. Przy dwójce małych dzieci, choć wybiegam sercem w przyszłość i już zaglądam do tego naszego rodzinnego albumu za 20 lat… to jednak liczy się tak naprawdę dziś. Ten dzisiejszy poranek i śniadanie na dywanie (wolałabym na trawie, rzecz jasna, ale cóż), ten za-chwilę-spacer i ten moment ładowania piasku do wywrotki, i to obecne karmienie i ta pieluszka do zmiany, i ten wieczór, kiedy trzeba wszystko dookoła ogarnąć i Ta chwila dla nas albo tylko pół-chwila.

Dzieci wychowują mnie, że to, co najważniejsze dzieje się tutaj. Po drugiej stronie monitora.

Tamtej niedzieli były odczytywane też słowa św. Pawła o zrzuceniu z siebie starego człowieka i przyoblekaniu nowego. (Ef 4, 22-24). Dla mnie znaczy to teraz – przyoblec nową mnie, nową mamę we mnie, nie zupełnie nie-tamtą, co wcześniej, ale na pewno już inną... 

I na zakończenie słowa patrona naszego Stefanka:

Największym szczęściem jest dziecko! Może stu inżynierów postawić tysiące kombinatów fabrycznych, ale żadna z tych budowli nie ma w sobie życia wiecznego. (kard. Stefan Wyszyński)

 * * *

Uprzedzam pytania: Ta piękna pani na zdjęciu u góry to nie ja, a to maleństwo to nie Stefanek. Ale już oczekujemy na efekty naszej sesji noworodkowej! 

(A Stefanek poniżej:-) 

Czytaj dalej...

Mamo, czy ja jestem piękna?

Niedawno u rodziców (nie pamiętam nawet dlaczego) w rozmowie podjęliśmy temat moich dodatkowych kilogramów w czasie ciąży (obecne już +13 :-) Mama spojrzała wtedy na mnie i bardzo ciepło oznajmiła: „ale Kasiu, ty pięknie wyglądasz!”. (Tak na marginesie czy też w nawiasie: komplementów od mamy w czasie ciąży mam naprawdę dużo, a jeden szczególnie utkwił mi w pamięci: „ciąża tak ci służy, że powinnaś cały czas być w ciąży!”.) Ale zaraz po tych słowach dodała: „ja wiem, słowa mamy to nie to samo...”.

Wielokrotnie, zwłaszcza gdy byłam nastolatką i mama w jakiś sposób doceniała czy to moją urodę czy talenty, miała w sobie niezwykłą świadomość, że jej słowa na pewnym etapie nie wystarczają (a ostatnio dała do zrozumienia, że według niej na żadnym etapie nie wystarczają). Wcale nie obrażała się, kiedy one budziły jedynie delikatny uśmiech albo przekorną, choć krótką i szczerą wtedy w moim odczuciu odpowiedź: „nieprawda”. Dobrze wiedziała, że jej słowa i opinie są lub mogą być odebrane przeze mnie jako nieobiektywne, pocieszające, a nawet nic nie znaczące. Takie mamusiowe gadanie, które czasem zamiast podnosić na duchu, mogło tylko dołować: to już jest ze mną tak źle, że tylko mama może mi prawić komplementy?! Ona patrzyła przecież zawsze z miłością, a czy w takim spojrzeniu można coś uznać za niepiękne? Ona sama stwarzała we mnie piękno, a ja chciałam wiedzieć, że jestem piękna. Tak obiektywnie. Albo subiektywnie, ale w oczach kogoś, kto wcale tego zachwytu nie ma ze względu na naturę naszej relacji. Kto wcale nie powinien, ale naprawdę chce, kto zostaje urzeczony mną. Tak, chciałam zachwycać, ale kogoś więcej (a właściwie: kogoś innego) niż własną mamę. Pragnęłam podziwu Adama nad wdziękiem Ewy. Kiedy dziewczyna marzy o byciu adorowaną przez inne osoby, a często przez tę jedną jedyną, to słowa mamy nic nie wnoszą. W tej jednej sprawie ona szybko przestaje być nieomylnym autorytetem. Bo i co z tego, że słyszę od niej, że jestem piękna i wspaniała, kiedy nikt inny tego nie dostrzega? Jest (czy też może pojawić się) taki etap w naszej historii życia. Ale może on przemija? I wracamy z utęsknieniem do tych maminych zachwytów?... Czy zawsze słowa mamy to nie to samo?

Czy jestem piękna? Podobno pytamy o to przede wszystkim naszych tatusiów, nosząc w sobie wielkie pragnienie bycia dla niego księżniczką. Czy z mamą jest bardzo inaczej? Kilka dni po tamtej rozmowie, przy myciu podłóg, wróciły do mnie jej słowa. (Nie ma to jak szybki refleks.) Poprowadziłam wtedy spontaniczny dialog między mną a nią. A właśnie, że Twoje słowa, mamo, są dla mnie bardzo ważne! Ale tu chodzi o coś więcej niż tylko o pytanie, czy jestem piękna, bo za nim idą kolejne, zwłaszcza na tym etapie mojej drogi - usamodzielnienia się i tworzenia własnej rodziny: czy jestem zaradna, czy jestem dobrą gospodynią, czy jestem kobietą „z klasą”, czy mam dobre serce, czy dokonałam dobrych wyborów, czy jesteś ze mnie dumna, itp. Zrozumiałam, że to, jak dziś patrzy na mnie moja mama, jest dla mnie niezwykle ważne! Zupełnie jakby moje olśnienie przyszło wraz z poślizgnięciem się na wyczyszczonych panelach. Dotarło do mnie dlaczego do dziś, a może szczególnie dziś, wszystkie słowa mamy, jej opinie i uwagi na mój temat mamy są dla mnie tak istotne, dlaczego tak często do nich powracam, dlaczego wywołują wiele różnych emocji. Usłyszałam niedawno mądre, psychologiczne stwierdzenie o tym, że w ciąży jest się bardziej podatną na krytykę, że jest to etap prawdziwego odcinania pępowiny, etap mierzenia się ze swoją mamą – tak, może to i prawda, ale znalazłam też swoją odpowiedź na pojawiające się we mnie uczucia i przemyślenia. Ja po prostu chcę być piękna dla mojej mamy. Chcę wiedzieć, że jej nie zawiodłam, że patrząc na mnie, widzi dobre owoce swojej pracy wychowawczej, że widzi we mnie cząstkę siebie i tego, którego tak bardzo pokochała – mojego taty, że akceptuje mnie i moje wybory, i moje do siebie podobieństwo, i równocześnie moją odmienność. I dlatego tak przykre są, pozornie jej błahe komentarze np. na temat niedobrze dobranej torebki; mojego stylu, który jej nie zawsze odpowiada; źle upieczonego ciasta (bo przecież zamiast takiego najprostszego można postarać się o jakieś „normalne”;, nieumiejętności zadbania o garderobę męża, itp. Dlatego też tak uskrzydlające są dziś dla mnie, niemal jak dla małej dziewczynki, pochwały czy słowa uznania z jej strony. I nawet takie słowa – o tak! Nawet takie: Pięknie wyglądasz!

To powinno być tak oczywiste – wpatrzenie rodzicielki pełne miłości i urzeczenia. I dla mnie było, dopóki nie poznałam sytuacji, które temu przeczyły. Historii dziewczyn, które od dzieciństwa słyszały, że są brzydkie, głupie, niegrzeczne – nie od kolegów na podwórku, ale właśnie od swojej Mamy. Bo nie spełniały wymagań i wyobrażeń, bo miały inną wrażliwość, inne talenty, bo były po prostu niedoskonałe… I nawet jeśli nie chciały być księżniczkami, nie miały tak wzniosłych marzeń, to po prostu chciały być przyjęte i kochane takimi, jakimi są, nie walcząc o uznanie, nie zdobywając punktów, nie starając się dorównać komuś innemu. Chciały tylko czuć, że są wystarczające dokładnie takie, jakie są. I w pełni przyjęte przez najbliższych. A zwłaszcza przez tą, która je przyjęła jako pierwsza. Bo to czasem za mało, być przyjętą w jej łonie. My chcemy być przyjęte w Waszych sercach, kochane Mamy! I jako małe dziewczynki i jako kobiety. Zawsze. My - niedoskonałe, błądzące, nieporadne czasami, często dalekie od ideału dzielnej niewiasty, niekiedy zagubione, nawet wyśmiane przez innych, nieprzyjęte przez ludzi, ale dla Was wyjątkowe, piękne i obdarzone kobiecym geniuszem. Może serce mamy wcale nie jest takie subiektywne? Może właśnie przez miłość jest zawsze obiektywne i może w nas tę wartość podtrzymywać?

A więc – tak, jest dla mnie ważne, czy jestem piękna w Twoich oczach, Mamo. (A wiem Mamo, że będziesz czytać ten wpis, oj wiem!)

Czytaj dalej...

Uwierzyć w istnienie

To już ósmy miesiąc stanu błogosławionego - czasu tak pięknego, bogatego w emocje, rozmyślania, nowe perspektywy, nową część mnie samej, mnie-kobiety i całego świata, takim, jakim on jest, jakim mi się przedstawia albo jakim go czuję. Powinnam się już przyzwyczaić, prawda? Ale gdybym miała w tej chwili odpowiedzieć na pytanie, jaki jest naprawdę stan błogosławiony, to nie wiem, czy umiałabym uchwycić go w jednym słowie, w jednym zdaniu, w stanowczej definicji (i chyba nie ma w tym udziału kobiece niezdecydowanie). Nie umiałabym go zamknąć. To jest niesamowita dynamika. To jest chyba jego istota – życie, które nie zatrzymuje się ani na chwilę. Życie, które rozwija się. Żyje.

Po tylu miesiącach wsłuchiwania się w małe serduszko ukryte w moim ciele, powinnam wiedzieć o nim chyba najwięcej, powinnam nie mieć wątpliwości, kim jest ten mały, tajemniczy jeszcze człowiek. A najmniej wątpliwości powinno nieść samo jego istnienie. Przecież to z jego powodu zmieniło się moje ciało, to przez jego obecność nie mogę założyć ulubionych sukienek, a obecny rozmiar brzucha zwraca uwagę nawet przechodniów. Nie powinnam nawet przez chwilę zapominać, że jest ze mną ktoś tak blisko i nieustannie, zwłaszcza że daje mi znać o sobie, o swojej aktywności – na brzuchu czuję (i widzę!) jego ruchy, rozpychanie się, przeciąganie i wszystkie inne figle, do jakich zdolne są dzieci. A jednak. A jednak czasem trudno mi uwierzyć, że on naprawdę istnieje! 

Ciągnący się za mną dylemat i zadziwienie zna na pamięć mój mąż. I nawet kiedyś przewidział, że dylemat ten, do tej pory najbardziej z nim związany, przeniosę także na nasze dzieci. Nieraz mówiłam (i nadal mi się to przydarza) do niego: nie wierzę, że istniejesz! Może znacie to uczucie – tego zdumienia i zastanowienia, czy oby ta osoba nie jest raczej naszym najpiękniejszym marzeniem, czy to, co nam się przydarza jest prawdą? To w istocie bardzo filozoficzne rozważanie – czy Ty istniejesz niezależnie ode mnie? Wiem, że tak. Wierzę, że tak. Ale skąd mam mieć pewność? Zresztą: czy moje widzenie Ciebie nie dodaje Ci czegoś, nie zmienia Cię w jakiś sposób? Problem solipsyzmu (a zatem pytanie, czy rzeczy istnieją niezależnie od podmiotu poznającego, niezależnie ode mnie) towarzyszy mi nie tylko naukowo (co podjęłam m.in. w pracy magisterskiej), ale też zupełnie intuicyjnie. (A może te dwie kwestie bardzo się łączą się bardziej, niż dotąd sądziłam.) Ale tu nie zależy mi na akademickich dowodach, badam raczej ten zachwyt i niedowierzanie w sobie – w istnienie takich Wspaniałych Osób, w istnienie takiej miłości i takich cudów, jakie mi się przydarzają.

Zatem, choć mam jako takie zdjęcia Ireneusza, choć czuję jego poruszenia, łapię się czasem na myśleniu: czy On naprawdę istnieje, czy On jest ze mną. Już przeczuwam, że kiedy pierwszy raz na niego spojrzę, pewnie nie będę mogła uwierzyć, że to ten sam Ktoś, kto przez kilka miesięcy mieszkał pod moim sercem. Jak tu nie wierzyć w Cuda? Ale może sprawa jest poważniejsza - może On, przez ten długi czas niejako „skazany” na moje towarzystwo, na słuchanie mojego głosu i emocji, nawet na żywienie się tym, na co ja mam ochotę, może i On, gdyby tylko mógł się jakoś wypowiedzieć, też nie uwierzyłby, że to ja, ta sama? Może uwierzenie w mamę nie jest wcale takie proste, a może jest wręcz trudniejsze? (Przypomina mi się pewne, krążące po sieci, opowiadanie o bliźniętach w łonie mamy, które dyskutują o swoich przekonaniach co do życia po porodzie i istnieniu mamy:-)

Jeśli tyle myśli rodzi się wtedy, gdy mam niezbite dowody obecności i istnienia tych najbliższych (widzę ich przecież, mogę dotknąć), to jak możliwa jest wiara w Boga? Skoro tutaj nie mogę nawet liczyć na swoje zwodnicze zmysły czy na ułomne dedukcje. Skoro nie dowierzam czasami w takie małe-wielkie, codzienne cuda mojego życia? W ich obecność?

I przychodzą mi tylko dwa tłumaczenia, dwa dowody – z istnienia i z miłości. Z tego, że żyję i jestem umiłowana.

Jak napisał ks. Jan Twardowski w jednym z wierszy:

Jestem bo Jesteś

Na tym stoi wiara

 

Dodałabym od siebie dalej:

Jestem bo Kochasz

na tym opiera się istnienie

Czytaj dalej...

Walcząc o to Najmniejsze

Dawniej, gdy siadałam w swoim pokoju zalana łzami, niemal zawsze w drzwiach pojawiała się Mama (jak ona to usłyszała? - dziwiłam się niezmiernie) i dyskretnie pytała, co może zrobić, by mnie pocieszyć (utrwaliły się w naszej rodzinie jej powiedzenia na tamte chwile: „Pałac Kultury przenieść? Stanąć na głowie?”). Pamiętam, że kiedyś uczesała się w kucyki, obwiązując je kolorowymi frotkami, by mnie rozśmieszyć. Musiało poskutkować. Jej upór wyrażał niezwykłą troskę. Nie chciała nigdy zostawić mnie samej, nie chciała nigdy opuścić, a tym, co było dla niej najtrudniejsze, było poczucie  b e z r a d n o ś c i. 

Co może zrobić mama, gdy jej dziecko choruje lub cierpi? Co byłaby w stanie oddać, by swoje Maleństwo (nawet jeśli jest już duże czy wręcz dorosłe) uratować, by ulżyć w cierpieniu, by mu pomóc? Chyba wszystko. A wtedy, gdy nie może wiele zaradzić, trwa przy Nim, idzie za nim. Takie było też macierzyństwo Maryi. Symeon przepowiedział, że Jej duszę miecz przeniknie (por. Łk 2,35), a ja zastanawiam się czasem, czy Ona o tym nie wiedziała już od Początku, czy nie przeczuwała, że tak wielka łaska będzie też ciężkim krzyżem. A nawet jeśli nie przeczuwała, przekonała się przecież o tym już chwilę później. 15 września obchodzimy wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Bolesnej (w tym roku przypada na niedzielę, przez co kalendarz liturgiczny wydaje się o tym zapominać). Czy może być większe cierpienie Matki niż to, gdy widzi, jak Jej Syna skazują na śmierć, biczują, krzyżują, jak umiera opuszczony i wzgardzony? I świadomość, że nie może Go przed tym uchronić? Maryja jest bliska wszystkim kobietom jako kobieta, wszystkim matkom jako matka, a także wszystkim matkom zatroskanym i cierpiącym, gdyż Sama przez to przeszła. Któż jak Ona może zrozumieć ból matki?

Moja przyjaciółka wraz z mężem walczą właśnie o życie swojego ukrytego jeszcze w jej łonie 5-miesięcznego Dziecka. Nie wiedzą, czy to chłopiec czy dziewczynka, nie wiedzą, czy mogą spać spokojnie, nie wiedzą, kiedy w końcu przy dobrych wieściach o polepszeniu stanu zdrowia małego pacjenta, lekarze nie dodadzą: „ale proszę podchodzić do tego ze spokojem i bez euforii, życie Dziecka jest nadal zagrożone”, ale przy tym bardzo mocno wierzą. I są w tym razem. Walka Taty o swoje Dziecko jest ogromna. „Zawsze jest przy mnie. I łatwiej mi z nim wszystko znieść. Dodaje mi wiele otuchy, bardzo wspiera, mimo że jemu jest równie trudno. I wiem, że kiedy mnie mocno tuli w ramionach, żeby uspokoić, też powstrzymuje się z całych sił od uronienia łzy, choć są momenty, kiedy i ta bariera pęka.” Jest to też kolejny, jakże głęboki sposób oddania siebie i swojego ciała. Ta młoda Mama jest w stanie znieść wszystkie bóle i niedogodności związane z bolesnymi badaniami i transfuzjami, myśląc jedynie o dobru Maluszka, zapominając o sobie, o swoich lękach przed kłuciem czy szpitalami. „Gdyby ktoś 3 tygodnie temu powiedział mi, że będę w stanie znieść wbijanie się do płodu igłą bez znieczulenia, pomyślałabym, że jest niepoważny. Dziś wiem, co rodzice mają na myśli, mówiąc, że dla dziecka jest się w stanie znieść wszystko! Nawet przez sekundę nie byłam skupiona na własnym bólu, nie pomyślałam nie dam rady - bałam się tylko o życie tej małej, kochanej Istotki. Bałam się, że ją to zaboli! Bałam się, że serduszko przestanie bić...” Walczą więc o życie tej maleńkiej Osoby, oddając Ją Bogu. Są w rękach dobrych specjalistów, co jest dla nich też wielkim Bożym prowadzeniem. Walczą i nie rozumieją, jak można inaczej. „Gdy stoimy pod drzwiami gabinetu, to zawsze myślę o kobietach starających się o aborcję... Nigdy tego nie zrozumiem!! My walczymy o Maleństwo, które jest bardzo zagrożone, bardzo chore, a one zabijają zdrowe dzieci.”

Chciałabym Cię gorąco poprosić o modlitwę w intencji Tych Rodziców i Tego Dziecka. Nie kiedyś, ale już Dziś. (Dla mnie dziś, gdy to piszę, to piątek 13.09, ale być może Ty odczytasz tę prośbę jutro lub pojutrze, więc proszę o to Twoje Dziś). O jedno „Zdrowaś Mario” lub o jedną dziesiątkę różańca. Lub o to, co sama zechcesz ofiarować. Czy zechcesz włączyć się w to wspólne szturmowanie Nieba? Niech modlitwa w tej intencji będzie także zbliżaniem się do przenikniętego bólem Serca Maryi, odkrywaniem, jak wielki jest udział Niewiasty w Dziejach Zbawienia.

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS