Przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości. (Kol 3, 14)

Jak się czeka po raz drugi?

Jak się czeka teraz? Byłam o to pytana już nie raz. Sama zastanawiałam się nad tym, będąc w pierwszej ciąży. Czy to są te same emocje, te same obawy, te same nadzieje? Czy podobnie płynie czas, czy odmierza się go inaczej? Czy ciało reaguje tak samo? Będąc już prawie na mecie tego oczekiwania, zbieram więc kilka myśli. W pierwszej ciąży pewnie miałabym więcej czasu na te przemyślenia. To taka pierwsza różnica związana z tym, że jeśli wydawało mi się kiedykolwiek, że mam mało czasu, to dziś wiem, że można go mieć jeszcze mniej, a przy tym być bardzo szczęśliwą (i nawet nieźle zorganizowaną;-)

Czekanie

Czekanie zawsze jest inne. Przecież nic dwa razy się wydarza, nie w ten sam sposób. Ja jestem starsza. Bogatsza nie tylko o doświadczenie macierzyństwa, pielęgnację noworodka czy pomoc w stawianiu pierwszych kroków dziecku. Jestem po prostu trochę dalej w tej mojej wędrówce. I to ma znaczenie. Tak samo jak wszystkie inne okoliczności. Pora roku (wtedy był to grudzień, teraz lipiec – różnica jest ogromna!), system pracy, relacje, jakie utrzymuję i wszystko, co dzieje się dookoła. Czekanie jest inne, niepowtarzalne. Ja jestem inna, w takiej chwili życia jak nigdy wcześniej i nigdy później. 

Biologicznie

Ciało przechodzi podobne zmiany. Szczęśliwie przybyło mi trochę mniej kilogramów (ale chyba przez przypadek albo wymuszoną aktywność przy dziecku, bo zamiar niejedzenia słodyczy został tylko miłym życzeniem!), ale na ciele jeszcze mocniej odczuwam zmiany, także te nieodwracalne. Znów, a może i jeszcze mocniej, doświadczam po co jest moje ciało. Że jest moje, to wiem. Ale że nie jest tylko dla mnie - tego uczę się w takich chwilach. Że ja w mojej wolności oddaję je drugiemu człowiekowi – nie tylko mężowi, ale dzieciom. I temu Maluchowi pod sercem, któremu pewnie wydaje się, że to jest jego święte i niewymienialne miejsce, trochę już ciasne, ale pewnie nawet wygodne. I temu Starszakowi, który nie rozumie, że zaraz namacalnie i na zawsze stanie się starszym bratem, że mama nie ma siły na turlanie się po podłodze (czy wręcz raczej nie powinna teraz). Ciekawe, czy Iruś zauważył, że urósł ci brzuch? – zastanawiała się niedawno moja siostra. Wiecie co? Jestem niemal pewna, że nie. Sama czasem tego nie zauważam, a co dopiero on miałby się takimi rzeczami zajmować, kiedy tyle dzieje się wokół! Gdyby mi betoniarka urosła na głowie albo tir na plecach - tego by nie przeoczył, ale brzuch? 

(Nie)pokój

Jedno z najczęstszych pytań dotyczy oczywiście porodu. Boisz się porodu? Zapomniałaś już jak było? O tym się trochę zapomina, trochę nie. Bo to jedno z najważniejszych wydarzeń życia. Uwieńczonych chwilą, która nie ma sobie równych – spotkaniem z Kimś Całkiem Nowym tutaj po drugiej stronie. Teraz potrafię sobie to wyobrazić, do tego momentu najbardziej tęsknię, o nim myślę. Nastawienie przed jest na pewno inne, choć nadal pełne pytań, bo nigdy nie wiadomo jak będzie tym razem. I ten lęk z powodu niewiadomej wydaje mi się naturalny, towarzyszący ważnemu wydarzeniu, pewnemu zadaniu do wykonania, które czeka. Ale ten lęk nie paraliżuje, ten lęk pokazuje mi, że nie wszystko ode mnie zależy, ale i tak zależy ode mnie bardzo dużo. Więc czekam z utęsknieniem i ekscytacją, w mobilizacji i z pewnym bagażem doświadczenia.

Przychodzi przy tym jeszcze inny s-pokój i inna pewność siebie. Że teraz już wiem mniej więcej co się robi z noworodkiem w domu. Wiem, że może płakać, wiem, czym są nieprzespane noce. I wiem, że dam radę. Pewnie nawet lepiej niż za pierwszym razem (wybacz, Irciu!).    

Nasza relacja

Od koleżanki, która ma dwójkę dzieci, usłyszałam kiedyś, że w drugiej ciąży nie nawiązuje się już takiej bliskiej relacji z dzieckiem jak za pierwszym razem. Jest przecież przy nas nieustannie ktoś bardziej absorbujący (zwłaszcza gdy ma ledwie rok czy półtora). Ta relacja jest zdecydowanie inna od początku. I trochę to czuję. A z drugiej strony bardzo mocno nastawiam serce na przyjęcie Tego Malucha. Bardziej chyba myślę o nim niż o sobie. Nie o tym jaką będę mamą, ale jakim on będzie człowiekiem. Zastanawiam się jak inny będzie od brata, a jak podobny. Już teraz rozmyślam, jak ich nie porównywać, jak ich kochać i przyjmować, takimi jacy są. Z ich temperamentem, z ich zachowaniami. Jak być mamą w jednej, choć przecież dwóch wersjach. Myślę jeszcze bardziej świadomie o swojej roli, o naszych rodzicielskich zadaniach wobec tych dwojga. Myślę o ich miejscu w naszej rodzinie, o ich relacji, o tym jakimi farbami wymalować im pokój. A jednocześnie staram się nie oczekiwać, nie projektować swoich marzeń o braterstwie. Myślę bardziej naprzód, choć w tej chwili Ten Drugi jest dla mnie jedną wielką tajemnicą.

Wiele razy słyszałam też złowieszcze uwagi na temat Starszego. Że teraz to już nie będziemy mieć dla niego czasu, że on to będzie bardzo przeżywał, że to będzie dla niego trudne, nieoczekiwane, że zostanie zdetronizowany itd. A dziś nastawiam się na to, że będzie to dla niego wielkie doświadczenie przyjęcia kogoś nowego, uczenia Kogoś tego, czego sam już się nauczył. Przecież Maluch będzie wpatrzony w niego jak w obrazek! Myślę i o tym, że będzie to dla niego wielki dar na całe życie, który będziemy razem z nim powoli uczyć się przyjmować. A przy tym myślę sobie i o Tym Drugim (jako że i ja jestem drugim dzieckiem moich rodziców). Że ten Starszak, którego głos już pewnie zna prawie tak dobrze jak mój, będzie dla niego dobrym kompanem, ale że i on będzie musiał odnaleźć się od razu w sytuacji, gdy nie jest jedynym dzieckiem, że będzie potrzebował ochrony przed porównaniami i obwinianiem za to, że jest, może za wcześnie może ze szkodą dla innego dziecka czy małżeństwa. A przecież On pojawia się w idealnym momencie. W swoim czasie. 

A co do naszej relacji i mojego dowierzania w istnienie – to nadal z trudem dowierzam, że On tam jest.

Choć teraz dowierzam bardziej. Trochę bardziej.       

A niebawem przecież po prostu zobaczę.

Czytaj dalej...

Mamo, dziękuję

Pamiętacie reklamę cukierków Werther's Original: „dziś sam jestem dziadkiem…”? Mogę powiedzieć i ja: dziś sama jestem mamą. 26 maja ma dla mnie już inne znaczenie niż dawniej. Dzień Matki przypomina mi trochę o tym kim jestem, choć ciągle w to nie dowierzam. 

Czy perspektywa patrzenia na mamę zmienia się wraz z własnym doświadczeniem macierzyństwa? Trochę tak, trochę nie. Wiem trochę więcej o Jej sercu, ale nadal nie wiem prawie nic. Potrafię sobie wyobrazić uczucia i potrzeby jej-jako mamy, zwłaszcza małych dzieci, ale to nadal mgliste porównanie. Wiem trochę więcej o sobie, ale nadal to nie wszystko. Człowiek jest tajemnicą. Mama też. A może Mama przede wszystkim nią jest.

Zbierałam trochę podziękowań, kilka myśli, które są jak wezwania w litanii. Były już dla taty, teraz muszą być dla Niej. Ona ich nie przeoczy, Jej nie trzeba będzie nawet kierować na tę stronę. Ona je znajdzie jak niespodziankę! Może nawet - może Ona na nie czeka? Myślałam, że chyba już nie dam rady tego napisać, że nie zdążę tego opublikować na czas. Ale wtedy przypomniałam sobie moją mamę. Ile razy dokonywała rzeczy nie-wykonalnych, ile razy rzucała wszystko albo zbierała ostatnie siły, żeby zdobyć te potrzebne na jutro (lub na wczoraj) liście do zielnika czy kserówki do wypracowania. Ile razy udowadniała, że nie ma rzeczy niemożliwych dla tego, kto kocha. Tak, mama była dla mnie często (i jest nadal) Czarodziejką. I pomyślałam - też tak chcę! Mogę!

 

* * *

Mamo,

chciałabym Ci dziś podziękować

za to, że dzielnie kołysałaś mnie pod sercem, znosząc upały, opuchnięte nogi, bóle krzyża i wszystkie inne wątpliwe dobrodziejstwa stanu błogosławionego, mając przy tym już jedno maleństwo

za to, że urodziłaś mnie, choć wiedziałaś już co znaczy rodzić

(a to wszystko jeszcze w czasach przed pampersami, pralkami automatycznymi i dbałościa o komfort rodzących)

za to, że pokochałaś mnie jako kobietę, nie upierając się przy tym, że lepiej byłoby mieć parkę

za to, że nigdy nie negowałaś moich życiowych wyborów, a czasem stałaś stawałaś tuż obok, żeby przytrzymać mi furtkę

za to, że w czasach, kiedy nie było jeszcze sklepów uginających się od towaru, zawsze dbałaś o to, żebym czuła się jak mała księżniczka z kokardą we włosach i w sukience z falbanką

za to, że nie porównywałaś mnie z siostrą i wiedziałam, że kochasz nas tym samym kawałkiem serca

za to, że czasem się o mnie martwiłaś, bo dziś wiem, że to znaczy kochać bardzo 

za to, że zawsze czułam się przy Tobie bezpiecznie i swobodnie

za to, że wiedziałaś i nadal wiesz, co lubię, że masz w swoim słowniku określenie na pewne rzeczy - Kasiowe 

za to, że kiedy było chłodno, dawałaś mi ciepły sweter pachnący Tobą

za to, że byłaś gotowa przenosić dla mnie Pałac Kultury i stawać na głowie 

za to, że pozwoliłaś mi rozwijać skrzydła i dojrzewać w mojej kobiecości

za to, że nigdy nie wyśmiałaś moich marzeń, nie ograniczałaś mojej wyobraźni i pozwalałaś mi rozwijać się po dziecięcemu w kierunku, którego żaden dorosły nie jest w stanie już rozumieć

za to, że byłaś pierwszą recenzentką moich wierszy i artykułów, i lubiłam pisać choćby tylko dla Ciebie

za to, że byłaś jedynym widzem moich teatrzyków, który prosił o bis

za to, że nigdy nie okazujesz znudzenia moją osobą i lubisz ze mną rozmawiać o czymkolwiek i o wszystkim

za to, że rysowałaś mi księżniczki na papierze, które można było ubierać w papierowe sukienki

za to, że ulegałaś, kiedy czas zabaw z koleżankami się kończył, a my na kolanach błagałyśmy o więcej

za to, że codziennie wchodzisz na mojego bloga i jestem niemal pewna, że prawie wszystko czytasz jako pierwsza

za to, że kiedy do Ciebie dzwonię, słyszę radość w Twoim głosie

za to, że zawsze na mnie czekasz i zawsze masz coś w zanadrzu na te chwile, choćby litry herbaty

za to, że nauczyłaś mnie, że nie ma sytuacji bez wyjścia

za to, że nauczyłaś mnie, że nie trzeba być idealnym, aby być szczęśliwym

za to, że Ty wiedziałaś od dawna, jaką drogą najpewniej pójdę, bo tak dobrze znałaś zakamarki mojego serca

za to, że jestem trochę taka jak Ty, a trochę inna

za to, że w każdej chorobie byłaś dla mnie pielęgniarką i psychologiem, i moim aniołem

za to, że bez słów i kazań nauczyłaś mnie, jak ważny jest drugi człowiek

za to, że rozumiesz te najpowszedniejsze i te najwznioślejsze emocje, myśli i potrzeby

za to, że czuję się akceptowana i kochana przez Ciebie niezależnie od tego, co osiągnę, co powiem lub czego nie uda mi się zrobić

 

za to, że umiesz powiedzieć kocham

i że jesteś obok

zawsze

Czytaj dalej...

Spieszyć z pomocą

 „Ile dzisiaj jest emocji i niepokoju!” (Kard. Stefan Wyszyński)

Wcale nie muszę daleko szukać, gdzieś w tym świecie, w rozważaniach na temat możliwej agresji państw sąsiednich, wystarczy, że spojrzę w swoje pełne emocji wnętrze. Różnych, skrajnych. Radości i lęku. Pokoju i niepokoju. Jest we mnie chyba wszystko w różnych proporcjach. Nic, co ludzkie, nie jest mi obce. 

Wielkopiątkowo i wielkosobotnio. Znów Pasja, przeżywanie tego na nowo, mierzenie się z wszelkimi możliwymi emocjami. Ile to musiało ich być na Kalwarii i w drodze na nią. Przenieść się tam na chwilę i nie mieć w pamięci Dnia Trzeciego i obietnicy Zmartwychwstania, to pójść drogą prowadzącą wprost do rozpaczy, zwątpienia, utraty nadziei. On przeżył tam wszystko. To wszystko, co i po ludzku nas rani, to, czego się boimy – odtrącenia, znieważenia, uprzedmiotowienia, opuszczenia, samotności. Zaraz za Nim szła Matka. Jak mogło to kobiece serce tyle znieść? Jak mogła wytrwać przy krzyżu?

 „W wielkim dziele Odkupienia, które dokonywało się na krzyżu i pod krzyżem na Kalwarii, musiał być niezwykły spokój. Było tam największe ze wszystkich cierpień świata, ale był też i największy pokój, jakiego świat nie zna. Maryja musiała opanować nawet swą gotowość i pragnienie spieszenia Synowi z pomocą.” (Kard. Stefan Wyszyński)

Spieszyć z pomocą! Przecież tak robi każda matka! Tak robi każda kobieta, która kocha. Spieszyć z pomocą dziecku, mężowi, przyjaciółce, matce, drugiemu człowiekowi w potrzebie. (To też widzimy na Kalwarii.) W macierzyństwie trudne jest dla mnie coraz bardziej to, co jest jego przecież istotnym jego elementem: bezradność. Już teraz ujawnia się, gdy nie uprzedzę kroków dziecka, które źle wymierzy odległość i spada, przewraca się, płacze, rozcina sobie czoło, przycina palce. Ale i wtedy czuję, że mam przywilej bycia w tej chwili obok niego, przytulenia, pocałowania obolałego ciała, ukojenia, zaśpiewania kołysanki czy przygotowania dobrego deseru na pocieszenie. Moja obecność i bliskość jest moją siłą. Do czasu.

Żeby już był samodzielny, żeby już sobie sam radził, żeby już był w końcu duży. Ile razy takie myśli przemykają przez głowę rodziców, zmęczonych ciągłym bieganiem za maluchem, krojeniem mu bułki czy zmienianiem brudnych koszulek. Ale wtedy, w tej dorosłości, pozostaje jeszcze większa matczyna bezradność. Nie uchronię go przed złym spojrzeniem drugiego człowieka, przed bezprawiem, przed losowością przypadków. Nie będę wszędzie, nie będę mamą, która wszystko może i zawsze znajdzie jakieś rozwiązanie, nawet gdy jeszcze o tym nie wie. Wtedy już nie.

W „Pasji” (reż. Mel Gibson) Maryja pod krzyżem mówi do Syna: „Ciało z mego ciała, serce z mego serca, pozwól mi umrzeć z Tobą.” Ona czuje, że razem z Nim umiera. Że odebrano i wzgardzono Tym, który był częścią Niej, Tym, któremu dała część swojego życia. To tak jakby przybito do krzyża ją razem z Nim, jakby biczowano jej ciało. Nie wątpię, że byłaby gotowa oddać za niego życie. Ale Jezus chce, by żyła, chce, by dalej zachowywała spokój, chce, by była w dobrych rękach. Oddaje ją w opiekę Janowi. Może jej spokój i Jemu dodawała sił.

A potem Jego martwe ciało w jej ramionach. Ciało z jej ciała. Umęczone i skrwawione jak jej serce. Czy Was też tak bardzo porusza ta scena? Mieć przebite serce i zachowywać spokój, mieć wszelkie przesłanki ku temu, by zwątpić i złorzeczyć, przeklinać i stracić z oczu jakikolwiek sens, a jednak nadal wierzyć. Nie mieć żadnej władzy ani wpływu, a jedynie swoją bezradność. A mimo to wierzyć, ufać i kochać. A mimo to po prostu Być. By to wielkie cierpienie zamieniło się w niewyobrażalną radość Ich Spotkania. Najpiękniejsza z kobiet, najwspanialsza z matek. 

„Ona jest i stoi pod naszym krzyżem pełna pokoju.” (Kard. Stefan Wyszyński)

Czytaj dalej...

Mama synów

Kiedyś wyobrażałam sobie moje macierzyństwo w ten sposób: plotę dziewczynkom warkocze i ozdabiam je kokardami, a wieczorem czytamy do poduszki bajki o księżniczkach. Specjalizuję się w stylizacjach dziewczęcych ubrań, szczególnie sukienek (i już, już, zaczynam sama obsługiwać maszynę do szycia, zastanawiając się, czy jednak nie zostać pełnoetatową krawcową). Pieczemy wspólnie ciasteczka i organizujemy dla wszystkich domowych lalek i pluszaków herbatkę, tak po prostu, żeby pobyć razem i dowiedzieć się, co w swoich puszystych środeczkach czują misie. A później uczymy się jak być damą. Jak być świadomą siebie kobietą. Jak dawać światu kobiecy geniusz. Takie też było przecież moje dzieciństwo. Myślałam więc, że moje macierzyństwo będzie kontynuacją albo powrotem do tamtych czasów. Ale nie do końca tak jest.

To nie znaczy, że już wszystko przepadło, być może rodzinna dysproporcja jest tymczasowa, ale jest chwilowo dosyć wyraźna. W naszej rodzinie na razie zostałam sama ze swoim kobiecym sercem. Mama synków. Nauczyłam się już dopasowywać koszulę w kratę w rozmiarze 74 albo 80 do dżinsowych spodni i cieszyć się rajstopami ozdobionymi samochodami. Mimowolnie i naturalnie o małym dziecku mówię w formie męskiej i zaczynam się zastanawiać, jak Ten Drugi (imię jeszcze jest tematem małżeńskiej debaty, choć pewien typ już jest) będzie podobny – do mnie, do taty, do starszego brata. A szczególnie w tym trzecim wariancie. Czy będzie miał ten sam żywiołowy temperament i te same zadziwiające nas samych niekiedy zawstydzenie, czy będzie miał podobne oczy i czy będzie w podobnym tempie przybierał na wadze (och, może jednak nie!). Na co będzie zwracał uwagę, jakie będą jego pierwsze słowa, czy może to on polubi siedzenie w chuście? Czy tak samo będzie zasypiał na spacerze? Czy będzie się podobnie uśmiechał? Jak bardzo zaskoczy nas ten całkiem Nowy Człowiek?

Jako mama syna, a teraz już synów, muszę się dokształcać. Kilka miesięcy temu, kiedy Iruś leżał spokojnie na kanapie i nie potrafił się nawet przewrócić na bok, Mariusz patrząc przez okno na budujący się blok, westchnął: „gdyby był starszy, cały dzień siedziałby w oknie”. Nie sądziłam nawet przez chwilę, że doświadczymy tego jeszcze w tych czterech ścianach. Wystarczy warkot silnika, by mały odkrywca wszystkimi siłami prosił o możliwość zajrzenia przez okno. Wszelkie próby wyciszenia głosów dochodzących z podwórka są nieudolne, odwrócenie uwagi skutkuje tylko przez chwilę. A więc siedzimy na parapecie, uśmiechając się do panów na budowie i przechodniów. I kategoryzujemy sobie ten świat. Uczę się nazywać różne pojazdy. Wszystkie, zwłaszcza te wyróżniające się, wzbudzają zainteresowanie. Koparka – to łatwe. Ale betoniarka, dźwig, wywrotka, śmieciarka, ciężarówka, autobus – już czasem brakuje mi pomysłów na rozróżnienie. Auto. W Irusiowej wersji „ało”. Nie czuję jeszcze tego wielkiego podekscytowania co on, ale patrząc na jego uśmiech i fascynację zaczynam domniemywać, że coś tam musi być. Coś takiego naprawdę fajnego. Nie tylko w tych pojazdach, po prostu w tym świecie.

Ale ten dziecięcy męski świat nie jest pozbawiony piękna czy wrażliwości, o nie! Jedno z pierwszych słów Irka to słowo... „kwiat” (oczywiście wypowiadane w odpowiednim dialekcie). Nie przejdzie obojętnie obok żadnego z nich, wytropi storczyki nawet na oknach sąsiadów. Będzie śmiał się, dotykając sztucznych kwiatów w galerii handlowej. I cieszy się niezmiernie, kiedy znów udaje mu się poprawnie wskazać taki obiekt. Bo czasem nie trafi i pełen śmiałości także pora nazwie kwiatem. Wzruszam się wtedy najbardziej i przypominam sobie scenę z Bambiego. I marzę, kiedy będziemy mogli go razem obejrzeć w całości. 

Nikt inny jak mój mały syn nie zauważa od razu moich nowych kolczyków, zwłaszcza tych dużych, które zakładam właśnie wtedy, kiedy na chwilę się rozstajemy. Wyciąga ręce i z zachwytem dotyka małych przedmiotów w moich uszach, jakby chciał mi powiedzieć: „ale ładnie je dobrałaś do swojej stylizacji, Mamusiu”. (Interpretacja własna, rzecz jasna. Pewnie myśli coś całkiem innego.)

I czekam, czekam na to wyznanie: „chcę się z tobą ożenić, Mamusiu”. Teraz to już będzie wymagało dyplomacji. Dwóch kandydatów! Czy moje kobiece serce to zniesie? :-) 

Odkrywanie swojej kobiecości przy synach? O tak! 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS