Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona (Łk 10, 42)

7 pytań, które warto zadać sobie przed ślubem

7 pytań, które warto zadać sobie przed ślubem? Na pewno 7? Pewnie może być ich więcej, można je też streścić w jednym. I czy na pewno są to pytania tylko przed ślubem? Może są i takie. Ale wiele z tych pytań będzie powracać i prosić o nowe przemyślenie i o nową odpowiedź. O nowe, codzienne małżeńskie TAK. W miłości niewiele jest pytań zamkniętych (choć i takie mogą być).

Książka Les i Leslie Parrott(-ów) Polubić czy poślubć? 7 pytań, które warto zadać sobie przed ślubem – to niezwykle dobra lektura. Już sama okładka zapowiada, że będzie ciekawie! Już sama okładka zdradza trochę to, co jest w środku i to, co chcą przekazać autorzy. Małżeństwo to wielka przygoda! Co więcej, to świetna lektura nie tylko przed ślubem. Mogę się założyć, że wielu małżonków nawet bardziej doceni mądrość amerykańskiej pary doradców niż niejedni narzeczeni. Pytania i tematy, które rozważają autorzy, dotyczą bowiem nie tylko czasu przed podjęciem życiowej decyzji, to tematy, których nie da się raz na zawsze przerobić, by następnie z ulgą odłożyć na półkę do pudełka zrobione. Ich rozważanie może być owocne i inspirujące, a nawet uzdrawiające dla wielu małżonków, jeśli tylko zechcą podjąć się pracy nad swoją miłością. Jeśli tylko poczują potrzebę odnowienia czegoś w swojej relacji, przemyślenia swojej drogi, obrania dalszego kierunku, zrewidowania swojego tu i teraz. A że wiele par tak właśnie poczuje… tego jestem pewna. To wiem. Bo tak intymna relacja to sztuka ciągłego dojrzewania, to ciągłe pragnienie pełni.

„Spełniona miłość to kwestia bliskości, dzielenia się, komunikacji, szczerości i wsparcia. Małżeństwo, niczym serce ofiarowane za serce, stanowi najgłębszy i najbardziej radykalny wyraz intymnej relacji między dwojgiem ludzi.” (L. i L. Parrottowie)

Kwestie podejmowane przez autorów nie wydają się jakoś szczególnie nowe, to raczej klasyka mówienia o miłości, ale przyjęta przez autorów perspektywa, odwołania i podejście do tematu może być odkrywcze, zaskakujące i bardzo pomocne. Przywołane przez nich historie i anegdotki zostają w pamięci. Do mnie mocno przemawia ich styl pisania, ich szczerość w mówieniu o swoich doświadczeniach – dzielenie się sprawdzonymi radami, ale też pokazywanie, że z trudnościami zmagają się wszyscy małżonkowie, także oni sami. A co więcej, podchodzą do tego z profesjonalną diagnozą, ale też ogromną dozą humoru i dystansu do samych siebie. 

Parrotowie piszą o mitach na temat małżeństwa, o stylu miłości, pracy nad komunikacją i mądrych kłótniach, akceptacji różnic płciowych oraz o wadze sfery duchowej w małżeństwie. Pokazują, jak ważna jest praca, jak wiele może nam rozjaśnić psychologia i badania socjologiczne, ale... Ale tak naprawdę to małżeństwo, które pielęgnuje duchowość i szuka wsparcia u Tego na Górze, jest niezniszczalne, jest silne Inną, Najwyższą Siłą.

„W ostatnim czasie badania naukowe potwierdziły myśl, którą zdrowy rozsądek podsuwał nam od lat: to poprzez zwrócenie się ku duchowemu wymiarowi małżeństwa partnerzy łączą się ze sobą nierozerwalnymi więziami. Małżeństwo kwitnie, gdy pielęgnujemy duszę.” (L. i L. Parrottowie)

Parrottowie odwołują się do kilku koncepcji, zbierają swoje własne przemyślenia na temat miłości, budowania komunikacji i rozwiązywania konfliktów – jest konkretnie, klarownie i motywująco. Choć odwołują się do badań i teorii, to nie jest książka przesiąknięta akademicką wiedzą i górnolotną mądrością, która nie miałaby przełożenia na życie.

Chce się żyć tak, jak oni piszą. Chce się kochać lepiej. Nie ma lepszej recenzji dla książki, która ma inspirować do budowania miłości, niż powiedzieć: gdy się ją czyta, chce się uczyć lepiej kochać, chce się te ich piękne, czasem żartobliwe, czasem nazbyt poważne słowa zamieniać w czyn. W moje życie, w nasze życie.

„Jedną z największych iluzji naszych czasów jest pogląd, że miłość przetrwa bez naszej pomocy. Nie przetrwa.” (L. i L. Parrottowie)

Les i Leslie Parrottowie, Polubić czy poślubić? 7 pytań, które warto zadać sobie przed ślubem, wyd. Aetos 2014.

***

Książka dostępna w księgarni KiM: Polubić czy poślubić?

 ***

Jakie pytanie warto zadać sobie przed ślubem? Mam jeden egzemplarz tej książki, który chętnie przekażę dalej... :-) Na komentarze czekam do 26.11.

* * *

Ilość komentarzy i Waszych pomysłów mnie zmiażdżyła :-) Tak pozytywnie, oczywiście. Z powodu tej ilości postanowiłam wylosować zwycięzcę. Jest to Kaśka. Ale dziękuję Wam wszystkim za bardzo cenne głosy. 

Jeśli jeszcze ktoś bardzo chce zawalczyć, to zachęcam do zajrzenia tutaj - do 29.11 trwa drugi konkurs z tą samą nagrodą (w nieco większej ilości:-)

Czytaj dalej...

Zmienić wszystko pierwszym krokiem

Zmienić coś. W sobie. W życiu. W domu. W małżeństwie. W relacji z dzieckiem. W modlitwie. W życiu duchowym. W swoim spojrzeniu na samą siebie. W swoich nawykach. Zmienić, zmienić, zmienić. Niech będzie lepiej, lepiej, lepiej. Znacie to?

Gdyby obsługa zmian w życiu była tak prosta jak zmiana pościeli, byłoby cudownie! Zdejmujesz starą, zapewne jedną z ulubionych, ale już wymagającą odświeżenia, może też zaszycia drobnych dziur. Wrzucasz do pralki, dodajesz ulubiony pachnący płyn do płukania, nastawiasz odpowiedni tryb, czekasz, wyjmujesz, wywieszasz na balkonie. Czekasz, zakładasz, mocując się nieco z dużą kołdrą i desperacko szukając jej rogów, by dopasować je odpowiednio. Jest! Dwa energiczne ruchy i już gotowe! Nowa, czysta, idealnie dopasowana. Niby ta sama, ale inna. Taka, jaką chciałaś.

Ile razy chciałyście coś zmienić w swoim życiu? Ja nie raz. A może nawet zacząć wszystko od nowa? Nie tak, żeby znowu stać się niemowlakiem, ale np. jeszcze raz zacząć małżeństwo czy macierzyństwo - bo teraz to już wiemy, jak można byłoby lepiej je przeżyć, jak można by od nowa budować, bez obecnych zarysowań, nawyków i straconych szans. Ciągle pojawiają się nowe pomysły i potrzeby. Są takie zmiany, do których sama nie wiem (choćby pozornie), jak się zabrać. To znaczy widzę efekt finalny, a może nawet bardziej czuję go niż widzę, ale nie wiem, jaka do niego prowadzi droga. Albo nawet inaczej: wiem jaka to droga, ale wcale mi się nie chce nią iść. Albo zaczynam tę wędrówkę, czasem bez przygotowania i dokładnego planu, bez odpowiednich zapasów i wyposażenia, jak w sandałkach na szczyt góry, z nadzieją, że jakoś to będzie, ale po kilku chwilach wracam z przekonaniem, że jednak jeszcze nie teraz, nie tu, nie tak. Zawsze jest jakieś usprawiedliwienie. A jak już go braknie, to pozostaje jeszcze obarczenie samej siebie. Ja taka po prostu jestem. 

W teoriach my kobiety jesteśmy często lepsze niż mężczyźni. Przyznajcie się, ile już książek na temat kobiecości, budowania relacji czy rodzicielstwa przeczytałyście? Ile konferencji wysłuchałyście? Na ilu warsztatach byłyście? Mogło być ich wszystkich wiele, teorię znamy, słyszałyśmy ją nie raz. Nawet słyszałyśmy coś o praktyce, wiemy, jak zabrać się do zmian, jak pokochać siebie, jak lepiej komunikować się z mężem, jak rozmawiać z dziećmi, jak radzić sobie z emocjami, jak lepiej gospodarować czasem, oszczędzać pieniądze na prezenty i jak skuteczniej usuwać kamień w łazience. Wiemy wiele, z różnych dziedzin. Lubimy się doszkalać, lubimy rozważać to, co dla nas ważne lub po prostu przydatne, ale jak trudno bywa później po prostu zacząć tym żyć? Trudno. Mówię to ja. Może komuś jest łatwiej ;-) Ale tak naprawdę to łatwiej czasem szukać kolejnej inspirującej teorii z nadzieją, że może w końcu będzie na tyle urzekająca, że jej motywacji nie będziemy w stanie się oprzeć. A może po prostu wcale nie wierzymy, że możemy coś zmienić? Bo zmiany, te naprawdę ważne i piękne, te, które prowadzą do uzdrowienia, do nowego spojrzenia na siebie, do odnowienia najważniejszych relacji, do wzięcia życia i czasu, jaki jest nam dany, w swoje ręce, są trudne. Jeszcze bardziej w takim procesie dostrzegamy, że one są potrzebne, nawet niezbędne. Gdy chcemy pracować nad komunikacją z ukochanym, widzimy jaskrawiej swoje błędy, egoizm, zabezpieczanie się przed zranieniem i szukanie nie jedności, a samej siebie, swojej wygody. Kiedy chcemy w pełni zaakceptować swoje ciało, musimy stanąć oko w oko z tym, jakie ono jest, z tym, jak widzą je inni oraz z tym, jak być może przez lata było odrzucone. Trzeba stanąć niekiedy na samym dnie.
 
Trudne są zmiany także wtedy, gdy chcemy, by były wielkie, spektakularne albo natychmiastowe. Ja na przykład najczęściej pragnę zmian totalnych. Albo się coś robi dobrze, albo wcale, no nie? Więc nie chcę być trochę lepszą, trochę bardziej wyrozumiałą czy trochę mniej zrzędliwą żoną, ja chcę być od razu żoną idealną! Tak samo nie chcę być trochę lepiej zorganizowaną panią domu, z prawie zawsze błyszczącą w kuchni podłogą i niemal zawsze ugotowanym obiadem, ja chcę być perfekcyjną panią domu (i nawet trochę już wiem, jak nią być)! I nawet jeśli w głowie nie mam ideału, który każdemu przypasuje, to mam swój własny ideał, swoją wizję, swoje dążenie. Jeśli go nie osiągam, mogę czuć, że nic się nie zmieniło. A przecież wiele mogło się udoskonalić! 
 
A wiecie od czego zaczynają się wielkie zmiany? Od malutkich kroczków. Od pierwszego, ale systematycznego, konsekwentnego novum w naszej codzienności, w naszej głowie, w naszym sercu. Od założenia: mogę zrobić dziś coś małego po to, by być lepszą żoną/ odważniejszą kobietą/ kochającą mamą/ itp. Mogę zrobić mały krok, tak mały jak małe są moje stopy. Ale ile ja już dzięki nim przeszłam.
 
Jakie to są  m a ł e  k r o k i? 
 
Ania napisała do mnie: Przeczytałam twój wpis o pamiętnikach i bardzo mi się spodobał. Zaczęłam go prowadzić, ale nie wytrwałam więcej niż 5 dni, każdego dnia było coraz mniej i mniej czasu, żeby wszystko opisać. Chcesz przejść od nic-nie-pisania do pisania-wszystkiego, od prawie-żadnej autorefleksji do refleksji-totalnej? Oczywiście, że będzie trudno. O wiele łatwiej zacząć od jednego małego postanowienia. Każdego dnia napiszę jedno zdanie wdzięczności, bez narzekania, bez ciemnowidztwa, bez żalów. Albo: każdego dnia rano po przeczytaniu fragmentu Pisma Świętego zapiszę w notesie jedno zdanie, które będzie mi dziś towarzyszyć. Tyle. 
 
Podobnie jest ze zmianami w małżeństwie. Nie mogę od razu stać się idealną żoną (właściwie godzę się z tym, że to raczej nie tyle nie od razu  co właściwie raczej nigdy), ale mogę postanowić, że każdego dnia w tym tygodniu szczerze podziękuję za coś mojemu mężowi albo docenię go w tym, co mu się udało albo podziękuję mu za jego starania. Będę po prostu uważna na każde dobro, o jakie walczy i jakie jest w nim. Albo w tym tygodniu będę pracować nad moją wybuchowością i zdenerwowaniem, które często kieruje wobec niego (bo i kto najbardziej cierpi z powodu naszych humorów?;-). Od razu może nie staniemy się najbardziej twórczym, najbardziej rozmodlonym małżeństwem, ale możemy postanowić, że w każdym miesiącu zaplanujemy nasze wyjście we dwoje - do kawiarni, do teatru, na spacer a w inny dzień miesiąca zorganizujemy sobie wieczór dialogowy, na którym podzielimy się naszymi uczuciami, marzeniami, wspomnieniami. Jeśli nie modlimy się razem często, możemy zrobić małe zobowiązanie - codzienna wieczorna modlitwa Pańska i niedzielne wspólne czytanie Liturgii Słowa. Może później dołączy do tego wspólna modlitwa uwielbienia, dzielenie się Słowem Bożym czy Liturgia Godzin? Może tak. Ale najpierw zróbmy pierwszy krok. Razem trochę łatwiej. Razem to już nawet dwa kroki.
  
Żeby udało nam się coś zmienić, by udało się dojść do obranego celu, zbudować coś na nowo, lepiej czuć się z samą sobą czy o czym tam jeszcze marzymy..., trzeba po prostu zacząć działać. Tu i teraz. Nie czytać wciąż więcej, nie słuchać kolejny raz, ale zadziałać, wziąć sprawę, wziąć siebie, swoje Serce we własne dłonie. Pokierować nim, wskazać kierunek. (Oczywiście wszystkie książki, konferencje, spotkania są bardzo ważne i cenne, ale gdy pozostajemy z nimi jak z czystą teorią, która nie pracuje w nas, to czy naprawdę ich potrzebujemy?)
 
Tak niewiele, a tak wiele.
Zmienić teorię w praktykę, upiększyć siebie, swoje życie. Zrobić krok. Pierwszy. Potem drugi i trzeci.
 
On na pewno za nimi nadąży, może nawet je przyspieszy, może je wesprze, a może delikatnie da znać, że lepiej zrobić to inaczej niż nasza najlepsza zdobyta gdzieś tam teoria mówi. On może wszystko, ale za nas tego kroku nie zrobi. Pewnie mógłby, ale przecież dał nam wolność.  
 
Wiecie już, jaki mały krok możecie zrobić dziś?
Czytaj dalej...

Dziecko czy mąż?

Teorię znam doskonale i to od dawna. Pamiętam jak przed ślubem długopisem na kartce budowaliśmy naszą wspólną hierarchię wartości, układając te ważne sprawy jak klocki, z niezwykłą pewnością i lekkością, widząc niezawodną trwałość naszej konstrukcji i utwierdzając się w dobrze ustawionych fundamentach. Bo to przecież Dom na Skale. Przypominało to nawet układanie puzzli, z których każdy ma swoje niewymienialne miejsce. Prosto, logicznie, w pewnej chwili nawet jakoś zbyt łatwo.

Znałam już wtedy trud utrzymania tej konstrukcji – ustawienia Boga przed narzeczonym/mężem, a ich przed pracą i swoimi ambicjami. Bo deklaracje z życiem nie zawsze lubią chodzić za rękę. Bo przecież nad tym wszystkim zawsze jest własne ego, które szuka tylko jakiejś bocznej ścieżki, żeby zająć wyższe miejsce, udając, że jest tam, gdzie być miało.

Wiele lat temu, kiedy jeszcze byłam Kasią W. (podejrzaną - i to słusznie - o poważne i niewyleczalne zauroczenie w niejakim Mariuszu M.), prowadziłam rozmowę z dwiema bliskimi mi kobietami, spełnionymi potrójnymi matkami. – Ja to go tak kocham, że… - i tu jakieś westchnienie, migoczące oczy, drżenie głosu albo poetyckie, patetyczne porównania, które moje słuchaczki przyprawiłyby co najwyżej o ironiczny uśmiech. – Pogadamy jak będziesz mieć dzieci... – odpowiedziały, mrugając do siebie porozumiewawczo, z pewnością, a właściwie z politowaniem. A w domyśle: dzieci kocha się bardziej, zobaczysz, jesteś jeszcze jak nieopierzone pisklę, które zachwyciło się pierwszym lotem. Przekonasz się, że to jest dopiero początek prawdziwej miłości i że najlepsze jeszcze nie nadeszło. Najlepsze. A może i najtrudniejsze. Albo po prostu jeszcze kubeł zimnej wody przed tobą.

Dziś wiem, że dziecko kocha się inaczej, w co zresztą nigdy nie wątpiłam. Teraz to wiem, bo tego doświadczam. Ale jak ciężko jest wyważyć właściwą hierarchię, doświadczam tego chyba jak każda mama, może szczególnie ta młoda. Nie mam tu jednak na myśli tego, komu przyznaję miejsce pierwsze, ale to, co tak naprawdę robię każdego dnia, jak dzielę swój czas i swoje serce dla tych moich najbliższych. Czyli jak praktyka weryfikuje moje teorie. Co robię, by mąż nie zniknął ze swojego miejsca, by nie odłożyć małżeńskiej relacji na półkę z napisem „na później”, by nie usprawiedliwiać się, że jeszcze zdążymy. Bo nie wiemy, ile czasu nam zostało. Wiem tylko, że każdego dnia zostało nam już trochę mniej. 

I wcale nie chodzi o to, by nieść sztandar z hasłem Mąż jest na pierwszym miejscu, by zostawiać płaczące niemowlę w imię osób ważniejszych, ale by nie zapomnieć, że w porządku naszej miłości on jest pierwszy i niewymienialny, nasza relacja jest wyjątkowa i niepowtarzalna. I by małymi gestami potwierdzać to w codzienności. Bł. Marcelina Darowska mówiła, że mąż jest pierwszą osobą w życiu kobiety, bo przy dzieciach możemy być zastąpione, ale przy mężu nikt nas nie zastąpi. Relacja macierzyńska jest – jak dalej rozważa Marcelina Darowska – najsilniejsza w życiu kobiety, ale najświętszą jest – małżeństwo. Co jest dla mnie najświętsze, co jest dla mnie pierwsze, co jest tym, w co chcę włożyć serce i wysiłek, to jest mój wybór i moje codzienne nastawianie serca jak zegarka ze starym mechanizmem, który ma skłonność do opóźnień. Nikt nie powiedział, że to ma być łatwe.  

Miłość do dziecka, zwłaszcza małego, jest prostsza. Dziecko przynosi radość samą swoją obecnością. Wynagradza uśmiechem. Choć wymaga wiele sił fizycznych (zwłaszcza, gdy jako niemowlę oscyluje przy górnej granicy siatki centylowej) i psychicznych (gdy ma kolki albo wchodzi w przedwczesny bunt dwulatka), to zaspokojenie jego potrzeb jest łatwiejsze, a nawet jeśli jest męczące, wyniki są wymierne, a satysfakcja obustronna niemal gwarantowana. Przynajmniej po jakimś czasie. Zmienić pieluchę? Podać samochodzik? Przebrać? Przytulić? Nakarmić?  Gotowe! I gdyby umiał jako niemowlę albo gdyby wpadł na to bez sugestii jako półtoraroczniak, założyłby mi na głowę koronę, ale co tam – mogę zrobić to sama, a on jeszcze roześmieje się, jakby to było naprawdę nie wiadomo jakim wyczynem.

Z mężem jest inaczej. Już samo nakarmienie go wymaga większego wysiłku, pomysłowości i serca (choć to porównanie jeszcze zależy od dziecka;-) Rozmowa też jest bardziej skomplikowana. O ile już jest jakaś rozmowa. Rozumiem, że to inaczej oznacza często trudniej. A po całodniowym wysiłku, szukamy drogi na skróty. To może sam sobie zrób obiad?  Budowania relacji z mężem to piękne wyzwanie? Mamy stawiać mu czoła? Jasne, że tak! O ile nie uśniemy na kanapie w drodze do łazienki. A mężowie wychodzą nam naprzeciw lub nie. Ułatwiają lub nie. Rozumieją jak ciężko jest podzielić na nowo swoje serce i rozmnożyć miłość lub nie. Albo im to wszystko powiemy albo nie.

Słyszę dość często od osób bliskich lub od całkiem nieznanych, spotkanych gdzieś przypadkowo na spacerze, że teraz to nasz najlepszy czas. Teraz, gdy dzieci są małe. Niektórzy mówią to z rozżaleniem, jakby zawiedzeni trochę tym, co stało się później. Zawiedzeni dziećmi, rodzicielstwem, sobą, małżeństwem. Albo tak zaskoczeni tym cudem dzieciństwa marzą o powrocie do piaskownicy. To motywuje mnie do cieszenia się nawet zmęczeniem po całym dniu zabawy (lub pracy – zależnie od perspektywy), a z drugiej strony budzi niepokój: to teraz ma być już tylko gorzej?

W tym dorastaniu dzieci widzę oprócz wielu nowych wyzwań i radości, i trudności trwania przy swojej hierarchii, jeszcze jedną obietnicę – znów bycia bardziej dla męża. Kiedy już odchowamy dzieci… Kiedy wypuścimy je… znów, jak za czasów zakochania, będziemy wychodzić nocą na spacery, wyjeżdżać we dwoje, spotykać się z przyjaciółmi na długich debatach i planszówkach, będziemy wychodzić wieczorem do teatru, zahaczając o kawiarnię, będziemy śmiać się przy naszych ulubionych komediach, popijając czerwone wino. Będziemy jak dwoje nowo staro zakochanych. Widuję czasem takich i wtedy zaczynam spontanicznie pytać Boga, czy i my doczekamy takich chwil. Nie, nie pytać. Ja go wtedy proszę: daj nam takich chwil doczekać. Czy to nie będzie jak smakowanie miłości dojrzalszej, bardziej doświadczonej, owocującej, spełnionej? I ta perspektywa jeszcze bardziej mnie motywuje, by już dziś troszczyć się o mojego Oblubieńca. By zakochiwać się codziennie nie tylko w moich Małych Książętach, ale w Tym moim Wojowniku. By tych Małych nie trzymać zbyt kurczowo przy sobie, ale by mocniej trzymać się tego Jedynego.

Ale i tak... jest mi dobrze tu dziś. Tu, gdzie jesteśmy. Tu z Nimi. I ufam, że dobrze nam będzie za kilka-dziesiąt lat. Nie, nie myślę, że lepiej albo gorzej. Będzie inaczej. Ale na swój czas będzie równie dobrze.

„Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem.” (Koh 3, 1)

Czytaj dalej...

Szczęśliwe czy święte?

Raczej nikt nie wchodzi w związek małżeński z zamiarem unieszczęśliwienia siebie i drugiej osoby. Chociaż w przysiędze nie ma takiej obietnicy, to jednak... przypomina to raczej ostatnią myśl, jaka mogłaby się pojawić w sercach zakochanych narzeczonych. Kochają się i chcą być przez całe życie tak szczęśliwi jak w Tym Dniu, a może nawet jeszcze bardziej. Mają (zazwyczaj) świadomość, że różnie w życiu bywa, ale przecież będą Razem i dadzą sobie radę ze wszystkim. Wizja małżeństwa jako największej i najpiękniejszej przygody życia? Tak, znam to i ja. I po kilku latach małżeństwa, bogatsza o wiele doświadczeń, nadal w nią wierzę.

Ale małżeństwo to też droga, czasem trudna, nawet bardzo. Nieznana wcześniej ścieżka pełna zakrętów i zmuszająca do wyborów, czasem pełna ślepych uliczek, o których wcześniej nikt nie ostrzegał. Czasem to młodzieńcze wyobrażenie szczęścia zderza się z codziennym szarym dniem i z trudnościami. Ale to nadal jest szczęście, może większe. W małżeństwie chrześcijańskim nie chodzi przecież tylko o szczęście, a bynajmniej nie o to szczęście, które proponuje nam świat - lekkie, przyjemne, pełne euforii, ale o świętość. Tylko czy może być szczęście większe o świętości dla tych, którzy wierzą i kochają?  

Muszę przyznać, że ostatnio nie mogłam oderwać się od książki Gary'ego Thomasa Święte małżeństwo. Najpierw urzekła mnie okładka (przyznajcie, że to zdjęcie jest urocze, prawda?), a potem całkowicie wciągnęła zawartość. Trafiła idealnie w moje obecne rozważania. Autor zmienił perspektywę typową dla poradników małżeńskich, idealnie łącząc temat wiary i małżeństwa. „Ta książka nie powstała po to, by doradzić wam, jak lepiej kochać swojego małżonka (chociaż mam nadzieję, że i w tym wam pomoże). Ma ona przede wszystkim pomóc wam bardziej pokochać Boga.”

Małżeństwo może być drogą do Boga, dzięki małżonkowi mogę poznawać siebie i zbliżać się do mojego Pana. Mogę odkrywać i uczyć się miłości, poświęcenia i wierności, ale też mogę doświadczać, że zawsze gdzieś w środku mnie pozostanie pragnienie miłości, które może wypełnić tylko największa Miłość. Małżeństwo jest cudowną drogą, szkołą, podróżą, ale nie celem samym w sobie, nie jest ostatecznym spełnieniem, jest przedsmakiem Nieba.

„Moja żona nie może zastąpić mi Boga. W momencie stworzenia zaszczepiono mi w sercu tęsknotę za Bogiem i nikt oprócz Boga nie może tej tęsknoty zaspokoić.”

Gary Thomas pisze o wspaniałej, świętej historii, jaką tworzy i przeżywa każde małżeństwo, o wadze naszych osobistych misji, o modlitwie, której wzmocnienie wymaga najpierw... umocnienia więzi małżeńskiej, o seksualności, która jest szansą nie tylko na fizyczną, ale także duchową bliskość, o wierności jako o próbie miłości, o poświęceniu oraz o kryzysach i trudnościach jako wielkich szansach i sprawdzianach, które można zdać z wyróżnieniem.

Kolizje w małżeństwie mogą tworzyć prawdziwe piękno, gdyż – jak dobrze wiemy – piękno czasem rodzi się w bólach.”

 

Podoba mi się styl autora, jego dzielenie się swoim życiem małżeńskim oraz doświadczeniem pracy. Podoba mi się i trafia do mnie taka zmiana perspektywy i podkreślenie, jak mocno świętość łączy się z naszym małżeństwem, jak blisko może być Bóg, jeśli tylko postawimy Go na właściwym miejscu. I właśnie sięgam po drugą książkę Gary'ego Thomasa... Święte rodzicielstwo, w której, jak na wstępie zaznacza twórca, będzie bardziej o tym, co rodzicielstwo pomaga odkryć o sobie niż o tym, jak dobrze wychować dzieci. Piękna myśl. Myśl, która jest mi ostatnio bardzo bliska :-)

Gary Thomas, Święte małżeństwo, wyd. Aetos 2014.

Książka dostępna w księgarni KiM

 

*** 

KONKURSOWO! 

Z radością ogłaszam, że mam dwa konkursowe egzemplarze tej książki ufundowane przez wyd. Aetos i już nie mogę się doczekać, by je komuś przekazać, zapakować w kopertę i wysłać :-)

Jeśli macie ochotę ją przeczytać, napiszcie w komentarzu poniżej w jednym zdaniu co może być najtrudniejsze w małżeństwie.

Na Wasze komentarze konkursowe czekam do 28.10.

 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS