O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! (Mt 15, 28)

Temat niewygodny. Jak walczyć o życie?

Dziś o czymś trudnym, niewygodnym. Muszę. Muszę się tym podzielić, bo my mamy wpływ. Bo my mamy powołanie do tego, by walczyć. By zachwycać taką walką. Bo to nam kobietom zostało w sposób szczególny powierzone Życie. Bo to, co dzieje się dziś z milionami poczętych odrzuconych dzieci, to jest pytanie o człowieczeństwo, ale także o kobiecość. Kobieto, kim jesteś? Mamo, gdzie jesteś? I to nie jest pytanie do  t a m t y c h  kobiet, to nie jest też pytanie tylko do  W a s, to jest po pierwsze pytanie do mnie samej. Jakie ja mam Serce Mamy?

Dziś kilka słów o aborcji, o filmie, który ostatnio oglądaliśmy z Mariuszem, o szukaniu dróg i nadziei - że my naprawdę możemy coś zrobić. Wiem, temat mało przyjemny, dla wielu z nas wciąż brzmiący abstrakcyjnie. Ale czy wiecie, że w czasie II wojny światowej (czyli przez 5 lat) zginęło na świecie 72 mln ludzi, a rocznie w wyniku aborcji zabijanych jest 42 mln dzieci. Tak oficjalnie. Czy macie świadomość, że wiele z nas, w tym i ja, rodziło się w czasach (przed 1993), kiedy nasze mamy miały prawnie szeroki dostęp do aborcji? I wiele kobiet dziś, z pokolenia naszych mam i babć dobrze wie, czym jest aborcja. 

Obejrzeliśmy z Mariuszem film o Mary Wagner, a właściwie „Nie o Mary Wagner”, bo Mary nie chciała, by to był film o niej. Ona nie chce być tu ważna, bo istotna jest sprawa, ważne jest każde życie, o które walczy. Mary jest Kanadyjką, która chodząc do klinik aborcyjnych, rozdając kobietom białe róże, ulotki i rozmawiając z nimi, mówiąc o innym wyjściu, kiedy kobietom wydaje się, że innej drogi już nie ma, walczy jednocześnie z bezdusznym prawem. Przeszkadza klinikom, zabierając im klientki i łamie prawo, które chroni dziecko dopiero od urodzenia. O Mary być może słyszałyście już co nieco, gdyż kilka miesięcy temu była w Polsce. (Może byłyście na jakimś spotkaniu z nią? Mnie niestety się nie udało.) Film o niej, który niedawno ukazał się w Polsce, to tylko inspiracja do tego, czym chciałabym się z Wami podzielić. Co do filmu, to gorąco go polecam. Oprócz szerszego zrozumienia sytuacji tej działaczki pro-life, można dowiedzieć się więcej na temat aborcji, jej historii, zasięgu, procedur. Można zrozumieć także trudności, jakie napotykają ci, którzy walczą z nią, można zdać sobie sprawę, jak wygląda podejście do życia i aborcji w wielu krajach, tuż za naszą granicą także. A mentalnie? A mentalne także coraz częściej i u nas. Film zawiera też drastyczne zdjęcia aborcji. Zbyt drastyczne? To częste pytanie do dyskusji – czy warto/powinno się/można pokazywać zdjęcia abortowanych dzieci. To boli, to usprawiedliwia płacz, to wzbudza też bezradność, a może niektórym to nawet wystarczy, by zrozumieć czym jest aborcja i o co w niej chodzi. Czym jest usuwanie płodu, czym jest zabijanie niewinnego człowieka. Po obejrzeniu filmu pobiegłam do śpiącego Irusia. Patrzyłam jak spokojnie śpi w swojej pozycji a'la Superman (Mariusz mówi, że wystarczyłoby mu tylko pelerynkę doczepić). Jeszcze niedawno był taaaki malutki. Jeszcze rok temu był pod moim sercem, choć nie mogę uwierzyć, że to był ten sam on. Jeszcze rok temu kanadyjskie prawo nie wzięłoby go w obronę.

Tylko... czy ten temat nas naprawdę dotyka? Czy nas w ogóle dotyczy? Czy nie wydaje się zupełnie abstrakcyjny, daleki naszej codzienności? Jako nastolatka napisałam dwa opowiadania konkursowe o tematyce pro-life. O rozmowie dziecka nienarodzonego z aniołem w Niebie i o sytuacji dwóch kobiet - dzisiejszej nastolatki i Maryi. Czułam to mocno, ale znałam tylko z filmów, z tej rzeczywistości poza mną. Dziś temat aborcji powraca do mnie coraz częściej, coraz bardziej. Dla mnie, a myślę, że i dla wielu Polaków, zwłaszcza będących blisko Kościoła i wartości życia, to temat, który wydaje się zupełnie marginalny. Idąc przez miasto nie mijam klinik aborcyjnych, kiedy dowiaduję się o ciąży, ginekolog nie proponuje mi aborcji, wśród moich przyjaciół nawet nie rozważamy takich rozwiązań (ale już np. na kursie zdarzyło nam się dyskutować o tym z narzeczonymi, pamiętam szczególnie jedną dziewczynę, która przekonywała, że jako rodzic zepsułabym życie nastoletniej córce, nie pozwalając jej na aborcję). Ale to nie znaczy, że nie istnieje podziemie. Jak mówią, dla chcącego nic trudnego. To nie znaczy też, że zgodnie z prawem nie dokonuje się aborcji eugenicznej na ludziach, którzy są niepożądani (także dla społeczeństwa). To znaczy, że wcale nie możemy spać spokojnie. Nasze ostatnie ankiety na kursach przedmałżeńskich pokazały, że coraz więcej osób (dodajmy: narzeczonych chcących zawrzeć ślub katolicki) nie zgadza się z nauczaniem Kościoła na temat aborcji.

A mnie dźwięczą w uszach słowa św. Pawła „Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest świętą, a wy nią jesteście.” (1 Kor 3, 16-17)

Myślę, pytam siebie, szukam w sobie odpowiedzi.

Czy jestem gotowa stanąć pod kliniką aborcyjną jak Mary?

Czy jestem gotowa walczyć o każde życie?

Czy jestem gotowa wbrew poprawności i haseł tolerancji głośno powiedzieć „jestem za życiem”?

I „jestem przeciwko prawu kobiety do zabijania własnego dziecka”,  „jestem przeciwko aborcji”? I to nie w gronie osób, które myślą podobnie, które czują tak jak ja, ale wśród tych, którzy wykluczą mnie ze swojego środowiska, wyłączą mikrofon, zabiorą głos, obrzucą obelgami.

Mistrzynią spojrzenia na życie i godność człowieka była bł. Matka Teresa z Kalkuty. Po ludzku nie matka, ale tak naprawdę Matka, od której my mamy możemy się uczyć. „Zaczynajmy od pełnego miłości pokochania małego dziecka już w łonie matki. Jak już wielokrotnie mówiłam w wielu miejscach, tym, co najbardziej niszczy pokój we współczesnym świecie, jest aborcja - ponieważ jeżeli matka może zabić swoje własne dziecko, co może powstrzymać ciebie i mnie od zabijania się nawzajem? Najbezpieczniejszym miejscem na świecie powinno być łono matki, gdzie dziecko jest najsłabsze i najbardziej bezradne, w pełni zaufania całkowicie zdane na matkę.” 

Kiedy już zdajemy sobie sprawę z sytuacji, możemy rozpłakać się i stwierdzić, że absolutnie nic nie możemy zrobić, albo możemy zrobić to..., co możemy zrobić. Nie chcę być bezradna, jestem za tym drugim wyjściem. Nie chcę też tylko mówić nie zgadzam się, nie popieram, nie podoba mi się to, ale chcę zrobić coś, by afirmować życie, by naprawdę być pro life.   

Prawda

Poznając prawdę o kobiecie i naszym kobiecym powołaniu, a także poznając piękno naszego ciała i macierzyństwa, ugruntowujemy się w miłości do życia. A wtedy możemy ją przekazywać dalej. Wiedzę i radość z bycia kobietą. Także poznanie prawdy o antykoncepcji jest bardzo ważne. W filmie Nie o Mary Wagner podkreśla się, jak mocno antykoncepcja związana jest z aborcją. Była to zresztą jedna z obaw (jak się okazało słuszna) Pawła VI, gdy pisał encyklikę Humanae Vitae, gdzie określił stanowisko Kościoła w kwestii regulacji poczęć. Ponieważ antykoncepcja nigdy nie jest skuteczna w 100%, aborcja istnieje jako wyjście awaryjne, a ponieważ antykoncepcja tworzy już mentalność anty-life, aborcja jest dla wielu osób naturalną konsekwencją jej nieskuteczności.

Zaczynajmy od siebie. Kochajmy naszą kobiecość, kochajmy nasze ciała, kochajmy Życie!

Być przyjaciółką

Nie zawsze łatwo jest być przyjaciółką. Być blisko innych kobiet, towarzyszyć im w ich trudnościach. Może kiedyś staniemy w sytuacji, gdy nasza przyjaciółka, siostra, koleżanka, uczennica itd. będzie myślała o aborcji albo nawet te myśli się nie pojawią, ale dziecko stanie się w jej odczuciu wrogiem, który zniszczy jej świat i nie da jej żadnej przyszłości. Bądźmy tuż obok nich, nie omijamy tych trudnych pytań, rozmów. Szukajmy profesjonalnej pomocy, wsparcia, dobrej lektury. Poszerzajmy serca, poznawajmy świat kobiet. Nigdy nie wiemy jak bardzo może komuś utkwić w pamięci nasze jedno zdanie, nasza postawa. I nie wiemy, jak daleko może to zanieść dalej.

Wychowywać mężczyzn

Jesteśmy siostrami, matkami i przyjaciółkami dla naszych mężczyzn. To oni w wielu sytuacjach są winni, a niemal zawsze współwinni aborcji. Ale my możemy ich uczyć – miłości, szacunku do życia, czułości, wrażliwości na zło. A także odpowiedzialności i miłości. Już małych chłopców możemy zachwycać życiem, dziećmi, ich rozwojem. Ja zawsze z podziwem patrzę na moich siostrzeńców, którzy cieszą się z młodszych dzieci w rodzinie, którzy oglądają filmik z USG jak film akcji. O, rusza się! Widzę nogę! :-) Nie wierzę, by taki mężczyzna (czy kobieta), utwierdzany w zachwycie nad cudem życiem, kiedyś tam w przyszłości z przekonaniem mógł powiedzieć, że poczęte dziecko to nie człowiek. 

Modlitwa za Życie

Długą macie listę intencji modlitewnych? Ja tak. Podejrzewam, że Wy też. Oczywiście, zazwyczaj najbardziej naglące są te na tu i teraz albo te dotyczące naszego życia, naszej sytuacji, naszego problemu. Ważne jest to porządkowanie swojego życia i serca razem z Nim, w rozmowie z Nim, ale gdy zdaję sobie sprawę z ogromu zła, które dzieje się, czasem tuż obok, z obojętności prawa, z liczących na zyski organizacji aborcyjnych, z błogiej nieświadomości społeczeństwa, z naszej ludzkiej obojętności, z braku reakcji, z niezabrania głosu, to myślę sobie, że często nie mam wcale pilniejszych intencji. Ja poczekam. Tym dzieciom nie dane jest dużo czasu. 

Dostałam niedawno wiadomość o rozpoczynającym się Różańcu w intencji życia. Równie piękną inicjatywą jest adopcja duchowa - ochrona jednego dziecka zagrożonego przez całą ciążę. Przecież to prawdziwe duchowe rodzenie! 

A Wy macie jakieś pomysły, refleksje? Co możemy jeszcze zrobić?

Jak możemy jeszcze bardziej kochać Życie?

Jak możemy budzić do Życia?

Czytaj dalej...

Kobieta - created by God

Krzyczące ze szklanego ekranu feministki mają dość klarowną, choć zupełnie rozmytą, wizję kobiety: mamy być, kim tylko chcemy, ale Broń Boże, nie wybierając życia zgodnego z naszą kobiecą naturą i wiarą. Tymczasem nowy feminizm odważnie podpowiada: stań się tym, kim zostałaś stworzona, Dzielna Niewiasto.

Czym jest kobiecość? Często słyszę to pytanie albo sama je sobie zadaję, a odpowiedź, przychodząca mi wtedy do głowy, zmienia się razem ze mną, z odbiorcą i z kontekstem rozmowy. Kobiecości nie można szczelnie zamknąć w słowach, nie można ograniczyć jej wielowymiarowości, bo łatwo wówczas stracić z oczu jej głębię. Ale w medialnym szumie docierają do mnie też odpowiedzi całkiem niezgodne z tym, co czuję i poznaję, a głosy te uparcie powtarzane, osiadają w wielu kobiecych sercach i sieją niepewność co do tego kim naprawdę jesteśmy.

Jedna propozycja zdefiniowania kobiecości jest na przykład taka: kobieta to biologicznie rodzaj żeński człowieka. Ale kobiecość nie jest tylko kwestią fizyczności, bo człowiek jest jednością – kobiece ciało nie jest oderwane od kobiecego serca. Jesteśmy w całości kobiece, a ciało, wplecione w naszą tożsamość, pozwala nam odkrywać zarówno własne ograniczenia jak i siłę. Nasze ciało jest przeduchowione. Inna z medialnych odpowiedzi brzmi: kobiecość jest wytworem kultury, wzorcem norm narzuconym przez społeczeństwo w postaci ról i wymagań. Ale to nie kultura tworzy kobietę, choć oczywiście ma wpływ na nasz sposób ubioru czy język. Nie stajemy się kobietami w jakimś momencie życia, nie jest to kwestia własnego czy cudzego wyboru, nie rodzimy się jako bezpłciowe czyste białe kartki, które można zapisać dowolnie. A jeśli już miałybyśmy być białymi kartkami, to wszystko, co na nich zostanie zapisane, nie niszczy tej bieli, ani tej faktury. Kobiecość jest niezniszczalna, choć w ciągu całego życia dojrzewa w nas, rozkwita, wypełnia się. Stałyśmy się kobietami w jednym momencie – wtedy, gdy zaistniałyśmy. A że jesteśmy nieśmiertelne, kobiecości nigdy nie stracimy. (Warto więc ją pokochać, naprawdę!)

Tymczasem recepta, jaką próbuje się nam dziś przepisać na dylemat kobiecości, brzmi: rozerwij kajdany, nie pozwól, by ograniczała cię biologia, społeczne role czy mężczyźni, tylko bądź tym, kim chcesz być! We mnie zaś rodzi się pragnienie nie tyle bycia tym, kim chcę, ale tym, kim naprawdę jestem. A o tym, kim jestem, lepiej niż ja sama, wie Ten, Który mnie zapragnął, stworzył i ukochał miłością doskonałą jeszcze zanim pokochali mnie rodzice. Tak, kobiecość jest pomysłem samego Boga i można by dodać: wszelkie prawa zastrzeżone, created by God, made in the Garden of Eden.

Kobieta stworzona przez Boga, przez Niego określona i powołana do pewnych zadań to niemal czerwona płachta na mainstreamowe feministki. My nie chcemy być poddane, nie chcemy rodzić, ani być zamknięte w domu, nie chcemy opresyjnej katolickiej nauki - wprost lub nie wprost słyszymy to przecież nieraz. A tymczasem nauka Kościoła daleka jest od wyznaczenia kobiecie sztywnego gorsetu i wskazywanie jednej, prostej drogi, której powinna się trzymać. Nosimy w sobie całe bogactwo możliwości i darów wpisanych w naszą naturę. Kobieta niejedno ma imię.

W tak przedziwnych czasach nowe spojrzenie na kobietę, uwzględniające jej piękno, godność i pochodzenie, jest niezwykle potrzebne zarówno mężczyznom jak i nam kobietom. W 1995 r. w encyklice Evangelium Vitae Jan Paweł II wezwał do rozpowszechniania „nowego feminizmu”, który rozpoznaje prawdziwy geniusz kobiety i pomaga mu zaistnieć w świecie. Choć, prawdę mówiąc, inicjatorem takiego feminizmu nie jest Papież, ale sam Bóg, szczególnie w osobie Jezusa Chrystusa (odsyłam do Ewangelii, tej Dobrej Nowiny o kobiecie i dla kobiet!). Nowy feminizm podobnie jak każda inna odmiana feminizmu pragnie walczyć o prawdziwą równość płci w społeczeństwie i życiu publicznym. Jednocześnie wzywa do afirmacji kobiecej natury (stworzonej przecież tak cudownie!), nie chcąc w nią ingerować ani jej zmieniać, ale pragnąc pomagać każdej kobiecie w rozpoznaniu jej własnego powołania (po pierwsze do Miłości!) oraz niepowtarzalnej roli, jaką ma do spełnienia w świecie u boku mężczyzny.

Mogę z radością powiedzieć: jestem kobietą, katoliczką i nową feministką. Wiem, skąd pochodzi moja wartość, i wiem, Kogo mogę pytać o to, kim naprawdę jestem i co znaczy moja kobiecość.

Tekst ukazał się w czasopiśmie TRYBY (nr marzec 2014)

Czytaj dalej...

Byśmy były z ducha, z ciała i z piękna - o św. Hildegardzie

„Potrzebna jest niezwykle długa i głęboka orka serca." (Hildegarda z Bingen)

Kilka lat temu Hildegarda stała się niemal kultową katolicką świętą, od której można było czerpać inspirację do postów, diet i leczenia medycyną naturalną. Ze zdumieniem patrzyłam na pojawiające się nowe publikacje oparte na jej traktatach medycznych. Jedną nawet (tę na temat kobiecych schorzeń)  czytałam całkiem uważnie, a potem przekazałam dalej. Jednocześnie wielu traktowało ją pobłażliwie: bo i co może wiedzieć XII-wieczna kobieta o funkcjonowaniu organizmu człowieka, a więc o skomplikowanych układach, o zależnościach między nimi czy o chorobach, które nie dają żadnych symptomów? I co to wszystko ma do duchowości? Zrozumienie geniuszu Hildegardy, którą w 2012 roku papież Benedykt oficjalnie kanonizował i wyróżnił tytułem doktora Kościoła (jako czwartą z kobiet obok Katarzyny ze Sieny, Teresy z Avili i Teresy z Lisieux), wymaga holistycznego spojrzenia na jej działalność i nauczanie, czyli tego spojrzenia, jakim ona obdarzała człowieka.

Hildegarda żyła w latach 1098-1179. Mając 15 lat wstąpiła do zakonu benedyktynek. Od młodości była obdarzona mistycznymi wizjami, o których za zgodą przełożonych zaczęła opowiadać wiele lat później. Mając 41 lat została przeoryszą klasztoru. To dzięki niej zbudowano nowy klasztor w Rupertsbergu k. Bingen nad Renem, rozdzielając dotąd wspólne opactwo kobiet i mężczyzn, na co początkowo przełożeni nie chcieli się zgodzić. Hildegarda spisywała swoje wizje za aprobatą papieską, pisała także traktaty medyczne, komponowała muzykę, której i my możemy posłuchać, korespondowała z papieżami i biskupami, napominając o powierzonych im zadaniach, nauczała publicznie, kierowała klasztorem. Święta kobieta renesansu w średniowieczu. Kobieta, której geniusz nie zawsze był wygodny, a dla wielu i nie zawsze wiarygodny. Pod koniec życia Hildegarda wyraziła także nieposłuszeństwo władzom, nie zgadzając się na przeniesienie ciała mężczyzny, który miał bezprawnie spoczywać na przyklasztornym cmentarzu z powodu ekskomuniki. Nasza święta twierdziła jednak, że mężczyzna wyznał swoje grzechy przed śmiercią i żałował za nie, dlatego też pomimo dotkliwych kar (zakaz sakramentów i głośnego śpiewu), jakie nałożono na klasztor, nie ugięła się.

Hildegarda nie tylko była pasjonatką medycyny, nie szukała sławy jako „lekarka” ciała. Chciała leczyć człowieka w całości, człowieka zranionego grzechem, który jest przecież dzieckiem samego Stwórcy. Rozumiała, że w człowieku wszystkie sfery: duchowa, psychiczna i cielesna są ze sobą połączone. A ciało jest również darem, o który trzeba się troszczyć i którego stan ma wpływ na duszę. Dlatego też nie była wielką zwolenniczką skrajnej ascezy i umęczeń ciała.

W 2009 r. powstał film fabularny na temat Hildegardy – „Wizja z życia Hildegardy z Bingen”. O ile filmy o świętych bywają różne – przesłodzone, jakoś nierealne albo bardzo wydłużone (jak film o św. Ricie ;-), o tyle ten jest naprawdę ciekawy, przybliżający dylematy i problemy, przed jakimi musiała stawać. Bardzo lubię scenę, w której siostry pod przewodnictwem Hildegardy odgrywają przedstawienie przez wizytującą przeoryszą z innego klasztoru. Nie są w habitach, ale w białych szatach, z rozpuszczonymi włosami, przyozdobionymi wiankami, śpiewają przepięknie, ukazując różne cnoty i walkę ze złym. W przedstawieniu gra także ksiądz. Ich zachowanie budzi zgorszenie wizytującej siostry przełożonej, która zarzuca Hildegardzie odejście od ideału zakonnicy i kobiecej skromności. Nasza święta odpowiada jej, że siostry są oblubienicami Chrystusa, a piękno nie wyklucza pokory i wiary. Mówi: „Bóg kocha piękno, w raju nie ma brzydoty.”

 

Święta Hildegardo, która wiedziałaś, że w naszym świecie wszystko zostało stworzone w jakimś celu i że serce nasze jest tak samo z ducha jak i z ciała,

Hildegardo, która nie bałaś się tupnąć nogą i iść za tym, co zostało Ci zadane, nie patrząc na trudności i spojrzenia innych ludzi,

módl się z nami,

byśmy były odważne,

byśmy były i z ciała i z ducha

 

Wspomnienie św. Hildegardy: 17.09 

Czytaj dalej...

Musimy być mocne i jasne

Mam dla ciebie prezent, Żono. Dostałam dziś książkę, tak bez okazji (choć okazja zawsze jakaś jest, tylko trzeba umieć ją nazwać). O nie, trzeba będzie przeczytać... - uśmiech mieszał się ze strachem w chwili jej przejęcia. Ta książka wygrywa chyba w konkurencji najgrubszych, jakie trafiły na naszą półkę. Tzn. ta jeszcze na półkę nie trafiła, teraz ma być gdzieś obok, pod ręką, w zasięgu wzroku, by w stosownym momencie dnia móc do niej sięgnąć. Chyba przez najbliższy rok przynajmniej. Ale jak nie czytać, gdy na pierwszej stronie witają mnie wypisane jego dłonią, starannym pismem, o którym zdawało mi się, że już zapomniał, słowa: „Kochana Żono! Byś zawsze była Mocna i Jasna dla siebie, dla mnie i naszych dzieci i dla innych kobiet.”

Książka Barbary Wachowicz o bohaterkach Warszawy z czasów Powstania Warszawskiego nosi podtytuł „My musimy być mocne i jasne” (fragment wiersza Krystyny Krahelskiej). To nie tylko one miały być mocne i jasne, to jest uniwersalne zadanie każdej z nas. Może dziś szczególnie aktualne. Ostatnio wiele tematów wydawało mi się zbyt błahymi, by o nich pisać. To, że czas jeszcze bardziej skurczył się odkąd Irek zaczął sprawnie samodzielnie wstawać i balansować między stołem a kanapą z różnymi efektami specjalnymi przy okazji, to już inna historia, choć równie istotny argument w tej sprawie. Z jednej więc strony przyziemne matczyne bolączki, z drugiej - wielkie, egzystencjalne, życiowe czy światowe pytania. Wiem, że większość z nas tak ma. W tej prozie codzienności pojawia się migawka przeczucia, że jednak nie jesteśmy pępkiem świata i nie wszędzie jest tak dobrze (nawet kiedy bardziej chciałoby się powiedzieć: tak źle) jak u nas.  

Budzi się to pytanie: dokąd ten cały świat zmierza? Dlaczego w bestialski sposób chrześcijanie giną na Bliskim Wschodzie ze względu na swoją wiarę? I to w czasach, kiedy największymi wartościami miały być wolność i tolerancja. Dlaczego nikt nie interweniuje? Jak można bezkarnie i z tak niezachwianą pewnością swoich racji zabijać bezbronne dzieci i dorosłych? A Ukraina, Rosja? Czy naprawdę czujemy się bezpiecznie? Czy 75 lat temu, kiedy rozpoczynała się II wojna światowa, ludzie dziwili się mniej? Rozumieli więcej? Byli lepiej przygotowani?

Nie wiem. Ale my musimy być mocne i jasne. Pełne nadziei, pełne wiary, nie poddające się zwątpieniu i zniechęceniu, obecne dziś. Każdy dzień jest po coś. Każdy dzień, choćby wypełniony najmniejszymi gestami, najprostszymi słowami i obecnością kilku najbliższych osób, jest bezcennym darem. Od nas dla innych. I od Niego dla nas. Byśmy stawały się jeszcze piękniejsze. By mieć jeszcze jedną szansę coś zmienić, zostawić trochę dobra, posiać je, pielęgnować.

Musimy być gotowe, by stanąć w obronie naszych wartości, wiary, w obronie życia innego człowieka i własnej godności. Nie musimy tu i teraz oddawać życia, nie ryzykujemy aż tak dużo, idąc do kościoła, zabierając głos w dyskusji i będąc w opozycji do mainstreamu, choć czasem i to wydaje się to ponad nasze siły. Ale przecież tu, gdzie jesteśmy, w naszym kraju, gdzie podobno prawie 90% mieszkańców jest ochrzczonych i wciąż w kolejkach ludzie czekają na sakramenty, jest co robić, jest gdzie głosić, jest gdzie świadczyć, jest kogo kochać. Tak, często zdarzy się, że nas wyśmieją, nie zrozumieją, zaszufladkują, skreślą z listy znajomych. Jak nigdy uderzają mnie słowa proroka z ostatniej niedzieli (Jr 20, 7-9). Jeremiasz głosił słowa niewygodne dla słuchaczy, trudne do przyjęcia, nie chcieli go słuchać, wyśmiewali go. Ale nie mógł mówić inaczej. Czasem przecież zdarzy się, że ktoś usłyszy, będzie bliżej Miłości. I my będziemy bliżej.

My musimy być mocne i jasne. Naprawdę mocne i naprawdę jasne.

Wtedy świat będzie trochę lepszy.

Myślę o królowej Esterze. Może wystarczyłaby jedna kobieta, jedna mocna i jasna, by powstrzymać tragedię? 

A może wcale nie jedna? 

 

 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS