Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? (Rz 8, 31b)

Kobieta rządzi

Pewien starożytny paradoks brzmi mniej-więcej tak:
Mały synek rządzi swoją matką, matka rządzi ojcem, ojciec rządzi Ateńczykami, Ateńczycy – Grecją, a Grecja – światem. Wniosek? Chłopiec rządzi światem.

Oczywiście, mamy tutaj do czynienia z błędem logicznym. Analogie są wszak zbyt słabe, ale to sprawa jasna i teraz nieistotna. Zastanawiam się najmocniej nad drugim przejściem: mama rządzi tatą. I o tym teraz.

Zastanawiałam się ostatnio z koleżankami, jaka jest nasza kobieca sytuacja w świecie, w polityce, w biznesie. Mamy gorzej. Mało nas choćby w Sejmie. Mało nas na filozofii, mało nas – prawdziwych poetek i pisarek. Trochę to dziwne, przykre...W niektórych sytuacjach trudno dziwić się feministycznym postulatom (nie wszystkim, żeby było jasne!).

Może jednak dobrze, że nie kobietom został powierzony całkowicie ster do rządów nad światem?;-) Nasza zmienność mogłaby być niekiedy ciężkim balastem. Kobieca uczuciowość nie potrafiłaby niekiedy stawiać twardych tez i bolesnych dla innych rozwiązań. A może po prostu - chciałybyśmy zawsze za wszelką cenę „dogadać się”? Chwała Bogu, w wielu dziedzinach i sferach życia kobiety na równi z mężczyznami podejmują najróżniejsze zadania. Nie brak wybitnych kobiet-strategów, dyplomatek i bizneswoman, ale czy jest to reguła?

Czy to znaczy, że panowie – gotowi do zdobywania, czasem bitwy, nieokiełznania, dzikości – właśnie oni sami rozporządzają światem, skoro w wielu przestrzeniach publicznych jest ich procentowo więcej niż nas, niewiast?

I tu właśnie odpowiedź niesie paradoks. Bo jakże nie mówić o wielkiej roli kobiety: żony i matki, która naprawdę potrafi mężczyznę uwrażliwiać, otwierać na piękno, częstokroć hamować przed najgorszym. Która z pań nie słyszy: „gdyby nie ty, już dawno bym to rozwalił”, „gdyby Ciebie nie było, rzuciłbym to wszystko, nie miałbym po co i o co walczyć”? Która z nas nie czuje, że w jej obecności każde wulgarne słowo zmienia się w lekki eufemizm? Że nasz uśmiech pomaga łagodzić, uspokaja, nasze serce jest schronieniem dla wielu, to my dajemy motywację naszym mężczyznom do zmian, do zmieniania siebie, do zmieniania świata na lepsze.

Nie jest to żadne odkrycie. Ale jakże nobilituje kobietę. Naprawdę, gdy myślę, że mamy taką władzę, to aż się boję.
Że o niej zapomnimy.

Czytaj dalej...

Czy jestem piękna?

„Kobieta bardziej niż mężczyzna jest wrażliwa na to, jak się ją widzi. Potrzebuje uznania, potrzebuje podobać się, być podziwianą, a w głębi – by ją kochano. Być może jest to tęsknota za pierwszym zachwytem Mężczyzny-Adama nad Kobietą-Ewą, za tym spojrzeniem, które spowodowałoby, że stałaby się w pełni kobietą i szczęściem dla mężczyzny.” (Jo Croissant, „Kobieta. Kapłaństwo serca.”)

Jedna z najprostszych różnic między kobietą a mężczyzną? - spytał mnie kiedyś pewien kierownik duchowy i po chwili sam odpowiedział. - On musi działać, ona musi być adorowana.

Najpierw jako mała dziewczynka przebierająca się w sukienki mamy i pytająca całe otoczenie, czy jest piękna. Jako ta, która ciągle szuka zainteresowania rodziców. Następnie jako panienka uwielbiająca spojrzenia kolegów, ich komplementy, małe prezenty. A w końcu jako żona ciesząca się z każdej oznaki adoracji ze strony męża oraz jako matka – uwielbiana przez swoje dzieci. To jest tak naturalne jak zioła pomagające przy chorobie, to najbardziej adekwatna cecha, zawierająca w sobie wszystkie inne atrybuty kobiecości. Kobieta chce być Urzekająca, o czym nawołują wciąż państwo Eldredge’owie. (patrz: Stasi Eldredge, „Urzekająca”).

Nie ma nic złego w takim pragnieniu serca kobiety, tak jak nie było niczego niestosownego w zachwycie Adama nad pięknem kobiety. Pielęgnować tą właściwość? Szczycić się nią? A może ją ujarzmić? Ale jak? Wydarza się zwykle coś (zwłaszcza w tak zwanej „współczesności”), co powoduje powątpiewanie w uzasadnienie mnie jako Osoby Adorowanej. Bo oto ktoś mnie wyśmiewa, że czegoś nie potrafię; bo tata nie patrzy, kiedy do niego przychodzę; bo mama krzyczy, żeby się nie stroić; bo koleżanki są zgrabniejsze i inteligentniejsze; bo moje dziecko wcale nie lgnie do mnie-mamy, tylko do taty. Czy oby na pewno jestem piękna? Czy raczej jest to niespełnione marzenie bycie-kimś?

„Upadek przemienił jednak tę specyficzną łaskę w kruchość, i słabość ta często przysparza kobiecie kłopotów, skłaniając do wyborów, podporządkowują ją i czynią z niej czyjąś niewolnicę. W ten sposób zasklepia się ona w wizerunku kobiety powierzchownej, kobiety-przedmiotu, wizerunku, który kłóci się z tym, czy jest ona w głębi…” (Jo Croissant, „Kobieta...”)

Czym jestem w głębi? Czy w głębi jest coś, czy ktoś? Dlaczego o głupich kobietach mówimy, że są puste? I co oznacza ta pustka? Czy pusta jest w głębi i może nią być?

Lubię, kiedy rozmówca patrzy mi w oczy. A także kiedy dobrze czuję się nie tylko w swoim ciele, ale też w otoczeniu innych kobiet. Ale czasem „dziś” jest nie-do-wytrzymania. Bo dziś jest „czasem” ideałów wirtualnych, mechanicznych, w które nie wierzę, w które powątpiewam, ale w które brnę jak w pozornie płytką wodę. Brniemy. Toniemy. To dziś ma znamię grzechu pierworodnego. Ona nie jest już tak piękna jak w Raju. On nie patrzy na nią już tak wtedy – nie w takim zachwycie, nie w tak czystym spojrzeniu. Ale... Przecież jesteśmy zbawieni. Przecież jesteśmy zdolni i do czystości, i do miłości, i do głębokości.

Ale też do upadania – w kult ciała, w kult intelektu, w kult świecidełek i aromatów. Czy kobieta walczy o spojrzenie? Adorować można także siebie samego – w lustrze, albo też w innym człowieku: „kochać się w kimś” to tyle co kochać siebie samego w drugim człowieku – w jego reakcji na mnie, w jego uwielbieniu dla mojej osoby. Ale to ułuda. Ludzkie patrzenie staje się podobne do krzywego zwierciadła, który zniekształca postać, jej piękno i prawdę. Bo czyż nie zepsuty mamy wzrok? Czy możliwe, że sami jesteśmy zepsuci? Druga teoria nie byłaby wcale zła, gdyby nie fakt, że jest Ktoś Większy, Ten, którego Wzrok obejmuje całość człowieka i ma w nim ani obłudy, ani pobłażliwości, ani bałwochwalstwa. Wzrok Boga jako Miłości. Spojrzenie Jezusa z miłością na człowieka.

„Ponieważ zwrócenie się ku sobie, jest naturalną skłonnością, musimy stale zwracać się ku Bogu, pozwolić Mu na siebie spoglądać. Oto zapominając o sobie, odnajdujemy siebie. Jego spojrzenie nas uzdrawia. Jedynie On może wniknąć naszą intymność, nie raniąc. Jedynie On może obnażyć nasze ubóstwo, nie odbierając nam nadziei. To jego miłość nas ocala.” (Jo Croissant, „Kobieta...”)

Czy Bóg może dać nam Swoje Oczy? Czy możne dać patrzącym na nas Swoje źrenice? Może. Tym, którzy naprawdę kochają, Bóg daje spojrzenie w prawdziwej Miłości.

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS