Niewiastę dzielną któż znajdzie? Jej wartość przewyższa perły. (Prz 31, 10)

Panowie na prawo, panie na lewo

Zapraszamy na warsztaty dla kobiet albo na wakacyjny obóz dla mężczyzn. Polecamy wieczór filmowy dla panów albo pań. Zachęcamy też dzieci na specjalnie dla nich przygotowane zajęcia oraz młodzież na spotkania. Czy coś w tym złego? Czy segregujemy świat, dzielimy go na zbiory, które są tylko w naszej głowie? Czy oddalamy od siebie młodych i starych oraz kobiety od mężczyzn?

Bardzo często spotykam się z pytaniami, dlaczego jakaś inicjatywa skierowana jest do określonej grupy. Dlaczego na konkretne spotkanie mogą przyjść tylko kobiety? A jeśli ja jestem mężczyzną i chciałbym posłuchać tego a tego tematu, bo jest dla mnie szczególnie ważny? A jeśli jestem kobietą i chciałabym obejrzeć właśnie to-niby-męskie kino i włączyć się dyskusję? (W tych przypadkach często jednak bardziej pociągająca może być perspektywa, że to jest „dla nich”. Co takiego opowiadają mężczyznom/kobietom, co nie jest dla nas?) Dlaczego tworzymy takie podziały?

Usłyszałam jeden bardzo ciekawy zarzut: kiedyś „u cioci na imieninach” wszyscy siedzieli razem - młodzi i starsi wspólnie biesiadowali, rozmawiali, byli ze sobą. Pytam moich rodziców o to, bo ich „kiedyś” będzie trochę bardziej wyraziste. Tata mówi o jednym: dzieci głosu nie miały. Ja przywołuję w pamięci inne rodzinne imprezy i to, co najbardziej pamiętam, to poszukiwanie „podobnych”, a więc szukanie dzieci. „A będą tam jakieś dzieci?” - na pewno rodzice znają to pytanie swoich pociech. Oczywiście, sympatyczna ciocia, która pomoże nam kolorować obrazki czy wujek, który chętnie zagra z nami w klasy byli równie pomocni, ale na dłużą metę nie potrafili zastąpić rówieśników. Mały Książę powiedziałby, że dorośli byli dziećmi, ale już o tym zapomnieli. Nie ich wina, prawa czasu i życia.

Przypominam sobie także takie momenty, kiedy wszyscy razem (tzn. starsi i młodsi) siedzieliśmy przy stole. Chciałyśmy (ja i siostra) słuchać rozmowy mamy i cioci, ale tylko do czasu było to możliwe, bo w końcu dzieci były wypraszane. Jasne jest, że dzieci chłoną opowieści dorosłych bardzo łatwo, dlatego nie powinny być słuchaczami wszystkich rozmów, a to znowu tworzy grupy. Tak jak 40-latka nie porozmawia z dzieckiem o swoich problemach rodzinnych czy kwestiach związanych z pracą, tak i 10-latka nie porozmawia z dorosłym na temat swoich fascynacji bajkowych czy sportowych (oczywiście „porozmawia”, ale inaczej, mniej fachowo;-) W grupach mieszanych podobnych wiekowo (np. na spotkaniach dorosłych) także tworzą się podziały. Niejednokrotnie kobiety znajdują wspólne tematy, dalekie od tych, które akurat interesują mężczyzn. Znacie może to: „zmieńmy temat, dobrze? ile można rozmawiać o najbliższych wyborach albo o kupnie nowego samochodu”? Oczywiście, nie oznacza to, że przez cały wieczór izolujemy się od siebie! Jednak wizja, w której wszyscy razem przez cały czas toczymy wspólnie dyskusję albo spędzamy czas podzielony równo: każdy z każdym, wydaje mi się zbyt utopijna.

W codziennych relacjach w rodzinie spotykamy się zarówno z osobami innej płci jak i w innym wieku. Nie jest dla nas naturalnym środowisko zupełnie jednolite. Czy potrzebujemy więc jakiegoś bodźca do spędzania czasu z innymi, kiedy nasza codzienność przepełniona jest takimi okazjami? Istnieją przypadki szczególne jak brak jednego z rodziców czy brak dziadków. Ale i w takich sytuacjach budujemy relacje z dalszą rodziną czy z przyjaciółmi. Nie jesteśmy samotnymi wyspami. Poznajemy inność już od początku życia, szukamy swojej tożsamości przez negowanie tego, kim i czym nie jesteśmy. Zawsze będziemy otoczeni przez wielość i różność. Ale jak w tej sytuacji nie stracić poczucia siebie, jak tworzyć siebie nie poprzez negację, ale przez afirmację?

Czy te spotkania „dedykowane” nie mają w sobie czegoś z „imienin u cioci”? To nie jest coś codziennego. Dlaczego spędzamy czas „w swoim gronie”? Szukamy kogoś, z kim dzielimy podobne doświadczenia, ale z innej perspektywy niż te w rodzinie - bo w rodzinie mamy wiele wspólnych spraw i doświadczeń ze względu na naszą więź. Ale czasami jako kobieta chcę porozmawiać z inną kobietą o naszych „babskich” sprawach, o tym, co czujemy, co planujemy, na co czekamy. Jako dziecko chcę z innym maluchem pobawić się w zabawę, której nie zrozumie żaden dorosły, chcę temu innemu opowiedzieć o mojej kolekcji naklejek albo o ulubionej książce. Moje bycie w tym czasie pochłoniętą rozmową z innymi kobietami, nie jest separowaniem się od mężczyzn, nie jest udowadnianiem, że kobiety są lepsze, a z mężczyznami nie ma o czym gadać. To nie ma być dzielenie świata, a jeśli nawet ma w sobie coś z dzielenia czy kategoryzowania, to jest pozbawione wartościowania. Ten czas ma mi pomóc zyskać nową perspektywę, rozważyć sprawy, o których zapominam na co dzień, ma mi pomóc w przypomnieniu sobie mojej tożsamości, tego, że jestem KOBIETĄ i różnię się od mężczyzny. Ten czas ma także kierować do powrotu do naszej codzienności - do ukochanych mężczyzn, do naszych rodzin. Czasem, aby pójść krok do przodu, musimy się cofnąć. Czasem potrzebujemy pustyni czy rozłąki, by powrócić do najbliższych osób.

Dlatego z uporem maniaka będę bronić idei działań skierowanych do pewnych grup. 6-latków nie zainteresuję tym samym co 13-latków czy 30-latków. Pozwólmy sobie być innymi. Dajmy sobie odrobinę przestrzeni. I nie zapominajmy, że wiele inicjatyw jest organizowanych bez ograniczeń albo z mniejszymi ograniczeniami - kursy i spotkania dla zakochanych, narzeczonych czy małżonków, spotkania dla rodziców czy dla całych rodzin... - i tych właśnie jest znacznie więcej!

Czytaj dalej...

Żadna kobieta nie jest tylko kobietą

„Żadna kobieta nie jest tylko kobietą” (Keine Frau ist ja nur Frau) - to chyba jedno z najpopularniejszych zdań z pism Edyty Stein. Zdanie tak pojemne, tak treściwe, a przy tym tak skrótowe. Ciekawa jestem wszystkich możliwych interpretacji (oraz nad-interpretacji i re-interpretacji).

Najważniejsze do zaakcentowania jest owe TYLKO. Gdyby je ominąć, powstałby dziwny twór, stwierdzający, że kobieta nie jest kobietą, co miałoby sens tylko w odpowiednim kontekście, a i tak nie wiadomo, czy miałby jakieś (jakieś mądre i dobre) przesłanie. Najgorszym posunięciem byłoby wyrzucenie obu negacji i zostawienie tego jako: kobieta jest tylko kobietą, bo przecież gdzieś nawet intuicyjnie wyczuwamy, że byłoby to zubożenie i spłaszczenie Sprawy. Chociaż nie powinno być dla nas trudne przywołanie sytuacji surowego patriarchatu, gdzie kobieta faktycznie jest „tylko kobietą”, która nie ma prawa głosu, a jeśli nawet wyrazi swoje zdanie, może zostać uciszona, zignorowana, wyśmiana, przywołana do pionu, do „swojego miejsca w szeregu”. Potrafimy wyobrazić sobie takie podejście, które depcze godność kobiety, podkreślając owe tylko i rozumiejąc je na swój sposób.

Żadna kobieta nie jest tylko kobietą, ponieważ jest zawsze KIMŚ więcej, ponieważ samo bycie kobietą nie wyczerpuje jej tożsamości. Przede wszystkim jest osobą, która na równi z mężczyzną posiada swoją niezbywalną godność i wielkość bycia człowiekiem. Jest Ona nie tylko córką i siostrą, ale staje się oblubienicą, matką, przyjaciółką. Przyjmuje role żony, wychowawczyni, opiekunki, a także wykorzystując swoje talenty i umiejętności, podejmuje najróżniejsze prace w społeczeństwie. Dzięki swojej wrażliwości na drugiego człowieka oraz innym cechom, które tak naturalnie i powszechnie nie przysługują mężczyznom, jest po prostu niezastąpiona.

W jednym z odcinków świetnego amerykańskiego serialu „Siódme niebo” kilkuletnia Ruthy za zadanie domowe dostaje napisać: kim chciałaby być w przyszłości. Zabiera się do tej pracy bardzo poważnie i skrupulatnie. Przygląda się pracy ojca-pastora, rozmawia ze starszym bratem-pielęgniarzem i kilkoma innymi osobami z jej otoczenia. Ale w tym wszystkim, co widzi i słyszy, nie odnajduje żadnego celu ani czegoś, co by ją pociągnęło. I oto do jakiego dochodzi wniosku... Ruthy pragnie zostać mamą! Jednak nie chodzi tu konkretnie i jedynie o aspekt macierzyństwa, ale o bogactwo, jakie ma w sobie jej mama, o wielość spraw, jakimi się zajmuje. Okazuje się ona nie tylko mamą, ale także psychologiem, nauczycielem, dekoratorem wnętrz, zarządcą, kucharką, a gdy trzeba także mechanikiem. Mama (moglibyśmy poszerzyć: Kobieta) nie zamyka się w jednym zawodzie, w jednym zadaniu, ale jest elastyczna, zdolna do ogarnięcia wielu spraw w swoim otoczeniu i wytyczeniu celów. Mama to ktoś więcej niż tylko mama - odkrywa dziewczynka.

Przewiduję pewną problematyczność: a czy o mężczyźnie nie powiemy podobnie, czyli: Żaden mężczyzna nie jest tylko mężczyzną? W świetle powyższych dywagacji nie możemy wręcz powiedzieć inaczej. Mężczyzna także zawiera w sobie bogactwo - ról i relacji, swoich zadań i umiejętności. Zwróćmy jednak uwagę na fakt, iż o tym, że mężczyzna jest "kimś więcej", nie trzeba nawet przypominać (choć w świetle dzisiejszych kryzysów chyba jednak już trzeba). A jak musiało to zabrzmieć zdanie o kobiecie w latach 20-30. XX w.? Na pewno odważnie i poważnie. A dziś? W dobie wy-emancypowanych kręgów kobiecych, wojujących feministek i ruchów genderowych to zdanie chyba musi powrócić z dużą siłą i nowym przesłaniem.

I wreszcie mój ulubiony komentarz do powyższego zdania.

Żadna kobieta nie jest tylko kobieta, ale jest AŻ kobietą.

Czytaj dalej...

Kobieta rządzi

Pewien starożytny paradoks brzmi mniej-więcej tak:
Mały synek rządzi swoją matką, matka rządzi ojcem, ojciec rządzi Ateńczykami, Ateńczycy – Grecją, a Grecja – światem. Wniosek? Chłopiec rządzi światem.

Oczywiście, mamy tutaj do czynienia z błędem logicznym. Analogie są wszak zbyt słabe, ale to sprawa jasna i teraz nieistotna. Zastanawiam się najmocniej nad drugim przejściem: mama rządzi tatą. I o tym teraz.

Zastanawiałam się ostatnio z koleżankami, jaka jest nasza kobieca sytuacja w świecie, w polityce, w biznesie. Mamy gorzej. Mało nas choćby w Sejmie. Mało nas na filozofii, mało nas – prawdziwych poetek i pisarek. Trochę to dziwne, przykre...W niektórych sytuacjach trudno dziwić się feministycznym postulatom (nie wszystkim, żeby było jasne!).

Może jednak dobrze, że nie kobietom został powierzony całkowicie ster do rządów nad światem?;-) Nasza zmienność mogłaby być niekiedy ciężkim balastem. Kobieca uczuciowość nie potrafiłaby niekiedy stawiać twardych tez i bolesnych dla innych rozwiązań. A może po prostu - chciałybyśmy zawsze za wszelką cenę „dogadać się”? Chwała Bogu, w wielu dziedzinach i sferach życia kobiety na równi z mężczyznami podejmują najróżniejsze zadania. Nie brak wybitnych kobiet-strategów, dyplomatek i bizneswoman, ale czy jest to reguła?

Czy to znaczy, że panowie – gotowi do zdobywania, czasem bitwy, nieokiełznania, dzikości – właśnie oni sami rozporządzają światem, skoro w wielu przestrzeniach publicznych jest ich procentowo więcej niż nas, niewiast?

I tu właśnie odpowiedź niesie paradoks. Bo jakże nie mówić o wielkiej roli kobiety: żony i matki, która naprawdę potrafi mężczyznę uwrażliwiać, otwierać na piękno, częstokroć hamować przed najgorszym. Która z pań nie słyszy: „gdyby nie ty, już dawno bym to rozwalił”, „gdyby Ciebie nie było, rzuciłbym to wszystko, nie miałbym po co i o co walczyć”? Która z nas nie czuje, że w jej obecności każde wulgarne słowo zmienia się w lekki eufemizm? Że nasz uśmiech pomaga łagodzić, uspokaja, nasze serce jest schronieniem dla wielu, to my dajemy motywację naszym mężczyznom do zmian, do zmieniania siebie, do zmieniania świata na lepsze.

Nie jest to żadne odkrycie. Ale jakże nobilituje kobietę. Naprawdę, gdy myślę, że mamy taką władzę, to aż się boję.
Że o niej zapomnimy.

Czytaj dalej...

Czy jestem piękna?

„Kobieta bardziej niż mężczyzna jest wrażliwa na to, jak się ją widzi. Potrzebuje uznania, potrzebuje podobać się, być podziwianą, a w głębi – by ją kochano. Być może jest to tęsknota za pierwszym zachwytem Mężczyzny-Adama nad Kobietą-Ewą, za tym spojrzeniem, które spowodowałoby, że stałaby się w pełni kobietą i szczęściem dla mężczyzny.” (Jo Croissant, „Kobieta. Kapłaństwo serca.”)

Jedna z najprostszych różnic między kobietą a mężczyzną? - spytał mnie kiedyś pewien kierownik duchowy i po chwili sam odpowiedział. - On musi działać, ona musi być adorowana.

Najpierw jako mała dziewczynka przebierająca się w sukienki mamy i pytająca całe otoczenie, czy jest piękna. Jako ta, która ciągle szuka zainteresowania rodziców. Następnie jako panienka uwielbiająca spojrzenia kolegów, ich komplementy, małe prezenty. A w końcu jako żona ciesząca się z każdej oznaki adoracji ze strony męża oraz jako matka – uwielbiana przez swoje dzieci. To jest tak naturalne jak zioła pomagające przy chorobie, to najbardziej adekwatna cecha, zawierająca w sobie wszystkie inne atrybuty kobiecości. Kobieta chce być Urzekająca, o czym nawołują wciąż państwo Eldredge’owie. (patrz: Stasi Eldredge, „Urzekająca”).

Nie ma nic złego w takim pragnieniu serca kobiety, tak jak nie było niczego niestosownego w zachwycie Adama nad pięknem kobiety. Pielęgnować tą właściwość? Szczycić się nią? A może ją ujarzmić? Ale jak? Wydarza się zwykle coś (zwłaszcza w tak zwanej „współczesności”), co powoduje powątpiewanie w uzasadnienie mnie jako Osoby Adorowanej. Bo oto ktoś mnie wyśmiewa, że czegoś nie potrafię; bo tata nie patrzy, kiedy do niego przychodzę; bo mama krzyczy, żeby się nie stroić; bo koleżanki są zgrabniejsze i inteligentniejsze; bo moje dziecko wcale nie lgnie do mnie-mamy, tylko do taty. Czy oby na pewno jestem piękna? Czy raczej jest to niespełnione marzenie bycie-kimś?

„Upadek przemienił jednak tę specyficzną łaskę w kruchość, i słabość ta często przysparza kobiecie kłopotów, skłaniając do wyborów, podporządkowują ją i czynią z niej czyjąś niewolnicę. W ten sposób zasklepia się ona w wizerunku kobiety powierzchownej, kobiety-przedmiotu, wizerunku, który kłóci się z tym, czy jest ona w głębi…” (Jo Croissant, „Kobieta...”)

Czym jestem w głębi? Czy w głębi jest coś, czy ktoś? Dlaczego o głupich kobietach mówimy, że są puste? I co oznacza ta pustka? Czy pusta jest w głębi i może nią być?

Lubię, kiedy rozmówca patrzy mi w oczy. A także kiedy dobrze czuję się nie tylko w swoim ciele, ale też w otoczeniu innych kobiet. Ale czasem „dziś” jest nie-do-wytrzymania. Bo dziś jest „czasem” ideałów wirtualnych, mechanicznych, w które nie wierzę, w które powątpiewam, ale w które brnę jak w pozornie płytką wodę. Brniemy. Toniemy. To dziś ma znamię grzechu pierworodnego. Ona nie jest już tak piękna jak w Raju. On nie patrzy na nią już tak wtedy – nie w takim zachwycie, nie w tak czystym spojrzeniu. Ale... Przecież jesteśmy zbawieni. Przecież jesteśmy zdolni i do czystości, i do miłości, i do głębokości.

Ale też do upadania – w kult ciała, w kult intelektu, w kult świecidełek i aromatów. Czy kobieta walczy o spojrzenie? Adorować można także siebie samego – w lustrze, albo też w innym człowieku: „kochać się w kimś” to tyle co kochać siebie samego w drugim człowieku – w jego reakcji na mnie, w jego uwielbieniu dla mojej osoby. Ale to ułuda. Ludzkie patrzenie staje się podobne do krzywego zwierciadła, który zniekształca postać, jej piękno i prawdę. Bo czyż nie zepsuty mamy wzrok? Czy możliwe, że sami jesteśmy zepsuci? Druga teoria nie byłaby wcale zła, gdyby nie fakt, że jest Ktoś Większy, Ten, którego Wzrok obejmuje całość człowieka i ma w nim ani obłudy, ani pobłażliwości, ani bałwochwalstwa. Wzrok Boga jako Miłości. Spojrzenie Jezusa z miłością na człowieka.

„Ponieważ zwrócenie się ku sobie, jest naturalną skłonnością, musimy stale zwracać się ku Bogu, pozwolić Mu na siebie spoglądać. Oto zapominając o sobie, odnajdujemy siebie. Jego spojrzenie nas uzdrawia. Jedynie On może wniknąć naszą intymność, nie raniąc. Jedynie On może obnażyć nasze ubóstwo, nie odbierając nam nadziei. To jego miłość nas ocala.” (Jo Croissant, „Kobieta...”)

Czy Bóg może dać nam Swoje Oczy? Czy możne dać patrzącym na nas Swoje źrenice? Może. Tym, którzy naprawdę kochają, Bóg daje spojrzenie w prawdziwej Miłości.

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS