Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie (Łk 10, 39)

Kalendarzowe kulisy, czyli czego się nauczyłam

Już, nareszcie, w końcu nadeszło życie po premierze Kalendarza Kobiety 2017. Skąd to westchnienie? Po prostu nie przewidziałam, że będzie się z nią wiązało tyle emocji i wydarzeń. Choć doświadczenie rośnie (4 edycje Kalendarza, ponad 3 lata pracy), to jednak ciągle dzieje się coś nowego i emocje nie słabną. Przed premierą działo się wiele. Wiedziałam, że już kilkaset osób czeka na swój zamówiony Kalendarz. Zaczęły się także nieprzewidziane wcześniej schody – czyli opóźnienia w drukarni… Czekanie było bardzo trudne i mogę to powiedzieć śmiało – najtrudniejsze było dla mnie. Ale choć jest już po premierze, emocje są nadal duże. Bo to dopiero początek kolejnych działań i wyzwań – programu #jawJEGOoczach czy projektu Między Niewiastami. Ale w tym czasie pomiędzy, w tej chwili oddechu, dzielę się z Wami trochę moją drogą, kulisami tego projektu i moimi odkryciami. A właściwie tym, czego uczy mnie Bóg w tym czasie... 

Bóg wie co i jak

Kiedy pojawił się pomysł kalendarza? Nie mam pojęcia! Nie pamiętam tej jednej chwili, tego olśnienia. Nie tak było. To powoli kiełkowało. W maju 2012 mówiłam nawet głośno o tym projekcie, nie mając pojęcia jak robi się Kalendarz, jak miałby wyglądać, co dokładnie miałby zawierać… Miałam w sobie to jedno cudowne uczucie zachwytu, to „łał”, które towarzyszyć miało temu dziełu, kiedy już je będę mieć! Kiedyś tam. Miałam też wiele obaw. Ale był obok mnie najbardziej szalony optymista i wizjoner, jakiego spotkałam… i z jakim związałam swoje życie, czyli mój mąż. Bóg naprawdę wie co i jak. On nas przygotowuje według swoich planów, On nas zna, On widzi wszystko, widzi dalej i szerzej niż my. Gdybym nie miała swojej historia życia, gdybym nie spotkała Mariusza, gdybym nie lubiła pisać, gdybym nie umiała zarządzać pracą zespołu… to nigdy nie powstałby ten Kalendarz. Nawet więcej, okazuje się, że coraz bardziej mogę wykorzystać swoje talenty i dawne pasje, mogę się rozwijać. Mogę na przykład przez chwilę być producentem sesji zdjęciowej (marzyła mi się reżyseria dawno temu) albo grafikiem (jak dziecko sprzedawałam swoje obrazki ;-) 

Po owocach poznacie

Czy to jest naprawdę dobre dzieło? Czy jest zgodne z wolą Boga? Te pytania zadaję sobie naprawdę na poważnie. Jak mam usłyszeć odpowiedź? Co ma być potwierdzeniem? Ilość sprzedanych Kalendarzy, ilość zwrotów, ilość błędów, ilość podziękowań? Czy to w ogóle da się przeliczyć? Zasada owocowania jest dla mnie, przyznaję, trudna. I to nie od dziś. Bo poznawanie po owocach oznacza, że trzeba dać sobie czas, pozwolić sobie na błędy, cierpliwie przyglądać się, zmieniać, weryfikować i trochę, nie wiedzieć dokąd się zmierza i czy idzie się dobrze. Ale dziś widzę dobre owoce. Dostaję wiadomości od kobiet, które mówią, że ten mały kalendarz jest dla nich czymś dobrym i inspirującym, że przypomina im o tym, co ważne, że jest ich towarzyszem, powiernikiem. Albo że jest to dobry prezent dla kobiet, które są im bliskie… Albo że mają już trzy czy nawet cztery takie kalendarze i będą czekać na kolejne...  

On jest Zbawicielem

Wiem, że to On daje wzrost, to On jest Tym, Który prowadzi. Ale przypominam sobie o tym szczególnie mocno w tych chwilach, kiedy za bardzo skupiam się na tym, co JA mogę zrobić. Kalendarz nie jest zbawiennym elementem życia kobiety, ale czuję odpowiedzialność za to, jaki będzie mieć kształt i jakie treści będzie niósł. Myślę często i modlę się za kobiety, które będą z niego korzystać. Ale kiedy za bardzo zaczynam się przejmować tym, co leży po mojej stronie, słyszę jak Jezus mówi mi w tym moim wewnętrznym zamieszaniu: daj spokój, to tylko Kalendarz. Lubię sobie to przypominać. Tylko Kalendarz. 

Nie tworzymy dzieł idealnych

Żaden z dotychczasowych Kalendarzy nie uzyskałby miana idealnego. Każdy z nich poprawiłabym jeszcze w wielu miejscach. Chciałabym, by było lepiej. Skupiam się często na błędach, nie na tej dobrej części. To cud, że powstały aż cztery kalendarze, biorąc pod uwagę takie nastawianie. Ale powoli uczę się dystansu i radości z tej nieidealności, z tego, że można zrobić coś wystarczająco dobrze, by było pięknie. Kilka lat temu pisałam pewien polemiczny tekst, na którym bardzo mi zależało. Wiedziałam, że każde słowo muszę ważyć. Zwlekałam długo z wysłaniem tego, co udało mi się stworzyć. Chciałam, by tekst był naprawdę dobry. Chciałam nie mieć sobie nic do zarzucenia. Spacerując ul. Sławkowską (bo było to za naszych krakowskich czasów), spotkałam pewnego księdza doktora, dla mnie mistrza teologii i filozofii. Podzieliłam się z nim swoimi rozterkami. Powiedział mi wtedy: "Pani Kasiu, nie tworzymy dzieł idealnych”. Wracają do mnie jego słowa bardzo często. Stąd też to, co cieszy mnie najmocniej, to mój własny postęp. To, że z każdym rokiem jest to coraz lepsze. W moich oczach.

Nie da się zadowolić wszystkich i trafić do każdego serca

Co roku otrzymuję takie same pytania: a może mniejszy format? Dlaczego on jest taki duży i ciężki? To prawda, Kalendarz nie jest mały, choć miał być. Ale gdy okazało się, że nie zmienia to kosztu druku, został ten format. I pozostał. Czy powstanie mniejsza wersja? Może. Ale niekoniecznie. Mam w pamięci kwestie sprzedaży i organizacji. Nie tworzę czegoś dużego. Ale kto wie, może kiedyś. Dziś już wiem, że na pewno to nie jest uniwersalny Kalendarz. I wiem, że nie musi być. Nie mam takich ambicji. Nie obrażam się, kiedy słyszę: to nie dla mnie. Nie musi się podobać każdej kobiecie. I nie mówię tego nadąsana, ale naprawdę wolna. Dla wielu może być za duży, za mały, za kolorowy, za ciężki itd. Nie da się stworzyć czegoś tak idealnego i tak uniwersalnego, by każdemu pasowało i dobre służyło. Ale to doświadczenie jest dobre! Przypomina mi także o tym, jak jesteśmy cudownie różnorodne :-) i o tym, jak wielobarwna jest kobiecość! Tak trzymać, Niewiasty!

Radość i dobre słowo - cenniejsze niż perły

Ale wobec tych pytań i skarg pojawia się znacznie więcej ciepłych słów od serca. Podziękowania, dobre słowa, małe świadectwa, a nawet zdjęcia – Kalendarza „w użyciu” (nic nie cieszy mnie bardziej niż to, gdy widzę, że on jest „w ruchu”!). To dodaje skrzydeł i motywuje mnie do dalszej pracy. To nadaje sens tym latom poszukiwań i trudnym momentom. A kto wie, może i zaraz zacznę obmyślać Kalendarz Kobiety 2018… ;-) (Motyw przewodni już mam! Domyślacie się?)

On jest też dla mnie

Tworzenie tego Kalendarza to dla mnie wyzwanie i zadanie – odkrywania siebie i odkrywania Boga. Studiowanie poematu o Dzielnej Niewieście, zagłębianie tematu Pieśni nad Pieśniami czy kobiet Nowego Testamentu. Wiem, że to jest też moja droga wzrastania. Robię to dla Was, ale robię to też i jak dla siebie. Mogłabym za moim mężem powiedzieć: myślałam, że chcę Wam coś dać, a okazało się, jak bardzo to jest dla mnie i jak wiele ja sama muszę się jeszcze nauczyć. (Mój mąż mówi tak w kontekście tworzenie męskiej wspólnoty Przymierze Wojowników). Miałam opory przed umieszczaniem swojego zdjęcia w Kalendarzu. Nie uważam się za modelkę, ale wiecie, nie o wdzięk modelki tu chodzi... Tylko czy to nie wygląda nieskromnie? W Kalendarzu 2015 nie jestem widoczna zbyt wyraźnie (taka też była konwencja zdjęć), ale byłam najlepszą modelką - zawsze na planie ;-) W Kalendarzu 2016 trochę spontanicznie pojawiło się i moje ciążowe zdjęcie. Ale przyznam szczerze – w Kalendarzu Kobiety 2017 chciałam się pojawić. Chciałam wziąć udział w tej przygodzie tak jak 12 innych zaproszonych przeze mnie kobiet. Chciałam odnaleźć siebie w jednej z tych historii w sposób szczególny. Jako ostatnia wybierałam postać „dla siebie”. Nie pomyślałam o niej na początku, bo brałam pod uwagę tylko Ewangelie, a jednak to właśnie obok historii Pryscylli zobaczycie moje zdjęcie. Tak, jestem jedną z tych kobiet, dokładnie jedną pośród nich, taką jak one, jedną między niewiastami… I jest mi tu dobrze!

Ściskam i pozdrawiam najgoręcej z Serca Was wszystkie!

 

Katarzyna Marcinkowska

***

Jeśli nie miałyście okazji korzystać z Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 – polecam eBook Kalendarzowe Inspiracje, w którym zbieram najważniejsze treści z tych wydań.

Więcej o Kalendarzu: www.kalendarzkobiety.pl

Czytaj dalej...

A może to dobry czas na spotkanie z Nim w ich historii? Czyli mam coś dla Was!

Zielono mi! Kiedy spoglądam przez okno widzę drzewa. Kiedy przymykam oko na budynek naprzeciwko, czuję się jak w lesie albo w wielkim ogrodzie. Układam kwiaty na balkonie i kiedy tylko mam możliwość, tam właśnie spędzam czas. Ze Słowem, z mężem, z przyjaciółmi. Czasem z kawą ;-) Czasem z dziećmi (choć to akurat wymaga więcej gimnastyki...) W tej całej zieloności wokół myślę sobie o tle cudownej Księgi, którą rok temu inspirowaliśmy się podczas sesji zdjęciowych. O Tej małej-wielkiej Księdze, która wciąż jest do odkrywania dla wielu z nas. Tej tak bliskiej każdej kobiecie - mówiącej o pięknie i o miłości. Tej, którą studiowałam bacznie rok temu, by móc o niej coś więcej powiedzieć, a do której teraz wracam, by odkrywać na nowo, głębiej, więcej.

Więc w tym zielonym czasie, w tej pełni lata - owocowania i kwitnienia - chciałam Was zachęcić do sięgnięcia (po raz pierwszy albo po raz kolejny) do Pieśni nad Pieśniami.  Jeśli macie Kalendarz Kobiety 2016 - możecie posłużyć się zawartymi tam cytatami, inspiracjami i komentarzami. Jeśli natomiast nie macie... to zaraz możecie mieć! Przygotowałam dla Was 10 sztuk, które bardzo chętnie przekażę tym z Was, które szukają inspiracji. Kalendarz może być nie tylko terminarzem na drugą część roku, ale może stać się notesem z podróży przez Pieśń nad Pieśniami albo i więcej - z Waszej podróży u boku Oblubieńca. Zresztą - to wszystko zależy tylko od Was.

Jeśli więc chcecie takiego towarzysza, napiszcie w komentarzu w jednym zdaniu coś na temat lata, coś o obecnym czasie. Co najbardziej lubicie w tej porze roku? Co Was inspiruje? Jak odpoczywacie? Co daje Wam siłę? itd. Na Wasze komentarze czekam do 18.07.  

 

 

Czytaj dalej...

Włącz się w tworzenie Kalendarza Kobiety 2017

Właśnie powstaje nowy Kalendarz Kobiety 2017. Nie dowierzam, że dzieje się to już po raz czwarty, a rzeczywiście - tak właśnie jest! Każdy nowy kalendarz to nowe pomysły, nowe pragnienia, nowe wyzwania i kolejne doświadczenia. I wielka przygoda, dzięki której odkrywam bardziej samą siebie, poznaję ludzi (i to nie tylko w rozmowach, ale też w działaniu) i przełamuję wiele swoich barier.  

Dzisiejsze przedpołudnie upłynęło pod znakiem sesji zdjęciowej (kolejnej już i przedostatniej :-). W ubiegłym roku szukaliśmy zieleni i ogrodów (w nawiązaniu, oczywiście, do naszego motywu przewodniego, czyli pieśni nad pieśniami). W tym roku stworzyliśmy małe studio, gdzie mogliśmy w spokoju i w skupieniu (przeplatanym oczywiście licznymi uśmiechami i żartami sytuacyjnymi) zgłębiać kolejne fragmenty z Ewangelii, by móc zilustrować opisane w niej kobiety. Nie, nie tak bardzo dokładnie, nie tak jakbyśmy naprawdę chcieli zrobić im portrety, ale jakbyśmy chcieli odnaleźć je w sobie. Odkrywając, że w każdej z nas jest część nich - ich życia, ich braków, ich uzdrowienia, ich doświadczeń. 

W związku z tymi pracami pragnę już po raz trzeci zaprosić Was do włączenia się w tworzenie Kalendarza. Tym razem proszę o niedługie wypowiedzi (do 800 znaków ze spacjami) na temat kobiet (a najlepiej jednej konkretnej, wybranej kobiety) opisanych w Nowym Testamencie. Która historia najbardziej Was porusza? Dlaczego jest Wam bliska? Co ona mówi Wam o Bogu? Co mówi o Was? Czego Was uczy, o czym przypomina? W której kobiecie możecie odnaleźć najbardziej siebie? 

Na Wasze wypowiedzi czekam do 26.06 pod adresem Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Wybrane wypowiedzi zostaną opublikowane w Kalendarzu Kobiety 2017, a autorki otrzymają pierwsze egzemplarze Kalendarza (zaraz po jego premierze - na jesieni 2016) wraz z małym upominkiem. 

Czytaj dalej...

Sprawy DOMowe, czyli o tym, że jednak podcastu nie będzie

Miał być wakacyjny podcast. Naprawdę. Zgodnie z obietnicą daną samej sobie i tym z Was, które czasem słuchają moich skromnych nagrań. Tak, miał być. Taki podwójny, może dłuższy, bardziej rozbudowany, odwołujący się do fragmentów z Kalendarza z lipca i sierpnia, które w jakiś miły, choć niezaplanowany chyba wcześniej sposób, odwołują się do tej samej przestrzeni życia – domu. I już nawet w notesie z zieloną okładką zaczęłam notować pierwsze myśli i w domowym grafiku zaczęłam poszukiwać dogodnych terminów na nagrania i obróbki, ale jednak nie. Nie będzie wakacyjnego odcinka. Na przekór swojej obowiązkowości, na przekór wytrwałości i temu wszystkiemu, co krzyczy: Kaśka, przecież musisz, dasz radę itd. Może trochę uciekam od tematu, bo choć tak wdzięczny, to wydaje mi się bardzo trudny, a może właśnie do niego chcę dotrzeć, ale nie na skróty. Tak, chcę wakacyjnie badać bieg spraw mojego domu, chcę uzupełniać spiżarkę i dekorować ściany. Chcę nagrać kolejne podcasty dla moich dzieci, bo te teraz będą opowiadać o momentach dla nas i dla nich szczególnie przełomowych. Tak, chcę być bardziej w domu. 

Być może przyniesie to nowe natchnienia i myśli. Dziś tylko kilka refleksji nad dwoma fragmentami z Poematu o Dzielnej Niewieście. Z wielką radością przeczytam i Wasze rozważania na ten temat!

Bada bieg spraw domowych (Prz 31, 27a)

Dla domu nie boi się śniegu, bo dom odziany na lata. (Prz 31, 21)

***

Dom. Dla mnie to przede wszystkim miejsce bezpieczne, choć o tym bezpieczeństwie nie świadczą dźwiękoszczelne ściany i zamknięte na kłódkę drzwi. A na pewno – nie tylko, bo przecież i te techniczne oddzielenie od świata wytycza granice intymności. Bezpiecznie jest wtedy, gdy w tym domu mogę być sobą. Gdy mogę powiedzieć, co czuję, zrobić to, co najbardziej lubię i gdy wiem, że jestem tutaj kochana i akceptowana. Tutaj najmocniej. Tutaj najmocniej spełniona, nawet gdy niespełniona, nawet gdy przegrana, tutaj przyjęta, nawet gdy odrzucona. Gdy ambicje podpowiadają możliwe jeszcze rozwiązania i wszystko co mogłam była już zrobić albo co jeszcze można by nadrobić, i pokazują jak bardzo jestem w tyle za tym czy owym, zaczynam dostrzegać prawdziwe, najprawdziwsze perły, jakie mam. Czyli tych, których kocham. I to, że ja mogę stawać się dla nich perłą. Albo nawet nie. Więcej niż perłą. 

Jaki byłby pożytek z poznania, rozpracowania i zbadania serca kobiety, gdybym nie poznała choć po części, choć niejasno, choć jeszcze ułomnie, serc swoich dzieci i męża. I co za największy wysiłek i wyczyn - to dla nich być perłą, dla nich być Dzielną Niewiastą. Nie dla tych spotkanych gdzieś w przelocie ludzi, którym zostawię po sobie uśmiech, bo to przecież całkiem proste. A jak często zabiegamy bardziej o tych innych, o tych dalszych, zamiast o tych najbliższych. 

A jeśli kto nie dba o swoich, a zwłaszcza o domowników, wyparł się wiary i gorszy jest od niewierzącego. (1 Tm 5, 8)

Żeby badać bieg spraw domowych konieczna jest obecność. W domu. Ale i w swoim wnętrzu. By nie tylko znać ten dom i jego sprawy, jego labirynty, pokrętne schody i wysokie okiennice... ale by też rozumieć zależności. By znać wpływy. By znajdywać rozwiązania w chwilach najbardziej stosownych. Żeby działać w domu, trzeba w nim bardziej być niż go mieć. Być nie tylko w kuchni, ale we wszystkich jego pokojach i nie-pokojach, w każdym zakamarku, gdzie dzieją się sprawy powszednie i niezwykłe. Być obecną ciałem i sercem. I sama nie wiem, co dzisiaj jest dla nas kobiet trudniejsze, która część nas tam naprawdę jest. Która naprawdę chce być, a która jest a jakby jej nie było.

***

Jeśli Pan domu nie zbuduje, próżno trudzą się ci, którzy go budują. (Ps 127, 1)

Dom nie jest, dom ciągle się staje. Jest budowany siłami jego mieszkańców, dom-owników. Najwięcej wysiłku trzeba włożyć w fundamenty, w przemyślany rozkład funkcjonalności, przestrzeni życia, ale i później w utrzymanie tego porządku i jego niepowtarzalnego stylu. I chodzi nie tylko o szorowanie podłogi, odkładanie rzeczy na miejsce czy wybieranie sezonowych dodatków, ale o to, co ten dom naprawdę tworzy – o relacje. O nie trzeba zabiegać najwięcej. W fundamentach i w codzienności.

Dzielna Niewiasta nie boi się śniegu, jej dom ma mocne fundamenty. W jej domu nie brakuje zapasów. Jest przezorna, obrotna, przewidująca – a przy tym wcale nie wiecznie zatroskana i smutna, ale radosna. Nie boi się żywiołów. Nie boi się burz, huraganów, suszy, nie boi się trudności. Bo ten dom zna. Bo ten dom jest mocny. Nie tylko wytrzymałością materiału i nie tylko pełną spiżarnią, ale mocą więzi i miłości. Tej ludzkiej i tej pochodzącej od Źródła.

Budowa na skale to nie ucieczka przed żywiołami, które są wpisane w tajemnicę człowieka. Budować na skale znaczy mieć świadomość, że w trudnych chwilach można zaufać pewnej mocy. (Benedykt XVI)

Kura domowa?

Chciałabym być kurą domową. Ale taką prawdziwą. Czy wiecie, że to wyrażenie ma niewiele wspólnego z ptakiem znoszącym jajka? Cura domestica - z języka łacińskiego - to ten, kto troszczy się o dom. Kto zna problemy i troski mieszkańców. Kto jest z nimi i dla nich. I choć wydaje się to takie proste, takie niewymagające, a w dzisiejszym świecie - z jednej strony wręcz mało ambitne, a z drugiej - pociągające, pasjonujące (zauważyłyście jak wiele jest blogów na temat spraw domowych, sztuki gotowania, gospodarowania i w ogóle upiększania tego naszego małego świata i cieszenia się drobiazgami?:-) to wiem i doświadczam, jak wielkie jest to wyzwanie. 

I o tym też się mówi. Że to przecież takie ważne, że kto inny jak mama pocałuje stłuczone kolanko (właśnie zaczynam ten etap:-), kto inny jak żona wprowadzi do domu to ciepło, ten blask, tę kobiecą rękę. Że nawet ekonomicznie to rozpatrując - zlecenie tego wszystkiego, co robi się w domu komuś innemu (gotowanie, sprzątanie, prasowanie, opieka nad dziećmi itp.) to ogromne sumy!

Ale im bardziej wchodzę w ten świat - dylematów młodych mam, rozterek młodych i starszych małżeństw, radości i smutków kobiet, to myślę sobie, że najwięcej dzieje się w naszych sercach. Opinie opiniami, statystyki statystykami, a my i tak czujemy swoje. My tam dokonujemy wyborów, my tam wartościujemy, tam tęsknimy do pracy na wydłużającym się urlopie czy też przytłoczone aktywnością i rozproszeniem marzymy o prawdziwej obecności w sprawach domowych. To tam we wnętrzu decydujemy o tym, co jest dla nas ważne, jak podzielimy siły i swoje zdolności, jak same siebie określimy i gdzie postawimy granicę. I czy będziemy chciały i w jaki sposób budować dom.

By prawdziwie badać bieg spraw domowych, najpierw musimy zbadać swoje serce.

Jestem w połowie drogi.

***

A wakacyjnie mogę Was po prostu zaprosić do nagranych już sześciu odcinków podcastu! :-) 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS