Pan otworzył jej serce, tak że uważnie słuchała słów Pawła (Dz 16, 14)

Dziecięce piękno

Zazdroszczę dzieciom, oczywiście nie tak całkowicie. Szczególnie dziś nie zazdroszczę im tych nowych czasów, w jakich przyszło im dorastać. Nie zazdroszczę im też tego, że czeka je jeszcze wiele lat żmudnej edukacji, która, choć piękna, to prawda, jest ogromnym wysiłkiem. Nie chciałabym wrócić do przedszkola, choć małość tych wielkich dziecięcych problemów jest kusząca. Cieszę się z momentu, w którym dziś jestem, bez żalu za przeszłością, choć ta po Mickiewiczowsku maluje mi się często sielska, anielska... (Czas podobno leczy rany, może też zmienia paletę barw naszych wspomnień.) 

Też byłam dzieckiem, choć prawie tego nie pamiętam. A już najmniej mogę przywołać wspomnienia tych pierwszych tygodni i miesięcy. Gdybym została wtedy uwieczniona na kamerze... (tego akurat dzisiejszym dzieciom zazdroszczę), ciekawe, czy w tym nieporadnym i maleńkim dziecku, potrafiłabym odnaleźć siebie? Czy uwierzyłabym, że ono to ja? Zazdroszczę czegoś dzieciom, choć i one nie na zawsze to coś mają, one też staną się dorosłe, co zawsze dzieje się za szybko i jakby z zaskoczenia. (To już dorosłeś? Kiedy?) Irciu, tak, pewnie będziesz miał kiedyś żonę, o ile inaczej nie zdecydujesz, ale najpierw będziesz chciał się ożenić z mamą, tak czuję. 

Patrzę ostatnio na miesięcznego Irusia i zazdroszczę mu jednej rzeczy szczególnie. (Poza oczywistym brakiem większych zmartwień niż te: jestem głodny, zmęczony...) Mianowicie zazdroszczę mu tego, że nie wie, jaki jest piękny. Tego, że nie ma pojęcia, jak bardzo rozczula nas swoimi nie zawsze świadomymi uśmiechami (a tymi świadomymi jeszcze bardziej), swoimi grymasami, spojrzeniami, gestami, małymi-wielkimi wyczynami, nawet ziewnięciem czy sposobem, w jaki zasypia albo budzi się. On nie wie jeszcze, że wzbudza zachwyt, że jest urzekający, że pozwala nasycać serca radością i czułością, że nas rozbraja z naszego zmęczenia i skumulowanych nerwów jak najlepszy, niezawodny saper. Jednym uśmiechem, mrugnięciem powieki. Nie jest słodki po to, by coś osiągnąć, żeby otrzymać to, czego akurat potrzebuje (prawdę mówiąc, wtedy, gdy czegoś chce natychmiast, raczej przestaje być tak urzekający ;-) Nie układa strategii, nie próbuje być na siłę piękny, on taki jest po prostu. Taka jest prawda o nim. I nie ma o tym pojęcia. Jeszcze, do czasu. Jeszcze przez chwilę jest piękny tym swoim nieznanym mu najczystszym pięknem i jego działaniem. Choć przez chwilę.

Wiele lat temu, będąc w aquaparku, razem z siostrą próbowałyśmy dobroczynnego działania jacuzzi. Pamiętam, że w pewnym momencie dołączyła do nas dziewczyna (młoda nastolatka, jakoś w podobnym do mnie wieku) z tatą, który pomagał jej wygodnie usiąść w wodzie. Dziewczyna patrzyła przed siebie, ale nie obejmowała nas wzrokiem, była niewidoma. Uderzyło mnie to, jak śliczna była ta dziewczyna, z pewnością wygrałaby szkolne wybory miss, a może i nie tylko szkolne. Była przepiękna... Pomyślałam wtedy (i do dziś to pamiętam), że nawet gdy ona to usłyszy, to i tak nie będzie do końca wiedziała, co to znaczy, nie zobaczy, jaką urodą została obdarzona, nie będzie mogła porównać się z innymi kobietami. Nie zobaczy, jak wzbudza zachwyt w oczach bliskich i całkiem nieznanych osób, choć na pewno dzięki prawdziwej miłości będzie to czuła lepiej niż niejedna z nas. Może będzie czuła swoje piękno o wiele prawdziwiej niż osoby widzące. Mam nadzieję, że tak właśnie się stało w jej życiu.  

Czasem wiemy, że jesteśmy piękne, nawet to widzimy. Na przykład wtedy, gdy z uśmiechem spoglądamy w swoje odbicie w lustrze, podziwiając nowy tusz na rzęsach, przypadkowo perfekcyjnie nałożony róż na policzkach, włosy, które łaskawie ułożyły się, tak jak miały według naszej wizji i dobrze dobrany odcień bluzki. Każdej z nas zdarza się (częściej lub rzadziej) stwierdzić nieźle wyglądam, jak na moje możliwości ;-) Czujemy się piękne także wtedy, gdy jakiś fotograf zamknie nasz najpiękniejszy uśmiech w kadrze, omijając ten gorszy profil, czy wtedy, gdy ktoś zupełnie szczerze wpatrując się w nas, oświetla to, co schowało się zawstydzone w cieniu. Gdy piękno wychodzi z ukrycia, gdy jest adorowane i przemienia przestrzeń wokół. Nas przemienia, nas odkrywa.

Zazwyczaj jednak przez znaczącą część życia wcale nie czujemy się urzekające. Ale dalekie jest to od stanu niemowlęcia, które nie wie, że może skradać serca innych. My chcemy urzekać, bo już doświadczyłyśmy swojego lub cudzego piękna. I czasem tupiemy nogami, wylewamy łzy, rozdzieramy szaty – bo tego piękna wciąż wydaje nam się mało, mało. Bo za mało zachwycamy.

A może bardzo się mylimy w naszych pragnieniach i uczuciach, może zachwycamy wystarczająco, nawet z naddatkiem? Tylko za mało odczuwamy zadowolenie, niewiele owoców, słów i odpowiedzi widzimy? Być może to wszystko tak wyczekiwane, to tylko naddatek, cukierek, który się przydarza nam dostać właśnie po to, by całkiem o swoim pięknie nie zapomnieć? Może jednak zachwycamy nadal tak jak niemowlę – nieświadome tego, jak urocze jesteśmy i ile piękna wnosimy w serca innych? Może wcale nie musimy być tego świadome, by tak się działo?

Dziecko jest w pełni sobą i jest piękne. I skrada serca. 

Chciałabym znów stać się jak dziecko - piękna tym czystym pięknem. 

A to, że Bóg patrzy na nas z takim zachwytem jak matka na swoje dziecko - to pewne. 

Czytaj dalej...

Wyjdź za mąż i poddaj się!

Ale o czym jest ta książka? Zastanawiałam się, trzymając ją w dłoniach i przewracając kartki w poszukiwaniu podpowiedzi. Tytuł mnie zaintrygował: Wyjdź za mąż i poddaj się! Ekstremalne przeżycia dla nieustraszonych kobiet. Czy książka ma mnie zachęcić do zamążpójścia (jeśli tak, to już nie w porę)? Czy może powinna mnie zmotywować do bycia „poddaną”? (Jaka jest więc tutaj wizja kobiety? Nowofeministyczna?) Z takim mglistym pojęciem o tym, czego mogę się spodziewać, przystąpiłam do lektury i... zostałam całkowicie urzeczona. 

Costanza Miriano - włoska dziennikarka, katoliczka, żona i mama czworga dzieci, pisze listy do swoich przyjaciół, głównie kobiet. Każdy adresat listu znajduje się w nieco innej sytuacji życiowej – oczekuje na Księcia z bajki, waha się co do decyzji o ślubie, jest świeżo po sakramentalnym „tak” czy też po narodzinach pierwszego dziecka. Costanza nie stawia się w roli najwyższego autorytetu (sama szczerze i z ogromnym humorem pisze o swoich wadach i trudnościach, z jakimi się boryka), ale jawi się jako wspaniała przyjaciółka od serca, która potrafi zrozumieć niemal każdą sytuację, pamięta o trudnościach i lękach swoich najbliższych, dzieli się swoim doświadczeniem, dodaje otuchy, ale też potrafi szczerze naświetlić pewne prawdy, pomagając spojrzeć na sprawy ważne w odpowiedniej, przepełnionej wiarą perspektywie. W tej korespondencji znajdziemy wiele pięknych myśli o małżeństwie, o roli żony i męża (o tytułowym „poddaniu” także, ale w jakże piękny, nowy sposób!),  o macierzyństwie, a także o kobiecości. Rozważanie na temat kobiety jest tutaj bardzo piękne, tak, nowofeministyczne, można powiedzieć bez przesady. 

Dziś my, kobiety, nie jesteśmy już zobowiązane do tego, by  służyć, ale możemy same zadecydować, by służyć z miłości, odpowiadając w wolny sposób na nasze powołanie.

Niezwykle lekki, żartobliwy, ale przepełniony mądrością język tej książki to jej ogromny atut. Nie przypominam sobie także, czy kiedykolwiek czytałam książkę o małżeństwie i kobiecości włoskiej autorki. Coś nowego, coś wspaniałego przy miażdżącej przewadze publikacji amerykańskich. Dla mnie jest to jedna z tych książek, których nie mogę czytać dalej, jeśli nie mam przy sobie ołówka, który pomoże zakreślić ważne fragmenty. Dziś mój mąż kupił mi trzy ołówki. I temperówkę. Bo rano tak długo szukałam jednego ołówka tylko po to, by kontynuować lekturę…:-) Wyjdź za mąż i poddaj się! to skarbiec kobiecych doświadczeń, przewodnik po relacjach, nie tylko tych damsko-męskich, także tych przyjaźni kobiecych i to nie w teorii, ale w praktyce.

Zakończę słowami, jakie Costanza kieruje w liście do swoich córek:

Życzę wam – cóż za niemodne życzenie – bądźcie przede wszystkim silne, a więc gotowe przyjmować, otwarte na innych, zdolne jednoczyć. Jednym słowem: dobre. Jeżeli możecie.

Książkę polecam bardzo!:-)

Costanza Miriano, Wyjdź za mąż i poddaj się! Ekstremalne przeżycia dla nieustraszonych kobiet, wyd. Esprit 2013.

Książka w Księgarni KiM

Czytaj dalej...

Jeśli nie stan błogosławiony, to jaki?

Jeszcze wciąż dłonie układają się mimowolnie na brzuszku, próbując go ugłaskać, a ten dziwnie skurczony, choć wciąż zaokrąglony, jakby nie mój. Dłonie gładzą to miejsce czule, jakby nie wiedziały, że tam teraz nikt nie mieszka, zdaje się, że czekają na kopnięcie, poruszenie, czy jakiś znak życia.

Nie jestem już w stanie błogosławionym? To jak określić ten stan? Prze-błogosławiony? Po-błogosławiony? Jak określić stan większego szczęścia od tego poprzedniego, ten moment wypełnienia oczekiwania, te chwile największej radości i Zmian? Ten czas, który wydobywa ze mnie nieznane nigdy przedtem emocje, myśli i siły, przynosi natchnienia, które nie mogły pojawić się nigdy wcześniej, ten czas wydania na świat nie tylko nowego człowieka, ale mnie nowej, odmienionej. Ten moment narodzenia serca mamy w pełni. Trudnego rodzenia.

Ireneusz jest już po drugiej stronie brzuszka. Znaliśmy się tak dobrze przez ostatnie miesiące, a jednak startujemy jakby od zera, i on, i ja, no i jego tata. Nie sądziłam, że można kogoś tak bardzo pokochać, tak szybko, taką miłością inną, jeszcze mi nieznaną, że można za tego kogoś naprawdę prawie umrzeć, balansując na cienkiej linii życia i śmierci w chwili rodzenia. Jakże przemawiają do mnie dziś słowa Jezusa z Ewangelii św. Jana: „Kobieta, gdy rodzi, doznaje smutku, bo przyszła jej godzina. Gdy jednak urodzi dziecię, już nie pamięta o bólu z powodu radości, że się człowiek narodził na świat.” (J 16, 21) Może dlatego słyszałam tyle o pięknych porodach, a tak mało o bólu. I ja bardzo powoli układam swoje wspomnienia i tę opowieść już inaczej. 

Takie to było nasze Boże Narodzenie szpitalne, wypełnione śpiewaniem Synkowi kolęd (idealne jako kołysanki), jedzeniem uszek na szpitalnym łóżku i odwiedzaniem koleżanek na innych piętrach (przy tym odkrywaniem niezwykłego wsparcia kobiet, doświadczeniem skomplikowanych historii i współniesieniem macierzyńskich trosk). Naprawdę, nie dało się przygotować na to, co nastąpiło. To, czego najbardziej się bałam, okazało się najmniejsze, a pojawiało się inne, czego nawet nie brałam pod uwagę. 

„Macierzyństwo nie jest podobne do żadnego innego uczucia i jest niemożliwe, aby kobieta wiedziała przed urodzeniem dziecka, jak głębokie będzie to doświadczenie.” (Anonim)

Czytaj dalej...

Uwierzyć w istnienie

To już ósmy miesiąc stanu błogosławionego - czasu tak pięknego, bogatego w emocje, rozmyślania, nowe perspektywy, nową część mnie samej, mnie-kobiety i całego świata, takim, jakim on jest, jakim mi się przedstawia albo jakim go czuję. Powinnam się już przyzwyczaić, prawda? Ale gdybym miała w tej chwili odpowiedzieć na pytanie, jaki jest naprawdę stan błogosławiony, to nie wiem, czy umiałabym uchwycić go w jednym słowie, w jednym zdaniu, w stanowczej definicji (i chyba nie ma w tym udziału kobiece niezdecydowanie). Nie umiałabym go zamknąć. To jest niesamowita dynamika. To jest chyba jego istota – życie, które nie zatrzymuje się ani na chwilę. Życie, które rozwija się. Żyje.

Po tylu miesiącach wsłuchiwania się w małe serduszko ukryte w moim ciele, powinnam wiedzieć o nim chyba najwięcej, powinnam nie mieć wątpliwości, kim jest ten mały, tajemniczy jeszcze człowiek. A najmniej wątpliwości powinno nieść samo jego istnienie. Przecież to z jego powodu zmieniło się moje ciało, to przez jego obecność nie mogę założyć ulubionych sukienek, a obecny rozmiar brzucha zwraca uwagę nawet przechodniów. Nie powinnam nawet przez chwilę zapominać, że jest ze mną ktoś tak blisko i nieustannie, zwłaszcza że daje mi znać o sobie, o swojej aktywności – na brzuchu czuję (i widzę!) jego ruchy, rozpychanie się, przeciąganie i wszystkie inne figle, do jakich zdolne są dzieci. A jednak. A jednak czasem trudno mi uwierzyć, że on naprawdę istnieje! 

Ciągnący się za mną dylemat i zadziwienie zna na pamięć mój mąż. I nawet kiedyś przewidział, że dylemat ten, do tej pory najbardziej z nim związany, przeniosę także na nasze dzieci. Nieraz mówiłam (i nadal mi się to przydarza) do niego: nie wierzę, że istniejesz! Może znacie to uczucie – tego zdumienia i zastanowienia, czy oby ta osoba nie jest raczej naszym najpiękniejszym marzeniem, czy to, co nam się przydarza jest prawdą? To w istocie bardzo filozoficzne rozważanie – czy Ty istniejesz niezależnie ode mnie? Wiem, że tak. Wierzę, że tak. Ale skąd mam mieć pewność? Zresztą: czy moje widzenie Ciebie nie dodaje Ci czegoś, nie zmienia Cię w jakiś sposób? Problem solipsyzmu (a zatem pytanie, czy rzeczy istnieją niezależnie od podmiotu poznającego, niezależnie ode mnie) towarzyszy mi nie tylko naukowo (co podjęłam m.in. w pracy magisterskiej), ale też zupełnie intuicyjnie. (A może te dwie kwestie bardzo się łączą się bardziej, niż dotąd sądziłam.) Ale tu nie zależy mi na akademickich dowodach, badam raczej ten zachwyt i niedowierzanie w sobie – w istnienie takich Wspaniałych Osób, w istnienie takiej miłości i takich cudów, jakie mi się przydarzają.

Zatem, choć mam jako takie zdjęcia Ireneusza, choć czuję jego poruszenia, łapię się czasem na myśleniu: czy On naprawdę istnieje, czy On jest ze mną. Już przeczuwam, że kiedy pierwszy raz na niego spojrzę, pewnie nie będę mogła uwierzyć, że to ten sam Ktoś, kto przez kilka miesięcy mieszkał pod moim sercem. Jak tu nie wierzyć w Cuda? Ale może sprawa jest poważniejsza - może On, przez ten długi czas niejako „skazany” na moje towarzystwo, na słuchanie mojego głosu i emocji, nawet na żywienie się tym, na co ja mam ochotę, może i On, gdyby tylko mógł się jakoś wypowiedzieć, też nie uwierzyłby, że to ja, ta sama? Może uwierzenie w mamę nie jest wcale takie proste, a może jest wręcz trudniejsze? (Przypomina mi się pewne, krążące po sieci, opowiadanie o bliźniętach w łonie mamy, które dyskutują o swoich przekonaniach co do życia po porodzie i istnieniu mamy:-)

Jeśli tyle myśli rodzi się wtedy, gdy mam niezbite dowody obecności i istnienia tych najbliższych (widzę ich przecież, mogę dotknąć), to jak możliwa jest wiara w Boga? Skoro tutaj nie mogę nawet liczyć na swoje zwodnicze zmysły czy na ułomne dedukcje. Skoro nie dowierzam czasami w takie małe-wielkie, codzienne cuda mojego życia? W ich obecność?

I przychodzą mi tylko dwa tłumaczenia, dwa dowody – z istnienia i z miłości. Z tego, że żyję i jestem umiłowana.

Jak napisał ks. Jan Twardowski w jednym z wierszy:

Jestem bo Jesteś

Na tym stoi wiara

 

Dodałabym od siebie dalej:

Jestem bo Kochasz

na tym opiera się istnienie

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS