Żadna kobieta nie jest tylko kobietą. (św. Edyta Stein)

Aniele Boży, Stróżu Mój

Niedola nie przystąpi do ciebie, a cios nie spotka twojego namiotu, bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień. (Ps 91, 10-11)

Jedna z pierwszych modlitw: Aniele Boży, Stróżu Mój... W moim przypadku chyba nawet nie „jedna z”, ale po prostu pierwsza. Modlitwa, którą tak chętnie przekazujemy dzieciom, prawda wiary, którą tak ochoczo tłumaczymy maluchom, mając poczucie, że to dla ich serc coś w sam raz, a ponadto jest to wspaniała okazja, by dać pociechom poczucie bezpieczeństwa i by samemu oddać Aniołowi w opiekę swoje maleństwo w tych wszystkich przestrzeniach i chwilach, w których jesteśmy bezradni. Skrzydlate istoty dają poczucie, że nie jesteśmy sami, dają tę pewność potrzebną dzieciom, gdy obok nie ma ani mamy, ani taty, gdy robi się ciemno, gdy pojawia się trudna do przejścia droga, gdy coś je przerasta.

Bardzo często wraz z wiekiem, gdy już wydaje się, że sami potrafimy czytać mapy, wyrastamy z tej wiary, jakby Anioł Stróż był nam dany tylko na pewien etap, tylko na chwilę, kiedy jeszcze prawda o Bogu w Trójcy jest zbyt trudna. (A przecież może być zupełnie odwrotnie – to dzieciom łatwo uwierzyć, w ich sercach nie ma jeszcze tak mocnego nacisku na odrzucanie tego, co „nieracjonalne”, co przeniknięte cudem, w co trzeba wierzyć, by poczuć.) Jakby Anioł był pluszowym misiem, który towarzyszy nam na jakimś etapie, a potem możemy go odłożyć, schować na dno szafy w dobrej nadziei na podarowanie go kiedyś swojemu dziecku. Odkurzymy go wtedy i ze wzruszeniem będziemy wspominać nasze lata dziecięce, sielskie, anielskie, w których ten miś-anioł był naszym obrońcą przed całym złem świata. Tak jak zapominamy i zaniedbujemy największe przyjaźnie, tak zdarza się zaniedbać własnego Anioła Stróża - tego niepowtarzalnego, przydzielonego nam towarzysza, tak nie przyziemnego, bezcielesnego, bezpłciowego (jakże to dla mnie fascynująca tajemnica czystych duchów!). Zapominamy, zaniedbujemy, a także zanudzamy, odstawiamy nieraz na bezrobotne, skazujemy na samotność, na bezradność, na bezczynność. Może czasem i coś mu powiemy, ale zapominamy, by Go wysłuchać. 2 października obchodzimy wspomnienie naszych Aniołów Stróżów. Znakomita okazja do przypomnienia sobie o Nim, do wspólnego świętowania, ale spotkania i życzliwa pamięć o najbliższych raz do roku to za mało (m. in. dlatego tak wiele osób nie lubi walentynek).

Kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje. Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie. (Mt 18, 10) Jakże ważne słowa z dzisiejszej Ewangelii w kontekście obrony życia, ostatnich debat w Sejmie na temat aborcji eugenicznej. Czyż jeszcze przed narodzeniem (w naszym ludzkim rozumieniu) dzieci nie mają swoich Aniołów wpatrzonych w oblicze Pana? Czyż każdy z nich, tych najmniejszych i najsłabszych, nie jest upragniony i otoczony największą opieką i czułością Boga właśnie poprzez Tego Posłańca (a mimo wszystko i tak zdany na naszą ludzką miłość, czasem na naszą decyzję, nasze przyjęcie i odrzucenie, na nasze skrzydła - opierzone lub nie)?

Jako oczekująca na narodziny dziecka mama czuję się otoczona jeszcze czulszą troską aniołów, jest ich przecież więcej w naszym domu! Robię rachunek sumienia z tej przyjaźni. Uczę się nie zamykać przed Nimi drzwi i okien, robić Im miejsce, uczyć się od Nich.

Jakie to szczęście
obudzić się
i zobaczyć Anioła
wysłannika Boga
świadka Jego
obecności

ks. J. Twardowski

Jaki jest dziś Twój Anioł Stróż - czy znasz Go po imieniu? Czy nie zmęczył się czekaniem na Twoją uwagę, a może ciężko Mu złapać oddech, bo jest tak mocno zapracowany? Czy wciąż rozpoznaje w Tobie tę małą dziewczynkę, którą opiekował się od Zawsze? Dziewczynkę, której wystarczył trzepot skrzydeł i krótka modlitwa, by poczuć się bezpiecznie; która potrafiła bezgranicznie zaufać, chwycić Go za rękę i widzieć bardziej sercem.

Czytaj dalej...

Walcząc o to Najmniejsze

Dawniej, gdy siadałam w swoim pokoju zalana łzami, niemal zawsze w drzwiach pojawiała się Mama (jak ona to usłyszała? - dziwiłam się niezmiernie) i dyskretnie pytała, co może zrobić, by mnie pocieszyć (utrwaliły się w naszej rodzinie jej powiedzenia na tamte chwile: „Pałac Kultury przenieść? Stanąć na głowie?”). Pamiętam, że kiedyś uczesała się w kucyki, obwiązując je kolorowymi frotkami, by mnie rozśmieszyć. Musiało poskutkować. Jej upór wyrażał niezwykłą troskę. Nie chciała nigdy zostawić mnie samej, nie chciała nigdy opuścić, a tym, co było dla niej najtrudniejsze, było poczucie  b e z r a d n o ś c i. 

Co może zrobić mama, gdy jej dziecko choruje lub cierpi? Co byłaby w stanie oddać, by swoje Maleństwo (nawet jeśli jest już duże czy wręcz dorosłe) uratować, by ulżyć w cierpieniu, by mu pomóc? Chyba wszystko. A wtedy, gdy nie może wiele zaradzić, trwa przy Nim, idzie za nim. Takie było też macierzyństwo Maryi. Symeon przepowiedział, że Jej duszę miecz przeniknie (por. Łk 2,35), a ja zastanawiam się czasem, czy Ona o tym nie wiedziała już od Początku, czy nie przeczuwała, że tak wielka łaska będzie też ciężkim krzyżem. A nawet jeśli nie przeczuwała, przekonała się przecież o tym już chwilę później. 15 września obchodzimy wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Bolesnej (w tym roku przypada na niedzielę, przez co kalendarz liturgiczny wydaje się o tym zapominać). Czy może być większe cierpienie Matki niż to, gdy widzi, jak Jej Syna skazują na śmierć, biczują, krzyżują, jak umiera opuszczony i wzgardzony? I świadomość, że nie może Go przed tym uchronić? Maryja jest bliska wszystkim kobietom jako kobieta, wszystkim matkom jako matka, a także wszystkim matkom zatroskanym i cierpiącym, gdyż Sama przez to przeszła. Któż jak Ona może zrozumieć ból matki?

Moja przyjaciółka wraz z mężem walczą właśnie o życie swojego ukrytego jeszcze w jej łonie 5-miesięcznego Dziecka. Nie wiedzą, czy to chłopiec czy dziewczynka, nie wiedzą, czy mogą spać spokojnie, nie wiedzą, kiedy w końcu przy dobrych wieściach o polepszeniu stanu zdrowia małego pacjenta, lekarze nie dodadzą: „ale proszę podchodzić do tego ze spokojem i bez euforii, życie Dziecka jest nadal zagrożone”, ale przy tym bardzo mocno wierzą. I są w tym razem. Walka Taty o swoje Dziecko jest ogromna. „Zawsze jest przy mnie. I łatwiej mi z nim wszystko znieść. Dodaje mi wiele otuchy, bardzo wspiera, mimo że jemu jest równie trudno. I wiem, że kiedy mnie mocno tuli w ramionach, żeby uspokoić, też powstrzymuje się z całych sił od uronienia łzy, choć są momenty, kiedy i ta bariera pęka.” Jest to też kolejny, jakże głęboki sposób oddania siebie i swojego ciała. Ta młoda Mama jest w stanie znieść wszystkie bóle i niedogodności związane z bolesnymi badaniami i transfuzjami, myśląc jedynie o dobru Maluszka, zapominając o sobie, o swoich lękach przed kłuciem czy szpitalami. „Gdyby ktoś 3 tygodnie temu powiedział mi, że będę w stanie znieść wbijanie się do płodu igłą bez znieczulenia, pomyślałabym, że jest niepoważny. Dziś wiem, co rodzice mają na myśli, mówiąc, że dla dziecka jest się w stanie znieść wszystko! Nawet przez sekundę nie byłam skupiona na własnym bólu, nie pomyślałam nie dam rady - bałam się tylko o życie tej małej, kochanej Istotki. Bałam się, że ją to zaboli! Bałam się, że serduszko przestanie bić...” Walczą więc o życie tej maleńkiej Osoby, oddając Ją Bogu. Są w rękach dobrych specjalistów, co jest dla nich też wielkim Bożym prowadzeniem. Walczą i nie rozumieją, jak można inaczej. „Gdy stoimy pod drzwiami gabinetu, to zawsze myślę o kobietach starających się o aborcję... Nigdy tego nie zrozumiem!! My walczymy o Maleństwo, które jest bardzo zagrożone, bardzo chore, a one zabijają zdrowe dzieci.”

Chciałabym Cię gorąco poprosić o modlitwę w intencji Tych Rodziców i Tego Dziecka. Nie kiedyś, ale już Dziś. (Dla mnie dziś, gdy to piszę, to piątek 13.09, ale być może Ty odczytasz tę prośbę jutro lub pojutrze, więc proszę o to Twoje Dziś). O jedno „Zdrowaś Mario” lub o jedną dziesiątkę różańca. Lub o to, co sama zechcesz ofiarować. Czy zechcesz włączyć się w to wspólne szturmowanie Nieba? Niech modlitwa w tej intencji będzie także zbliżaniem się do przenikniętego bólem Serca Maryi, odkrywaniem, jak wielki jest udział Niewiasty w Dziejach Zbawienia.

Czytaj dalej...

Upragniona jako niewiasta

Pod moim sercem ukrywa się inne, maleńkie serce. Serce, które w 21. dniu życia Maleństwa rozpoczęło wybijać swój niepowtarzalny rytm. I będzie tak bić aż do ostatnich chwil tu na ziemi. A pewnie i dłużej. (Czy w Niebie też będziemy mieć serce?) Powoli dorastam do roli matki. Nie tylko rośnie serce Dziecka, rośnie też moje serce. Albo po prostu zmienia nieco kształt. 

Imię dla córki wybrałam już w liceum, czyli wtedy, kiedy nie miałam narzeczonego ani nie wiedziałam jeszcze, do jakiej miłości i jakiej wspólnoty zostałam stworzona (bo z jakiej, to już wiedziałam). Kiedy poznałam mojego męża i gdy Droga zaczęła prowadzić nas ku sakramentalnemu TAK, upewniłam się, czy zaakceptuje to żeńskie imię. Nie pamiętam już, czy zapytałam tak wprost, czy tak często o tym mówiłam, że on po prostu na to przystał. Nasza córka, jeśli kiedykolwiek będzie nam dane być rodzicami dziewczynki, będzie mieć na imię Agata - zdecydowaliśmy. A może nawet Agata Katarzyna. Bo co dwie patronki, to nie jedna. Na Agatę musimy jednak jeszcze poczekać… Jest z nami maleńki, ale już dający o sobie znać chłopiec o dumnej wadze 400 g. Ireneusz. Zatem pod moim kobiecym sercem bije maleńkie, męskie serce. I gdyby nie dorosły mężczyzna obok mnie, czułabym się bardzo zagubiona. Jak pielęgnować takie męskie serce? (Już nie mówiąc o tym, jak zrezygnować z kolorowych sukienek, wstążek do włosów i marzeń o domku dla lalek, z których jeszcze nie wyrosłam.)

Nie wybieramy naszej płci. Tym bardziej nie wybieramy płci naszych dzieci. Nie wybieramy też dla nich dnia narodzin czy miesiąca, a nawet roku (jakże często słyszę, że grudzień to najgorszy miesiąc, tak jakby listopad różnił się od niego bardzo). A jednak zdarza się bardzo często, że mamy pewne marzenia z tym związane. Tak jak rozumiem kobiece pragnienie wychowania córki (choć znam wiele kobiet, które zastrzegają się, że gdyby miały mieć jedno dziecko, to wybrałyby chłopca), tak też rozumiem ojcowskie pragnienie wychowania syna. Sprzeciwiam się jednak punktom honoru – że syn powinien być pierwszy, albo że po dziewczynce najlepiej, by urodził się chłopiec. Nie zgadzam się na gratulacje typu: „tym bardziej gratuluję, że syn”, a zdarza się i takie słyszeć. Może jednak bez dobrej aparatury było nam lepiej? Obecnie w wielu miejscach na świecie dokonuje się aborcji, gdy zostanie potwierdzona żeńska płeć. I choć jest to nielegalne, wciąż ma to miejsce, na co wskazuje nienaturalnie duża przewaga liczebna chłopców nad dziewczynkami w Chinach (117/100) czy w Indiach (111/100), gdy za normę uznaje się stan 105/100. Kobiecość niechciana i zagrożona już od poczęcia. Czy mamy szczęście? Czy musi dojść do aborcji, by być dziewczynką niechcianą?

Uwielbiam historię, którą opowiadała mi mama już wiele razy. Lubię, gdy ją powtarza, chyba nigdy mi się nie znudzi. Jestem drugim dzieckiem - drugą córką moich rodziców. Urodziłyśmy się z moją siostrą w czasach, gdy USG nie było czymś powszechnie dostępnym. Nasi rodzice nie wiedzieli więc, czy będziemy chłopcami czy dziewczynkami. Podobno narodziny pierwszej córki były dla mojego taty lekkim rozczarowaniem, jako mężczyzna pragnął syna i to pierworodnego. Jednak to było chwilowe zawiedzenie. Szybko pokochał swoją pierworodną. Zaś podobno – co wiem tylko z relacji mojej mamy, gdyż tata nigdy nie wypowiadał się na ten temat, tylko delikatnie przytakiwał relacji swojej żony – narodzinami drugiej dziewczynki nie był już zawiedziony, bo wiedział wtedy, jak bardzo można kochać córkę. (Do dziś mój tata już jako Dziadek ma ogromny sentyment do swoich wnuczek, obecnie dwóch.) Nie wiem, czy kiedykolwiek tata takie słowa wypowiedział, właściwie śmiem w to wątpić, ale jednocześnie wierzę mamie, że z jego postawy i emocji potrafiła to wyczytać. Uwielbiam tę opowieść, bo dzięki niej wiem, jak bardzo byłam kochana i upragniona oraz jak wspaniale zostałam przyjęta z tym, że byłam kobietą, taką trochę nie do pary.

Czy Twoja kobiecość była upragniona i przyjęta przez rodziców? Może rodzice skakali z radości, kiedy dowiedzieli się, że jesteś małą kobietą? Może byłaś spełnieniem ich marzeń? A może byłaś którąś z kolei dziewczynką w domu, w którym oczekiwano syna, a może byłaś pierworodną, kiedy liczono na pierworodnego. Nawet jeżeli Twoi ziemscy rodzice pragnęli syna, nawet jeśli Twoja płeć była dla nich rozczarowaniem, to mamy pewność, że w Oczach Boga wszystko stało się dokładnie tak, jak stać się miało. On ukochał Cię przed Twoim poczęciem, Miłością odwieczną, jako Kobietę, nie tylko i nie tak po prostu jako człowieka. On chciał Ciebie jako Córki. Czy nie jest to wspaniała Dobra Nowina? Czy nie jest to najwspanialszy Ojciec?

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS