Pan zlitował się nad nią i rzekł do niej: «Nie płacz!» (Łk 7, 13)

Mamo, dziękuję

Pamiętacie reklamę cukierków Werther's Original: „dziś sam jestem dziadkiem…”? Mogę powiedzieć i ja: dziś sama jestem mamą. 26 maja ma dla mnie już inne znaczenie niż dawniej. Dzień Matki przypomina mi trochę o tym kim jestem, choć ciągle w to nie dowierzam. 

Czy perspektywa patrzenia na mamę zmienia się wraz z własnym doświadczeniem macierzyństwa? Trochę tak, trochę nie. Wiem trochę więcej o Jej sercu, ale nadal nie wiem prawie nic. Potrafię sobie wyobrazić uczucia i potrzeby jej-jako mamy, zwłaszcza małych dzieci, ale to nadal mgliste porównanie. Wiem trochę więcej o sobie, ale nadal to nie wszystko. Człowiek jest tajemnicą. Mama też. A może Mama przede wszystkim nią jest.

Zbierałam trochę podziękowań, kilka myśli, które są jak wezwania w litanii. Były już dla taty, teraz muszą być dla Niej. Ona ich nie przeoczy, Jej nie trzeba będzie nawet kierować na tę stronę. Ona je znajdzie jak niespodziankę! Może nawet - może Ona na nie czeka? Myślałam, że chyba już nie dam rady tego napisać, że nie zdążę tego opublikować na czas. Ale wtedy przypomniałam sobie moją mamę. Ile razy dokonywała rzeczy nie-wykonalnych, ile razy rzucała wszystko albo zbierała ostatnie siły, żeby zdobyć te potrzebne na jutro (lub na wczoraj) liście do zielnika czy kserówki do wypracowania. Ile razy udowadniała, że nie ma rzeczy niemożliwych dla tego, kto kocha. Tak, mama była dla mnie często (i jest nadal) Czarodziejką. I pomyślałam - też tak chcę! Mogę!

 

* * *

Mamo,

chciałabym Ci dziś podziękować

za to, że dzielnie kołysałaś mnie pod sercem, znosząc upały, opuchnięte nogi, bóle krzyża i wszystkie inne wątpliwe dobrodziejstwa stanu błogosławionego, mając przy tym już jedno maleństwo

za to, że urodziłaś mnie, choć wiedziałaś już co znaczy rodzić

(a to wszystko jeszcze w latach 80. - przed pampersami i w innych standardach opieki okołoporodowej) 

za to, że pokochałaś mnie jako kobietę, nie upierając się przy tym, że lepiej byłoby mieć parkę

za to, że nigdy nie negowałaś moich życiowych wyborów, a czasem stałaś stawałaś tuż obok, żeby przytrzymać mi furtkę

za to, że w czasach, kiedy nie było jeszcze sklepów uginających się od towaru, zawsze dbałaś o to, żebym czuła się jak mała księżniczka z kokardą we włosach i w sukience z falbanką

za to, że nie porównywałaś mnie z siostrą i wiedziałam, że kochasz nas tym samym kawałkiem serca

za to, że czasem się o mnie martwiłaś, bo dziś wiem, że to znaczy kochać bardzo 

za to, że zawsze czułam się przy Tobie bezpiecznie i swobodnie

za to, że wiedziałaś i nadal wiesz, co lubię, że masz w swoim słowniku określenie na pewne rzeczy - Kasiowe 

za to, że kiedy było chłodno, dawałaś mi ciepły sweter pachnący Tobą

za to, że byłaś gotowa przenosić dla mnie Pałac Kultury i stawać na głowie 

za to, że pozwoliłaś mi rozwijać skrzydła i dojrzewać w mojej kobiecości

za to, że nigdy nie wyśmiałaś moich marzeń, nie ograniczałaś mojej wyobraźni i pozwalałaś mi rozwijać się po dziecięcemu w kierunku, którego żaden dorosły nie jest w stanie już rozumieć

za to, że byłaś pierwszą recenzentką moich wierszy i artykułów, i lubiłam pisać choćby tylko dla Ciebie

za to, że byłaś jedynym widzem moich teatrzyków, który prosił o bis

za to, że nigdy nie okazujesz znudzenia moją osobą i lubisz ze mną rozmawiać o czymkolwiek i o wszystkim

za to, że rysowałaś mi księżniczki na papierze, które można było ubierać w papierowe sukienki

za to, że ulegałaś, kiedy czas zabaw z koleżankami się kończył, a my na kolanach błagałyśmy o więcej

za to, że codziennie wchodzisz na mojego bloga i jestem niemal pewna, że prawie wszystko czytasz jako pierwsza

za to, że kiedy do Ciebie dzwonię, słyszę radość w Twoim głosie

za to, że zawsze na mnie czekasz i zawsze masz coś w zanadrzu na te chwile, choćby litry herbaty

za to, że nauczyłaś mnie, że nie ma sytuacji bez wyjścia

za to, że nauczyłaś mnie, że nie trzeba być idealnym, aby być szczęśliwym

za to, że Ty wiedziałaś od dawna, jaką drogą najpewniej pójdę, bo tak dobrze znałaś zakamarki mojego serca

za to, że jestem trochę taka jak Ty, a trochę inna

za to, że w każdej chorobie byłaś dla mnie pielęgniarką i psychologiem, i moim aniołem

za to, że bez słów i kazań nauczyłaś mnie, jak ważny jest drugi człowiek

za to, że rozumiesz te najpowszedniejsze i te najwznioślejsze emocje, myśli i potrzeby

za to, że czuję się akceptowana i kochana przez Ciebie niezależnie od tego, co osiągnę, co powiem lub czego nie uda mi się zrobić

 

za to, że umiesz powiedzieć kocham

i że jesteś obok

zawsze

Czytaj dalej...

Tato, dziękuję

„Oczy ojca są pierwszymi męskimi oczami, w jakich przegląda się córka. I to właśnie one pierwsze przynoszą jej potwierdzenie własnej, ledwo przeczuwalnej kobiecej urody i siły, albo – ją lekceważą. Bywa, że taka ojcowska obojętność czy wręcz niechęć stają się dramatem całego życia kobiety.” (A. Karoń-Ostrowska)

Lysa Terkeurst w swojej książce Stworzona, by pragnąć pisze o tym, jak wielką pustkę w jej sercu spowodowało odejście ojca. Zostawił je, żonę i dzieci. W głowie kołatały jej nawet myśli o tym, czy przypadkiem nie była temu winna, czy była dla niego ważna, czy ją kochał, czy była dobrą córką? Choć próbowała z nim nawiązać kontakt już jako dorosła kobieta, ich relacja nigdy była tą wymarzoną, co tylko pogłębiało pustkę i żal. Jedno wspomnienie pozwoliło jej jednak spojrzeć na tę relację z innej perspektywy, przez pryzmat innych wspomnień, które bardzo mocno musiała kiedyś wymazać z pamięci. Pewnego dnia przypomniała sobie jak na ciepłej Florydzie, gdzie dorastała, otrzymała najpiękniejszy prezent, o jakim marzyła jako dziecko - śnieg, a właściwie sople lodu, które pokryły drzewa w ich ogrodzie. A sprawcą tego cudu był właśnie jej tata!...

Pamela, autorka książek o Mary Poppins, również mierzyła się ze wspomnieniami o swoim ojcu, z obrazem, jaki zostawił w jej sercu a tym, jak widzieli go inni. W niezwykle przenikliwy sposób pokazuje to film Ratując Pana Banksa (z Tomem Hanksem w roli Walta Disneya!), który gorąco polecam! A może już widziałyście i Was równie mocno poruszył?

Może nie masz tak wielkich zranień jak Lysa, ale może masz długą listę zażaleń, czyli pełny spis tego, czego on nigdy nie zrobił, a powinien był, albo przynajmniej mógł był oraz tego, co zrobił, a nie powinien był pod żadnym pozorem. Może chciałabyś wysłać go na kurs jak być dobrym tatą albo jak zrozumieć serce dziecka i o miejscu ojca w życiu córki (albo na wszystkie jednocześnie). Może Twój tata był bardzo nieidealny i jedyne, czego życzyłabyś sobie z okazji Dnia Ojca to wypełnienia wszystkich braków i odebrania ciążących bagażów. Może pracował za dużo, nie akceptował twoich pasji, spędzał za mało czasu z rodziną, faworyzował siostrę lub brata, porównywał cię do innych, może nigdy tak naprawdę ciebie nie poznał? Może masz do niego żal, że nie byłaś dla niego małą księżniczką, której pięknem zachwycałby się każdego dnia, której broniłby jak rycerz i której marzenia spełniałby jak prawdziwy czarodziej. A może jednak to lista podziękowań jest znacznie dłuższa? 

Dzień Ojca to dobra okazja na to, by przywołać te najpiękniejsze wspomnienia i po prostu za nie podziękować. Za te najcenniejsze, uskrzydlające słowa, spotkania, wydarzenia i za te trudniejsze chwile, z których nasz Ojciec potrafi wyprowadzić błogosławieństwo.

„Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie! W każdym położeniu dziękujcie” (1 Tes 5, 16-18)

Mój tata to pierwszy mężczyzna, jakiego poznałam, to pierwszy mąż i ojciec, jakiego mogłam obserwować. To ktoś, kto przez te wszystkie lata pokazywał mi, jak bardzo jesteśmy inni, ale jak wiele nas łączy. Od kilku dni myślę nad tym, za co chciałabym mu podziękować i odgrzebuję wspomnienia, i uśmiecham się sama do siebie.

 

Tato,

chciałabym Ci dziś podziękować

za to, że czułam się bezpieczna jako dziecko i byłam pewna, że obronisz mnie przed wszystkim (i dziś nadal wiem, że w każdej trudności jesteś gdzieś tu niedaleko) i kiedy powiedziałeś, że nie będzie trzeciej wojny światowej, uwierzyłam Ci bardziej niż Bogu

za to, że pokazałeś mi, że mężczyzna może być wiernym mężem i dlatego nie bałam się stanąć na ślubnym kobiercu i powiedzieć TAK innemu człowiekowi

za to, że jesteś dla mnie niedoścignionym wzorem precyzji

za to, że nigdy nie odmawiasz filiżanki kawy i czegoś słodkiego, i masz czas, nawet kiedy go nie masz

za to, że zawsze cieszyłeś się z moich sukcesów, ale też nauczyłeś mnie przegrywać i widzieć w tym sens

za to, że pokazałeś mi co znaczy zachowywać spokój (nawet wtedy, gdy zmroziło wszystkie plony rok w rok Ty nie rozdzierałeś szat)

za to, że nigdy nie słyszałam przekleństwa ani złorzeczenia z twoich ust

za to, że byłeś dla mnie (i wciąż jesteś) jak mój król Jerzy VI, uczący mnie (oporną wielokrotnie w tym uczennicę) zasady Keep calm and carry on

za to, że przez jakiś czas byłeś dla mnie niezastąpioną encyklopedią geograficzną, historyczną i sportową

za to, że mogę z tobą podyskutować na tematy, które innych nie interesują, tylko nas

za to, że zawsze byłeś ciekawy tego, co się u mnie dzieje 

za to, że jestem do Ciebie trochę podobna i trochę niepodobna

za to, że wiele lat po skończeniu swojej edukacji siedziałeś wieczorami nad moimi zadaniami z matematyki i fizyki, z pasją detektywa poszukując odpowiedzi i z dumą prezentując swoje wyniki następnego dnia

za to, że gdy tylko zaszła potrzeba, byłeś gotów zawieźć mnie na drugi koniec Polski, a potem na podziękowanie odpowiedzieć „drobnostka” (ewentualnie w innym wariancie: „drobiazg”)

za to, że obudziłeś mnie kiedyś w środku nocy na wspólne oglądanie meczu siatkówki Polska-Brazylia i, chociaż znałeś wynik, nie odebrałeś mi radości ze wspólnego oglądania zwycięstwa biało-czerwonych

za to, że zachowałeś stoicki spokój, kiedy zahaczając o kłódkę w bramie, zrobiłam ogromną dziurę w karoserii samochodu i bez słowa wymieniłeś drzwi

za to, że jak zaczarowany i zupełnie oderwany od swoich spraw potrafiłeś godzinami słuchać jak gram na klawiszach (tak, tato, lubiłam grać właśnie dla Ciebie!)

za to, że akceptowałeś moje wybory, nawet jeśli ich nie rozumiałeś i wspierałeś mnie we wszystkim

za to, że czuję się przez Ciebie kochana, chociaż nigdy nie użyłeś tych dwóch słów

 

i za to wszystko, o czym nawet napisać nie umiem albo nie chcę,

bo tata i córka też mają swoje tajemnice, prawda?

a ja wciąż odkrywam, co znaczy być Twoją córką i mieć Ciebie za Tatę

 

Mój Tata jest mój, a ja jestem jego.

 
 
Czytaj dalej...

Upragniona jako niewiasta

Pod moim sercem ukrywa się inne, maleńkie serce. Serce, które w 21. dniu życia Maleństwa rozpoczęło wybijać swój niepowtarzalny rytm. I będzie tak bić aż do ostatnich chwil tu na ziemi. A pewnie i dłużej. (Czy w Niebie też będziemy mieć serce?) Powoli dorastam do roli matki. Nie tylko rośnie serce Dziecka, rośnie też moje serce. Albo po prostu zmienia nieco kształt. 

Imię dla córki wybrałam już w liceum, czyli wtedy, kiedy nie miałam narzeczonego ani nie wiedziałam jeszcze, do jakiej miłości i jakiej wspólnoty zostałam stworzona (bo z jakiej, to już wiedziałam). Kiedy poznałam mojego męża i gdy Droga zaczęła prowadzić nas ku sakramentalnemu TAK, upewniłam się, czy zaakceptuje to żeńskie imię. Nie pamiętam już, czy zapytałam tak wprost, czy tak często o tym mówiłam, że on po prostu na to przystał. Nasza córka, jeśli kiedykolwiek będzie nam dane być rodzicami dziewczynki, będzie mieć na imię Agata - zdecydowaliśmy. A może nawet Agata Katarzyna. Bo co dwie patronki, to nie jedna. Na Agatę musimy jednak jeszcze poczekać… Jest z nami maleńki, ale już dający o sobie znać chłopiec o dumnej wadze 400 g. Ireneusz. Zatem pod moim kobiecym sercem bije maleńkie, męskie serce. I gdyby nie dorosły mężczyzna obok mnie, czułabym się bardzo zagubiona. Jak pielęgnować takie męskie serce? (Już nie mówiąc o tym, jak zrezygnować z kolorowych sukienek, wstążek do włosów i marzeń o domku dla lalek, z których jeszcze nie wyrosłam.)

Nie wybieramy naszej płci. Tym bardziej nie wybieramy płci naszych dzieci. Nie wybieramy też dla nich dnia narodzin czy miesiąca, a nawet roku (jakże często słyszę, że grudzień to najgorszy miesiąc, tak jakby listopad różnił się od niego bardzo). A jednak zdarza się bardzo często, że mamy pewne marzenia z tym związane. Tak jak rozumiem kobiece pragnienie wychowania córki (choć znam wiele kobiet, które zastrzegają się, że gdyby miały mieć jedno dziecko, to wybrałyby chłopca), tak też rozumiem ojcowskie pragnienie wychowania syna. Sprzeciwiam się jednak punktom honoru – że syn powinien być pierwszy, albo że po dziewczynce najlepiej, by urodził się chłopiec. Nie zgadzam się na gratulacje typu: „tym bardziej gratuluję, że syn”, a zdarza się i takie słyszeć. Może jednak bez dobrej aparatury było nam lepiej? Obecnie w wielu miejscach na świecie dokonuje się aborcji, gdy zostanie potwierdzona żeńska płeć. I choć jest to nielegalne, wciąż ma to miejsce, na co wskazuje nienaturalnie duża przewaga liczebna chłopców nad dziewczynkami w Chinach (117/100) czy w Indiach (111/100), gdy za normę uznaje się stan 105/100. Kobiecość niechciana i zagrożona już od poczęcia. Czy mamy szczęście? Czy musi dojść do aborcji, by być dziewczynką niechcianą?

Uwielbiam historię, którą opowiadała mi mama już wiele razy. Lubię, gdy ją powtarza, chyba nigdy mi się nie znudzi. Jestem drugim dzieckiem - drugą córką moich rodziców. Urodziłyśmy się z moją siostrą w czasach, gdy USG nie było czymś powszechnie dostępnym. Nasi rodzice nie wiedzieli więc, czy będziemy chłopcami czy dziewczynkami. Podobno narodziny pierwszej córki były dla mojego taty lekkim rozczarowaniem, jako mężczyzna pragnął syna i to pierworodnego. Jednak to było chwilowe zawiedzenie. Szybko pokochał swoją pierworodną. Zaś podobno – co wiem tylko z relacji mojej mamy, gdyż tata nigdy nie wypowiadał się na ten temat, tylko delikatnie przytakiwał relacji swojej żony – narodzinami drugiej dziewczynki nie był już zawiedziony, bo wiedział wtedy, jak bardzo można kochać córkę. (Do dziś mój tata już jako Dziadek ma ogromny sentyment do swoich wnuczek, obecnie dwóch.) Nie wiem, czy kiedykolwiek tata takie słowa wypowiedział, właściwie śmiem w to wątpić, ale jednocześnie wierzę mamie, że z jego postawy i emocji potrafiła to wyczytać. Uwielbiam tę opowieść, bo dzięki niej wiem, jak bardzo byłam kochana i upragniona oraz jak wspaniale zostałam przyjęta z tym, że byłam kobietą, taką trochę nie do pary.

Czy Twoja kobiecość była upragniona i przyjęta przez rodziców? Może rodzice skakali z radości, kiedy dowiedzieli się, że jesteś małą kobietą? Może byłaś spełnieniem ich marzeń? A może byłaś którąś z kolei dziewczynką w domu, w którym oczekiwano syna, a może byłaś pierworodną, kiedy liczono na pierworodnego. Nawet jeżeli Twoi ziemscy rodzice pragnęli syna, nawet jeśli Twoja płeć była dla nich rozczarowaniem, to mamy pewność, że w Oczach Boga wszystko stało się dokładnie tak, jak stać się miało. On ukochał Cię przed Twoim poczęciem, Miłością odwieczną, jako Kobietę, nie tylko i nie tak po prostu jako człowieka. On chciał Ciebie jako Córki. Czy nie jest to wspaniała Dobra Nowina? Czy nie jest to najwspanialszy Ojciec?

Czytaj dalej...

Piękna

- mojej Siostrze, która za jest już mamą trzykrotną

…Piękna. Dawno nie myślałam o kimś w sposób tak prosty i jednoznaczny (zwłaszcza o niej): naprawdę jest piękna. Zeszłam tylko umyć zęby – higienicznie, prozaicznie. I nagle słyszę jej spokojny głos, wołający mamę. Ile to razy uciszałam ją, gdy śpiewała przez mikrofon w sąsiednim pokoju albo w samochodzie. Teraz brzmienie było inne: stonowane, niepoznawalne. Wkradłam się do niej. „O, Kasia, podasz mi pieluszkę? Jest tam, na stoliczku.” Leżała w starej, różowej, obszernej babcinej koszuli nocnej, z rozpuszczonymi włosami i z przyssaną Natalią do piersi. Podałam osłupiała, jakaś omotana. „Nie mogę się podnieść. Chciałabym usnąć, ale Mała się rozbudziła” - tłumaczyła. Usiadłam na łóżku naprzeciw nich i popatrzyłam na moją siostrę. M o j a siostra… Ta od-wiecznie gotowa do tupnięcia nogą, postawienia na swoim, chętna do wyjścia na scenę, odtańczenia i odśpiewania, do zauroczenia mężczyzn i cioć. Moja rozmarzona starsza siostra prosząca o kolejne na świeżo pisane słowami bajki, zawsze dostająca rolę księżniczek w naszych przedstawieniach.

Była teraz całkiem nie-zwykła: bez makijażu, bez biżuterii. Oczy miała jednak bardziej błyszczące niż kiedykolwiek wcześniej. Usta jakieś niecodziennie piękne. Figury nie straciła prawie, niech no tylko brzuch trochę opadnie i znów będą mówić „chudzina”, ale ona nie będzie chwytać już byle czego, byle wszystkiego – musi strzec wymogów pokarmowych dla małej. Gdzie jej dekolty, krótkie spódniczki? Gdzie jej buty na obcasach (startych wiecznie)? Tylko papcie i pantalony. Zamiast perfum – zapach dziecka (ten najniezwyklejszy zapach, który unosi się w całym pokoju, oczarowuje). Taka przede mną: w blasku lampki oświetlającej policzek – szczyt Rembrandtowskiego pędzla. Przyjmuję ją jeszcze nie w pełni znajomą. Wiem tylko, że jest piękna, jest dzielna, jest odważna. Przyjmuję, że blondyneczka, z którą zakładałam szkołę dla miśków i odgrywałam koncerty a’la „Spice Girls”, odeszła. Albo oto nadeszła w postaci małej Natalki. Dziwna wymiana ról. Możliwa?

Do twarzy jej z uśmiechem zmęczenia i bezsilności. Do twarzy jej z takim pięknem. Pięknem macierzyństwa. Z piętnem Ewy. Z piętnem naszej Ewy.*

24.11.2006

* Naszej mamy, Ewy.

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS