Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać (J 4, 15)

Czego uczy mnie moje ciało?

Bez ciała niejednokrotnie byłoby mi łatwiej. Ciało potrzebuje uwagi, często nieproszone wtrąca swoje trzy grosze, nie zawsze zgrywa się z moim wnętrzem, ogranicza mnie, czasem odmawia posłuszeństwa i prowadzi tam, gdzie wcale nie chcę. Co więcej, zmusza mnie do tego, by o nie dbać, by je przystrajać, by je pielęgnować, by o nim pamiętać. Zdecydowanie życie duchowe byłoby prostsze, choć nie wyobrażam sobie, jakie by ono mogło być.

Muszę jednak ciału wyrazić też pewną wdzięczność – dzięki niemu poznaję świat, komunikuję się, doświadczam ciepła słonecznych promieni, orzeźwienia wody i pełnego radości zmęczenia w tańcu. To dzięki niemu mogę odczuwać bliskość innych osób, to ono pozwala czasem ukryć najgłębsze myśli, osłaniając wrażliwe wnętrze niby-parawanem. Dzięki ciału jestem widoczna, rozpoznawalna, wtopiona w czasoprzestrzeń.

Moje ciało i dialog z nim nie jest jednak wciąż zakończony. Precyzja, z jaką jestem kształtowana i wychowywana przez własną cielesność, zdumiewa mnie nieustannie. Nie mogłam doczekać się doświadczeń macierzyństwa. Utkwiły mi w sercu słowa koleżanki Marii, wspaniałej mamy 4 dzieci, które wypowiedziała kilka lat temu. (Marysiu, pamiętasz?) Powiedziała, że dzięki macierzyństwu w pełni odkryła i doświadczyła, czym jest jej cielesność i jaki jest jej sens. Ciało jest po to, by dawać, by samemu stawać się darem. Kwintesencja teologii ciała! Do dziś pamiętam tę piękną myśl. Czułam już wtedy to, co Maria chciała wyrazić. Czułam przecież już dawno, że moje ciało ma być darem – przede wszystkim w małżeństwie darem dla męża - nie tylko w akcie małżeńskim, ale w całej codzienności, która wymaga wysiłku, zadbania o wszystkie sprawy doczesne, o ogarnięcie mieszkania, o przygotowanie nawet  skromnej, ale wspólnie zjedzonej i tworzonej z myślą o tej drugiej osobie, kolacji. Bez ciała byłabym bezradna, bez ciała nie mogłabym tak służyć. Nawet gdyby moje ciało było bardzo słabe, nie w pełni sprawne, zawsze mogę przecież podać dłoń, mogę obdarzyć drugiego serdecznym uśmiechem albo spojrzeniem. Moje ciało zawsze mówi. Bo ja jestem przecież zawsze obecna w nim, poprzez nie.

Dziś odkrywam słowa Marysi, na własnym ciele uczę się, że odtąd mam być też szczególnym darem dla dziecka. Moja refleksja jeszcze nie jest pełna, domaga się przecież doświadczenia porodu, karmienia piersią albo chociaż ostatnich miesięcy ciąży, tych trudniejszych, ale może wtedy odkryję coś jeszcze innego?

Kończymy (ja, tata i Iruś) za dwa tygodnie II trymestr ciąży, ten najlżejszy, jak zwykło się mówić. Mam więc niepełny jeszcze ogląd na całość, ale już jakiś. Początki ciąży zazwyczaj są trudne. Organizm przyzwyczaja się do nowego stanu, zmiana jest przecież totalna. Podczas pierwszych trzech miesięcy stanu błogosławionego przekonałam się, że „poranne mdłości” tylko z nazwy są „poranne”. U mnie były przede wszystkim wieczorne albo całodniowe. Przekonałam się, co znaczy „nadwrażliwość na zapachy”, kiedy odstawiłam na półkę nowokupione ulubione perfumy, nie mogąc znieść ich woni (jeszcze to nie minęło). Znienawidziłam też zapach wody kolońskiej męża, który z miłości do mnie stara się nie używać jej zbyt często. Ale przede wszystkim zmierzyłam się z moim roszczeniowym podejściem do własnego ciała. „Muszę zrobić jeszcze to i to!” – myślałam, motywowałam się wewnętrznie. Ale ciało odmawiało posłuszeństwa. Zrozumiałam, że teraz nie są najważniejsze moje plany, moje potrzeby realizowania czegokolwiek (a tym bardziej realizowania się), teraz jestem odpowiedzialna za życie innego człowieka. Kiedy on dorasta (mnie wydaje się, że w tempie iście żółwim, ale przecież ten wzrost jest niesamowicie dynamiczny!), ja mam zapewnić mu schronienie i bezpieczeństwo. Mam być i kochać. Już teraz. Jan Chrzciciel powiedział: Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał (J 3,30) i chyba takie słowa dla stanu błogosławionego mogą być stosowne. Kiedy ja się umniejszam, kiedy zapominam o sobie, wzrasta przecież nie tylko to nowe życie, ale też wzrasta we mnie miłość, pokora, a także wiara.

Drugi trymestr rzeczywiście przyniósł ulgę, organizm przystosował się do nowego stanu, powróciła energia i znów być może większe poczucie „panowania nad sytuacją”. Aż do czasu. Powiększający się brzuszek (a przede wszystkim, przybierające na wadze Maleństwo) nie pozostaje bez znaczenia dla samopoczucia i sił fizycznych. Ciężko się ułożyć do snu, nocne wędrówki „są na porządku dziennym”, czasem nie mogę złapać oddechu, a bóle krzyża coraz bardziej się nasilają. W sobotę był dzień kryzysowy. Po całym dniu prowadzenia kursu przedmałżeńskiego, nie mogłam już ani chodzić, ani myśleć, ani usnąć, rzecz jasna. A przecież wielokrotnie już bywały dni bardziej intensywne i pracowite. Co będzie za trzy miesiące?      

Żeby tak dziecka nie trzeba było rodzić! Boję się bólu! Ale jak będzie wyglądać moje ciało po ciąży? Moje biodra będą szerokie! Moje piersi nie wrócą już do dawnych kształtów! A co, jak zostaną mi rozstępy i najlepsze balsamy-cud nie pomogą? Słyszę te lęki kobiet – które niekiedy stają się wystarczającym powodem, by decyzję o macierzyństwie odwlekać lub całkiem tę myśl odrzucić. By zapragnąć cudu techniki sztucznej macicy. Ale dlaczego tak mało ufamy, że nasze ciało zostało idealnie przygotowane do swojej macierzyńskiej roli? Że w tej roli spełnia się?  

Uczę się więc być darem, ofiarowywać swoją wygodę dla dziecka, które zostało nam powierzone. Mierzę się z własnymi ograniczeniami – nie tyle już ciała, co przede wszystkim własnego serca, któremu wielokrotnie brakuje pokory. Jestem przekonana, że każda z nas jest powołana do tego daru z siebie i wcale niekonieczne jest tutaj doświadczenie macierzyństwa biologicznego. Przykład? Bł. Matka Teresa z Kalkuty (dziś 5.09 - obchodzimy jej wspomnienie!), która oddawała całą siebie innym w wielkiej pokorze wobec swoich cielesnych ułomności i ograniczeń.

A czy Ty już dziś wiesz, w jaki sposób Twoje ciało jest lub może być darem? 

Czytaj dalej...

Czy moje ciało wymaga poprawki?

Masz 10, 12 albo 14 lat (albo jeszcze mniej lub więcej). Jesteś na to przygotowana emocjonalnie albo zupełnie nie. Czekasz na ten moment z niecierpliwością i ekscytacją albo masz nadzieję, że „to się nigdy nie stanie”. Szukasz informacji na ten temat, rozmawiasz z koleżankami, siostrami i mamą albo nie chcesz o tym nic absolutnie wiedzieć, jakby ominięcie tematu miało tę sprawę rozwiązać. Pierwsza miesiączka pojawia się i tak – gdy jesteś na to gotowa lub nie, gdy czujesz się z tego powodu dumna lub gdy chciałabyś zapaść się pod ziemię. I ten moment sprawia, że już odtąd będzie jakoś inaczej.

Coraz więcej młodych dziewcząt w momencie, o którym mowa, dostaje bardzo wymowną naukę od swoich mam: zostają zaprowadzone do ginekologa po to, by lekarz przepisał odpowiednie „leki” na tę kobiecość. Już teraz lub chwilę później. Zresztą nierzadkie są pewnie i te sytuacje, gdy dzieje się to za aprobatą dojrzewającej dziewczyny, która o dobrodziejstwie pigułek słyszała i czytała już wielokrotnie. Pierwszy sygnał, jaki możemy otrzymać, brzmi: twoje ciało jest zagrożeniem, twoja płodność jest niebezpieczna, naturę trzeba poprawić, coś jest „nie tak”. Być może zbyt mało z nas usłyszało piękną nowinę o tym, że nasz młody organizm przygotowuje się do macierzyństwa i kiedyś, dzięki właśnie tym przemianom, będziemy mogły nosić pod sercem nowe życie. Nie zawsze było nam również dane obserwowanie mamy, która jest dumna ze swojej kobiecości i macierzyństwa.

Trudno mi czasem zrozumieć, dlaczego odczuwamy tak naprawdę nie istotę naszego cyklu, a coś zupełnie pobocznego, choć dla nas najtrudniejszego, czyli krwawienie. Nowe życie poczyna się w naszym ciele zupełnie bez naszej „wiedzy”, bez świadomości „to teraz”, gdzieś w ukryciu, poza naszym wzrokiem. Moment uwolnienia komórki jajowej, a więc te kilka godzin, na które ukierunkowane są wszystkie zmiany hormonalne w cyklu, są dla nas całkowicie niewidzialne i nieodczuwalne (pomijając oczywiście mogący towarzyszyć temu wydarzeniu ból owulacyjny, który i tak nie wskazuje dokładnie na „tę chwilę”). Jest, a jakby go nie było. W naszej społecznej mentalności nie istnieje więc owulacja, jest tylko krwawienie – powiązane z dyskomfortem, osłabieniem organizmu, a także z bólem. Słyszę wielokrotnie: „opóźnia się miesiączka”, a przecież ona nigdy się nie opóźnia, zawsze pojawia się w odpowiednim momencie, to tylko owulacja może być opóźniona względem innych cykli. Jak pokochać taką przedziwną kobiecość?

Moje dojrzewanie przyszło za wcześnie. Szybciej dojrzało moje ciało, niż serce. Nie byłam zintegrowana i gotowa, byłam przede wszystkim zawstydzona. Zaakceptowanie mojej kobiecości było procesem wieloletnim i trudnym, a dziś zdaję sobie sprawę z tego, że było to i z tym dojrzewaniem powiązane. Dzięki trudnościom, jakie przeszłam, potrafię zrozumieć, że pokochanie swojej kobiecości, zwłaszcza gdy całe otoczenie – medialne, koleżeńskie czy rodzinne – daje nam przeciwny przekaz, może jawić się jako zadanie ponad nasze siły. Nie wystarczy usłyszeć: twoje ciało jest piękne i idealne. Trzeba tego doświadczyć. Doświadczyć tego, że moje ciało nie jest zepsute, nie jest uszkodzone ani w jakikolwiek sposób gorsze od męskiego.

Cykl miesiączkowy może być utrapieniem, niezrozumiałą grą hormonów, której cel zupełnie jest przed nami zasłonięty. Czy jednak moja płodność jest chorobą? Największym być może paradoksem jest nazywanie pigułek antykoncepcyjnych „lekiem”. Zmyłka ta nie jest nawet wyczuwalna gołym okiem, bo oto dostajemy właśnie tabletki, które przypominają przecież i inne lecznicze specyfiki. Jednak wielokrotnie mówi się kobietom, że to jest panaceum na wiele problemów – zaczynając od problemów z cerą, małych piersi, poprzez nieregularne cykle aż do bolesnych menstruacji. A przede wszystkim jest to – jak się twierdzi – złoty środek na naszą płodność. Bierzesz i już więcej nie musisz się martwić. (Tymczasem okazuje się, że wiele z tych „uwolnionych kobiet” żyje pod presją tabletki, ciągle bojąc się, czy nie zapomną wziąć, czy wystarczy im do następnej wizyty lekarskiej, na której dostaną kolejną receptę, itd.) Celem tych tabletek jest wyłączenie zdrowej funkcji naszego organizmu, odcięcie bardzo ważnego układu hormonalnego, który powoduje nie tylko cykliczne przemiany w naszym ciele i psychice, ale też jest czymś w nas najbardziej kobiecym. Taka cud-tabletka na naszą kobiecość zaraz przy haśle: Pokochaj siebie! Jesteś tego warta! itd., czyli istny misz-masz naszych czasów.

Sama też byłam „leczona” antykoncepcją. Miałam 17 lat, a moje cykle przez długi czas były nieregularne (albo wcale ich nie było). Przez kilka miesięcy tabletki dawały mi, mającej wtedy jeszcze nikłą wiedzę na temat własnego cyklu, poczucie, że oto mój organizm działa bez zastrzeżeń. Po zużyciu kilku opakowań zapytałam lekarza o to, kiedy mogę odstawić przepisane specyfiki, a zatem jak długo ta „kuracja” powinna trwać, by była skuteczna. Tego, co wtedy usłyszałam, nie zapomniałam do dziś: „nie musisz odstawiać tych leków, narzeczony na pewno bardzo się ucieszy”. Ale jaki narzeczony? Nie byłam wtedy w związku, zresztą lekarz założył, że na pewno będę potrzebowała nie własnej płodności i zdrowia, ale „zabezpieczenia” przed nimi. A może ten, który będzie moim narzeczonym, jednak wcale się nie ucieszy, że zamiast dbać o swoją płodność, niszczę ją jeszcze bardziej? Grzecznie podziękowałam, wyszłam. Do dziś nie wiem, co mnie wtedy tknęło, bo nadal nie rozumiałam, jak działa mój cykl i co jest ze mną nie tak, ale miałam głębokie przekonanie – zgodnie z odpowiedzią lekarza, który de facto na moje pytanie udzielił jasnej odpowiedzi – że branie tych tabletek niczego nie zmieni, a więc odstawiłam je z ulgą. Cykl oczywiście nie wrócił. Do czasu. Do tego momentu, w którym pozwoliłam mojemu ciału na bycie kobiecym, kiedy pozwoliłam sobie mieć kształty i kilka kilogramów więcej. Może, gdyby ginekolog połączył fakt niedowagi i zanik jajeczkowania, dotarłby do przyczyny tych problemów i leczenie  miałoby jakiś sens.

Dwa lata później moje serce przestało terroryzować ciało, zostałam pokochana jako kobieta i zaczęłam odkrywać, że w moim ciele zapisane jest moje powołanie. Odkryłam, że moje ciało nie jest zepsute, nie wymaga żadnych tabletek, które je blokują, ale domaga się troski i poznania. Przyjęcia jako daru. W tej drodze oprócz miłości i akceptacji pomogły mi bardzo naturalne metody rozpoznawania płodności, a więc przyjrzenie się przemianom w cyklu, zachwycenie się logiką, z jaką działa mój organizm i celem, jaki temu przyświeca.

To, co w nas zdrowe i najbardziej kobiece, czołowe feministki ze szklanego ekranu z wielką lekkością chcą zanegować. Jak pisze Magdalena Środa (feministka, bynajmniej nie ta „nowa”, nie „nasza”): Mało jest rzeczy zapewniających w równym stopniu kobiecą wolność i autonomię jak antykoncepcja. Skuteczna, bezpieczna, dająca poczucie panowania i nad płodnością, i nad życiem. Nie wyobrażam sobie, jak funkcjonowały kobiety w czasach, gdy nie istniała. Wielokrotnie te właśnie mainstreamowe feministki wypowiadają się negatywnie o nauczaniu Kościoła w kwestii rodzicielstwa i planowania rodziny, ukazując je jako patriarchalne i wymierzone wprost przeciwko kobiecie. Z tych wypowiedzi przebija ich nieznajomość nauczania, o którym chcą mówić, brak wiedzy na temat naturalnych metod rozpoznawania płodności, głęboka ignorancja i niewysłuchanie głosu wielu kobiet. A ich opinie chłoną odbiorcy i powtarzają. Dlatego tak trudno im potem uwierzyć naszym słowom i świadectwom: nauczanie Kościoła w sprawie planowani rodziny i płodności jest nie tylko dostosowane do naszych czasów, nie tylko uwzględnia godność każdego i każdej z nas, ale pozwala na odkrywanie bogactwa naszej natury, odkrycie naszego powołania! Jak mogę więc nie być nową feministką, skoro nowy feminizm to perspektywa wprost odwrotna od powyższej To spojrzenie przypomina mi, że moje ciało jest ukształtowane i obmyślone idealnie, zgodnie ze swoim powołaniem, moje ciało mówi, a zrozumienie jego „mowy” przynosi najpiękniejsze owoce - szczerego dialogu i komunikacji w me mnie samej.

Nie chcę panować nad moją płodnością, chcę tę płodność zrozumieć, pokochać, przyjąć jako zadanie, zachwycić się nią jak kolejną tajemnicą. Chcę, by moją kobiecą naturę przyjmował mój Ukochany, by walczył ze mną, jeśli będzie to dla mnie trudne. Moje ciało jest idealnie zaprojektowane, by mnie kształtować i wychowywać, by dawać nowe życie i je chronić, by być darem dla innych. Moje kobiece ciało nie tylko jest wystarczające, ale jest zachwycające!

Dziękuję Ci Boże, że stworzyłeś kobietę tak cudownie! 

Czytaj dalej...

Lustereczko, powiedz przecie...

„Lustereczko, lustereczko, powiedz przecie…”

Pewnie większość z nas Dziewczyny, zaprzeczy, że kiedykolwiek wypowiadała dokładnie te słowa. Chyba że miała okazję wcielić się w Złą Macochę w bajce o Królewnie Śnieżce. (Mnie trafiło się akurat być krasnoludkiem w przedszkolnym przedstawieniu ; - )

A jednak szukamy tej odpowiedzi albo Samo Lustro zwraca się do nas ze swoimi kąśliwymi, wymagającymi uwagami. Jeśli którakolwiek z Was stwierdziła po wymianie spojrzeń ze zwierciadłem, że powinna się odchudzić albo cokolwiek zmienić w swoim wyglądzie, nie będzie mogła zaprzeczyć temu subtelnemu dialogowi. Lustro mówi, że coś jest nie-tak-jak-być-powinno. Ale skąd ono wie, jak być powinno, czy ma jakiś wzorzec? Skąd my (bo nie oszukujmy się, jednak mamy tu dużo do powiedzenia) to wiemy? I właściwie: Kto powinien tym rozporządzać?

Tak naprawdę temat samoakceptacji wydaje mi się coraz bardziej oklepany. To jest trochę tak, że jedne dziewczyny z niego wyrastają i znajdują w tej kwestii jakąś równowagę czy kompromis (zwykle temat powraca, choć już w innym natężeniu, inną drogą), ale pojawiają się nowe sytuacje, nowe osoby i nowe – może nawet „nowoczesne” – wymagania, kanony piękna – nawet nie piękna, ale atrakcyjności o zgrozo, atrakcyjności zwykle z-seksualizowanej. (Oczywiście, kwestia samoakceptacji dotyczy też panów, ale wolę mówić do kobiet i o kobietach, bo lepiej znam nasze dolegliwości.)

Wiem na pewno, że tym, co „leczy” z lusterkowej choroby jest Miłość Drugiej Osoby, która widzi w nas piękno – i nie, nie tylko to wewnętrzne, ale całościowe. W moim życiu i w sposobie patrzenia na siebie zaszły ogromne zmiany odkąd zostałam pokochana. Dopiero wtedy zrozumiałam, że każda dziewczyna może być Księżniczką (nawet jeśli kiedyś musiała zagrać krasnoludka;-) Ale to był pierwszy krok. Drugi musi odbyć się gdzieś głęboko w naszym sercu, w zgodzie na siebie i – jakże to zabrzmi górnolotnie – w odkryciu tego, że jestem stworzona i pomyślana przez Boga. Jestem piękna jako kobieta.

Ale to, co mnie zmotywowało do wpisu, to potrzeba, jaką noszę w sobie od dłuższego czasu. Chcę podzielić się z Wami piosenkami zespołu, który – mogę się założyć – dla większości będzie całkiem nowym odkryciem. Chrześcijańską grupę Barlow Girl (www.barlowgirl.com) tworzą trzy dziewczyny - siostry, które już od wielu lat komponują, grają i śpiewają. Wydały kilka płyt. Ich muzyka towarzyszy mi od czasów liceum. To, co mnie zachwyca, to „kobiecość” tego zespołu. Nie tylko w całości tworzą swoje piosenki, ale też przez ten damski rys ich treść wyjątkowo trafia do płci pięknej, poruszając tematy, które dla nas są ważne. W związku z kwestią akceptacji chciałam zwrócić uwagę na dwie piosenki. Są one bardzo osobiste dla autorek, szczególnie dla Rebecci Barlow (najstarszej z sióstr), która otwarcie wyznaje, że chorowała na anoreksję. Nie potrafiła sobie poradzić z wymaganiami, jakie stawiała swojemu ciału, ideałowi wykreowanemu przez media, który chciała osiągnąć. Udało jej się jednak wyjść z tego.

Pierwsza z piosenek to „Mirror” (ang. Lustro) – utwór sprzed kilku lat właśnie o tym dialogu, a właściwie o wygraniu tej dyskusji-walki. Druga piosenka „Sing me a Love Song” (ang. Śpiewaj mi piosenkę o miłości) pochodzi z najnowszej płyty i na youtube możecie obejrzeć teledysk, choć osobiście pierwszy kawałek polecam bardziej!:-)

Jeśli spodobają się Wam te piosenki, to polecam i inne. Bo muszę zdradzić, że podane powyżej nie są moimi ulubionymi z repertuaru Barlow Girl:-) a jednak i tak są piękne!

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS