Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego (Łk 10, 41 - 42)

Urzekająca. Odkrywanie tajemnic kobiecej duszy

(Uwaga... Recenzja napisana 5 lat temu;-) 

„Odkrywanie naszego piękna w istocie oznacza odkrywanie naszych kobiecych serc."

Nie wiem, co mnie bardziej urzekło: niezwykłość tej lektury czy piękno mojej kobiecości?… Nie wiem, dlaczego co kilka akapitów zamykałam książkę i wpatrywałam się w sufit jakby karmiąc się słowami, odkrywając tajniki przeszłości i teraźniejszości, odnajdując coś, dialogując z sobą?

„Urzekająca" postawiła sprawę jasno: kobiecość to najbardziej przynależna i właściwa cecha mojej osoby. Zostałam stworzona kobietą i jest w tym wielki plan Boży i bezcenny prezent dla mnie, i dla innych (zarówno mężczyzn jak i kobiet). Już od dziecka chciałam być księżniczką (nawet grając rolę krasnoludka a nie Królewny Śnieżki), czekałam na Księcia z Bajki (rozczulając się przy romantycznych piosenkach) i chciałabym być podziwiana. Jako mała dziewczynka naśladowałam mamę, podkradałam jej kosmetyki, nauczałam maskotki, przewijałam lalki i matkowałam starszej siostrze i młodszemu bratu. A nade wszystko chciałam wiedzieć, że jestem piękna, urzekająca! W sercu odnalazłam (opisane przez autorów) tęsknoty do: miłości romantycznej, udziału w przygodzie i ujawnianiu swego piękna, a do tego: wytłumaczenie tych pragnień.

Książka znakomicie kreśli kobiecy portret duszy, serca i marzeń, szeroko opisując wpływ i wagę wszystkich relacji: z matką, z ojcem, z przyjaciółkami, z ukochanym, z Bogiem. Jest to głębokie spojrzenie na całą osobę, jej świat i czas życia. Przeszłość nie jest bez znaczenia, pozostawia rany na duszy, które trzeba leczyć, nie tylko rozdrapywać. Te zranienia często nieuświadomione ciążą, blokują. A są... Wyleczalne, uzdrawialne.

Amerykańskie małżeństwo Eldgredge wymienia się piórem, dając całościowe spojrzenie na omawianą kwestię. Odwołują się wciąż do przykładów z życia swoich znajomych oraz tych najbardziej osobistych (historia Stasi i jej problemów jest niezwykle szczera, naprawdę poruszająca tak jak dzieje ich związku), przez co nietrudno odnaleźć się w którejś z opowieści. Silnym fundamentem przekazywanej treści jest głęboka wiara chrześcijańska małżonków. W zamyśle Stwórcy Ewa jest koroną stworzenia, ozdobą, pięknem wcielonym, które to piękno rozprzestrzenia. Ona jest przeznaczona do miłości romantycznej, do bycia zdobywaną, do motywowania wszelkiej męskiej aktywności. Jest w niej życiodajna moc, ona dąży zawsze do czegoś Więcej, czegoś głębiej… Urzeka swoją tajemniczością, czasem pochopnie nazywaną skomplikowaniem. Kobieta jest w swoim pięknie prosta, ujmująca.

Jakaż to mądra książka, ach. Jak na teraz – dla mnie niezgłębiona. I na pewno będzie pozycją w biblioteczce niestałą, a wędrującą: mama, siostra, przyjaciele... Długa przed nią droga. Droga urzekania. (I mam nadzieję, że zawędruje do Was. I trochę się pogości w Waszych sercach.)

John & Stasi Eldredge, Urzekająca. Odkrywanie tajemnicy duszy kobiecej, Oficyna wydawnicza LOGOS, Warszawa 2005.

Znajdź Urzekającą w sklepiku KiM

Czytaj dalej...

Nowy feminizm, czyli jaki?

Mój mąż parokrotnie powiedział gdzieś na forum: Mieszkam z feministką, na szczęście taką nową. Tak, jestem feministką. Tak czuję, choć dla grona feministek głównego nurtu będzie to bezpodstawne. Mój Mariusz, choć może nie jest tego świadom i nie lubi tego określenia (które jakoś nie za bardzo się przyjęło), też jest feministą, takim nowym. Albo po prostu - takim prawdziwym.

Kiedyś na rekolekcjach dla kobiet zapytałam ok. 100 katoliczek, czy któraś z nich uważa się za feministkę. Ile pań podniosło rękę w górę? Jedna. Ja. Może niektóre z nich odpowiedziałyby, że „nie są feministkami, ale…”, jak to często zdarza się słyszeć, i podałyby wiele słusznych argumentów, ale tak w przestrzeni publicznej i to w przestrzeni dzielnych wierzących niewiast większości zapewne wydało się zupełnie niestosowne przyznanie się do takich skłonności. Dlaczego?

Być może problem polega na tym, że feminizm kojarzy nam się zbyt jednoznacznie i całkiem opozycyjnie do naszej wiary. Przyznaję, że wcale się temu nie dziwię, zwłaszcza po ostatnio wrzuconym do sieci filmiku z Argentyny pokazującym wulgarne i karygodne zachowanie feministek wobec katolików. I gdzie jest ten geniusz kobiety?... Feministki ze szklanych ekranów i pierwszych stron gazet atakują Kościół, jego nauczanie i wydają się wielokrotnie nie tylko nienawidzić mężczyzn, ale także własnej kobiecości. Kiedy dochodzą do nas informacje o wielu oburzających zachowaniach i wypowiedziach tych pań, nie dziwię się jednoznacznej odpowiedzi: nie chcemy mieć z nimi nic wspólnego. A inne feministki? Innych nie znamy. Inne wydają się nie istnieć. Ale przecież tym bardziej teraz, kiedy kobiecość „uwolniona” zamiast rozkwitnąć i zajaśnieć blaskiem, jest deptana (i to przez same kobiety!) potrzeba solidnego przeciwstawienia się tym atakom i spojrzenia na kobietę w prawdzie - jaka Ona jest. 

Feminizmów było i jest wiele, a szkoda, bo może wystarczyłby jeden, taki, który walczyłby o prawdziwą godność kobiety, o to, by kobieta mogła być kobietą i za tę kobiecość była doceniana. Ale skoro wiemy, że tak wcale nie jest, feminizm domaga się odnowienia. Takiego, do jakiego nawoływał Jan Paweł II w swoich przemówieniach i pismach. W Evangelium vitae (nr 99) czytamy: „W dziele kształtowania nowej kultury sprzyjającej życiu kobiety mają do odegrania rolę wyjątkową, a może i decydującą, w sferze myśli i działania: mają stawać się promotorkami <<nowego feminizmu>>, który nie ulega pokusie naśladowania modeli <<maskulinizmu>>, ale umie rozpoznać i wyrazić autentyczny geniusz kobiecy we wszystkich przejawach życia społecznego, działając na rzecz przezwyciężenia wszelkich form dyskryminacji, przemocy i wyzysku.” 

Czy znamy nowy feminizm? Czy przyswoiliśmy sobie to hasło? Po wstukaniu w google tego wyrażenia można szybko trafić np. na tekst (na plotkarskim portalu) o nowym feminizmie, jaki wnosi w nasze społeczeństwo... Ewa Chodakowska (co autor uzasadnia ogromną popularnością tej trenerki wśród Polek, które udało się jej skutecznie zmotywować do zadbania o siebie). Ale użyć sformułowania nowy feminizm całkiem opacznie zdarza się także publicystom katolickim, którzy wrzucają do jednego worka wszystko, co choćby potencjalnie z feminizmem może mieć coś wspólnego (np. por. Wybierz sobie płeć). Zresztą ile to razy słyszeliście o dobrym feminizmie np. z ust księży? Gdzieś z ambony? Mówi się dziś wiele o ideologii gender, a przy okazji i o feminizmie, nie wskazując na jego dobre owoce (jak wywalczenie praw wyborczych kobiet) ani na jego przepełnioną chrześcijańskim Objawieniem formę, którą akcentował Jan Paweł II. A szkoda, bo jest teraz ku temu świetna okazja!

Joanna Petry Mroczkowska w swojej książce „Feminizm – antyfeminizm”* (książkę, szczerze mówiąc, polecam bez żadnego entuzjazmu, mając wobec niej kilka zastrzeżeń) powołuje się na ankietę, w której zadano pytanie respondentom o to, czym jest nowy feminizm. 85% ankietowanym odpowiedziało, że nie spotkało się z tym pojęciem. A gdy przyszło do wyjaśnień, najczęstsze odpowiedzi brzmiały – nowy feminizm to: liberalizacja prawa aborcyjnego (25,2%), sprzeciw wobec dyskryminacji kobiet (24%), wprowadzenie święceń kobiet (20,3%) czy też (w końcu!) nowa kultura służąca życiu (14,9%). Wielokrotnie w wypowiedziach ludzi Kościoła przewija się sformułowanie feminizm, w którym zamyka się tylko to, co złe, to, co nam przeciwne. A przecież feminizm w swoich korzeniach to bardzo słuszne dążenie do zapewnienia kobietom równości w społeczeństwie, to walka z dyskryminacją kobiet ze względu na płeć, to walka z wieloma stereotypami, z którymi musiały mierzyć się kobiety przez wieki, a nawet – niestety – przez tysiąclecia. I nadal w wielu zakątkach świata ta godność kobiety nie została jeszcze uznana i dowartościowana. Dlatego gdy pytają mnie znajomi katolicy niepewnie: ale to trzeba mówić o nowym feminizmie, nie wystarczy mówić po prostu prawdę o kobiecie?, odpowiadam: nie wystarczy. Potrzebny jest nowy feminizm, żeby walczyć z grzechem antyfeminizmu i by ten stary feminizm degradować, wskazując, że jest i inna droga. 

Nie ma jednej, pełnej definicji określającej sztywnie ramy nowego feminizmu postulowanego przez Jana Pawła II. W perspektywie badawczej jest to nadal dość nowe zagadnienie. Jedna z głównych badaczek tego nurtu Michele M. Schumacher proponuje takie sformułowanie: NOWY FEMINIZM to „zadanie – czy też posłannictwo – wyrażenia tego, co w szczególny sposób odróżnia kobietę, zwłaszcza w stosunku do mężczyzny – a zatem również jako jego dopełnienie – oraz w kontekście i w celu promowania autentycznej ludzkiej i chrześcijańskiej kultury”**.

Jakie są główne założenia nowego feminizmu? Podobnie jak „stary feminizm” - istotne jest dążenie do zwalczania wszelkich przejawów dyskryminacji i przemocy wobec kobiet. Ale w swojej „nowości” chodzi o rozpoznanie geniuszu kobiety, co wynika z przekonania, że kobieta różni się od mężczyzny i została obdarzona nieco innymi, szczególnymi predyspozycjami, którymi może i powinna wzbogacić świat we wszelkich przestrzeniach życia społecznego, zgodnie ze swoim powołaniem. Nowy feminizm wzywa więc kobiety do rozpoznania swoich talentów i aktywnego korzystania z nich dla budowania cywilizacji miłości. Nowy feminizm nie skupia się tylko na kobiecie, ale pamięta o szczególnej roli kobiety w życiu mężczyzny i o jego roli w jej historii. Ten program to prawdziwie pragnienie tworzenia cywilizacji życia, program odnowienia tego, co zostało utracone w raju, a przecież zostało odnowione przez samego Chrystusa! Postawa Jezusa wobec kobiet, jaką odnajdujemy w Ewangeliach, jak pisze Jan Paweł II w Mulieris dignitatem (nr 16), „potwierdza i przybliża w Duchu Świętym prawdę o <<równości>> obojga — mężczyzny i kobiety. Trzeba mówić o zasadniczym <<równouprawnieniu>>: skoro oboje, kobieta tak samo jak mężczyzna, są stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, zatem oboje też są podatni w równej mierze na udzielanie się Bożej prawdy i miłości w Duchu Świętym. Oboje też doznają Jego zbawczych i uświęcających <<nawiedzeń>>”.

Nowy feminizm wpisuje się zatem w pragnienie powrotu do zamysłu samego Stwórcy - byśmy byli dla siebie nawzajem darem, byśmy rozpoznali naszą równość i inność, i zachwycając się nią, mogli teorię wcielać w życie. Byśmy razem budowali nową kulturę, przepełnioną miłością i wiarą. Byśmy mogli feminizm praktykować, nie tylko głosić. Nie, nie z Chodakowską, ale z Tym, Który stworzył nas wszystkich z Miłości i do Miłości - swoje córki, i swoich synów.

Tak, Bóg też jest zwolennikiem nowego feminizmu! :-)  



* Joanna Petry Mroczkowska, Feminizm - antyfeminizm. Kobieta w Kościele, wyd. WAM, Kraków 2012, s. 222.

**M. Schumacher, Przedmowa do wydania polskiego, w: Kobiety w Chrystusie. W stronę nowego feminizmu, pod red. M. Schumacher, wyd. Centrum Jana Pawła II, Warszawa 2008, s. 9.

 

Zapraszam do małego i szybkiego konkursu - tak przedświątecznie:-)

Czytaj dalej...

Geniusz kobiety

Kiedyś podczas pionierskich badań nad mózgiem i anatomią stwierdzono, że nie spotyka się u kobiet obwodu głowy większego niż 53 cm. I co z tego? – możemy zapytać. Może tyle, że potwierdziło to wówczas wiekowe (dodajmy: krzywdzące i niesłuszne) przypuszczenia (albo nawet: uprzedzenia). Ponieważ sądzono, że przejawy geniuszu są możliwe tylko wtedy, gdy obwód głowy przekracza 53 cm, w 1911 r. Bayerthal wyciągnął z tego prosty wniosek: wśród kobiet nie można spotkać żadnego przypadku geniuszu. Dziś zatem kilka słów o geniuszu. I to o geniuszu kobiety - jednym z ważniejszych haseł nowego feminizmu. O tym geniuszu, w którym nie chodzi o jakieś wymiary, ale o serce.

Jesteśmy różni – powtarzamy to do znudzenia, przywołując Adama i Ewę oraz cały Boski zamysł równości, z którą ramię w ramię idzie inność (tak, logika naszego Stwórcy jest niezwykle piękna i odmienna od naszej). Ale nawet powtarzanie tej ważnej prawdy, nie sprawia, że wszyscy o tym pamiętają, że wszyscy to odczuwają, że wszyscy tego właśnie pragną. Bo może jednak słyszymy wciąż, że mężczyźni są lepsi, że to oni nad nami panują, albo wręcz przeciwnie: pół żartem, pół serio przypominamy dobitnie, że jednak to my kobiety jesteśmy „górą”, to nas stworzył Pan na końcu jako prawdziwą koronę swojego dzieła albo jak diament tej korony, ostatni, najpiękniejszy szlif i klejnot. I balansujemy wtedy na niebezpiecznej linii - między samoponiżeniem a pychą.

Przez wieki, a właściwie przez tysiąclecia uważano, że kobieta jest kimś gorszym, słabszym, wcale nierównym mężczyźnie. Zdarzało się nawet, że powołując się na słowa z Pisma Świętego, usprawiedliwiano tę nierówność jakby ona była związana wprost z Zamysłem Boga, np. przywołując słowa: ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad Tobą (Rdz 3,16) – zupełnie pomijając fakt, że są to słowa wypowiedziane już po grzechu. (A i dziś spotykam publikacje, które podtrzymują takie argumenty, np. Żona, jakiej pragnie twój mężczyzna.)

Kobieta zawsze była tajemnicza, związana mocno ze swoim ciałem i nowym życiem, była też zmienna, fizycznie słabsza, a do tego, co szczególnie ważne, kusząca swoim pięknem - jej uroda i wdzięk mogły przecież niejednego mężczyznę zwieść na manowce, stąd i lęk przed kobietą. Inność kobiety wielokrotnie odbierano nie jako przywilej, nie jako coś, przed czym można z zachwytu zaniemówić, ale coś, co przerażało. W ważnych sprawach to mężczyźni rządzili światem (raz lepiej, raz gorzej), a nasze kobiece talenty realizowały się głównie (choć nie tylko - w historii znajdziemy też kilka znanych, wielkich kobiet ;-) w zaciszu domowego ogniska.

Jan Paweł II w swoich pismach akcentował „geniusz kobiety”, powracał do tego sformułowania, apelował o jego rozpoznanie i rozpowszechnienie (a może: uświadomienie i przyjęcie?). Analogicznie, jestem tego pewna, można mówić o „geniuszu mężczyzny”, ale papież w swoich tekstach skupia się na szczególnym, kobiecym jego wymiarze, który nie został doceniony tak jak ten męski, a który próbuje się dziś sprowadzić do naszego przekleństwa, do wmówionego nam schematu postępowania, a więc i do stereotypu. To z tym geniuszem walczy dzisiaj wiele feministek (jak znane nam z mediów głośno krzyczące panie, które upierają się np. przy tym, że nie istnieje instynkt macierzyński, że nie każda kobieta chce być matką, że nie każda kobieta pragnie czułości i miłości, że aborcja nie jest dla kobiety traumą, ale normalnym zabiegiem itp.) Ten geniusz nie był doceniany przez tysiąclecia, bo wiązał się z tą innością, tajemniczością i pięknem. Jan Paweł II podkreśla jednak, że geniusz kobiety jest nam dziś szczególnie potrzebny, bo – jak samo określenie wskazuje – to jest drogocenny skarb, nasz posag od Ojca, który możemy (musimy? powinnyśmy?) wnosić do życia rodzinnego, społecznego i wszędzie, absolutnie wszędzie tam, gdzie nas On zaprowadzi. Czyli do tego świata, który wciąż jeszcze ma silnie „męski” rys, wciąż jest przez mężczyzn prowadzony. A przecież to kobieta została stworzona jako pomoc dla mężczyzny.

Czym jest geniusz? Zwykle kojarzymy go ze szczególnymi zdolnościami intelektu albo też uzdolnieniem w jakiejś dziedzinie, np. artystycznej. W czym jest więc wyjątkowa i uzdolniona kobieta?

W encyklice Mulieris dignitatem czytamy słowa Jana Pawła II: „kobieta jest powołana od początku do tego, aby być miłowaną i miłować” (MD 20). Nie umniejsza to wcale powołania mężczyzn do miłości, ale – przyglądając się dogłębnie temu, kim jest kobieta, co odróżnia ją od mężczyzny, jakie doświadczenia są dostępne tylko jej – widzimy szczególne powołanie do relacji, do macierzyństwa, do troski o życie i o miłość. To jest pewna wyjątkowość dana jej z natury, ze stwórczego aktu Miłości. Te zdolności uwidoczniają się bardzo mocno i szeroko w przestrzeni rodzinnej. Jak pisze Jan Paweł II: „Społeczeństwo najwięcej zawdzięcza geniuszowi kobiety właśnie w tym wymiarze, który bardzo często urzeczywistnia się bez rozgłosu, w codziennych relacjach międzyosobowych, a szczególnie w życiu rodziny.” (List do kobiet z 1995 r.) Zachowajmy jednak otwarte serca  – Papież daleki jest tutaj od stwierdzenia, że nasze miejsce jest tylko w zaciszu domu. Wręcz przeciwnie – ten geniusz, który wielokrotnie nie miał okazji zabłysnąć w innych miejscach, powinien być niesiony – w życie społeczne, polityczne, zawodowe. A nawet jeszcze dalej i głębiej – tego geniuszu kobiet brakuje często w naszych parafiach i wspólnotach, w Kościele. W encyklice o życiu konsekrowanym Jan Paweł II zauważa to bardzo wyraźnie: „Także w dziedzinie refleksji teologicznej, kulturalnej i duchowej wiele oczekujemy od kobiecego geniuszu — nie tylko w tym, co dotyczy specyfiki życia konsekrowanego kobiet, ale także rozumienia wiary we wszystkich jej przejawach. Jak wiele zawdzięcza przecież historia duchowości takim świętym, jak Teresa od Jezusa czy Katarzyna ze Sieny, dwóm pierwszym kobietom wyróżnionym tytułem Doktora Kościoła, i wielu innym mistyczkom, które zgłębiały tajemnicę Boga i Jego działanie w człowieku wierzącym! Kościół bardzo liczy na specyficzny wkład kobiet konsekrowanych w rozwój nauki, obyczajów, życia rodzinnego i społecznego, zwłaszcza w dziedzinach związanych z obroną godności kobiety i z poszanowaniem życia ludzkiego” (Vita consecrata 59).

Nadal w wielu miejscach zamyka się drzwi przed kobietami, niestety, także w Kościele brakuje naszego głosu, naszych charyzmatów (bywa, że księża boją się kobiet albo patrzą na nie podejrzliwie, wiem, wiem). Zdarza się także, że specjalistami od kobiecej duchowości, kobiecego powołania czy od relacji damsko-męskich… stają się mężczyźni, często kapłani. A przecież mamy tak wiele do opowiedzenia o sobie i o nas - sobie nawzajem i naszym wspaniałym mężczyznom. Geniusz ma takie cechy: zachwyca i ciężko go ukryć. Chociaż jak każdy skarb - można go zakopać i jak każdy dar - można go odrzucić.

Czy zatem odnalazłaś już w sobie Twój niepowtarzalny geniusz kobiety? Czy przyjęłaś go? Gotowa, by się nim pochwalić i dzielić?

Czytaj dalej...

Mamo, czy ja jestem piękna?

Niedawno u rodziców (nie pamiętam nawet dlaczego) w rozmowie podjęliśmy temat moich dodatkowych kilogramów w czasie ciąży (obecne już +13 :-) Mama spojrzała wtedy na mnie i bardzo ciepło oznajmiła: „ale Kasiu, ty pięknie wyglądasz!”. (Tak na marginesie czy też w nawiasie: komplementów od mamy w czasie ciąży mam naprawdę dużo, a jeden szczególnie utkwił mi w pamięci: „ciąża tak ci służy, że powinnaś cały czas być w ciąży!”.) Ale zaraz po tych słowach dodała: „ja wiem, słowa mamy to nie to samo...”.

Wielokrotnie, zwłaszcza gdy byłam nastolatką i mama w jakiś sposób doceniała czy to moją urodę czy talenty, miała w sobie niezwykłą świadomość, że jej słowa na pewnym etapie nie wystarczają (a ostatnio dała do zrozumienia, że według niej na żadnym etapie nie wystarczają). Wcale nie obrażała się, kiedy one budziły jedynie delikatny uśmiech albo przekorną, choć krótką i szczerą wtedy w moim odczuciu odpowiedź: „nieprawda”. Dobrze wiedziała, że jej słowa i opinie są lub mogą być odebrane przeze mnie jako nieobiektywne, pocieszające, a nawet nic nie znaczące. Takie mamusiowe gadanie, które czasem zamiast podnosić na duchu, mogło tylko dołować: to już jest ze mną tak źle, że tylko mama może mi prawić komplementy?! Ona patrzyła przecież zawsze z miłością, a czy w takim spojrzeniu można coś uznać za niepiękne? Ona sama stwarzała we mnie piękno, a ja chciałam wiedzieć, że jestem piękna. Tak obiektywnie. Albo subiektywnie, ale w oczach kogoś, kto wcale tego zachwytu nie ma ze względu na naturę naszej relacji. Kto wcale nie powinien, ale naprawdę chce, kto zostaje urzeczony mną. Tak, chciałam zachwycać, ale kogoś więcej (a właściwie: kogoś innego) niż własną mamę. Pragnęłam podziwu Adama nad wdziękiem Ewy. Kiedy dziewczyna marzy o byciu adorowaną przez inne osoby, a często przez tę jedną jedyną, to słowa mamy nic nie wnoszą. W tej jednej sprawie ona szybko przestaje być nieomylnym autorytetem. Bo i co z tego, że słyszę od niej, że jestem piękna i wspaniała, kiedy nikt inny tego nie dostrzega? Jest (czy też może pojawić się) taki etap w naszej historii życia. Ale może on przemija? I wracamy z utęsknieniem do tych maminych zachwytów?... Czy zawsze słowa mamy to nie to samo?

Czy jestem piękna? Podobno pytamy o to przede wszystkim naszych tatusiów, nosząc w sobie wielkie pragnienie bycia dla niego księżniczką. Czy z mamą jest bardzo inaczej? Kilka dni po tamtej rozmowie, przy myciu podłóg, wróciły do mnie jej słowa. (Nie ma to jak szybki refleks.) Poprowadziłam wtedy spontaniczny dialog między mną a nią. A właśnie, że Twoje słowa, mamo, są dla mnie bardzo ważne! Ale tu chodzi o coś więcej niż tylko o pytanie, czy jestem piękna, bo za nim idą kolejne, zwłaszcza na tym etapie mojej drogi - usamodzielnienia się i tworzenia własnej rodziny: czy jestem zaradna, czy jestem dobrą gospodynią, czy jestem kobietą „z klasą”, czy mam dobre serce, czy dokonałam dobrych wyborów, czy jesteś ze mnie dumna, itp. Zrozumiałam, że to, jak dziś patrzy na mnie moja mama, jest dla mnie niezwykle ważne! Zupełnie jakby moje olśnienie przyszło wraz z poślizgnięciem się na wyczyszczonych panelach. Dotarło do mnie dlaczego do dziś, a może szczególnie dziś, wszystkie słowa mamy, jej opinie i uwagi na mój temat mamy są dla mnie tak istotne, dlaczego tak często do nich powracam, dlaczego wywołują wiele różnych emocji. Usłyszałam niedawno mądre, psychologiczne stwierdzenie o tym, że w ciąży jest się bardziej podatną na krytykę, że jest to etap prawdziwego odcinania pępowiny, etap mierzenia się ze swoją mamą – tak, może to i prawda, ale znalazłam też swoją odpowiedź na pojawiające się we mnie uczucia i przemyślenia. Ja po prostu chcę być piękna dla mojej mamy. Chcę wiedzieć, że jej nie zawiodłam, że patrząc na mnie, widzi dobre owoce swojej pracy wychowawczej, że widzi we mnie cząstkę siebie i tego, którego tak bardzo pokochała – mojego taty, że akceptuje mnie i moje wybory, i moje do siebie podobieństwo, i równocześnie moją odmienność. I dlatego tak przykre są, pozornie jej błahe komentarze np. na temat niedobrze dobranej torebki; mojego stylu, który jej nie zawsze odpowiada; źle upieczonego ciasta (bo przecież zamiast takiego najprostszego można postarać się o jakieś „normalne”;, nieumiejętności zadbania o garderobę męża, itp. Dlatego też tak uskrzydlające są dziś dla mnie, niemal jak dla małej dziewczynki, pochwały czy słowa uznania z jej strony. I nawet takie słowa – o tak! Nawet takie: Pięknie wyglądasz!

To powinno być tak oczywiste – wpatrzenie rodzicielki pełne miłości i urzeczenia. I dla mnie było, dopóki nie poznałam sytuacji, które temu przeczyły. Historii dziewczyn, które od dzieciństwa słyszały, że są brzydkie, głupie, niegrzeczne – nie od kolegów na podwórku, ale właśnie od swojej Mamy. Bo nie spełniały wymagań i wyobrażeń, bo miały inną wrażliwość, inne talenty, bo były po prostu niedoskonałe… I nawet jeśli nie chciały być księżniczkami, nie miały tak wzniosłych marzeń, to po prostu chciały być przyjęte i kochane takimi, jakimi są, nie walcząc o uznanie, nie zdobywając punktów, nie starając się dorównać komuś innemu. Chciały tylko czuć, że są wystarczające dokładnie takie, jakie są. I w pełni przyjęte przez najbliższych. A zwłaszcza przez tą, która je przyjęła jako pierwsza. Bo to czasem za mało, być przyjętą w jej łonie. My chcemy być przyjęte w Waszych sercach, kochane Mamy! I jako małe dziewczynki i jako kobiety. Zawsze. My - niedoskonałe, błądzące, nieporadne czasami, często dalekie od ideału dzielnej niewiasty, niekiedy zagubione, nawet wyśmiane przez innych, nieprzyjęte przez ludzi, ale dla Was wyjątkowe, piękne i obdarzone kobiecym geniuszem. Może serce mamy wcale nie jest takie subiektywne? Może właśnie przez miłość jest zawsze obiektywne i może w nas tę wartość podtrzymywać?

A więc – tak, jest dla mnie ważne, czy jestem piękna w Twoich oczach, Mamo. (A wiem Mamo, że będziesz czytać ten wpis, oj wiem!)

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS