Żadna kobieta nie jest tylko kobietą. (św. Edyta Stein)

Do wygrania książka o Tamar

Wydawnictwo Aetos wydało w listopadzie 2013 pierwszą część serii Rodowód Łaski autorstwa Francine Rivers. Każda z pięciu książek opowiada historię kobiety, której imię Ewangelista Mateusz zapisał w rodowodzie Jezusa Chrystusa (Tamar, Rachab, Rut, Batszeba i Maria). 

Kim była Tamar? Francine Rivers nazywa ją kobietą nadziei. Ale czy rzeczywiście jest to ta nadzieja, której i my pragniemy? Której możemy się od niej uczyć?
Polecam serdecznie recenzję i kilka refleksji po lekturze tej książki: Rodowód Łaski: Tamar.
 
Zapraszam także do konkursu, w którym do wygrania 2 egzemplarze tej powieści, ufundowane przez wyd. Aetos
Czekam na Wasze odpowiedzi na pytanie: Jaką inną postać opisaną na kartach Pisma Świętego można określić mianem kobiety/mężczyzny nadziei? Dlaczego?
Odpowiedzi wysyłajcie na adres Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. do 30.11.
Czytaj dalej...

Rodowód Łaski - Tamar

Dla wielu osób, jak sądzę, samo nazwisko autorki serii Rodowód Łaski, Francine Rivers, może być wystarczającą rekomendacją do sięgnięcia po nowowydaną książkę „Tamar” (wyd. Aetos). Literatura Rivers od momentu jej głębokiego nawrócenia przepełniona jest wiarą, tematyką miłości (tej prawdziwej i czystej) i historii, które poruszają swoją mądrością. Polscy czytelnicy mieli okazję poznać jej bestsellerowe powieści: „Potęga miłości” czy „Dziecko pokuty”. Co jednak mogę powiedzieć tym osobom, którym te informacje (jakże dobrze wpisujące się w promocyjne materiały!) nie wystarczają? Co chciałabym przekazać tym czytelnikom, dla których może być to pierwsze spotkanie z jej twórczością?

Podchodzę z dystansem do książek, które chcą przekazać jakiś fragment Pisma Świętego na sposób opowieści, odtwarzając postaci (o których w Biblii czytamy często zaledwie kilka zdań), ich motywacje, pragnienia czy obawy... I pierwsze, co odkrywam już we wstępie, to chyba podobne podejście Francine Rivers, która zdaje się odczuwać ogrom przedsięwzięcia, jakiego się podejmuje, a w którym pragnie pozostać wierna przekazowi biblijnemu, dodając jedynie to, co może być ważne lub niezbędne do lepszego zrozumienia. I wydaje mi się, że robi to świetnie. Zaraz obok tej ostrożności wobec poszerzania biografii postaci wplecionych w historię Zbawienia, pojawia się i drugie pragnienie – przybliżyć je dzisiejszemu człowiekowi – ale nie tak, jak przekazuje się lektury szkolne w opracowaniach – streszczając fabułę, wytłuszczając najważniejsze momenty, często wypunktowując tylko pewne fakty, tylko w taki sposób, by pozwolić nam dziś, nastawionym na szybkie odpowiedzi i zwroty akcji, wejść w tę historię, poznać życie tej konkretnej postaci, by razem z nią przeżywać jej drogę, wszystkie dylematy i wybory. Dlatego cały pomysł serii Rodowód Łaski uważam za niesamowicie potrzebny (może szczególnie nam kobietom?). Składa się ona z pięciu opowieści o kobietach, które Ewangelista Mateusz wymienia w rodowodzie Jezusa Chrystusa (Tamar, Rachab, Rut, Batszeba i Maria). Jak pisze autorka we wstępie: „Żyjemy w burzliwych czasach, w których miliony ludzi poszukują odpowiedzi na najbardziej fundamentalne pytania. Kobiety z genealogii Jezusa wskazują nam drogę. Lekcje, jakie możemy wyciągnąć z ich historii, są wciąż aktualne, mimo upływu tysięcy lat”.

„Imię Tamar znaczy: palma daktylowa. Nadawano je dziewczynie, która miała wyrosnąć na kobietę piękną i pełną wdzięku. Palma daktylowa rośnie na pustyni i wydaje słodkie, pożywne owoce (…). Juda miał nadzieję, że dziewczyna spełni wszystkie obietnice kryjące się w znaczeniu jej imienia.” (Francine Rivers, „Rodowód łaski. Tamar”)

Historia Tamar jest przedziwna i, przyznaję, dziś trudna do zrozumienia, niełatwa do zaakceptowania w wielu swoich wątkach, bo osadzona w jakże innej, odległej nam kulturze! Sytuacja młodziutkiej, nastoletniej Tamar jest niezwykle trudna, a zarazem oczywista dla ludzi tamtych czasów. Zostaje ona wybrana na żonę dla syna Judy, Era. Wie, że z jej zdaniem i uczuciami nikt nie będzie się liczył. Zostaje więc poślubiona mężczyźnie z innego ludu, który nie tylko jej nie kocha, ale także ją poniża. Tamar jest całkowicie zależna od decyzji mężczyzn – ojca, teścia, męża, braci. A o jej wartości ma świadczyć tylko jedno – urodzenie syna, dlatego też zostaje wybrana (czy też oceniona) z powodu swojej pracowitości, siły oraz płodności matki, które zapowiadały, że bez problemu wyda na świat gromadkę dzieci. Co okazuje się jednak nie tak proste.

Dla mnie jej historia jest w dużej mierze pytaniem o wartość i godność kobiety. Może nas dziś przerażać spojrzenie na kobietę, jakie odczytujemy w tej historii. Nie ma tu mowy o jej samodzielności, autonomii, o jej pięknie, które nie stałoby się tylko obiektem męskiego pożądania lub kobiecej zazdrości. A mimo tego Tamar zachowuje pokorę i otwartość serca – także na Boga, którego nie zna. Przy tym uciekając się do pewnego fortelu (powiem szczerze: dla mnie, a pewnie i dla Was także, zupełnie niezrozumiałego), udaje jej się odzyskać swoją godność i uznanie w oczach ludzi. Ale, gdyby na tym poprzestać, to byłaby to tylko namiastka jej prawdziwej wartości. Bo ona nie pochodzi od innych, ale od samego Boga.

Dziewczyna zabrana od rodziców, wyrwana ze swojego narodu i swojej wiary, która miała być poddaną żoną i matką, której użyteczność mierzono przez jej ciało i witalność, a miało potwierdzić je ostatecznie potomstwo, staje się pierwszą niewiastą wymienioną w rodowodzie Jezusa Chrystusa. Kobieta, która nie złamała prawa w przeciwieństwie do bogobojnych mężczyzn, o której Juda powiedział, że jest sprawiedliwsza od niego samego. Kobieta wybrana przez samego Boga w Jego historii. Ale nie, to nie jest kobieta idealna, to jest kobieta pełna nadziei i niosąca nam nadzieję.

Francine Rivers, Rodowód Łaski: Tamar, wyd. Aetos 2013.     

UWAGA! Do 30.11 trwa KONKURS, w którym do wygrania właśnie ta książka!:-)

Książka do nabycia także w sklepiku Serca Kobiety.

Czytaj dalej...

Wielkie rzeczy uczynił mi

Czy potrafisz za Maryją powiedzieć te słowa: Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny (Łk 1,46)? Ale nie jako Jej słowa, tylko Twoje własne, wypływające z Twojego serca? A zatem: czy Wszechmocny uczynił w Twojej historii życia wielkie rzeczy? Albo inaczej: nie czy, ale jakie wielkie rzeczy uczynił?

Być może czasem wydaje Ci się, że Bóg zadziałał cudownie w życiu wielu świętych kobiet, a przede wszystkim w życiu Maryi – wybrać Ją na Matkę swego Syna – przecież to ogromne wyróżnienie, to jest dopiero coś! Może czasem wydaje Ci się, że On naprawdę wiele uczynił dla innych osób – widzisz, jak pięknie poprowadził bliskie lub trochę dalsze Ci kobiety, może Twoją siostrę, mamę, przyjaciółkę, ale gdybyś miała w tej chwili tu i teraz powiedzieć, co zrobił dla Ciebie wielkiego, miałabyś problem. Bo może właśnie teraz zamiast hymnów pochwalnych na Jego cześć (których przecież i Tobie nie brakuje), widzisz przed sobą przede wszystkim trudności, a nawet ciemności, a z nimi, zamiast wyśpiewanego Magnificat, pojawiają się pytania: dlaczego Panie, dopuściłeś tyle zranień (które wcale nie chcą się zagoić, nie przestają krwawić, pomimo upływu czasu nie chcą dać o sobie zapomnieć)? Dlaczego przed tyloma doświadczeniami nie uchroniłeś mnie? Dlaczego nie słyszysz moich największych pragnień, jak długo będę prosić, błagać? I czasem trudno nam zrozumieć, że On naprawdę widzi więcej, że On ogarnia wszystko i się naprawdę nie myli, nawet gdy dopuszcza te ciemności.

Warto rozważyć choć przez chwilę, co takiego uczynił On dla Maryi. W duchu wiary widzimy coś niezwykłego, udział kobiety, a właściwie młodej dziewczyny w dziele Zbawienia. Widzimy kobiecość czystą, piękną, odnowioną, idealną, taką sprzed grzechu, sprzed historii o jabłku. Ale czy patrząc po ludzku, któraś z nas chciałaby właśnie Takich Rzeczy? Czy któraś z nas zgodziłaby się na tak drastyczne skomplikowanie swojego życia? Zwłaszcza dziś, w dobie szczegółowego planowania wszystkiego i ubezpieczania się od wszystkiego. Wyobraźmy więc sobie: Maryja dowiaduje się, że będzie matką (dowiaduje się, ale tak naprawdę pełna pokory - robi coś znacznie większego - zgadza się na to, mówi swoje fiat). Ten moment to jedna z najpiękniejszych chwil życia dla wielu kobiet – dowiedzieć się, że pod sercem rozwija się nowe życie (a w tym przypadku: życie i bicie serca samego Boga!), ale przecież jej narzeczony nie jest ojcem, przecież tłumaczenie się wszystkim dookoła, dlaczego pojawiło się dziecko za wcześnie, nie jest łatwe. Józef mógł jej nie uwierzyć, mógł ją zostawić. A co Maryja usłyszała od krewnych? Ewangelia o tym milczy, ale możemy sobie wyobrazić te spojrzenia, wskazujące palce, szepty za jej plecami, a może i ostre jak brzytwa, raniące słowa skierowane do niej wprost. I do Józefa, i do rodziców Maryi. Ładny początek tych wielkich rzeczy! Gdyby chociaż później było „z górki”, ale nie – już od początku Maryja i Józef muszą walczyć o życie Dziecka, uciekają do Egiptu. Być może lata dorastania Jezusa były spokojniejsze, ale co dzieje się potem? Maryja widzi, jak jej syn zostaje skazany na śmierć, jak jest opuszczony przez swoich uczniów, jak jest wyśmiany, poniewierany, a w końcu ukrzyżowany. Stać pod krzyżem swojego dziecka i nie móc mu pomóc, trzymać potem w ramionach jego martwe ciało – czy jest w tym cierpieniu logika cudów, jakie działa Bóg? Każda matka oddałaby za swoje dziecko wszystko, ale kiedy nie może nic oddać? 

Maryja zgadza się, oddaje się Panu, nie dyktuje mu swoich pomysłów na te wielkie rzeczy. W swoim Magnificat (Łk 1, 46-56) wielbi Boga. Owszem, mówi, że będą ją chwalić pokolenia, ale zaraz potem dopowiada dlaczego: bo On uczynił jej wielkie rzeczy. Pokolenia będą więc chwalić Boga za to, czego On dokonał w Niej. My ją oczywiście sławimy i za Jej postawę, za Jej pokorę, cierpliwość i odwagę. Ale ona o tym milczy, ona wpatrzona jest w Pana, któremu chce służyć. Która z nas ma w sobie taką nieustającą pokorę i ufność Maryi? I jej wdzięczność?

Ja często zapominam o tych Cudach, jakich doświadczyłam w swoim życiu, o tym, czego dokonał Pan, ale też i o tym, czego pozornie nie dokonał, a  przed czym mnie ustrzegł. Zapominam czasem, że prośby, których nie spełnił, są wyrazem Jego troski. Ale nawet kiedy zapominam o wszystkich tych dziełach, staram się wracać do dwóch rzeczy i za nie dziękować. Po pierwsze – On chciał mnie tu i teraz. Poczęłam się w łonie mojej mamy właśnie Ja, nikt inny (a przecież możliwości było wiele). Chciał mnie i, co więcej, pokochał mnie. Tak mocno, że oddał za mnie swoje życie. Czy, gdyby już nic więcej w moim życiu się nie wydarzyło dobrego, wielkiego, nie byłyby to dwa wystarczające powody, by za Maryją wołać „Wielbi dusza moja Pana”? Ale On działał dalej i wciąż nie ustaje. On chciał każdej z nas, za każdą z nas oddał Samego Siebie. Nawet jeśli cały świat wydaje się wrogi, jeśli czujesz, że nikomu nie jesteś potrzebna, że nie byłaś chciana nawet przez swoich rodziców, że byłaś nie akceptowana przez najbliższych - On Ciebie naprawdę chciał i wciąż chce, i wciąż kocha! Czy nasze kobiece serca spragnione miłości, spragnione bycia wytęsknionymi przez Kogoś, bycia przygarniętymi - nie doznają tego Największego Cudu właśnie Tutaj, w tej Boskiej miłości? 

Nie zawsze te wielkie rzeczy są takie, jakie sobie wyobrażam, nie zawsze są wtedy, kiedy ich (jak mi się wydaje) potrzebuję. Bywa przecież, że modlimy się latami o dobrego męża albo o dziecko, a po drugiej stronie jakby wciąż linia zajęta, jakby Bóg przysnął, zapomniał. A może On ma inne, swoje plany? Czemu trudno nam uwierzyć, że On ma lepszy kalendarz i lepsze poczucie czasu (choć jest poza czasem) niż my (którzy w tym czasie żyjemy, uczymy się nim gospodarować itd.)? Czy czasem, mówiąc „bądź wola twoja”, jednak nie sugerujemy Bogu, jaka ona mogłaby być. A może On naprawdę chce dla nas więcej niż potrafimy sobie to wymarzyć? I tylko czeka na nasze Fiat i Magnificat - nawet takie na wyrost, takie nieproszące się o potwierdzenie o tych wielkich rzeczach? Bo Bóg innych rzeczy nie może zdziałać jak tylko tych wielkich. 

„Udziel nam również tego, o co nie ośmielamy się prosić” (modlitwa podczas mszy św.).

A więc pragnę tego, co mnie przerasta, tego, o czym nawet nie pomyślałabym, że jest dla mnie, że może być dla mnie, ale mówię „tak”.

Czytaj dalej...

Książki rozdane

Tydzień temu wraz z zamieszczeniem recenzji książek Gotowe na wszystko. Kobiety Starego Testamentu oraz Gotowe na wszystko. Kobiety Nowego Testamentu (wyd. Vocatio 2011) ogłosiłam mały konkurs (choć określenie konkurs wydaje mi się za bardzo komercyjne, zupełnie nie oddające tego, czego dotyczyły Wasze odpowiedzi - były przecież tak osobiste, tak piękne, zupełnie jak dzielenie się kawałeczkiem swojego serca, za co bardzo dziękuję!). Prosiłam Was o wskazanie na historię jednej kobiety z Biblii, która jest dla Was ważna. Odpowiedzi było wiele i gdybym mogła (tzn. gdybym posiadała kilkadziesiąt książek), nagrodziłabym wszystkie, bez żadnego wyjątku. Ale z powodu pewnych ograniczeń (które i tak postanowiłam nieco przekroczyć;-) chciałabym nagrodzić cztery panie:

Agatę

Monikę

Agnieszkę Sztajner

Annę Nykiel

Wszystkie osoby wyróżnione zostały już o tym poinformowane mailowo.

Za zgodą autorek te piękne teksty zostaną opublikowane w tym tygodniu na stronie sercekobiety.pl (czym zostałam zmuszona do poszerzenia strony o dział Artykuły inne:-) A wiecie dlaczego? Po prostu nie mogłabym, naprawdę nie mogłabym tych historii zatrzymać dla siebie, nie poprosić autorek o pozwolenie na podzielenie się nimi szerzej, czyli z Wami. Jestem pewna, że znajdziecie kawałek siebie w ich słowach.

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS