Pan otworzył jej serce, tak że uważnie słuchała słów Pawła (Dz 16, 14)

Zakochana

Jeśli wiesz, co znaczy być zakochaną, to wiesz też, jak w jednej chwili może zmienić się niemal całkowicie rytm bicia serca. Jakby to był zegarek, który można nastawić jednym, umiejętnym ruchem, delikatnym, ale precyzyjnym. Z dnia na dzień stajesz się inna. Coś się stało? Czemu uśmiechasz się do samej siebie? Czemu podskakujesz i podrygujesz, idąc samotnie ulicą i nie zważając na to, co pomyślą inni. A pomyślą. Żeś jeszcze nie zakosztowała życia, żeś się bajek naoglądała i uwierzyła w „i żyli długo i szczęśliwie”, że on się jeszcze do końca nie przedstawił, że jeszcze zobaczysz, zasmakujesz…, i że tak naprawdę to bardzo za tym tęsknią.

Miłości nie można ukryć, bo ona przemienia. Potrafi całkowicie zmienić spojrzenie na sprawy błahe i poważne, potrafi wyostrzyć pragnienia i wypełnić tęsknoty, nastraja na nowo. Zaczynasz tańczyć do innej muzyki. I choćbyś nie wiadomo jak starała się, długo nie schowasz tej radości, tego oczarowania, tej siebie odmienionej, tego drżenia głosu, gdy wymawiasz jego imię i rumieńców, kiedy spotykasz go przez przypadek (i przypominając sobie, że właśnie rozczochrana idziesz tylko po bułki do piekarni, nie wiesz, czy rzucić się mu na szyję, czy się schować - sprawdzony dylemat). Łatwiej niekiedy ukryć wczesne ciążowe błogosławieństwo niż wczesną miłość.

Nawrócenie i spotkanie Jezusa jest bliskie temu zakochaniu. Nie umiesz być taka jak wcześniej, jesteś odmieniona, przemieniona, zwrócona w inną stronę, na-wrócona, za-kochana. I też słyszysz: coś się zmieniło w tobie, dlaczego tyle w tobie radości, tyle pokoju? Ale nawet nie trzeba długo czekać na odpowiedź. Opowiadasz jak zakochana o swoim wybranku, zafascynowana jego pięknem i ogarnięta tą przedziwną miłością i oczekiwaniem na każde kolejne spotkanie. Nie możesz tego zatrzymać dla siebie. Nawet jeśli byś chciała, nie możesz.

Samarytanka stała się pierwszą apostołką wśród „swoich”. Po spotkaniu z Jezusem pobiegła do miasta i głosiła im Dobrą Nowinę, mówiła o tym, czego On dokonał w jej sercu. Nie zmyślała, nie ubierała w poezję, nie wkładała w schematy pojęciowe. Mówiła o sobie. I o tej miłości. Pobiegła i świadczyła.  „Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w Niego wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej” (J 4, 39).

Jakże trafnie o Samarytance pisze Liz C. Higgs (w swoich Niegrzecznych dziewczynkach): „Kobieta przy studni nie czekała, aż drzwi się otworzą, sama otworzyła je kopniakiem. <<Pójdźcie, zobaczcie…>> Dlaczego mężczyźni z tej miejscowości posłuchali jej, kobiety o podejrzanej reputacji? Proste: Ona widziała Chrystusa. A teraz ludzie w Sychar widzieli Chrystusa w niej. Zmienione życie zawsze przyciąga ludzi. Wyszli z miasta i szli do Niego (J 4, 30)”.

W tę Dobrą Nowinę uwierzyła też Lidia, opisana w Dziejach Apostolskich (Dz 16, 11-15). Zapragnęła od razu bliskości, przyjęła chrzest, a potem zapraszała, a może nawet po kobiecemu, nieco natrętnie, uporczywie, zaciągnęła apostołów do swojego domu, by móc ich ugościć, by mieć swój udział w ich dziele, by nasycać się historią Zbawienia, by nabierać sił i w swoim domu stworzyć miejsce dla tych, którzy uwierzą.

Ale pierwsze zauroczenie ewoluuje, przemienia się, dojrzewa. Staje się Miłością i z przepełnionego uczuciami zachwytu ma stać się wyborem, postawą, obraniem kierunku już na amen. A w Miłości przychodzą i trudy, i wątpliwości, i smutki, i świadomość, że ta pierwsza fascynacja nie wystarcza, by nieść miłość przez całe życie. Że raz dokonany wybór trzeba ponawiać każdego dnia. W każdej godzinie, niekiedy nawet minucie. Brzmi znajomo?

Lubię wracać do początków mojej i Mariuszowej miłości, do tej fascynacji i przekonania, że miłość jest bajkowa. Do znudzenia oglądałam Zaczarowaną i razem z Giselle dziwiłam się zdziwieniu, że można brać ślub w drugim dniu znajomości. Lubię też wracać do tego miejsca, w którym sam Bóg mnie w sobie rozkochał, kiedy to można było naprawdę w sandałach i bez obciążenia jakąkolwiek walizką - iść i głosić. Całą sobą. Z poczuciem, że ta Miłość wystarcza.

Zakochani są jak neofici. Nawróceni, wpatrzeni, pełni zapału i ideałów. Marzą o miłości i już im się wydaje, że ją chwycili w dłonie, że mają ją w garści, pod kontrolą. Nieco bardziej doświadczeni w miłości i w przygodzie z Bogiem widzą trochę więcej - znają smak wątpliwości rozdarcia, wiedzą czym jest droga przez pustynię i czym jest susza, czym są ciche dni i gwałtowne, burzliwe kłótnie, po których nie od razu i nie zawsze pojawia się tęcza, czym jest klęczenie na kolanach z prośbą o wybaczenie przed małżonkiem i przed Bogiem. I jeśli się uprą, ugrzęzną w tej „rzeczywistości”, spojrzą z ukosa, nawet z wyższością wtajemniczonych na nowozakochanych i nowonawróconych. Wiedzą ocierając się o błąd wnioskowania, że młodym dopiero oczy otworzą się i zobaczą, że są bezradni. W głębi serca jednak zazdroszczą im i plują sobie w brodę, że zwątpili w Obietnicę, że za mało głosili, za cicho wołali, za bardzo się ukrywali, za mało się zakochali, że przeciążyli się światową nowomową na temat spraw ważniejszych niż wiara, świadectwo i budowanie rodziny. Że dali się zwieść zdaniom na temat: czas to pieniądz, coś mi się należy, niech robią to inni, ja przyjdę na gotowe.

Ale to spojrzenie na zakochanych neofitów może też napomnieć: idź i głoś. Idź i walcz. Idź i kochaj. Bo każdy dzień jest dobry, żeby zakochać się na nowo. W Jezusie. I we własnym mężu.

Zakochani są świadectwem Tej Miłości, która przemienia.

Czytaj dalej...

Wprowadzając spokój i ład w sercu


Wprowadziłem ład
i spokój do mojej duszy.
Jak niemowlę u swej matki,
jak niemowlę — tak we mnie jest moja dusza.
 

(Ps 131, 2)

Kocham psalm 131. Krótki, a tak przejmujący, napisany dawno temu, a jakby z mojego wnętrza odczytany. I pewnie nie tylko z mojego. 

A jak ma się Twoje serce dziś? W ładzie i w spokoju, jak niemowlę u swej matki? Uderzyło mnie to porównanie. Staram się być mamą, której ramiona są dla dziecka jak kuloodporne skrzydła – bezpieczne i delikatne, czułe, ale nie przygniatające. Niemowlę jeszcze nie wie, nie domyśla się, nie domniemuje, nie przypuszcza, ono czuje i to odczuwa całym sobą. To mają być ramiona, które osłaniają – przed wiatrem, przed słońcem, przed śniegiem, przed nieżyczliwym spojrzeniem, przed ciekawskością ciekawskich, przed zakatarzonym panem w autobusie, przed niemowlęcym nieskoordynowaniem i nie zawsze bezpiecznym czynieniem kolejnych kroków rozwojowych, a nawet (albo i w szczególności) przed macierzyńskim zniecierpliwieniem, słabością i zmęczeniem, i miłością niedoskonałą, zaborczą, zawłaszczającą, wpatrzoną w siebie.

Udaje się czasem. Maluch zasypia zupełnie nieświadomy tego, że mogłabym go upuścić, a zasypiając uśmiecha się błogo albo zabawnie otwiera usta, jakby senność przerwała naszą rozmowę. Jest mu dobrze. Mnie także. Wymieniamy się naszymi darami i to się nazywa miłość. I w tym naszym tuleniu jest ład i swoista harmonia, która powtarza się każdego wieczora.

Ale są i te dni, kiedy moje ramiona nie są w stanie go uspokoić, kiedy on wyrywa się przestraszony, zmęczony lub głodny (albo taki, taki i taki na raz) i żadne ciepłe słowo, rytmiczne i cierpliwe kołysanie, recytowanie jego ulubionej Lokomotywy i śpiewanie piosenek z Kotów nie skraca czasu uspokojenia. Ta mała awantura musi się przetoczyć, obijając ramiona, o których Maluch zapomina. Jego lęk i poruszenie są większe i głośniejsze. Zamiast naszego współbrzmienia, jest tylko chwilowy chaos. Tak jak i dziś. Nie pomaga karuzela, na której misie tańczą w rytmie brzmienia kołysanki Brahmsa, nic nie daje nawet nagranie szumu, a kiedy w końcu w ruch idzie prawdziwy odkurzacz, przychodzi spokój, ale powoli, przerywany jeszcze łkaniem. Maluch walczy sam z sobą o ten spokój. Bo o prawdziwy pokój czasem trzeba stoczyć bitwę. Znacie to?

Moje serce ma się podobnie. Jak w sinusoidzie, jak na karuzeli (albo kolejce górskiej, istny rollercoaster) – raz utulone i zadowolone, raz wystraszone i niepewne swojego miejsca. Czasem samo sobie jest winne, czasem ja nie umiem go umiejętnie przygarnąć, nie działają dawne sposoby, a nowych nie wiadomo gdzie szukać. Nie mogę mieć własnego serca w garści jak niewolnika, więźnia, jak coś raz ustawionego i poznanego – ono stawia nowe wyzwania i pytania. Zupełnie tak jak dziecko na kolejnych etapach rozwoju domaga się nowych sposobów wprowadzenia porządku i prowadzenia dialogu. 

Pokój. Która z nas go nie pragnie? Ale czyż nie obca jest nam również szarpanina, roszczeniowość i niezadowolenie z siebie, biadolenie na tę naszą kobiecą chwiejność, a to znów te lęki, znów ten niepokój... Mamom, które tak pewnie chronią swoje Maleństwa to także się zdarza. O, i to jakże często! Mamo, stań się więc i mamą - wyrozumiałą, troskliwą, pomysłową - dla samej siebie. Jak utulać swoje serce? Jak zabiegać o pokój i ład, i o samą siebie? 

Chciałabym mieć patent na to. Na samą siebie. Ale nie mam, wybaczcie. Na pewno trzeba oddać się w Ramiona większe, bo to od Nich przychodzi Pokój Prawdziwy, ale przecież i od nas tak wiele zależy! Mam dziś malutkie inspiracje. Jeśli tylko macie swoje sposoby i pomysły, dzielcie się! :-)

Radość. Odrzucenie trosk. Dziękczynienie. A wraz z nimi POKÓJ.

„Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! Niech będzie znana wszystkim ludziom wasza wyrozumiała łagodność: Pan jest blisko! O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem! A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie.” (Flp 4, 4-7)

Czym mogę się radować? Wszystkim. Chwilą obecną, porankiem, wieczorem i podwieczorkiem, rozmową od serca, przypadkowym spotkaniem, zasłyszaną dobrą nowiną, tym, co mam i tym, czego nie mam, deszczem, kawą z automatu, nowym dniem, nową szansą, tym, że nic nie trwa wiecznie, ale Miłość jest niezniszczalna, że wszystkie trudności są małe w porównaniu z radością Nieba. A kiedy wypełniam się Radością, nie pozostaje już czas ani miejsce na troski. Kiedy się pojawią, stają się śmiesznie małe i niepoważne, i same z sobie mogą sobie żartować. A z tej radości rodzi się dziękczynienie.  

Ład.

Zadbać o swoje serce to nie tylko zafundować mu duchowe Spa, podsunąć wzniosłe pieśni i ambitną lekturę, zadbać o duszę to nie tylko czytać jej wiersze i zdobywać nowe umiejętności, które można zgrabnie kiedyś, gdzieś, po coś wykorzystać. To także pokochać swoje ciało, dostarczyć mu witamin, a płucom świeżego powietrza. To zadbanie o harmonię i współgranie tej całości. Jak wielki jest wpływ naszego ciała na duszę, udowodniono już dawno. Jesteśmy przecież całością. Kiedy zaniedbuję moje ciało, tracę też siły duchowe. A jak łatwo przechylić się w jedną albo drugą stronę! Dlatego spaceruję godzinami (jedna z cudownych wymuszonych aktywności mamy!), tańczę, prasując sterty ubranek i koszul (jakoś dziwnie moich ubrań jest tu najmniej), przyrządzam potrawy proste i kolorowe, nie stroniąc od magnezu w czekoladzie, zakładam spódnice, kolczyki (od męża;-) i czasem róż na policzki, no i uśmiech. Cieszę się, że jestem w moim ciele, z moim ciałem. Nie ma ze mną lekko, ale dochodzimy do porozumienia.

Zadbać o porządek w sobie to nie tylko posegregować zadania, oddzielić sprawy ważne od pilnych, przemienić to, co wydawało się przekleństwem w dar. To nie tylko uporządkowanie umysłu, emocji, wspomnień i pragnień, to także proste ogarnięcie stołu, wyrzucenie wszystkich nazbieranych drobiazgów z szuflady i ułożenie ich w nowy sposób. To również krytyczne przejrzenie szafy i wyrzucenie nienoszonych od trzech lat sukienek, niezałożonych od zawsze bransoletek, które przytrafiło się kiedyś dostać. To przerzucenie sterty papierów, które może kiedyś miały się przydać, ale utworzyły tylko barykady, które nijak nie bronią tego, co powinny były. Bo bałagan, którym się otaczamy, nie sprzyja porządkowi we wnętrzu. 

Czytaj dalej...

Człowiek nadziei - książki rozdane

Francine Rivers nazwała Tamar kobietą nadziei. Ale Pismo Święte pokazuje nam przykłady wielu innych kobiet i mężczyzn, których także możemy nazwać człowiekiem nadziei. O kim mowa?

Dziękuję za wszystkie piękne i ważne odpowiedzi - wskazywałyście najczęściej na Maryję, Abrahama, Sarę, Tobiasza, Hioba, Marię Magdalenę, Rut, Samarytankę czy Zuzannę. I każde uzasadnienie jest prawdziwe i piękne.
 
Dwie odpowiedzi (a wybór był bardzo trudny, jak zawsze...) pragnę nagrodzić książką Rodowód Łaski: Tamar (wyd. Aetos):
 
odpowiedź Emilii, która wskazała na Zuzannę
oraz odpowiedź Kasi Koliglot, która wskazała na Samarytankę
____
 
Pierwszą osobą, o której pomyślałam, aby odpowiedzieć na to pytanie jest Zuzanna. Dla mnie jest to postać, którą charakteryzuje nieskazitelne serce, które pełne jest delikatności, wdzięku i zaufania. Ona wierzy całym swoim kobiecym sercem Bogu! Nawet, gdy grozi jej śmierć, gdy jest fałszywie oskarżona, jest pełna nadziei, która prowadzi ją do pewności, że Bóg, weźmie ją w obronę. Ten, który dał jej życie to samo życie chroni i zapewnia bezpieczeństwo. To w Jego ramionach ona odnajduje spokój i siłę, to Jego ramiona ją wybawiają!  Podsumować moje rozważania można jednym zdaniem z Pisma świętego: A nadzieja zawieść nie może!
 
Samarytanka – kobieta nadziei/beznadziei? Postać Samarytanki jest przykładem niejednej kobiety współczesnej. Wiele kobiet widzi w niej swoje odbicie. Zgubiona. Spragniona miłości, której to zaspokojenia szukała w kolejnych związkach z mężczyznami. Szukała w nadziei, że kolejny mężczyzna spełni pragnienia jej serca… W końcu i ona, pogrążyła się w beznadziei, gdyż odkryła, że każda ta „niezdrowa” relacja coraz bardziej pogłębia rany jej serca. Aż w końcu pojawił się – ON. TEN, którego słowa pokazały jej prawdę, którą ona bez sprzeciwu przyjęła. To był jej czas - czas łaski. Chrystus przechodził obok, zobaczył jej nagość i okrył ją płaszczem Swej Miłości. Tak Chrystus dociera do nas – kiedy w naszej beznadziei szukamy nadziei. On zawsze znajdzie dobry moment, by przyjść i przemienić pustynię naszych serc w ogród Swej Miłości.
Czytaj dalej...

Do wygrania książka o Tamar

Wydawnictwo Aetos wydało w listopadzie 2013 pierwszą część serii Rodowód Łaski autorstwa Francine Rivers. Każda z pięciu książek opowiada historię kobiety, której imię Ewangelista Mateusz zapisał w rodowodzie Jezusa Chrystusa (Tamar, Rachab, Rut, Batszeba i Maria). 

Kim była Tamar? Francine Rivers nazywa ją kobietą nadziei. Ale czy rzeczywiście jest to ta nadzieja, której i my pragniemy? Której możemy się od niej uczyć?
Polecam serdecznie recenzję i kilka refleksji po lekturze tej książki: Rodowód Łaski: Tamar.
 
Zapraszam także do konkursu, w którym do wygrania 2 egzemplarze tej powieści, ufundowane przez wyd. Aetos
Czekam na Wasze odpowiedzi na pytanie: Jaką inną postać opisaną na kartach Pisma Świętego można określić mianem kobiety/mężczyzny nadziei? Dlaczego?
Odpowiedzi wysyłajcie na adres Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. do 30.11.
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS