Wszystkie wasze sprawy niech się dokonują w miłości! (Dz 16, 14)

Katarzyna Marcinkowska

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

URL strony:

Lustereczko, powiedz przecie...

„Lustereczko, lustereczko, powiedz przecie…”

Pewnie większość z nas Dziewczyny, zaprzeczy, że kiedykolwiek wypowiadała dokładnie te słowa. Chyba że miała okazję wcielić się w Złą Macochę w bajce o Królewnie Śnieżce. (Mnie trafiło się akurat być krasnoludkiem w przedszkolnym przedstawieniu ; - )

A jednak szukamy tej odpowiedzi albo Samo Lustro zwraca się do nas ze swoimi kąśliwymi, wymagającymi uwagami. Jeśli którakolwiek z Was stwierdziła po wymianie spojrzeń ze zwierciadłem, że powinna się odchudzić albo cokolwiek zmienić w swoim wyglądzie, nie będzie mogła zaprzeczyć temu subtelnemu dialogowi. Lustro mówi, że coś jest nie-tak-jak-być-powinno. Ale skąd ono wie, jak być powinno, czy ma jakiś wzorzec? Skąd my (bo nie oszukujmy się, jednak mamy tu dużo do powiedzenia) to wiemy? I właściwie: Kto powinien tym rozporządzać?

Tak naprawdę temat samoakceptacji wydaje mi się coraz bardziej oklepany. To jest trochę tak, że jedne dziewczyny z niego wyrastają i znajdują w tej kwestii jakąś równowagę czy kompromis (zwykle temat powraca, choć już w innym natężeniu, inną drogą), ale pojawiają się nowe sytuacje, nowe osoby i nowe – może nawet „nowoczesne” – wymagania, kanony piękna – nawet nie piękna, ale atrakcyjności o zgrozo, atrakcyjności zwykle z-seksualizowanej. (Oczywiście, kwestia samoakceptacji dotyczy też panów, ale wolę mówić do kobiet i o kobietach, bo lepiej znam nasze dolegliwości.)

Wiem na pewno, że tym, co „leczy” z lusterkowej choroby jest Miłość Drugiej Osoby, która widzi w nas piękno – i nie, nie tylko to wewnętrzne, ale całościowe. W moim życiu i w sposobie patrzenia na siebie zaszły ogromne zmiany odkąd zostałam pokochana. Dopiero wtedy zrozumiałam, że każda dziewczyna może być Księżniczką (nawet jeśli kiedyś musiała zagrać krasnoludka;-) Ale to był pierwszy krok. Drugi musi odbyć się gdzieś głęboko w naszym sercu, w zgodzie na siebie i – jakże to zabrzmi górnolotnie – w odkryciu tego, że jestem stworzona i pomyślana przez Boga. Jestem piękna jako kobieta.

Ale to, co mnie zmotywowało do wpisu, to potrzeba, jaką noszę w sobie od dłuższego czasu. Chcę podzielić się z Wami piosenkami zespołu, który – mogę się założyć – dla większości będzie całkiem nowym odkryciem. Chrześcijańską grupę Barlow Girl (www.barlowgirl.com) tworzą trzy dziewczyny - siostry, które już od wielu lat komponują, grają i śpiewają. Wydały kilka płyt. Ich muzyka towarzyszy mi od czasów liceum. To, co mnie zachwyca, to „kobiecość” tego zespołu. Nie tylko w całości tworzą swoje piosenki, ale też przez ten damski rys ich treść wyjątkowo trafia do płci pięknej, poruszając tematy, które dla nas są ważne. W związku z kwestią akceptacji chciałam zwrócić uwagę na dwie piosenki. Są one bardzo osobiste dla autorek, szczególnie dla Rebecci Barlow (najstarszej z sióstr), która otwarcie wyznaje, że chorowała na anoreksję. Nie potrafiła sobie poradzić z wymaganiami, jakie stawiała swojemu ciału, ideałowi wykreowanemu przez media, który chciała osiągnąć. Udało jej się jednak wyjść z tego.

Pierwsza z piosenek to „Mirror” (ang. Lustro) – utwór sprzed kilku lat właśnie o tym dialogu, a właściwie o wygraniu tej dyskusji-walki. Druga piosenka „Sing me a Love Song” (ang. Śpiewaj mi piosenkę o miłości) pochodzi z najnowszej płyty i na youtube możecie obejrzeć teledysk, choć osobiście pierwszy kawałek polecam bardziej!:-)

Jeśli spodobają się Wam te piosenki, to polecam i inne. Bo muszę zdradzić, że podane powyżej nie są moimi ulubionymi z repertuaru Barlow Girl:-) a jednak i tak są piękne!

Kobieta rządzi

Pewien starożytny paradoks brzmi mniej-więcej tak:
Mały synek rządzi swoją matką, matka rządzi ojcem, ojciec rządzi Ateńczykami, Ateńczycy – Grecją, a Grecja – światem. Wniosek? Chłopiec rządzi światem.

Oczywiście, mamy tutaj do czynienia z błędem logicznym. Analogie są wszak zbyt słabe, ale to sprawa jasna i teraz nieistotna. Zastanawiam się najmocniej nad drugim przejściem: mama rządzi tatą. I o tym teraz.

Zastanawiałam się ostatnio z koleżankami, jaka jest nasza kobieca sytuacja w świecie, w polityce, w biznesie. Mamy gorzej. Mało nas choćby w Sejmie. Mało nas na filozofii, mało nas – prawdziwych poetek i pisarek. Trochę to dziwne, przykre...W niektórych sytuacjach trudno dziwić się feministycznym postulatom (nie wszystkim, żeby było jasne!).

Może jednak dobrze, że nie kobietom został powierzony całkowicie ster do rządów nad światem?;-) Nasza zmienność mogłaby być niekiedy ciężkim balastem. Kobieca uczuciowość nie potrafiłaby niekiedy stawiać twardych tez i bolesnych dla innych rozwiązań. A może po prostu - chciałybyśmy zawsze za wszelką cenę „dogadać się”? Chwała Bogu, w wielu dziedzinach i sferach życia kobiety na równi z mężczyznami podejmują najróżniejsze zadania. Nie brak wybitnych kobiet-strategów, dyplomatek i bizneswoman, ale czy jest to reguła?

Czy to znaczy, że panowie – gotowi do zdobywania, czasem bitwy, nieokiełznania, dzikości – właśnie oni sami rozporządzają światem, skoro w wielu przestrzeniach publicznych jest ich procentowo więcej niż nas, niewiast?

I tu właśnie odpowiedź niesie paradoks. Bo jakże nie mówić o wielkiej roli kobiety: żony i matki, która naprawdę potrafi mężczyznę uwrażliwiać, otwierać na piękno, częstokroć hamować przed najgorszym. Która z pań nie słyszy: „gdyby nie ty, już dawno bym to rozwalił”, „gdyby Ciebie nie było, rzuciłbym to wszystko, nie miałbym po co i o co walczyć”? Która z nas nie czuje, że w jej obecności każde wulgarne słowo zmienia się w lekki eufemizm? Że nasz uśmiech pomaga łagodzić, uspokaja, nasze serce jest schronieniem dla wielu, to my dajemy motywację naszym mężczyznom do zmian, do zmieniania siebie, do zmieniania świata na lepsze.

Nie jest to żadne odkrycie. Ale jakże nobilituje kobietę. Naprawdę, gdy myślę, że mamy taką władzę, to aż się boję.
Że o niej zapomnimy.

Być kobietą

Nie jest to książka nowa, choć wydania sprzed zaledwie kilku lat mogłoby zmylić mniej dociekliwych. Ta książka, powiedzmy wprost, jest klasyką.  I choć od jej napisania minęło już ponad 35 lat, to nie traci na aktualności (stąd nowe wydania!). Można powiedzieć to  mocniej: ta książka nigdy nie straci na aktualności i znaczeniu, bo pytanie o to, co znaczy być kobietą i jak zaakceptować swoją kobiecość - zwłaszcza od strony biologicznej - będzie zawsze dla wszystkich pokoleń naglące. A Autorka udziela odpowiedzi w sposób znakomity!

Ingrid Trobisch nie jest tylko teoretykiem. To, o czym pisze, jest wynikiem jej wielu doświadczeń - zarówno osobistych, „zawodowych”, ale także, można powiedzieć, „opatrznościowych”! Bo jak inaczej nazwać to, że poznała „przypadkowo” dra Kegla (tak, tego od „mięśnia Kegla”), a gdy dowiedziała się o pracy dra Josefa Rötzera (twórcy metody objawowo-termicznej), okazało się, że ten wybitny profesor mieszka zaledwie kilka kilometrów od jej domu! Te różne doświadczenia sprawiły, że Trobisch napisała książkę do wszystkich kobiet, ale i mężczyzn (!!) o tym, jak zrozumieć i pokochać siebie, swoją płodność, cykliczność, a także wszystkie doświadczenia kobiecości!

Autorka rozpoczyna opis kobiecych doświadczeń od cyklu kobiety, opierając swoją wiedzę m.in. na dokonaniach dra Rötzera. Następnie opisuje czas ciąży - mówiąc, co wtedy dzieje się z kobietą, nie unikając wielu praktycznych porad - zarówno skierowanych do samych kobiet, jak i do ich mężów! Kolejnym momentem, któremu poświęca uwagę, jest poród, który przedstawia w piękny sposób, nie pomijając wskazówek, ale także dodając, jakie ma on znaczenie dla samej kobiety oraz dla ojca dziecka. Trobisch kładzie duży akcent na obecność i pomoc męża przy porodzie, co w latach 70. XX w. nie było przez wszystkich lekarzy i we wszystkich szpitalach mile widziane. Pisze ona także o ważności karmienia piersią nie tylko dla dziecka, ale dla kobiety. Ostatni rozdział poświęca jakże ważnemu momentowi w życiu każdej kobiety - okresowi postmenopauzy, pokazując ten czas jako kolejny etap, niosący coś nowego, wiążący się ze zmianą, ale nie ujmujący nic kobiecie. Pojawia się także w Być kobietą rozdział na temat satysfakcji seksualnej żony, w którym autorka w piękny i bezpruderyjny sposób pisze o kobiecym doświadczeniach seksualnych, co popiera m.in. wynikami badań dra Kegla.

Tak pełne spojrzenie na doświadczenie kobiecości, które jest nie tylko biologiczne i fizyczne, ale przede wszystkim całościowe, a więc powiązane głęboko z duszą kobiety, z całym światem jej emocji i przeżyć, pozwala na okrzyk radości i wdzięczności za to, że jestem kobietą! Na próżno jednak doszukiwalibyśmy się tutaj jakiegoś wywyższenia kobiety ponad mężczyznę! Autorka wskazuje ciągle te momenty, w których to kobiecość potrzebuje męskości, a mężczyzna kobiety.  

Książkę możesz zamówić w sklepiku Serca Kobiety! Gorąco polecam!

I. Trobisch, Być kobietą, wyd. Vocatio, Warszawa 2006.

Jaką kobietą chciałabym być?

Jaką kobietą chciałabym być? Marzy mi się pewna odpowiedź na to pytanie. Taka uniwersalna, wypowiadana przez wszystkie kobiety - młodsze i starsze, a przede wszystkim przez nastolatki. Nie mam przy tym na myśli jakiejś ikony kultury, wzorca piękności i kobiecości, nie myślę także o kimś tak wielkim jak Maryja. Taka wymarzona przeze mnie dziś odpowiedź brzmiałaby: chciałabym być taką kobietą, jak moja mama. Która z Was jest w stanie to powiedzieć? Która z Was tak właśnie myśli, tak czuje, tego pragnie? Która z nas bez zawahania, bez mrugnięcia powieką może zadeklarować: mama jest dla mnie wzorem, przykładem do naśladowania tego, kim jest kobieta.

Kilka dni temu razem z moim mężem Mariuszem prowadziliśmy konferencję dla młodzieży w Gdańsku (Festiwal „Młodzi i Miłość”). Odbiorcą była młodzież, głównie gimnazjalna w tym chyba najtrudniejszym wieku, gdy jeszcze dla wielu jesteś dzieckiem, choć bardzo dojrzewasz, często zakochujesz się i nie wiesz, czy możesz poważnie myśleć o miłości, targają tobą emocje, pytasz o sens cierpienia, o sens życia, o autorytety. Poruszyliśmy temat wzorców, przyznaję, temat trudny, bo choć w ich wieku byłam wcale nie tak dawno (-; to jednak kultura, w jakiej wychowują się dziś 13 czy 15-latki jest zupełnie inna od tej sprzed kilkunastu lat. Oni mają trochę inne wzorce, oni mają facebooka i portale społecznościowe, oni mają Internet i komórki od zawsze, oni słuchają innej muzyki. I choć młodość/dojrzewanie chyba zawsze rządzi się podobnymi prawami, to jednak każde pokolenie zostaje otoczone przez swoistą, wyjątkową sytuację, kulturę, wzorce.

Powiedziałam do dziewczyn o swoim marzeniu. „Marzę, byście powiedziały mi albo zgodziły się na stwierdzenie, że chciałybyście być takimi kobietami jak wasze mamy”. Na reakcję nie trzeba było długo czekać, właściwie wcale nie trzeba było czekać. Rozległa się głośna dezaprobata. „O nie!” „No co ty!” „Tylko nie to!” Być może (tak sobie w duchu optymistycznie dopowiadam) któraś z nich pomyślała: „Właściwie czemu nie?” „Faktycznie, moja mama jest świetna!” Oby! Biorąc pod uwagę ich wiek, ktoś mógłby zastrzec: to jest czas buntu, odcinanie się od korzeni, które wcześniej mogły być dla nich bardzo ważne, a może właśnie idealne. Widzą teraz niedoskonałości swoich rodziców, widzą, że ich mamy nie są doskonałe, jak kiedyś myślały. Tylko że kiedy rozmawiam z dorosłymi kobietami to nastawianie bardzo często pozostaje, wielokrotnie raczej przez uwypuklenie wad mamy opisujemy, kim nie chcemy być, często niosąc na sobie bagaż tego, jaki wzorzec ona nam przekazała, co wpoiła, co mówiła...

Mówi się dziś coraz częściej o kryzysie męskości, o kryzysie ojcostwa. Nasi mężczyźni bardzo często dorastają bez dobrego wzorca męża i taty, a potem jest im ciężko spełniać dobrze swoje role, budować swoje poczucie wartości, być obrońcą rodziny, być walecznym. To prawda. Ale czy kobiety mają łatwiej? Czy nie jest jednak tak, że coraz częściej my także nie wynosimy z domu wzorca kobiecości, jaki chciałybyśmy naśladować? Czy nasze mamy nie pokazują nam, że bycie kobietą to udręka, że będąc kobietą, trzeba liczyć na siebie, że dla kobiety najważniejsza jest praca albo wręcz przeciwnie - tylko dom, zamykając nam wiele furtek, itd.   

Doskonale wiem, że nigdy nasze mamy i my-mamy nie będziemy idealne, nieskazitelne, w 100% kobiece (cokolwiek przez to chcecie rozumieć), ale i dzięki tym niedoskonałościom buduje się w nas obraz dojrzałego, pełnego człowieka, który umie przyznać się do błędów, umie przeprosić, umie pracować nad sobą itp. A może czasem właśnie zapominamy o tym dobru, jakie przekazały nam mamy? Może nie umiemy za to podziękować? Może ten wzorzec kobiety nie jest tak wykrzywiony, jak nam się wydaje? Może mając już 30 czy 40 lat, ciągle zachowujemy się jak zbuntowane nastolatki? (Może tak, a może wcale nie.)

Ostatnio z moim mężem rozmyślamy nad naszymi życiowymi celami, pomysłami, pragnieniami. Marzę, powiem to już dużo skromniej, nie tyle o tym, byśmy wszystkie chciały w jakimś stopniu nasze mamy naśladować (bo nie mam na to wpływu, niestety), ale o tym, by moja córka (która też jest wielkim marzeniem!) kiedyś na tak zadane pytanie, mogła odpowiedzieć: „To nie taki najgorszy wybór”;-) lub nawet więcej: „Tak, chciałabym w jakiś sposób być podobna do mojej mamy i cieszę się, że już tak w pewnym stopniu jestem”. Nie zmienimy życia wszystkich kobiet, ale zacznijmy od tych najbliższych! I na koniec dodam, że nie dziwię się, że mężczyźni pragną mieć syna, tak jak nie dziwię się, że my kobiety pragniemy mieć córki, bo komu innemu możemy przekazać tak wiele i tak bardzo z pierwszej ręki o kobiecości?

Wszystkim Mamom z okazji zbliżającego się 26 maja przesyłam gorące pozdrowienia!

Subskrybuj to źródło RSS