Przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości. (Kol 3, 14)

Katarzyna Marcinkowska

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

URL strony:

Być kobietą

Nie jest to książka nowa, choć wydania sprzed zaledwie kilku lat mogłoby zmylić mniej dociekliwych. Ta książka, powiedzmy wprost, jest klasyką.  I choć od jej napisania minęło już ponad 35 lat, to nie traci na aktualności (stąd nowe wydania!). Można powiedzieć to  mocniej: ta książka nigdy nie straci na aktualności i znaczeniu, bo pytanie o to, co znaczy być kobietą i jak zaakceptować swoją kobiecość - zwłaszcza od strony biologicznej - będzie zawsze dla wszystkich pokoleń naglące. A Autorka udziela odpowiedzi w sposób znakomity!

Ingrid Trobisch nie jest tylko teoretykiem. To, o czym pisze, jest wynikiem jej wielu doświadczeń - zarówno osobistych, „zawodowych”, ale także, można powiedzieć, „opatrznościowych”! Bo jak inaczej nazwać to, że poznała „przypadkowo” dra Kegla (tak, tego od „mięśnia Kegla”), a gdy dowiedziała się o pracy dra Josefa Rötzera (twórcy metody objawowo-termicznej), okazało się, że ten wybitny profesor mieszka zaledwie kilka kilometrów od jej domu! Te różne doświadczenia sprawiły, że Trobisch napisała książkę do wszystkich kobiet, ale i mężczyzn (!!) o tym, jak zrozumieć i pokochać siebie, swoją płodność, cykliczność, a także wszystkie doświadczenia kobiecości!

Autorka rozpoczyna opis kobiecych doświadczeń od cyklu kobiety, opierając swoją wiedzę m.in. na dokonaniach dra Rötzera. Następnie opisuje czas ciąży - mówiąc, co wtedy dzieje się z kobietą, nie unikając wielu praktycznych porad - zarówno skierowanych do samych kobiet, jak i do ich mężów! Kolejnym momentem, któremu poświęca uwagę, jest poród, który przedstawia w piękny sposób, nie pomijając wskazówek, ale także dodając, jakie ma on znaczenie dla samej kobiety oraz dla ojca dziecka. Trobisch kładzie duży akcent na obecność i pomoc męża przy porodzie, co w latach 70. XX w. nie było przez wszystkich lekarzy i we wszystkich szpitalach mile widziane. Pisze ona także o ważności karmienia piersią nie tylko dla dziecka, ale dla kobiety. Ostatni rozdział poświęca jakże ważnemu momentowi w życiu każdej kobiety - okresowi postmenopauzy, pokazując ten czas jako kolejny etap, niosący coś nowego, wiążący się ze zmianą, ale nie ujmujący nic kobiecie. Pojawia się także w Być kobietą rozdział na temat satysfakcji seksualnej żony, w którym autorka w piękny i bezpruderyjny sposób pisze o kobiecym doświadczeniach seksualnych, co popiera m.in. wynikami badań dra Kegla.

Tak pełne spojrzenie na doświadczenie kobiecości, które jest nie tylko biologiczne i fizyczne, ale przede wszystkim całościowe, a więc powiązane głęboko z duszą kobiety, z całym światem jej emocji i przeżyć, pozwala na okrzyk radości i wdzięczności za to, że jestem kobietą! Na próżno jednak doszukiwalibyśmy się tutaj jakiegoś wywyższenia kobiety ponad mężczyznę! Autorka wskazuje ciągle te momenty, w których to kobiecość potrzebuje męskości, a mężczyzna kobiety.  

Książkę możesz zamówić w sklepiku Serca Kobiety! Gorąco polecam!

I. Trobisch, Być kobietą, wyd. Vocatio, Warszawa 2006.

Jaką kobietą chciałabym być?

Jaką kobietą chciałabym być? Marzy mi się pewna odpowiedź na to pytanie. Taka uniwersalna, wypowiadana przez wszystkie kobiety - młodsze i starsze, a przede wszystkim przez nastolatki. Nie mam przy tym na myśli jakiejś ikony kultury, wzorca piękności i kobiecości, nie myślę także o kimś tak wielkim jak Maryja. Taka wymarzona przeze mnie dziś odpowiedź brzmiałaby: chciałabym być taką kobietą, jak moja mama. Która z Was jest w stanie to powiedzieć? Która z Was tak właśnie myśli, tak czuje, tego pragnie? Która z nas bez zawahania, bez mrugnięcia powieką może zadeklarować: mama jest dla mnie wzorem, przykładem do naśladowania tego, kim jest kobieta.

Kilka dni temu razem z moim mężem Mariuszem prowadziliśmy konferencję dla młodzieży w Gdańsku (Festiwal „Młodzi i Miłość”). Odbiorcą była młodzież, głównie gimnazjalna w tym chyba najtrudniejszym wieku, gdy jeszcze dla wielu jesteś dzieckiem, choć bardzo dojrzewasz, często zakochujesz się i nie wiesz, czy możesz poważnie myśleć o miłości, targają tobą emocje, pytasz o sens cierpienia, o sens życia, o autorytety. Poruszyliśmy temat wzorców, przyznaję, temat trudny, bo choć w ich wieku byłam wcale nie tak dawno (-; to jednak kultura, w jakiej wychowują się dziś 13 czy 15-latki jest zupełnie inna od tej sprzed kilkunastu lat. Oni mają trochę inne wzorce, oni mają facebooka i portale społecznościowe, oni mają Internet i komórki od zawsze, oni słuchają innej muzyki. I choć młodość/dojrzewanie chyba zawsze rządzi się podobnymi prawami, to jednak każde pokolenie zostaje otoczone przez swoistą, wyjątkową sytuację, kulturę, wzorce.

Powiedziałam do dziewczyn o swoim marzeniu. „Marzę, byście powiedziały mi albo zgodziły się na stwierdzenie, że chciałybyście być takimi kobietami jak wasze mamy”. Na reakcję nie trzeba było długo czekać, właściwie wcale nie trzeba było czekać. Rozległa się głośna dezaprobata. „O nie!” „No co ty!” „Tylko nie to!” Być może (tak sobie w duchu optymistycznie dopowiadam) któraś z nich pomyślała: „Właściwie czemu nie?” „Faktycznie, moja mama jest świetna!” Oby! Biorąc pod uwagę ich wiek, ktoś mógłby zastrzec: to jest czas buntu, odcinanie się od korzeni, które wcześniej mogły być dla nich bardzo ważne, a może właśnie idealne. Widzą teraz niedoskonałości swoich rodziców, widzą, że ich mamy nie są doskonałe, jak kiedyś myślały. Tylko że kiedy rozmawiam z dorosłymi kobietami to nastawianie bardzo często pozostaje, wielokrotnie raczej przez uwypuklenie wad mamy opisujemy, kim nie chcemy być, często niosąc na sobie bagaż tego, jaki wzorzec ona nam przekazała, co wpoiła, co mówiła...

Mówi się dziś coraz częściej o kryzysie męskości, o kryzysie ojcostwa. Nasi mężczyźni bardzo często dorastają bez dobrego wzorca męża i taty, a potem jest im ciężko spełniać dobrze swoje role, budować swoje poczucie wartości, być obrońcą rodziny, być walecznym. To prawda. Ale czy kobiety mają łatwiej? Czy nie jest jednak tak, że coraz częściej my także nie wynosimy z domu wzorca kobiecości, jaki chciałybyśmy naśladować? Czy nasze mamy nie pokazują nam, że bycie kobietą to udręka, że będąc kobietą, trzeba liczyć na siebie, że dla kobiety najważniejsza jest praca albo wręcz przeciwnie - tylko dom, zamykając nam wiele furtek, itd.   

Doskonale wiem, że nigdy nasze mamy i my-mamy nie będziemy idealne, nieskazitelne, w 100% kobiece (cokolwiek przez to chcecie rozumieć), ale i dzięki tym niedoskonałościom buduje się w nas obraz dojrzałego, pełnego człowieka, który umie przyznać się do błędów, umie przeprosić, umie pracować nad sobą itp. A może czasem właśnie zapominamy o tym dobru, jakie przekazały nam mamy? Może nie umiemy za to podziękować? Może ten wzorzec kobiety nie jest tak wykrzywiony, jak nam się wydaje? Może mając już 30 czy 40 lat, ciągle zachowujemy się jak zbuntowane nastolatki? (Może tak, a może wcale nie.)

Ostatnio z moim mężem rozmyślamy nad naszymi życiowymi celami, pomysłami, pragnieniami. Marzę, powiem to już dużo skromniej, nie tyle o tym, byśmy wszystkie chciały w jakimś stopniu nasze mamy naśladować (bo nie mam na to wpływu, niestety), ale o tym, by moja córka (która też jest wielkim marzeniem!) kiedyś na tak zadane pytanie, mogła odpowiedzieć: „To nie taki najgorszy wybór”;-) lub nawet więcej: „Tak, chciałabym w jakiś sposób być podobna do mojej mamy i cieszę się, że już tak w pewnym stopniu jestem”. Nie zmienimy życia wszystkich kobiet, ale zacznijmy od tych najbliższych! I na koniec dodam, że nie dziwię się, że mężczyźni pragną mieć syna, tak jak nie dziwię się, że my kobiety pragniemy mieć córki, bo komu innemu możemy przekazać tak wiele i tak bardzo z pierwszej ręki o kobiecości?

Wszystkim Mamom z okazji zbliżającego się 26 maja przesyłam gorące pozdrowienia!

Czy jestem piękna?

„Kobieta bardziej niż mężczyzna jest wrażliwa na to, jak się ją widzi. Potrzebuje uznania, potrzebuje podobać się, być podziwianą, a w głębi – by ją kochano. Być może jest to tęsknota za pierwszym zachwytem Mężczyzny-Adama nad Kobietą-Ewą, za tym spojrzeniem, które spowodowałoby, że stałaby się w pełni kobietą i szczęściem dla mężczyzny.” (Jo Croissant, „Kobieta. Kapłaństwo serca.”)

Jedna z najprostszych różnic między kobietą a mężczyzną? - spytał mnie kiedyś pewien kierownik duchowy i po chwili sam odpowiedział. - On musi działać, ona musi być adorowana.

Najpierw jako mała dziewczynka przebierająca się w sukienki mamy i pytająca całe otoczenie, czy jest piękna. Jako ta, która ciągle szuka zainteresowania rodziców. Następnie jako panienka uwielbiająca spojrzenia kolegów, ich komplementy, małe prezenty. A w końcu jako żona ciesząca się z każdej oznaki adoracji ze strony męża oraz jako matka – uwielbiana przez swoje dzieci. To jest tak naturalne jak zioła pomagające przy chorobie, to najbardziej adekwatna cecha, zawierająca w sobie wszystkie inne atrybuty kobiecości. Kobieta chce być Urzekająca, o czym nawołują wciąż państwo Eldredge’owie. (patrz: Stasi Eldredge, „Urzekająca”).

Nie ma nic złego w takim pragnieniu serca kobiety, tak jak nie było niczego niestosownego w zachwycie Adama nad pięknem kobiety. Pielęgnować tą właściwość? Szczycić się nią? A może ją ujarzmić? Ale jak? Wydarza się zwykle coś (zwłaszcza w tak zwanej „współczesności”), co powoduje powątpiewanie w uzasadnienie mnie jako Osoby Adorowanej. Bo oto ktoś mnie wyśmiewa, że czegoś nie potrafię; bo tata nie patrzy, kiedy do niego przychodzę; bo mama krzyczy, żeby się nie stroić; bo koleżanki są zgrabniejsze i inteligentniejsze; bo moje dziecko wcale nie lgnie do mnie-mamy, tylko do taty. Czy oby na pewno jestem piękna? Czy raczej jest to niespełnione marzenie bycie-kimś?

„Upadek przemienił jednak tę specyficzną łaskę w kruchość, i słabość ta często przysparza kobiecie kłopotów, skłaniając do wyborów, podporządkowują ją i czynią z niej czyjąś niewolnicę. W ten sposób zasklepia się ona w wizerunku kobiety powierzchownej, kobiety-przedmiotu, wizerunku, który kłóci się z tym, czy jest ona w głębi…” (Jo Croissant, „Kobieta...”)

Czym jestem w głębi? Czy w głębi jest coś, czy ktoś? Dlaczego o głupich kobietach mówimy, że są puste? I co oznacza ta pustka? Czy pusta jest w głębi i może nią być?

Lubię, kiedy rozmówca patrzy mi w oczy. A także kiedy dobrze czuję się nie tylko w swoim ciele, ale też w otoczeniu innych kobiet. Ale czasem „dziś” jest nie-do-wytrzymania. Bo dziś jest „czasem” ideałów wirtualnych, mechanicznych, w które nie wierzę, w które powątpiewam, ale w które brnę jak w pozornie płytką wodę. Brniemy. Toniemy. To dziś ma znamię grzechu pierworodnego. Ona nie jest już tak piękna jak w Raju. On nie patrzy na nią już tak wtedy – nie w takim zachwycie, nie w tak czystym spojrzeniu. Ale... Przecież jesteśmy zbawieni. Przecież jesteśmy zdolni i do czystości, i do miłości, i do głębokości.

Ale też do upadania – w kult ciała, w kult intelektu, w kult świecidełek i aromatów. Czy kobieta walczy o spojrzenie? Adorować można także siebie samego – w lustrze, albo też w innym człowieku: „kochać się w kimś” to tyle co kochać siebie samego w drugim człowieku – w jego reakcji na mnie, w jego uwielbieniu dla mojej osoby. Ale to ułuda. Ludzkie patrzenie staje się podobne do krzywego zwierciadła, który zniekształca postać, jej piękno i prawdę. Bo czyż nie zepsuty mamy wzrok? Czy możliwe, że sami jesteśmy zepsuci? Druga teoria nie byłaby wcale zła, gdyby nie fakt, że jest Ktoś Większy, Ten, którego Wzrok obejmuje całość człowieka i ma w nim ani obłudy, ani pobłażliwości, ani bałwochwalstwa. Wzrok Boga jako Miłości. Spojrzenie Jezusa z miłością na człowieka.

„Ponieważ zwrócenie się ku sobie, jest naturalną skłonnością, musimy stale zwracać się ku Bogu, pozwolić Mu na siebie spoglądać. Oto zapominając o sobie, odnajdujemy siebie. Jego spojrzenie nas uzdrawia. Jedynie On może wniknąć naszą intymność, nie raniąc. Jedynie On może obnażyć nasze ubóstwo, nie odbierając nam nadziei. To jego miłość nas ocala.” (Jo Croissant, „Kobieta...”)

Czy Bóg może dać nam Swoje Oczy? Czy możne dać patrzącym na nas Swoje źrenice? Może. Tym, którzy naprawdę kochają, Bóg daje spojrzenie w prawdziwej Miłości.

Subskrybuj to źródło RSS