Pan otworzył jej serce, tak że uważnie słuchała słów Pawła (Dz 16, 14)

Nie dać sobie odebrać Radości

Są małe i duże radości. A może radość wcale nie jest stopniowalna? Tak jak szczęście? Małe i duże mogą być ich przyczyny. Małe lub duże mogą nam się wydawać. Mogą być jak gwiazdki spadające z nieba, nagle i to w biały dzień (takie nawet trudniej zauważyć). Albo codzienne drobiazgi i wydarzenia, które można smakować jak najwyborniejsze wino albo luksusowe ciasteczka, można otwierać je jak prezenty, ciesząc się jak dziecko, które w tej radości rodzice już ledwie poznają. (Bo ono jest całe radością.) Można je też po prostu przegapić, czekając na coś wielkiego, zamiast tworzyć samodzielnie radosną mozaikę z tych elementów, które otrzymujemy - czasem całkiem do siebie niepodobnych.

Lubię te małe i te duże. Te małe zdarza się częściej i wymaga więcej uwagi. O te małe zwykle trzeba bardziej zawalczyć. A czasem wystarczy tylko chcieć je zobaczyć i chcieć się ucieszyć. Te duże nietrudno zauważyć, ale taką wielkość, niezwykłość i niecodzienność tej radości można całkiem łatwo umniejszyć. Jakże paradoksalnie! Można się jej wyrzec, można ją zniszczyć albo pozwolić, by ktoś, kto chce w nas jedynie podziału i niepokoju, ją zniszczył. Miewam takie pokusy.

Ostatnio spadła mi z nieba pewna gwiazdka. Taka, co miała się na tym niebie moich marzeń całkiem dobrze. Bezpieczna była ta duża odległość i jej nie-realność. Ale ona spadła, usadowiła się obok i uśmiechnęła do mnie. Oto jestem! Tu i teraz. I co, zdziwiona? A jakże! No pewnie, że zdziwiona, buzia nie chciała się z tego zdziwienia zamknąć. To ty jesteś realna, bliska, to ty jesteś tutaj, już? Nie tak miało być. Gdy już pierwsze zadziwienie mija, zaczynam się jej uważniej przypatrywać. Jak by ją teraz nieść, jak ją pielęgnować, jak ją dźwigać, jak się o nią troszczyć? A co z nią dalej będzie, a czy to na pewno ta, a nie inna? Czy sobie rąk nie poparzę? Czy mi zaraz nie pryśnie jak bańka mydlana? A teraz to trzeba cały grafik przestawić, teraz to… same z tą gwiazdką kłopoty. Pytania, troski, dylematy, konflikty wewnętrzne i zewnętrzne. Jak jej nie było, było prościej. Nie mniej narzekania niż wcześniej.

I wtedy ktoś mnie zapytał, czy naprawdę chcę dać sobie odebrać tę radość? Czy te zmartwienia, że łatwiej było, jak jej nie było, to rzeczywiście są potrzebne? Czy nie lepiej wrócić do marzeń, zacząć je z tą gwiazdką realizować i weryfikować. Cieszyć się z jej bliskości, z tego jej bycia tu i teraz. To nasz czas! No to wracam do tych marzeń, maluję je jeszcze raz i cieszę się podwójnie i obmyślam, co z tą gwiazdką będę robić. Oswajam ją. I rzeczywistość przerasta marzenia. I odkrywam jak dużo łatwiej tak się nią cieszyć i mieć w sobie entuzjazm. I ten dziecięcy zapał – ile to jeszcze można z nią zrobić! Radość odzyskana, radość przywrócona. Tak oczywista miała być, kiedy jej wcale nie było. Człowiek uczy się całe życie! 

Jest i u mnie inna radość z kalibru tych średnich, ale raczej dużych, którą też rozważam w kategoriach umiejętności cieszenia się. Wyjeżdżamy już niebawem w nasze wymarzone miejsce. Na wyczekany odpoczynek, zwiedzanie, bycie razem, kolekcjonowanie wspólnych doświadczeń i przygód. Na taką trochę sentymentalną podróż, trochę na zupełnie nowe. Na nasze rzymskie wakacje. Kiedy rezerwowaliśmy bilety, perspektywa była odległa o dziesiątki nieprzespanych nocy i kilkanaście kursów. To była dobra perspektywa czekania na rozkwitanie mleczy. Ale im bliżej spełnienia, tym więcej do zrobienia. Żeby jeszcze zdążyć z tym i tym. Żeby się zapakować! O, to jest najgorsze - dobrać odpowiednie ubrania, wystarczającą ilość, zabrać wszystkie konieczne gadżety, żeby potem całą drogę nie narzekać, żeby nie wydać za dużo, ale żeby nie zabrakło. Same kłopoty i zmartwienia z taką wielką radością! Ale nie – nie chcę sobie odebrać i tej (co prawda wątpliwej) radości pakowania walizki, przygotowywana kanapek, ustalania tras. Chcę się tym cieszyć jak dziecko kolejną gwiazdką. I dziękować za nią.

Utkwiły mi w głowie słowa, nie wiem już czyje, że najtrudniejsze chwile przeżywa ateista, kiedy chce dziękować, ale nie wie komu. Jak dobrze jest wiedzieć Komu dziękować. Za wszystko. Za to małe i duże. Za to łatwe i trudne, co wcale nie przypomina źródła radości na pierwszy rzut oka. Ale nie tak z wyrachowania, bo wypada, tylko z dziecięcym entuzjazmem. Dziękować właśnie tą radością. Ona brzmi jak dziękuję, może nawet dziękuję bardzo. Takie też podziękowania najbardziej lubię jako mama.

*** 

„Szczęśliwy lud, co umie się radować: 
chodzi, o Panie, w świetle Twego oblicza. 
Cieszą się zawsze Twoim imieniem, 
wywyższa ich Twoja sprawiedliwość. 
Bo Ty jesteś blaskiem ich potęgi, 
a dzięki Twej przychylności moc nasza się wznosi.” 
(Ps 89, 16-18)

„Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie! W każdym położeniu dziękujcie.” (1 Tes 5, 16-18) 

 

 

 

Czytaj dalej...

Szczęśliwa wbrew wszystkiemu

Co mnie u-szczęśliwia? Uśmiech dziecka o świcie i tuż przed snem. Smak mocnej kawy dla otwarcia oczu. Spacer z Ukochanym bez pośpiechu z prostym celem wydreptywania wspólnej ścieżki. Śpiew uwielbienia i cisza spotkania z Jezusem. Dobre słowo, które ktoś powiedział, choć wcale nie musiał. Tęcza po burzy. Dzień wolny od pracy, kiedy nie trzeba wychodzić nigdzie, nie trzeba gonić zegarków ani autobusów. Ciepłe jeszcze ciasto z najprostszego przepisu, na które ktoś w domu czekał i aromatyczna, gorąca zupa w chłodniejsze dni. Zapach ulubionych perfum. Książka, która prowadzi serce i wzrusza. Zapiski, które pozwalają uporządkować myśli. Rozmowa z przyjaciółką. List w papierowej kopercie.

Tylko... czy to jest prawdziwe szczęście? Czy mogę je budować na tym, co tak ulotne? Bo skoro tak niewiele może mnie uszczęśliwić, to i niewiele brakuje, by to wszystko zburzyć. Czy można być szczęśliwą wbrew wszystkiemu? 

Czasem całkiem odwrotnie - czujemy się nieszczęśliwe właśnie wbrew wszystkiemu. Wtedy, kiedy nie ma żadnych obiektywnych powodów, by się smucić (to zazwyczaj najbardziej logiczne męskie uzasadnienie, które wtedy absolutnie nie pomaga). Kiedy jest tak ani wspaniale, ani beznadziejnie. Uczymy się uzależniać szczęście od wielu czynników. Od pogody, od przespanej lub nie nocy, od ilości zadań do wykonania, od jakości naszych relacji, od usłyszanego lub nie „kocham cię”, od naszego porannego odbicia w lustrze, od pustki lub przepełnienia skrzynki mailowej, od humorów dzieci, od lekkości lub trudności na modlitwie, od wszystkiego prawie, jakby szczęście było naprawdę ulotne i chwiejne, jakby pojawiało się i znikało jak słońce jesienią, jakby nie mogło być stanem, a tylko emocją, i to jedynie pozytywną. Szczęście nie zawsze musi wyglądać jak radość, może mieścić w sobie różne barwy, także te ciemne. Tak jak szczęście w małżeństwie nie przekreśla kłótni i kryzysów, tak moje szczęście nie przekreśla rozczarowań, smutków i trudności. I tego, że nie zawsze będzie łatwo, przyjemnie i lekko. Że czasem trzeba będzie wyjść poza ciasny kołnierz swoich emocji, żeby zobaczyć, że wcale nie jest tak źle. Że naprawdę jestem szczęśliwa.

Ale chyba nie mieści nam się tak do końca w głowie, że można być szczęśliwą nawet wtedy, kiedy nie ma fajerwerków, kiedy jest tak nawet nijak, albo kiedy jest źle. Kiedy upadamy, kiedy jesteśmy osamotnione, kiedy wszystko zdaje się sypać, kiedy nie ma nadziei na zmianę. To tylko powierzchnia, to zaraz – wcześniej czy później – minie. A co będzie dalej? A co jest głębiej? 

Czasem wydaje się, że do szczęścia brakuje tak niewiele, że nawet dobrze wiemy, czego nam brakuje, co sprawiłoby, że w końcu byłybyśmy szczęśliwe. Wymarzony dom z ogródkiem albo chociaż małe ciasne, ale własne mieszkanie. Dziecko, które można utulić. Mężczyzna, któremu można ślubować miłość. Albo inny, lepszy, pobożniejszy, odważniejszy mężczyzna niż ten nasz. Jeszcze jedne studia. Wymarzona praca. Kilkanaście kilogramów mniej. I takie tam inne sobie składane obietnice, a Bogu wypominki: byłabym szczęśliwa, gdyby. A może wcale nie byłabym? 

Poczucie najgłębszego szczęścia jak mocne poczucie własnej wartości nie jest warunkowe. Prawdziwe Szczęście nie zależy od okoliczności, od dnia, od tego, co nam się (nie)udało, od tego jak bardzo nas ktoś pokochał, od tego ile jeszcze czasu mamy dla siebie, ile wpłynęło na konto w ostatnim miesiącu, ile braków nam ubyło.

Coraz bardziej lubię te dziwne, jakby z innego poziomu pytania mojego męża o szczęście. Uczę się odpowiadać mu z przekonaniem i pewnością (jak nikt wyczuje przecież zawahanie): - Tak, jestem szczęśliwa. Bo wtedy sobie przypominam, że naprawdę jestem szczęśliwa. Choćby nie wiem co. Szczęście nie zależy od nikogo innego, nawet od niego (choć najłatwiej mi na niego właśnie zrzucać ten ciężar odpowiedzialności), tylko ode mnie. Od tego, czy pozwolę sobie na szczęście gdzieś tam w samym środku siebie - w sercu, gdzie nie ma już dostępu żadna okoliczność, zmienność czy tymczasowość. 

Bo Szczęście jest w Nim i dzięki Niemu. Tak jak i ja.

Ja mogę więc cała być szczęściem.

Szczęśliwi, których moc jest w Tobie, którzy zachowują ufność w swym sercu. (Ps 84, 6)

Czytaj dalej...

Szczęśliwe czy święte?

Raczej nikt nie wchodzi w związek małżeński z zamiarem unieszczęśliwienia siebie i drugiej osoby. Chociaż w przysiędze nie ma takiej obietnicy, to jednak... przypomina to raczej ostatnią myśl, jaka mogłaby się pojawić w sercach zakochanych narzeczonych. Kochają się i chcą być przez całe życie tak szczęśliwi jak w Tym Dniu, a może nawet jeszcze bardziej. Mają (zazwyczaj) świadomość, że różnie w życiu bywa, ale przecież będą Razem i dadzą sobie radę ze wszystkim. Wizja małżeństwa jako największej i najpiękniejszej przygody życia? Tak, znam to i ja. I po kilku latach małżeństwa, bogatsza o wiele doświadczeń, nadal w nią wierzę.

Ale małżeństwo to też droga, czasem trudna, nawet bardzo. Nieznana wcześniej ścieżka pełna zakrętów i zmuszająca do wyborów, czasem pełna ślepych uliczek, o których wcześniej nikt nie ostrzegał. Czasem to młodzieńcze wyobrażenie szczęścia zderza się z codziennym szarym dniem i z trudnościami. Ale to nadal jest szczęście, może większe. W małżeństwie chrześcijańskim nie chodzi przecież tylko o szczęście, a bynajmniej nie o to szczęście, które proponuje nam świat - lekkie, przyjemne, pełne euforii, ale o świętość. Tylko czy może być szczęście większe o świętości dla tych, którzy wierzą i kochają?  

Muszę przyznać, że ostatnio nie mogłam oderwać się od książki Gary'ego Thomasa Święte małżeństwo. Najpierw urzekła mnie okładka (przyznajcie, że to zdjęcie jest urocze, prawda?), a potem całkowicie wciągnęła zawartość. Trafiła idealnie w moje obecne rozważania. Autor zmienił perspektywę typową dla poradników małżeńskich, idealnie łącząc temat wiary i małżeństwa. „Ta książka nie powstała po to, by doradzić wam, jak lepiej kochać swojego małżonka (chociaż mam nadzieję, że i w tym wam pomoże). Ma ona przede wszystkim pomóc wam bardziej pokochać Boga.”

Małżeństwo może być drogą do Boga, dzięki małżonkowi mogę poznawać siebie i zbliżać się do mojego Pana. Mogę odkrywać i uczyć się miłości, poświęcenia i wierności, ale też mogę doświadczać, że zawsze gdzieś w środku mnie pozostanie pragnienie miłości, które może wypełnić tylko największa Miłość. Małżeństwo jest cudowną drogą, szkołą, podróżą, ale nie celem samym w sobie, nie jest ostatecznym spełnieniem, jest przedsmakiem Nieba.

„Moja żona nie może zastąpić mi Boga. W momencie stworzenia zaszczepiono mi w sercu tęsknotę za Bogiem i nikt oprócz Boga nie może tej tęsknoty zaspokoić.”

Gary Thomas pisze o wspaniałej, świętej historii, jaką tworzy i przeżywa każde małżeństwo, o wadze naszych osobistych misji, o modlitwie, której wzmocnienie wymaga najpierw... umocnienia więzi małżeńskiej, o seksualności, która jest szansą nie tylko na fizyczną, ale także duchową bliskość, o wierności jako o próbie miłości, o poświęceniu oraz o kryzysach i trudnościach jako wielkich szansach i sprawdzianach, które można zdać z wyróżnieniem.

Kolizje w małżeństwie mogą tworzyć prawdziwe piękno, gdyż – jak dobrze wiemy – piękno czasem rodzi się w bólach.”

 

Podoba mi się styl autora, jego dzielenie się swoim życiem małżeńskim oraz doświadczeniem pracy. Podoba mi się i trafia do mnie taka zmiana perspektywy i podkreślenie, jak mocno świętość łączy się z naszym małżeństwem, jak blisko może być Bóg, jeśli tylko postawimy Go na właściwym miejscu. I właśnie sięgam po drugą książkę Gary'ego Thomasa... Święte rodzicielstwo, w której, jak na wstępie zaznacza twórca, będzie bardziej o tym, co rodzicielstwo pomaga odkryć o sobie niż o tym, jak dobrze wychować dzieci. Piękna myśl. Myśl, która jest mi ostatnio bardzo bliska :-)

Gary Thomas, Święte małżeństwo, wyd. Aetos 2014.

Książka dostępna w księgarni KiM

 

*** 

KONKURSOWO! 

Z radością ogłaszam, że mam dwa konkursowe egzemplarze tej książki ufundowane przez wyd. Aetos i już nie mogę się doczekać, by je komuś przekazać, zapakować w kopertę i wysłać :-)

Jeśli macie ochotę ją przeczytać, napiszcie w komentarzu poniżej w jednym zdaniu co może być najtrudniejsze w małżeństwie.

Na Wasze komentarze konkursowe czekam do 28.10.

 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS