Pan zlitował się nad nią i rzekł do niej: <<Nie płacz!>> (Łk 7, 13)

Zdesperowana. Nadzieja dla mamy, która potrzebuje oddechu

Złapać głęboki oddech? Tak bezkarnie? Tak, by napełnić płuca powietrzem i odzyskać siłę? Przy małych dzieciach? Mimo desperacji a może własnie w akcie desperacji? Młode mamy, nawet te zdeklarowane jako bardzo szczęśliwe i spełnione, w którejś chwili zwykle mogą wyznać, choćby szeptem: są dni, kiedy jest ciężko. Kiedy nie wiem, jak się nazywam. Kiedy nie wiem, jak odpocząć, kiedy zastanawiam się czym właściwie jest to macierzyństwo i dokąd ta droga mnie prowadzi. I czekam na dobre słowo.

Dziś więc coś dla takich mam. Dziś o potoku Takich Słów. Dobrych. Nawet bardzo dobrych.

Książka Zdesperowana. Nadzieja dla mamy, która potrzebuje oddechu (autorki: Sarah Mae, Sally Clarkson, wyd. św. Wojciecha, Poznań 2015) towarzyszyła mi podczas ostatnich dni oczekiwania na narodziny Stefanka i całkowicie mnie oczarowała. Zaczynając już od niezwykle pięknej formy – dwugłosu mam: Sary i Sally, przyjaciółek o różnym stażu małżeńskim i macierzyńskim. Dwa spojrzenia: bycia w środku tych doświadczeń, z trójką maluchów u boku i spojrzenia już z dystansu, ze stażem małżeńskim mierzonym w dziesięcioleciach i dorosłych dzieciach. Ten dwugłos autorek wprowadza mnie w zachwyt nie tylko nad spojrzeniem na tę samą sprawę – podobnie, choć  inaczej, ale także nad siłą kobiecej przyjaźni i wsparcia. To siła modlitwy, dzielenia się sobą czy po prostu - spotkania przy kawie. 

Treść książki obejmuje bardzo szeroki obszar trudności, z jakimi borykają się młode mamy - trudnych emocji, niewiary w swoje siły, zmęczenia, poczucia osamotnienia, zniechęcenia... Przeczytamy więc o zmianach w życiu, które przynosi macierzyństwo i każde kolejne dziecko, o zderzaniu się marzeń i rzeczywistości, o byciu (nie)przygotowaną i o sztuce odnajdywania siebie w macierzyństwie, o walce matki – o dzieci, o samą siebie, o relacje z innymi, a przede wszystkim o relację z Bogiem. Słowo pokrzepienia, pocieszenia, wzmocnienia czy motywacji - jestem niemal pewna, że każda mama znajdzie coś dla siebie.

Mnie szczególnie ujęły dwie kwestie. Po pierwsze, podejście autorek do zarządzania domem i jego estetyką, i szerokim ujęciem tego, co możemy przekazać i powiedzieć dzieciom poprzez naszą troskę o otoczenie (ale także szerzej - poprzez troskę o to, co dla nas ważne, poprzez wybór tego, co naprawdę chcemy im dać i jak chcemy je kształtować). Posłuchajcie.

„Kiedy zajmuję się moim królestwem, wlewając w nie życie i wypełniając je pięknem, komfortem i ciepłem, mówię sobie, mojej rodzinie i innym: <<Kocham was! Zapraszam do środka, rozprostujcie nogi i zostańcie tu na chwilę. Jesteście mile widziani!>>. Zupełnie nie chodzi tu o posiadanie domu, który przypomina muzeum. Chcę mieć porządek (gdzie znów są moje klucze?), ale nie dążę do perfekcji. Nawet jakbym chciała, to nie dam rady, bo kłóci się to z moim charakterem. Ale podejmuję świadomie decyzję, aby włożyć wysiłek w tworzenie miłego domu, gdzie ludzie poczują się kochani i znajdą spokój.” (Sarah)

A jeszcze bardziej zapadło mi w serce przesłanie o tym… czyj głos jest najważniejszy. Ja wiem, oczywiście. Wiem, że Jego. Ale czasem zapominam, gdy jest tak przyziemnie. Gdy trzeba zmieniać trzecią pieluchę w ciągu godziny i znów myć dziecięce, zabrudzone jedzeniem łapki. Jest tyle różnych teorii, tyle rad, tyle nie i tak, trzeba i nie wolno. A to o jedzeniu, o smoczku, o spaniu, o bajkach, o zabawach, o uczeniu dyscypliny, o zabawie z innymi dziećmi, o potrzebie rówieśników itd. Ale moje dzieci są wyjątkowe. Jak każde dziecko. Każde z nich. Klucz do ich serca nie leży w żadnej teorii, nikt nie powie mi jak mam je wychować, jak mówić, aby mnie słuchały, jak przekazać im wiarę, by jej nie utraciły. One są niepowtarzalne w swojej osobowości, która właśnie się kształtuje, ze swoim temperamentem, którego nikt z nas im nie wybierał. Ja je odkrywam. One odkrywają się przede mną dzień po dniu, czasem z zupełnie innej strony. Każdego dnia na nowo.

(Nie)dobra mama, (nie)grzeczne dziecko, (nie)dobre wychowanie – jak to łatwo powiedzieć, a jak to niewiele znaczy. Czuję się coraz bardziej wolna i coraz bardziej otwarta nie na to, co podpowiadają blogerki parentingowe, co piszą w bestsellerach, co mówią te bardziej doświadczone, ale otwarta na to, co szepce mi Pan bardzo delikatnie do serca. Nie zawsze słucham, czasem chcę wypróbować zachwalane metody, ale kiedy tracę siły, kiedy uświadamiam sobie, że one wcale nie skutkują albo czuję, że one nie są w zgodzie z nami, wtedy szukam pomocy u Niego: Panie, jak mam dotrzeć do serc moich dzieci? Prostuj nasze ścieżki. Podpowiadaj mi słowa, które mam im mówić, piosenki, które mam im śpiewać i wiersze, które mam dla nich układać. Dawaj mi natchnienia do zabaw i do gospodarowania naszym wspólnym czasem. I naprawiaj moje błędy, bo Ty znasz wielkość mojej słabości i mojej miłości. Ty przecież znasz te dzieci lepiej niż ja. I mnie znasz lepiej niż ja samą siebie. I odzyskuję wiarę w to, że ja naprawdę wiem, co mam robić. W to, że odpowiedzi są zapisane w moim sercu. W sercu mamy.

„Nie ma jednego uniwersalnego sposobu czy wzoru, który będzie pasował do wszystkich rodzin, matek czy dzieci. Żyj w wolności wiary i w bogactwie życia, które dał ci Jezus. Zrozum, że dzieci są darem, a w ich wychowywaniu Bóg ukrył błogosławieństwa i lekcje, którymi Pan chce nas nauczyć, jak sprawić Mu największą radość, zajmując się skarbem, który powierzył w nasze ręce.”

I wtedy, kiedy przychodzą chwile największej desperacji, przychodzi i największa nadzieja. Że to nie jest jakieś szarpanie się i bieg po tytuł matki roku. Że to nie jest rzeźbienie dzieci na swój obraz i podobieństwo albo na obraz, który pasowałby do rodzinnej fotografii. Że to wszystko ma sens, że moje macierzyństwo to droga uświęcenia i możliwość najbliższego spotkania z Bogiem. Dialogu z Nim w codzienności - przy przewijaniu, spacerowaniu, karmieniu, wycieraniu noska, powtarzaniu tej samej bajki po raz któryś. Wsłuchiwania się w Jego Ojcowskie Serce. Bo choć jestem już mamą, nadal jestem Jego dzieckiem. 

* * *

A ponieważ książka jest aż tak piękna, że nie mogę, nie chcę i nie wyobrażam sobie zatrzymania jej tylko dla siebie - mam dla Was 3 egzemplarze od wyd. Św. Wojciecha!

Napiszcie w komentarzu jedno zdanie, które młoda mama chciałaby usłyszeć. Zdanie, które może dodać nadziei, otuchy, motywacji... Zdanie, które być może same usłyszałyście, może już komuś powiedziałyście, a może właśnie takich słów Wam kiedyś albo i wczoraj zabrakło. Na Wasze komentarze czekam do 24.08.

Na stronie wydawnictwa możecie także przeczytać fragment Zdesperowanej!

 

Czytaj dalej...

Opowieści poporodowe

Na początku odmierza się każdy dzień, każdą godzinę, każdy gram i każdy grymas. Minęły dopiero dwa tygodnie od porodu, a jak ci się wydaje: to było dawno czy nie? – zapytałam Mariusza bardzo poważnie. – Mnie się zdaje to takie oczywiste, że Stefan sobie tu po prostu leży – odpowiedział. Też tak uważam. Tak po prostu tu jest. Tak jakby tu był zawsze. Tak jakby zapełnił miejsce, które czekało zawsze na niego. I w naszym domu i w nas samych.

To nie będą te prawdziwe opowieści porodowe. Aż do takich uzewnętrznień na blogu nie jestem skłonna, choć potrzeba powracania do tamtych wydarzeń – tak nieodległych przecież czasowo, a rysujących się jakby już wieki temu – jest ogromna. Tak przeżywa się te najsilniejsze doświadczenia, mówiąc o nich, będąc tam jeszcze myślami, widząc to wszystko na nowo.     

Czy wypada pisać o fizjologii, o tym, jak rodzi się człowiek, o tym, jak przeżywa się każdy skurcz? Nie wiem. Może to bardziej stosowne na rozmowy przy kawie, na przyjacielskie spotkania wymiany doświadczeń albo choćby delikatne rozmowy między mamami na placu zabaw (tak jak to wydarzało mi się dziś gdzieś między zjeżdżalnią a piaskownicą), na przeżywanie tego jeszcze raz z kimś drugim, z kimś, kto zrozumie albo spróbuje zrozumieć… Ale niezależnie od stosowności, nie mogę nie napisać, że ten poród był dla mnie prawdziwie doświadczeniem cudu mojego ciała. Cudu narodzin także, to po pierwsze, ale ten cud się powtórzył w moim życiu. Teraz doświadczyłam czegoś, o czym tylko słyszałam i czemu nie-dowierzałam. Tego, że poród może być piękny, że mogę w nim naprawdę być, że mogę pamiętać piosenki, które właśnie słyszę i mogę pomóc dziecku przyjść na świat. Że mogę się zdziwić, że to już ten moment, że ten Drugi już jest ze mną. Doświadczyłam, że moje ciało jest zdolne do wielkiego wysiłku, który nie tylko pomaga dziecku przyjść na ten świat, ale daje mi nowe Życie.

Patrzyłam później na mamy z malutkimi dziećmi, kobiety dopiero co po porodzie, z którymi wymieniałyśmy doświadczenia, żale i radości. A ja myślałam sobie o tym, jak my wszystkie jesteśmy dzielne. Nawet te, co zarzekają się, że nie dadzą rady tu i teraz, te, które krzyczą, że nie mają sił albo że już nigdy więcej nie będą rodzić. Te wszystkie - naprawdę dzielne niewiasty.

Bo przecież poród to doświadczenie ogromnej samotności. Doświadczenie, które trzeba nieść samej, nawet kiedy jest tuż obok ten, którego bardzo kochasz. Trzeba je nieść wraz z dzieckiem, które przeżywa to równie mocno, a pewnie i mocniej, nieświadome, że ta burza, która mu się przydarza, nie jest końcem, ale początkiem. Ale w tej samotności skurczów, samotności odczuwania swojego ciała i najróżniejszych, skrajnych emocji, świadomość, że są blisko osoby, które chciałyby choć uścisnąć ci rękę, powiedzieć „jestem” albo dodać otuchy, wywołując na twojej twarzy choć mały uśmiech, jest niezwykła. Wsparcie - to przyjacielskie, to od Dawcy Życia i od świętych jest wielkie. Gdy czekaliśmy na salę porodową (tak, na zwolnienie sali) dostałam wiadomości od przyjaciółek: „to tak biblijnie jak Maryja, dla której nie było miejsca ;-)” Dostałam też Słowo, o które poprosiła dla mnie Monika o tym, jak bardzo Bóg wspiera swój lud w każdym czasie. Dostałam wsparcie modlitwy i obecności tych osób, które dobrze wiedziały o tym, co dzieje się w sercu w takich chwilach. A całodniowo towarzyszył nam i patron tego dnia – św. Charbel. Chcesz mieć nowego podopiecznego, to się postaraj – powiedziałam mu wprost. I zdążyliśmy przed północą.

To wsparcie to także wszystkie znaki pamięci i chęć pomocy już teraz, gdy jesteśmy we czworo. Zrobić ci może zakupy, nadgonić domowe porządki a może popilnować dzieci? – zapytała koleżanka na kilka dni po porodzie, a ja poczułam klimat, o którym czytałam w amerykańskich książkach – tak potrzebnego, życiowego i powszedniego wsparcia innych kobiet, które dobrze wiedzą jakie mogą być potrzeby młodych mam.

A nasze prawdziwie poporodowe opowieści to zachwyt nad tym, jak zrobiło się w naszym domu pełniej. W samochodzie też.  I jak się w sercu znów zaczęło wszystko układać na nowo zgodnie z potrzebą chwili. Czytania z pierwszej niedzieli, którą przeżywaliśmy we czworo, były jakby dla mnie (też towarzyszy Wam czasem to uczucie?:-) O mannie, która jest na ten dzień. Przy dwójce małych dzieci, choć wybiegam sercem w przyszłość i już zaglądam do tego naszego rodzinnego albumu za 20 lat… to jednak liczy się tak naprawdę dziś. Ten dzisiejszy poranek i śniadanie na dywanie (wolałabym na trawie, rzecz jasna, ale cóż), ten za-chwilę-spacer i ten moment ładowania piasku do wywrotki, i to obecne karmienie i ta pieluszka do zmiany, i ten wieczór, kiedy trzeba wszystko dookoła ogarnąć i Ta chwila dla nas albo tylko pół-chwila.

Dzieci wychowują mnie, że to, co najważniejsze dzieje się tutaj. Po drugiej stronie monitora.

Tamtej niedzieli były odczytywane też słowa św. Pawła o zrzuceniu z siebie starego człowieka i przyoblekaniu nowego. (Ef 4, 22-24). Dla mnie znaczy to teraz – przyoblec nową mnie, nową mamę we mnie, nie zupełnie nie-tamtą, co wcześniej, ale na pewno już inną... 

I na zakończenie słowa patrona naszego Stefanka:

Największym szczęściem jest dziecko! Może stu inżynierów postawić tysiące kombinatów fabrycznych, ale żadna z tych budowli nie ma w sobie życia wiecznego. (kard. Stefan Wyszyński)

 * * *

Uprzedzam pytania: Ta piękna pani na zdjęciu u góry to nie ja, a to maleństwo to nie Stefanek. Ale już oczekujemy na efekty naszej sesji noworodkowej! 

(A Stefanek poniżej:-) 

Czytaj dalej...

Mamo, dziękuję

Pamiętacie reklamę cukierków Werther's Original: „dziś sam jestem dziadkiem…”? Mogę powiedzieć i ja: dziś sama jestem mamą. 26 maja ma dla mnie już inne znaczenie niż dawniej. Dzień Matki przypomina mi trochę o tym kim jestem, choć ciągle w to nie dowierzam. 

Czy perspektywa patrzenia na mamę zmienia się wraz z własnym doświadczeniem macierzyństwa? Trochę tak, trochę nie. Wiem trochę więcej o Jej sercu, ale nadal nie wiem prawie nic. Potrafię sobie wyobrazić uczucia i potrzeby jej-jako mamy, zwłaszcza małych dzieci, ale to nadal mgliste porównanie. Wiem trochę więcej o sobie, ale nadal to nie wszystko. Człowiek jest tajemnicą. Mama też. A może Mama przede wszystkim nią jest.

Zbierałam trochę podziękowań, kilka myśli, które są jak wezwania w litanii. Były już dla taty, teraz muszą być dla Niej. Ona ich nie przeoczy, Jej nie trzeba będzie nawet kierować na tę stronę. Ona je znajdzie jak niespodziankę! Może nawet - może Ona na nie czeka? Myślałam, że chyba już nie dam rady tego napisać, że nie zdążę tego opublikować na czas. Ale wtedy przypomniałam sobie moją mamę. Ile razy dokonywała rzeczy nie-wykonalnych, ile razy rzucała wszystko albo zbierała ostatnie siły, żeby zdobyć te potrzebne na jutro (lub na wczoraj) liście do zielnika czy kserówki do wypracowania. Ile razy udowadniała, że nie ma rzeczy niemożliwych dla tego, kto kocha. Tak, mama była dla mnie często (i jest nadal) Czarodziejką. I pomyślałam - też tak chcę! Mogę!

 

* * *

Mamo,

chciałabym Ci dziś podziękować

za to, że dzielnie kołysałaś mnie pod sercem, znosząc upały, opuchnięte nogi, bóle krzyża i wszystkie inne wątpliwe dobrodziejstwa stanu błogosławionego, mając przy tym już jedno maleństwo

za to, że urodziłaś mnie, choć wiedziałaś już co znaczy rodzić

(a to wszystko jeszcze w latach 80. - przed pampersami i w innych standardach opieki okołoporodowej) 

za to, że pokochałaś mnie jako kobietę, nie upierając się przy tym, że lepiej byłoby mieć parkę

za to, że nigdy nie negowałaś moich życiowych wyborów, a czasem stałaś stawałaś tuż obok, żeby przytrzymać mi furtkę

za to, że w czasach, kiedy nie było jeszcze sklepów uginających się od towaru, zawsze dbałaś o to, żebym czuła się jak mała księżniczka z kokardą we włosach i w sukience z falbanką

za to, że nie porównywałaś mnie z siostrą i wiedziałam, że kochasz nas tym samym kawałkiem serca

za to, że czasem się o mnie martwiłaś, bo dziś wiem, że to znaczy kochać bardzo 

za to, że zawsze czułam się przy Tobie bezpiecznie i swobodnie

za to, że wiedziałaś i nadal wiesz, co lubię, że masz w swoim słowniku określenie na pewne rzeczy - Kasiowe 

za to, że kiedy było chłodno, dawałaś mi ciepły sweter pachnący Tobą

za to, że byłaś gotowa przenosić dla mnie Pałac Kultury i stawać na głowie 

za to, że pozwoliłaś mi rozwijać skrzydła i dojrzewać w mojej kobiecości

za to, że nigdy nie wyśmiałaś moich marzeń, nie ograniczałaś mojej wyobraźni i pozwalałaś mi rozwijać się po dziecięcemu w kierunku, którego żaden dorosły nie jest w stanie już rozumieć

za to, że byłaś pierwszą recenzentką moich wierszy i artykułów, i lubiłam pisać choćby tylko dla Ciebie

za to, że byłaś jedynym widzem moich teatrzyków, który prosił o bis

za to, że nigdy nie okazujesz znudzenia moją osobą i lubisz ze mną rozmawiać o czymkolwiek i o wszystkim

za to, że rysowałaś mi księżniczki na papierze, które można było ubierać w papierowe sukienki

za to, że ulegałaś, kiedy czas zabaw z koleżankami się kończył, a my na kolanach błagałyśmy o więcej

za to, że codziennie wchodzisz na mojego bloga i jestem niemal pewna, że prawie wszystko czytasz jako pierwsza

za to, że kiedy do Ciebie dzwonię, słyszę radość w Twoim głosie

za to, że zawsze na mnie czekasz i zawsze masz coś w zanadrzu na te chwile, choćby litry herbaty

za to, że nauczyłaś mnie, że nie ma sytuacji bez wyjścia

za to, że nauczyłaś mnie, że nie trzeba być idealnym, aby być szczęśliwym

za to, że Ty wiedziałaś od dawna, jaką drogą najpewniej pójdę, bo tak dobrze znałaś zakamarki mojego serca

za to, że jestem trochę taka jak Ty, a trochę inna

za to, że w każdej chorobie byłaś dla mnie pielęgniarką i psychologiem, i moim aniołem

za to, że bez słów i kazań nauczyłaś mnie, jak ważny jest drugi człowiek

za to, że rozumiesz te najpowszedniejsze i te najwznioślejsze emocje, myśli i potrzeby

za to, że czuję się akceptowana i kochana przez Ciebie niezależnie od tego, co osiągnę, co powiem lub czego nie uda mi się zrobić

 

za to, że umiesz powiedzieć kocham

i że jesteś obok

zawsze

Czytaj dalej...

Mama synów

Kiedyś wyobrażałam sobie moje macierzyństwo w ten sposób: plotę dziewczynkom warkocze i ozdabiam je kokardami, a wieczorem czytamy do poduszki bajki o księżniczkach. Specjalizuję się w stylizacjach dziewczęcych ubrań, szczególnie sukienek (i już, już, zaczynam sama obsługiwać maszynę do szycia, zastanawiając się, czy jednak nie zostać pełnoetatową krawcową). Pieczemy wspólnie ciasteczka i organizujemy dla wszystkich domowych lalek i pluszaków herbatkę, tak po prostu, żeby pobyć razem i dowiedzieć się, co w swoich puszystych środeczkach czują misie. A później uczymy się jak być damą. Jak być świadomą siebie kobietą. Jak dawać światu kobiecy geniusz. Takie też było przecież moje dzieciństwo. Myślałam więc, że moje macierzyństwo będzie kontynuacją albo powrotem do tamtych czasów. Ale nie do końca tak jest.

To nie znaczy, że już wszystko przepadło, być może rodzinna dysproporcja jest tymczasowa, ale jest chwilowo dosyć wyraźna. W naszej rodzinie na razie zostałam sama ze swoim kobiecym sercem. Mama synków. Nauczyłam się już dopasowywać koszulę w kratę w rozmiarze 74 albo 80 do dżinsowych spodni i cieszyć się rajstopami ozdobionymi samochodami. Mimowolnie i naturalnie o małym dziecku mówię w formie męskiej i zaczynam się zastanawiać, jak Ten Drugi (imię jeszcze jest tematem małżeńskiej debaty, choć pewien typ już jest) będzie podobny – do mnie, do taty, do starszego brata. A szczególnie w tym trzecim wariancie. Czy będzie miał ten sam żywiołowy temperament i te same zadziwiające nas samych niekiedy zawstydzenie, czy będzie miał podobne oczy i czy będzie w podobnym tempie przybierał na wadze (och, może jednak nie!). Na co będzie zwracał uwagę, jakie będą jego pierwsze słowa, czy może to on polubi siedzenie w chuście? Czy tak samo będzie zasypiał na spacerze? Czy będzie się podobnie uśmiechał? Jak bardzo zaskoczy nas ten całkiem Nowy Człowiek?

Jako mama syna, a teraz już synów, muszę się dokształcać. Kilka miesięcy temu, kiedy Iruś leżał spokojnie na kanapie i nie potrafił się nawet przewrócić na bok, Mariusz patrząc przez okno na budujący się blok, westchnął: „gdyby był starszy, cały dzień siedziałby w oknie”. Nie sądziłam nawet przez chwilę, że doświadczymy tego jeszcze w tych czterech ścianach. Wystarczy warkot silnika, by mały odkrywca wszystkimi siłami prosił o możliwość zajrzenia przez okno. Wszelkie próby wyciszenia głosów dochodzących z podwórka są nieudolne, odwrócenie uwagi skutkuje tylko przez chwilę. A więc siedzimy na parapecie, uśmiechając się do panów na budowie i przechodniów. I kategoryzujemy sobie ten świat. Uczę się nazywać różne pojazdy. Wszystkie, zwłaszcza te wyróżniające się, wzbudzają zainteresowanie. Koparka – to łatwe. Ale betoniarka, dźwig, wywrotka, śmieciarka, ciężarówka, autobus – już czasem brakuje mi pomysłów na rozróżnienie. Auto. W Irusiowej wersji „ało”. Nie czuję jeszcze tego wielkiego podekscytowania co on, ale patrząc na jego uśmiech i fascynację zaczynam domniemywać, że coś tam musi być. Coś takiego naprawdę fajnego. Nie tylko w tych pojazdach, po prostu w tym świecie.

Ale ten dziecięcy męski świat nie jest pozbawiony piękna czy wrażliwości, o nie! Jedno z pierwszych słów Irka to słowo... „kwiat” (oczywiście wypowiadane w odpowiednim dialekcie). Nie przejdzie obojętnie obok żadnego z nich, wytropi storczyki nawet na oknach sąsiadów. Będzie śmiał się, dotykając sztucznych kwiatów w galerii handlowej. I cieszy się niezmiernie, kiedy znów udaje mu się poprawnie wskazać taki obiekt. Bo czasem nie trafi i pełen śmiałości także pora nazwie kwiatem. Wzruszam się wtedy najbardziej i przypominam sobie scenę z Bambiego. I marzę, kiedy będziemy mogli go razem obejrzeć w całości. 

Nikt inny jak mój mały syn nie zauważa od razu moich nowych kolczyków, zwłaszcza tych dużych, które zakładam właśnie wtedy, kiedy na chwilę się rozstajemy. Wyciąga ręce i z zachwytem dotyka małych przedmiotów w moich uszach, jakby chciał mi powiedzieć: „ale ładnie je dobrałaś do swojej stylizacji, Mamusiu”. (Interpretacja własna, rzecz jasna. Pewnie myśli coś całkiem innego.)

I czekam, czekam na to wyznanie: „chcę się z tobą ożenić, Mamusiu”. Teraz to już będzie wymagało dyplomacji. Dwóch kandydatów! Czy moje kobiece serce to zniesie? :-) 

Odkrywanie swojej kobiecości przy synach? O tak! 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS