Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie (Łk 11, 9)

Temat niewygodny. Jak walczyć o życie?

Dziś o czymś trudnym, niewygodnym. Muszę. Muszę się tym podzielić, bo my mamy wpływ. Bo my mamy powołanie do tego, by walczyć. By zachwycać taką walką. Bo to nam kobietom zostało w sposób szczególny powierzone Życie. Bo to, co dzieje się dziś z milionami poczętych odrzuconych dzieci, to jest pytanie o człowieczeństwo, ale także o kobiecość. Kobieto, kim jesteś? Mamo, gdzie jesteś? I to nie jest pytanie do  t a m t y c h  kobiet, to nie jest też pytanie tylko do  W a s, to jest po pierwsze pytanie do mnie samej. Jakie ja mam Serce Mamy?

Dziś kilka słów o aborcji, o filmie, który ostatnio oglądaliśmy z Mariuszem, o szukaniu dróg i nadziei - że my naprawdę możemy coś zrobić. Wiem, temat mało przyjemny, dla wielu z nas wciąż brzmiący abstrakcyjnie. Ale czy wiecie, że w czasie II wojny światowej (czyli przez 5 lat) zginęło na świecie 72 mln ludzi, a rocznie w wyniku aborcji zabijanych jest 42 mln dzieci. Tak oficjalnie. Czy macie świadomość, że wiele z nas, w tym i ja, rodziło się w czasach (przed 1993), kiedy nasze mamy miały prawnie szeroki dostęp do aborcji? I wiele kobiet dziś, z pokolenia naszych mam i babć dobrze wie, czym jest aborcja. 

Obejrzeliśmy z Mariuszem film o Mary Wagner, a właściwie „Nie o Mary Wagner”, bo Mary nie chciała, by to był film o niej. Ona nie chce być tu ważna, bo istotna jest sprawa, ważne jest każde życie, o które walczy. Mary jest Kanadyjką, która chodząc do klinik aborcyjnych, rozdając kobietom białe róże, ulotki i rozmawiając z nimi, mówiąc o innym wyjściu, kiedy kobietom wydaje się, że innej drogi już nie ma, walczy jednocześnie z bezdusznym prawem. Przeszkadza klinikom, zabierając im klientki i łamie prawo, które chroni dziecko dopiero od urodzenia. O Mary być może słyszałyście już co nieco, gdyż kilka miesięcy temu była w Polsce. (Może byłyście na jakimś spotkaniu z nią? Mnie niestety się nie udało.) Film o niej, który niedawno ukazał się w Polsce, to tylko inspiracja do tego, czym chciałabym się z Wami podzielić. Co do filmu, to gorąco go polecam. Oprócz szerszego zrozumienia sytuacji tej działaczki pro-life, można dowiedzieć się więcej na temat aborcji, jej historii, zasięgu, procedur. Można zrozumieć także trudności, jakie napotykają ci, którzy walczą z nią, można zdać sobie sprawę, jak wygląda podejście do życia i aborcji w wielu krajach, tuż za naszą granicą także. A mentalnie? A mentalne także coraz częściej i u nas. Film zawiera też drastyczne zdjęcia aborcji. Zbyt drastyczne? To częste pytanie do dyskusji – czy warto/powinno się/można pokazywać zdjęcia abortowanych dzieci. To boli, to usprawiedliwia płacz, to wzbudza też bezradność, a może niektórym to nawet wystarczy, by zrozumieć czym jest aborcja i o co w niej chodzi. Czym jest usuwanie płodu, czym jest zabijanie niewinnego człowieka. Po obejrzeniu filmu pobiegłam do śpiącego Irusia. Patrzyłam jak spokojnie śpi w swojej pozycji a'la Superman (Mariusz mówi, że wystarczyłoby mu tylko pelerynkę doczepić). Jeszcze niedawno był taaaki malutki. Jeszcze rok temu był pod moim sercem, choć nie mogę uwierzyć, że to był ten sam on. Jeszcze rok temu kanadyjskie prawo nie wzięłoby go w obronę.

Tylko... czy ten temat nas naprawdę dotyka? Czy nas w ogóle dotyczy? Czy nie wydaje się zupełnie abstrakcyjny, daleki naszej codzienności? Jako nastolatka napisałam dwa opowiadania konkursowe o tematyce pro-life. O rozmowie dziecka nienarodzonego z aniołem w Niebie i o sytuacji dwóch kobiet - dzisiejszej nastolatki i Maryi. Czułam to mocno, ale znałam tylko z filmów, z tej rzeczywistości poza mną. Dziś temat aborcji powraca do mnie coraz częściej, coraz bardziej. Dla mnie, a myślę, że i dla wielu Polaków, zwłaszcza będących blisko Kościoła i wartości życia, to temat, który wydaje się zupełnie marginalny. Idąc przez miasto nie mijam klinik aborcyjnych, kiedy dowiaduję się o ciąży, ginekolog nie proponuje mi aborcji, wśród moich przyjaciół nawet nie rozważamy takich rozwiązań (ale już np. na kursie zdarzyło nam się dyskutować o tym z narzeczonymi, pamiętam szczególnie jedną dziewczynę, która przekonywała, że jako rodzic zepsułabym życie nastoletniej córce, nie pozwalając jej na aborcję). Ale to nie znaczy, że nie istnieje podziemie. Jak mówią, dla chcącego nic trudnego. To nie znaczy też, że zgodnie z prawem nie dokonuje się aborcji eugenicznej na ludziach, którzy są niepożądani (także dla społeczeństwa). To znaczy, że wcale nie możemy spać spokojnie. Nasze ostatnie ankiety na kursach przedmałżeńskich pokazały, że coraz więcej osób (dodajmy: narzeczonych chcących zawrzeć ślub katolicki) nie zgadza się z nauczaniem Kościoła na temat aborcji.

A mnie dźwięczą w uszach słowa św. Pawła „Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest świętą, a wy nią jesteście.” (1 Kor 3, 16-17)

Myślę, pytam siebie, szukam w sobie odpowiedzi.

Czy jestem gotowa stanąć pod kliniką aborcyjną jak Mary?

Czy jestem gotowa walczyć o każde życie?

Czy jestem gotowa wbrew poprawności i haseł tolerancji głośno powiedzieć „jestem za życiem”?

I „jestem przeciwko prawu kobiety do zabijania własnego dziecka”,  „jestem przeciwko aborcji”? I to nie w gronie osób, które myślą podobnie, które czują tak jak ja, ale wśród tych, którzy wykluczą mnie ze swojego środowiska, wyłączą mikrofon, zabiorą głos, obrzucą obelgami.

Mistrzynią spojrzenia na życie i godność człowieka była bł. Matka Teresa z Kalkuty. Po ludzku nie matka, ale tak naprawdę Matka, od której my mamy możemy się uczyć. „Zaczynajmy od pełnego miłości pokochania małego dziecka już w łonie matki. Jak już wielokrotnie mówiłam w wielu miejscach, tym, co najbardziej niszczy pokój we współczesnym świecie, jest aborcja - ponieważ jeżeli matka może zabić swoje własne dziecko, co może powstrzymać ciebie i mnie od zabijania się nawzajem? Najbezpieczniejszym miejscem na świecie powinno być łono matki, gdzie dziecko jest najsłabsze i najbardziej bezradne, w pełni zaufania całkowicie zdane na matkę.” 

Kiedy już zdajemy sobie sprawę z sytuacji, możemy rozpłakać się i stwierdzić, że absolutnie nic nie możemy zrobić, albo możemy zrobić to..., co możemy zrobić. Nie chcę być bezradna, jestem za tym drugim wyjściem. Nie chcę też tylko mówić nie zgadzam się, nie popieram, nie podoba mi się to, ale chcę zrobić coś, by afirmować życie, by naprawdę być pro life.   

Prawda

Poznając prawdę o kobiecie i naszym kobiecym powołaniu, a także poznając piękno naszego ciała i macierzyństwa, ugruntowujemy się w miłości do życia. A wtedy możemy ją przekazywać dalej. Wiedzę i radość z bycia kobietą. Także poznanie prawdy o antykoncepcji jest bardzo ważne. W filmie Nie o Mary Wagner podkreśla się, jak mocno antykoncepcja związana jest z aborcją. Była to zresztą jedna z obaw (jak się okazało słuszna) Pawła VI, gdy pisał encyklikę Humanae Vitae, gdzie określił stanowisko Kościoła w kwestii regulacji poczęć. Ponieważ antykoncepcja nigdy nie jest skuteczna w 100%, aborcja istnieje jako wyjście awaryjne, a ponieważ antykoncepcja tworzy już mentalność anty-life, aborcja jest dla wielu osób naturalną konsekwencją jej nieskuteczności.

Zaczynajmy od siebie. Kochajmy naszą kobiecość, kochajmy nasze ciała, kochajmy Życie!

Być przyjaciółką

Nie zawsze łatwo jest być przyjaciółką. Być blisko innych kobiet, towarzyszyć im w ich trudnościach. Może kiedyś staniemy w sytuacji, gdy nasza przyjaciółka, siostra, koleżanka, uczennica itd. będzie myślała o aborcji albo nawet te myśli się nie pojawią, ale dziecko stanie się w jej odczuciu wrogiem, który zniszczy jej świat i nie da jej żadnej przyszłości. Bądźmy tuż obok nich, nie omijamy tych trudnych pytań, rozmów. Szukajmy profesjonalnej pomocy, wsparcia, dobrej lektury. Poszerzajmy serca, poznawajmy świat kobiet. Nigdy nie wiemy jak bardzo może komuś utkwić w pamięci nasze jedno zdanie, nasza postawa. I nie wiemy, jak daleko może to zanieść dalej.

Wychowywać mężczyzn

Jesteśmy siostrami, matkami i przyjaciółkami dla naszych mężczyzn. To oni w wielu sytuacjach są winni, a niemal zawsze współwinni aborcji. Ale my możemy ich uczyć – miłości, szacunku do życia, czułości, wrażliwości na zło. A także odpowiedzialności i miłości. Już małych chłopców możemy zachwycać życiem, dziećmi, ich rozwojem. Ja zawsze z podziwem patrzę na moich siostrzeńców, którzy cieszą się z młodszych dzieci w rodzinie, którzy oglądają filmik z USG jak film akcji. O, rusza się! Widzę nogę! :-) Nie wierzę, by taki mężczyzna (czy kobieta), utwierdzany w zachwycie nad cudem życiem, kiedyś tam w przyszłości z przekonaniem mógł powiedzieć, że poczęte dziecko to nie człowiek. 

Modlitwa za Życie

Długą macie listę intencji modlitewnych? Ja tak. Podejrzewam, że Wy też. Oczywiście, zazwyczaj najbardziej naglące są te na tu i teraz albo te dotyczące naszego życia, naszej sytuacji, naszego problemu. Ważne jest to porządkowanie swojego życia i serca razem z Nim, w rozmowie z Nim, ale gdy zdaję sobie sprawę z ogromu zła, które dzieje się, czasem tuż obok, z obojętności prawa, z liczących na zyski organizacji aborcyjnych, z błogiej nieświadomości społeczeństwa, z naszej ludzkiej obojętności, z braku reakcji, z niezabrania głosu, to myślę sobie, że często nie mam wcale pilniejszych intencji. Ja poczekam. Tym dzieciom nie dane jest dużo czasu. 

Dostałam niedawno wiadomość o rozpoczynającym się Różańcu w intencji życia. Równie piękną inicjatywą jest adopcja duchowa - ochrona jednego dziecka zagrożonego przez całą ciążę. Przecież to prawdziwe duchowe rodzenie! 

A Wy macie jakieś pomysły, refleksje? Co możemy jeszcze zrobić?

Jak możemy jeszcze bardziej kochać Życie?

Jak możemy budzić do Życia?

Czytaj dalej...

Twój nowy styl

Podobno książek nie powinno się oceniać po okładce, jednak w dzisiejszych czasach, kiedy możemy wybierać spośród setek propozycji walczących o naszą choćby chwilową uwagę, okładka jest po prostu ważna, zwłaszcza dla kobiecego, wyczulonego na piękno, oka. Przyznaję więc, że okładka „Twojego nowego stylu” nie zachęcała mnie do lektury przez dłuższy czas. Za to zaprezentowane tematy kusiły i obiecywały konkretne, bezkompromisowe spojrzenie na bardzo ważne kobiece sprawy. Mój nowy, duchowy, kobiecy, przeniknięty wiarą i prawdą styl – to mnie urzekło! Tak samo jak duchowe Spa, Fe!minizm (dodałabym i podkreśliła – ten nie-nowy) i wyzwolONA przez Niego. Opakowanie tej publikacji mogłoby być lepsze, ale... liczy się przecież  jej wnętrze, a to jest naprawdę dobre.  

„Bóg kocha nas właśnie takimi, jakimi jesteśmy, ale równocześnie kocha nas za bardzo, żeby nas takimi zostawić.” (Teresa Tomeo) Żadna wielka nowość dla tych z nas, które ze swoim Stwórcą spacerują od dłuższego czasu. On kocha nas całkowicie i bezwarunkowo, nawet kiedy nakładamy na twarz zbędnie grubą warstwę pudru albo wkładamy w uszy zatyczki, zamykając się na Jego słowa lub ciągle odwlekając moment odpowiedzi, mając cichą nadzieję: jeszcze kiedyś tam zdążę. Kocha, ale pragnie naszej doskonałości. W swojej książce Teresa Tomeo pokazuje jak sam Bóg walczy o nas w tych zwariowanych czasach - o nasze ciała, naszą godność, nasze poczucie wartości, naszą bliskość z Nim. Pokazuje, że jesteśmy Tego warte, to znaczy Tej Miłości, a nie tuszu do rzęs czy kremu za niebotyczne pieniądze!;-)

Teresa Tomeo to nawrócona amerykańska dziennikarka, niegdyś nastawiona na karierę feministka, która w swojej książce w bardzo przejrzysty i mądry sposób opisuje meandry współczesnej kultury i mediów, a także kłamstw, które próbuje się dzisiaj wtłoczyć w nasze serca. O tym, że mamy być jak wyretuszowane modelki, że mamy walczyć ze swoją kobiecością, że antykoncepcja jest lekarstwem na wszystkie nasze bolączki i nierówność między płciami czy że aborcja jest cudownym wyjściem awaryjnym, gdy pigułka zawodzi. Z jednej strony to wszystko jest nam już w jakiś sposób – mniej lub bardziej – znane, ale z drugiej strony – spojrzenie Tomeo, która świadczy o tym, co pisze nie tylko jako znakomita specjalistka mediów, ale także kobieta, która przeszła przez drogę zmiany myślenia i swojego życia, jest bardzo cenne. Lubię takie książki, w których czuję, że autorka odsłania przede mną kawałek siebie, dzieli się sobą, jakby wyciągała rękę do przyjaciółki lub młodszej siostry. 

Czy media w Ameryce różnią się bardzo od naszych realiów? Trochę tak, trochę nie. Stany Zjednoczone zdają się być o krok przed nami i to na ich błędach możemy się uczyć, to pewne. Dużą różnicą, dzielącą naszą polską mentalność od amerykańskiej, jest na pewno kwestia aborcji. U nas dozwolona w ograniczony sposób, tam jest dostępna niemalże na wyciągnięcie ręki. To jest dopiero ogromna walka duchowa, batalia medialna oraz potrzeba działań organizacji pro-life! Rozdział na temat aborcji pomaga nam zrozumieć i wyobrazić sobie (choć nie wiem, czy jest jakakolwiek szansa, aby to móc sobie wyobrazić), jak wygląda podejście Amerykanów (ale przecież nie tylko) do aborcji, jak wychowują się tam młode pokolenia, jak traktowane jest tam nowe życie. To pozwala nam zobaczyć, że toczy się ogromna walka o każde życie i każdą kobietę. 

Równie cenne tematy, jakie porusza autorka w Twój nowy styl, to kwestia tak lansowanej dziś antykoncepcji, która jest wciąż jednym z najmniej rozumianych wśród wiernych elementów nauczania Kościoła. Tomeo pisze także o pułapkach feminizmu i mediów oraz o poszukiwaniu właściwego spojrzenia na siebie w kontekście wprowadzania do swojego życia nowego stylu, nowego ładu, nowych inspiracji.

Książka Tomeo to piękny przewodnik pod hasłem: jak odnaleźć się w dzisiejszym świecie, jak spojrzeć na Kościół i dylematy współczesnych kobiet, jak być taką, jaką mam być, jak być sobą. Doskonałym zakończeniem książki są świadectwa kilku kobiet na temat ich dróg do Boga, ich odnajdywania prawdy i Kościoła, swojej kobiecości i piękna życia. Mocne, poruszające. O tym, jak On przygotowuje je na spotkanie ze sobą, jak stawia na ich drogach swoich ludzi, jak pozwala błądzić, ale nigdy nie opuszcza, jak wybacza i obdarza łaską. Słowa autorki na zakończenie doskonale pokazują tę Moc Boga. 

„Znasz już moją historię i historie innych kobiet, które opierały się ze wszystkich sił, wyrywały i rzucały na wszystkie strony, gdy Bóg zapraszał je do gabinetu duchowej odnowy – ale wyszły stamtąd odnowione, pełne blasku, jako nowe stworzenia w Chrystusie. Pamiętaj: dla Boga nie ma nic niemożliwego. On nas kocha i chce wydobyć z nas wszystko, co najlepsze.”

Teresa Tomeo, Twój nowy styl, wyd. Fronda 2012.

W księgarni KiM w promocyjnej cenie 19,90!

Czytaj dalej...

Rocznicowe refleksje

Dokładnie rok temu zrobiliśmy mu pierwsze zdjęcie. Precyzyjnie mówiąc, nie my je zrobiliśmy. Nasz aparat nie miałby szans na takie ujęcie. Iruś był maleńki, a na zdjęciu nawet niewidoczny (zwłaszcza dla takich medycznych laików jak my).

Pierwsze zdjęcie. Jeśli nic nie widać, to dobrze widać. 25.04.2013

Niecałe dwa miesiące później został uwieczniony w swoim pierwszym filmiku, na którym prezentuje najróżniejsze kopnięcia, chwali się swoim serduszkiem wybijającym rytmiczne pam-pam, pokazuje swój kręgosłup, a nawet uśmiech. Tak, mamy i takie zdjęcie, na którym się uśmiecha. Jednak mój najulubieńszy kadr pochodzi z kolejnego nagrania, na którym Iruś macha nam rączką, ukazując swoje pięć paluszków. A oprócz tego ujawnia, że jest chłopcem.

Dziś waży ponad 8 kg i już niebawem nie wciśnie się w rozmiar 68. Choć jego mała dłoń topi się w mojej (nie tak znowu przecież ogromnej), to od tamtego momentu, dokładnie od 25.04.2013 urosła ileś-tam-krotnie. Pięćdziesięciokrotnie? Stokrotnie? Dwustukrotnie? Zgaduję jak w programie z lat dziecięcych „Szalone liczby”, ale mogę się oczywiście bardzo mylić, bo nigdy nie wiedziałam jak oni to przeliczają.

Tyle się w nim zmieniło, tyle w nim dojrzało. Ale nie zmieniła się przy tym jego nie-samodzielność. Owszem, teraz może żyć poza moim ciałem, ale jest całkowicie zależny od innego człowieka, od jego ciepła, od miłości. Wystarczyłaby chwila nieuwagi lub drobne potknięcie, by wyślizgnął się z rąk, wystarczyłoby pewnie kilka dni zostawienia go samemu sobie, by zginął z głodu, zimna i tęsknoty. Jest bezbronny tak jak był rok temu. Jedyną jego „bronią” dziś jest ten przecudny wygląd, jego u-śmiech, jego rozbrajająca niewinność i nieporadność oraz to nieziemskie piękno, które po prostu nie pozwala przejść obok obojętnie. Zwłaszcza tym, którzy w tym pięknie odnajdują siebie. (Głosy są wciąż podzielone, ale tymczasowo wygrywa tata jako właściwszy pierwowzór.) Zachwyca mnie też zachwyt małych dzieci nad mniejszymi dziećmi. To takie czyste i prawdziwe spojrzenie tych, którzy jeszcze nie zrozumieli, że byli niemowlętami o podobnej sile rażenia pięknem.

Innym atutem takiego malucha jest prawo, które nakazuje rodzicom opiekę nad dzieckiem i respektowanie jego potrzeb. Zaniedbanie lub targniecie się na życie takiego Maleństwa jest przestępstwem. Nikt nie ma co do tego wątpliwości, nawet mainstreamowe media co i raz podrzucające nam historie z cyklu niewiarygodnych i karygodnych. Zaniedbanie lub targnięcie się na jego życie rok temu w wielu krajach (zdajecie sobie sprawę w jak bardzo wielu?) byłoby nazwane moim wolnym wyborem, zabiegiem, przywróceniem miesiączki czy coś w ten deseń. A ja wiem, że On wtedy też się uśmiechał i był calutki gotowy, by rosnąć i rozwijać się. Był mały, ale cały. Był jak misternie zaplanowane arcydzieło, które rozpoczęło proces objawiania się. Proces, który się nie skończył. Jeszcze nie jeden raz padnę na kolana z tego zachwytu.

Kiedy pod moim sercem zamieszkał Iruś, moja wzruszona mama znalazła gdzieś na dnie szuflady swoją kartę ciąży jeszcze z czasów PRL. W pierwszym odruchu miałam problem, by załapać, które dziecko wtedy kołysała w swoim brzuszku. Rok już po narodzinach mojej siostry, ale rok przed moimi narodzinami. Ale przecież to kalendarzowy rok. Tak, to karta ciąży z danymi z tego czasu, kiedy ja ważyłam kilka, kilkanaście, następnie kilkadziesiąt gramów, a później aż do… bodaj 3,5 kg. Ja byłam przed moimi narodzinami! W roku przed rokiem moich narodzin przypadających na lipiec. Żadne wielkie odkrycie, czysta matematyka i biologia. Ale jakże mnie to poruszyło. Też byłam taką kropeczką, której niedostrzeżenie było prawidłowym ujrzeniem.

Ja mam więc pamiątkową kartę ciąży, nie mam tak pięknych filmików i zdjęć jak dzieci dziś. Byłam wtedy niezgłębioną tajemnicą dla moich rodziców, a teraz i dla samej siebie. Ale jestem pewna, że też się uśmiechałam i tańczyłam. Oczywiście w rytm serca mojej mamy.  

* * *

PS A że wpis rocznicowy - dziś właśnie mija rok od rozpoczęcia warszawskiej inicjatywy mszy dla kobiet! Odbyło się ich już 10! :-) 

Czytaj dalej...

Oczy i serce szeroko otwarte

Na kursach przedmałżeńskich jest taki jeden temat, który zawsze wzbudza dyskusję. Gdybym miała jakiś czas temu zgadnąć, o jaki temat chodzi, obstawiałabym oczywiście kwestię antykoncepcji – przecież to dziś jeden z najtrudniejszych elementów nauczania KK, najczęściej kwestionowany, problem zupełnie pozbawiony przez wielu poczucia grzeszności i konieczności w przestrzeganiu.

Zaraz obok postawiłabym oczywiście, seks przedmałżeński, który nierozłącznie wiąże się z antykoncepcją. Gdybyśmy pamiętali, że seksualność jest połączona z płodnością (i żadna antykoncepcja nie uczyniła faktycznego podziału, o czym świadczy liczba ciąż niechcianych), problem seksu przed ślubem, seksu przed zobowiązaniem, seksu przed prawdziwą, dojrzałą miłością – po prostu by nie istniał na taką skalę. Ale w głowach ludzi XXI wieku pojawił się ten podział, utwierdzany przez kulturę, edukatorów seksualnych i inne strefy wpływów. Seks już dłużej nie równa się płodność. Nie tylko ta biologiczna, także ta duchowa. Akt seksualny nie musi wypływać i umacniać miłości, nie musi potwierdzać jedności.

Doświadczenie ostatnich wielu miesięcy pokazało mi jednak coś innego. Prawdziwy szum powstaje przy temacie in vitro. Wszyscy o nim słyszeli, zdecydowana większość widzi w nim jedyną szansę na leczenie niepłodności (a na uwagę o tym, że to wcale nie jest leczenie, słyszymy odpowiedź: „no ale cel jest osiągnięty!”, więc jest to dla licznych osób po prostu leczenie problemu), jedyną szansę dla cierpiących par, w których rodzi się ogromne pragnienie potomstwa. Wiele tych motywacji jest naprawdę dobrych – przecież tu chodzi o szczęście małżonków. I właśnie tego argumentu wielokrotnie nie da się przeskoczyć. Hedonizm. Wartościowanie według kategorii szczęście – nieszczęście, przyjemność - przykrość. A dobro? A na dobro nie ma tu miejsca, bo dobro to po prostu szczęście, te najzupełniej subiektywne, nasze.

Pytamy uczestników o to, jakie znają argumenty KK przeciwko in vitro. Nie ma ich zbyt wiele. Ale ktoś mądrze mówi: „zabijanie zarodków”. Zapisujemy. W tej chwili bliżej siedzący uczestnik kręci głową: „to zabijanie to złe sformułowanie”. [Przypomina mi się od razu dyskusja w Sejmie o ustawie aborcyjnej, gdzie pani Kai Godek zabroniono używania słowa „dziecko” i „zabijanie”.] Tak naprawdę nasza dyskusja oscyluje wokół jednej kwestii: kiedy człowiek staje się człowiekiem? Zdarzyło się podczas tych różnych rozmów w grupie narzeczonych, że dwu lub trzykrotnie ktoś z sali naprawdę dał piękne świadectwo, podkreślając, że w momencie zapłodnienia, czyli połączenia komórki jajowej z plemnikiem, jest nowy człowiek i dla niego nie ma innej „granicy”, nie ma tu jakichś pół-rozwiązań, bo sprawa jest prosta. Ale w wielu osobach budzi się sprzeciw: to tylko kropka! To jeszcze nie jest człowiek, to zarodek. Jedna dziewczyna powiedziała kiedyś, że to „przecież nie ma rączek i nóżek”, a gdy odpowiedziałam, że rodzą się ludzie bez rąk i nóg (dobrze znany przykład Nicka Vujicica) albo że człowiek może stracić kończyny w wypadku – oburzyła się na mój argument (nie zacytuję w jaki sposób).

Kiedy zaczyna się życie człowieka? To nie jest kwestia biologiczna – tu nie ma wątpliwości, że życie jest od początku. Rozwój tej maleńkiej istoty pędzi w niesamowitym tempie. Już w tej chwili pierwszej zostają określone jego/jej cechy fizyczne, płeć, pewne uwarunkowania. I już za kilka tygodni w tym malutkim organizmie zobaczymy tak dobrze znane nam rysy człowieka – główkę, nóżki, rączki – zobaczymy to już wtedy, gdy to maleństwo będzie mieć zaledwie kilka centymetrów, a po jego mamie nawet nie będziemy mogli odgadnąć, że jest w stanie błogosławionym. Ale problem idzie dalej: nie tylko kiedy człowiek jest człowiekiem (w momencie narodzenia? jakie to niespójne stwierdzenie, kiedy możemy dziś ratować maleńkie wcześniaki), ale też co świadczy o człowieczeństwie – świadomość (gdy śpimy, tracimy ją przecież)? sprawność fizyczna? nogi i ręce? odczuwanie bólu? bicie serca? rozumność, wolność? Wszystkie są w nas wpisane już na początku, ale wiele z nich wymaga czasu, by dojrzeć. Niektóre elementy możemy stracić, ale czy tracimy wtedy naszą ludzką godność? Człowiek jest tak skomplikowanym stworzeniem, że jego rozwój naprawdę trwa długo. I ten fizyczny, i duchowy. Może zatraciliśmy umiejętność czekania, cierpliwość wobec natury, chcemy wydrzeć Bogu jedną z największych tajemnic Jego stwórczości. A może jednak uznanie tak prostej prawdy postawiłoby nas w tragicznej sytuacji, w potrzebie pokory i uniżenia, do których człowiek XXI wieku nie został wychowany. 

Uznanie godności człowieka od pierwszej chwili jego życia jest przez nasze media i mainstream zupełnie wyśmiane, oddalane od naszych serc, podawane są nam inne sformułowania, akcentuje się dobro (subiektywne) małżonków, piękne pragnienia rodzicielstwa, pomijając przy tym wiele faktów*. Szuka się naukowych lub neutralnych terminów – no właśnie zarodek, blastocysta, ewentualnie niszczenie, ale nie śmierć zarodków, płód nie dziecko - jakby wskazanie na etap rozwoju człowieka cokolwiek zmieniało. Bo gdybyśmy uznali i zrozumieli, że życie ludzkie jest od początku, wiedzielibyśmy, że nie wolno się nim bawić, nie wolno pozwolić, by ktokolwiek tworzył je według swojej ochoty i zgadzał się na jego zabijanie. Gdybyśmy zrozumieli, że to jest maleńki człowiek, taki sam, jakim byliśmy wiele lat temu, nie moglibyśmy postąpić inaczej jak uznać naszą powinność chronienia i kochania go. Wbrew naszym zachciankom, nawet wbrew naszemu cierpieniu. Wiedzielibyśmy, że to jest jakieś Ty, nie pewne to. Ta prosta prawda sprawiłaby, że dyskusja o in vitro byłaby ucięta dość szybko. I rzeczywiście dla niektórych osób ta rozmowa daje jasny rezultat: wiedzą, dlaczego in vitro jest niedopuszczalne, dowiadują się, na czym rzeczywiście ono polega, otwierają oczy, bo mają otwarte także serca na Innego, na Drugiego, na Życie.

Kwestii, jakie poruszamy w tych rozmowach jest oczywiście, dużo więcej. Ale jeszcze jedną chcę szczególnie wyróżnić. Pytamy narzeczonych, czy słyszeli o NaProTechnology. Na 20 par zazwyczaj ręce podnoszą dwie. Rodzi się wtedy jedno pragnienie – by pamiętali, że coś takiego jest, że in vitro nie jest ostatnią deską ratunku, że można o płodność dbać, można nie ingerować w życie ludzkie, można w zgodzie z sumieniem starać się o poczęcie dziecka. Wiecie co się wtedy dzieje? Ludzie nie dowierzają. Szukają dziury w całym. Twierdzą niektórzy, że diagnostyka niepłodności to jest standardowa procedura przed in vitro, oburzają się, kiedy porównujemy koszty tych metod, zamykając przy tym oczy na to, komu tak naprawdę zależy na przeprowadzaniu in vitro, na jego refundacji. Wkładają NaProTechnology między bajki i wiedzą swoje. I święcie wierzą, że skoro NaPro nie jest w stanie pomóc w 100% (chociażby w sytuacji, gdy kobieta jest już po przekwitaniu), to in vitro wszystkiemu i tak zaradzi. Nie ma innych opcji. Cel uświęca środki. Oczywiście, akurat te głosy słyszymy na forum. Ale pojawiają się i dalsze pytania, często gdzieś w indywidualnym spotkaniu: gdzie można znaleźć tę pomoc? Niektórzy już wiedzą, że problem niepłodności związany ze schorzeniami kobiecymi czy z wiekiem może się u nich pojawić i już teraz chcieliby o to zadbać.

Dlaczego podejmuję ten temat? Bo to jest kwestia głęboko dotykająca mojego kobiecego serca. (Ale od razu dodam, że dotyka on też mocno męskich serc, np. mojego męża.) Zawsze byłam za życiem i jego ochroną, ale teraz, nosząc pod sercem Dziecko, czuję się jeszcze bardziej za tę ochronę odpowiedzialna. W tym wymiarze mojego macierzyństwa, ale i szerzej. Otwieram także oczy. Gdy byłam dzieckiem... Czułam jak dziecko, pragnęłam jak dziecko. Myślałam, że na świecie nie ma wojen. Bardzo lubiłam historię, chętnie uczyłam się o naszych polskich królach, o datach bitew i epokach, które minęły, a które czasem wydawały się ciekawsze od naszych, czasem przerażały. Ale byłam wtedy przekonana, że żyję w takich czasach, w których wojen już nie ma. II wojna światowa wydawała mi się odległa o całe galaktyki czasowe. Z przerażeniem odkryłam kiedyś, jak bardzo się myliłam. 

Kiedyś też myślałam, że dziś, w naszym cywilizowanym, kulturalnym świecie - aborcji się już nie przeprowadza. Przecież ludzie wiedzą, jak rozwija się dziecko, przecież mogą odłożyć poczęcie, przecież nikt nie chciałby zabić innego człowieka, a przyjaciele i wspólnota utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Chyba myśleliśmy podobnie. Powoli otwieram oczy i mam ochotę czasem je zamknąć. Bo liczba aborcji dokonywanych na całym świecie jest ogromna (w USA rocznie ok. 850 tys., w Chinach rocznie kilkanaście milionów...) Bo odmawia się prawa do życia dzieciom chorym. Bo niewiele wynieśliśmy z lekcji historii, zwłaszcza tej XX-wiecznej.
 
Ale, choć to może boleć, musimy te oczy i serca mieć szeroko otwarte, by walczyć o godność każdego człowieka. Tak samo jak nowofeministycznie pragniemy walczyć o godność każdej kobiety. 
 
Kochając Życie, kochamy przecież Tego, Który je powołał i oddał w nasze, często niegodne, małe, niezdarne, zabrudzone i zmęczone Dłonie. 
Oddał, choć wiedział, jak bardzo tym darem człowiek może wzgardzić. 
I wiedział, jak bardzo to właśnie ten człowiek może Je chronić
  

* Przemilczając na przykład takie fakty:

We Włoszech co druga kobieta poddająca się sztucznemu zapłodnieniu ma więcej niż 50 lat! Skuteczność in vitro to zaledwie 21-26%. 60-95% zarodków stworzonych w metodzie in vitro ginie. W Wielkiej Brytanii rocznie przeprowadza się około 80 aborcji u kobiet, które poczęły dziecko z in vitro. (źródło: Służba Życiu)

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS