Pan zlitował się nad nią i rzekł do niej: «Nie płacz!» (Łk 7, 13)

Adwentowy Notes dla kobiet 2016

Pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie... Mt 25, 6

Panna roztropna czy nieroztropna? Przewidująca? Oczekująca? Gotowa? A może zaspana nieco?... Którą z nich jesteś? Którą z nich chcesz być? (Pytanie retoryczne, hmm?... ;-) 

Lubię adwent. Im jestem starsza, tym bardziej lubię. Może dlatego, że tym bardziej czekam na Niego. I to nie tylko dlatego, że zbliża się Boże Narodzenie. Tegoroczny Adwent może zaskoczyć. Że już, że tak nagle i że tak... tak na dość długo. Rozpoczęłam więc przedadwentowe przygotowania. Do przygotowywania trzeba się przygotować. Jak do drogi. Do ważnej drogi.

W ubiegłym roku przygotowała, Notes Adwentowy, z którego, jak wiem, korzystało pewne grono kobiet. Ponieważ tamta wersja była dostosowana do 2015 roku, postanowiłam ją uaktualnić. A zatem już jest gotowy cały Notes na Adwent 2016. Jest to odświeżona wersja Notesu z poprzedniego roku. A zatem jeśli udało Ci się w ubiegłym roku korzystać z niego i masz ochotę na coś całkiem innego, to specjalnie nie nakłaniam, ale... jeśli nie miałaś okazji z nim pracować, a może z jakiegoś powodu zrezygnowałaś, ale chciałabyś spróbować raz jeszcze, to gorąco zapraszam! Plik do pobrania poniżej.

Dobrego przygotowywania się i zapalania lamp! 

Czytaj dalej...

Włącz się w tworzenie Kalendarza Kobiety 2017

Właśnie powstaje nowy Kalendarz Kobiety 2017. Nie dowierzam, że dzieje się to już po raz czwarty, a rzeczywiście - tak właśnie jest! Każdy nowy kalendarz to nowe pomysły, nowe pragnienia, nowe wyzwania i kolejne doświadczenia. I wielka przygoda, dzięki której odkrywam bardziej samą siebie, poznaję ludzi (i to nie tylko w rozmowach, ale też w działaniu) i przełamuję wiele swoich barier.  

Dzisiejsze przedpołudnie upłynęło pod znakiem sesji zdjęciowej (kolejnej już i przedostatniej :-). W ubiegłym roku szukaliśmy zieleni i ogrodów (w nawiązaniu, oczywiście, do naszego motywu przewodniego, czyli pieśni nad pieśniami). W tym roku stworzyliśmy małe studio, gdzie mogliśmy w spokoju i w skupieniu (przeplatanym oczywiście licznymi uśmiechami i żartami sytuacyjnymi) zgłębiać kolejne fragmenty z Ewangelii, by móc zilustrować opisane w niej kobiety. Nie, nie tak bardzo dokładnie, nie tak jakbyśmy naprawdę chcieli zrobić im portrety, ale jakbyśmy chcieli odnaleźć je w sobie. Odkrywając, że w każdej z nas jest część nich - ich życia, ich braków, ich uzdrowienia, ich doświadczeń. 

W związku z tymi pracami pragnę już po raz trzeci zaprosić Was do włączenia się w tworzenie Kalendarza. Tym razem proszę o niedługie wypowiedzi (do 800 znaków ze spacjami) na temat kobiet (a najlepiej jednej konkretnej, wybranej kobiety) opisanych w Nowym Testamencie. Która historia najbardziej Was porusza? Dlaczego jest Wam bliska? Co ona mówi Wam o Bogu? Co mówi o Was? Czego Was uczy, o czym przypomina? W której kobiecie możecie odnaleźć najbardziej siebie? 

Na Wasze wypowiedzi czekam do 26.06 pod adresem Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Wybrane wypowiedzi zostaną opublikowane w Kalendarzu Kobiety 2017, a autorki otrzymają pierwsze egzemplarze Kalendarza (zaraz po jego premierze - na jesieni 2016) wraz z małym upominkiem. 

Czytaj dalej...

Anna. Nieutulona. Pocieszona

Kobiety Starego Testamentu zwykle nie znajdują się w gronie naszych przyjaciółek od serca. Nie znamy ich za dobrze (zresztą one same też trochę się ukrywają). Może wydają się mało ciekawe, mało współczesne, mało inspirujące, takie blade - na tle współczesnych porywających słowem czy przykładem mówców, tkliwych lektur i setek innych propozycji dookoła. Czy jednak naprawdę mają nam tak niewiele do zaoferowania? Ich historie wpisane w Biblię mówią do nas przecież Jego Słowem, mówią naprawdę do nas i... o nas.  W każdej z nich możemy odnaleźć cząstkę siebie. I to taką nie na jutro, nie na niewiadome kiedyś, ale na dziś.

Jesteście gotowe na spotkanie z jedną z nich, z jedną z Mniej Znanych - z Anną? 

„Był pewien człowiek (…) imieniem Elkana (…) Miał on dwie żony: jednej było na imię Anna,a drugiej Peninna.”
1 Sm 1, 1-2 

Być tą drugą. Albo nawet być tą pierwszą, ale jedną z dwóch. W każdym razie – wychodzi na to samo - nie być jedyną, nie być wyjątkową, nie móc powiedzieć „mój miły jest mój, tylko mój”. I to w miłości, której zasadą jest przecież całkowite oddanie. Już tutaj zaczynam współczuć Annie, która zapewne pragnie miłości wyłącznej, miłości bez rywalizacji i bez porównań. Ale momencik. Nie zapominajmy o jednym. Z powodu mojej sympatii do Anny odruchowo niemal staję po jej stronie. Ale Peninna też jest jedną z dwóch. I to nic, że – jak zaraz się przekonamy – odczuwa swoją przewagę nad Anną. Ta przewaga jest krucha, ta przewaga nie buduje w niej nic dobrego. Ona też nie może spełnić pragnienia bycia jedyną. Ona także jest unieszczęśliwiona konstelacją, w jakiej się znalazła. Co więcej, ma poważne przesłanki ku temu, by czuć się tak samo pierwsza, jak i druga. 

„Peninna miała dzieci, natomiast Anna ich nie miała.”
1 Sm 1, 2

Dwie żony, ale tylko jedna z nich obdarzona widzialnym błogosławieństwem, jedna wybrana. Dziś może próbowalibyśmy Annie opowiedzieć o duchowym macierzyństwie, ale pewnie powiedziałaby jasno: to za mało. Dla mnie i dla innych. A nawet jeśli uchwyciłaby tę ideę, nie byłaby gotowa na nią przystać. Bycie matką w tamtej kulturze nadawało kobiecie prawdziwe uznanie. Wtedy mogła czuć się dumna, spełniona, wtedy patrzono na nią inaczej. Kobieta bezpotomna była uważana za niepełną, a nawet odrzuconą przez Boga. Choć nadal nie wiemy wiele o tych dwóch żonach -  nic o ich wyglądzie, o tym, co lubią robić popołudniami czy o tym, jakie noszą sukienki, to i tak wiemy coś bardzo ważnego.  

„Pewnego dnia Elkana składał ofiarę. Dał wtedy żonie swej Peninnie, wszystkim jej synom i córkom po części ze składanej ofiary. Również Annie dał część, lecz podwójną, gdyż Annę bardzo miłował, mimo że Pan zamknął jej łono. Jej współzawodniczka przymnażała jej smutku, aby ją rozjątrzyć z tego powodu, że Pan zamknął jej łono. I tak się działo przez wiele lat. Ile razy szła do świątyni Pana, [tamta] dokuczała jej w ten sposób.” 

1 Sm 1, 4-7

Peninna też chce być pierwszą! Musi być dumna ze swojego macierzyństwa. I to bardzo! Córki, synowie... I jeszcze to poczucie przewagi! Czuje zapewne, że Bóg jej błogosławi, dając jej dzieci. Być może to jest jej pocieszenie w chwilach, kiedy widzi Annę jako tę, którą Elkana miłuje. I to bardzo, aż za bardzo. Ale jako matka pewnie miewa gorsze dni, kiedy widzi tylko trud, swoją niemoc, niewystarczalność, swoje porażki. Może myśli nawet czasem, że dłużej nie da rady być mamą. Może wydaje jej się niekiedy lub całkiem często, że jest niewystarczająco dobra. Może zmęczona patrzy na Annę z ukrytym głęboko żalem i zazdrością. Annie jest przecież lżej. Anna nie ma zapewne rozstępów po ciąży, może od lat wygląda tak samo młodo, niemalże kwitnąco. Nie to co matka kilkorga... Razem ze swoją dumą Peninna nosi też ogromny ból – czuje się mniej kochana. Dlatego przymnaża smutku Annie, czerpiąc satysfakcję z jej płaczu. Czy jednak można ją tłumaczyć? Czy ona sama i jej dzieci nie są wystarczającym powodem do smutku dla Anny? Czy musi jej przypominać o tym, jakby Anna mogła choć na chwilę zapomnieć o swoim „braku” i o swoich pragnieniach? Peninna rani celowo, wie, gdzie uderzyć. Nie potrafi wyjść poza swoje cierpienie, sama czuje się przecież zraniona. Samym spojrzeniem męża, podział ofiary to już sprawa drugorzędna... Nie od dziś wiadomo, że zranione serca nie potrafią kochać tak łatwo. Niestety pewnie i w tym jej zranieniu, i w tej jej postawie odwetu możemy odnaleźć i cząstkę siebie… Cząstkę tej rany, która niezagojona, ciągle o sobie przypomina.

„Anna więc płakała i nie jadła. I rzekł do niej jej mąż, Elkana: «Anno, czemu płaczesz?
Dlaczego nie jesz? Czemu się twoje serce smuci?
Czyż ja nie znaczę dla ciebie więcej niż dziesięciu synów?»”
1 Sm 1, 7-8

Ciekawe: w którym momencie Elkana dostrzega cierpienie Anny. Po ilu miesiącach, po ilu latach? Czy wtedy, kiedy usłyszał jej łzy? Wtedy, kiedy ona już nie mogła udawać dłużej, że wszystko jest w porządku? Kiedy zebrał się na odwagę, by zainterweniować? Jak źle musiało już być? W końcu, jak czytamy, podejmuje próbę pocieszenia. Pokazuje jej jak wygląda sytuacja z jego perspektywy. Płacze, a przecież ma powody do radości! Przecież cię kocham i uznaję twoją wartość niezależnie od potomstwa. Trochę jakby próbuje odwrócić jej uwagę, może nawet wzbudzić poczucie winy. Miała przecież jego miłość! Czym przy tym może być miłość dziecka czy też łaska Boga... ;-) (Tak, Elkana jak niejeden mężczyzna najwidoczniej ma o sobie dość wysokie mniemanie;-) Ten, który ją kocha, nie potrafi jej pocieszyć. Choć ma rację, choć ma dobre chęci, choć daje jej poczucie bycia kochaną, nie dosięga głębi jej pragnień i cierpienia. Jest bezradny. Czy nie doświadczamy czasem i tej bezradności? Anna przekonuje się, że nikt nie może wziąć jej cierpienia. Że słowa najbliższej osoby nie dają ukojenia. Nawet jego miłość nie wystarcza. 

„Smutna na duszy zanosiła do Pana modlitwy i płakała nieutulona.”
1 Sm 1, 10

Anna idzie do świątyni szukać pomocy u samego Boga. Nie wydaje mi się, żeby to był pierwszy raz. Nie pierwszy raz cierpi, nie pierwszy raz przynosi tu swoją, tę samą intencję. Ale ten raz jest inny. Może dlatego, że Anna nie umie dłużej grać, nie umie udawać dłużej, nie umie powstrzymać łez. Może już sama nie oszukuje się, że może być pocieszona przez kogoś innego niż przez samego Boga. I może pierwszy raz czuje mocno, że chce zmiany. Nie chce trwać w swoim nieszczęściu. Przelewa się czara goryczy. Wypłakuje swój ból.

W świątyni najpierw doświadcza jednak jeszcze jednego niezrozumienia. Kiedy składa Bogu obietnicę, że jeśli otrzyma syna, odda go Jemu, zostaje posądzona o... nietrzeźwość.  

„Gdy tak żarliwie się modliła przed obliczem Pana, Heli przyglądał się jej ustom. Anna zaś mówiła tylko w głębi swego serca, poruszała wargami, lecz głosu nie było słychać. Heli sądził, że była pijana. Heli odezwał się do niej: «Dokąd będziesz pijana? Wytrzeźwiej od wina!»
1 Sm 1, 12-14

Kapłan. Ten, który ma być blisko Boga, ten, który widzi więcej, ten, który ma wrażliwsze serce, nie rozpoznaje jej łez, nie rozumie ich, dopóki ona mu ich nie wytłumaczy. Ale potem już odchodzi ze świątyni przemieniona. Spokojna. Pełna ufności. Właściwie pewna, że stanie jej się to, o co prosiła. Może pierwszy raz w życiu naprawdę w to uwierzyła. A może nawet nie tyle pewna tego, że otrzyma syna, ale pewna Jego pocieszenia. To pocieszenie nie jest przecież równoznaczne jeszcze z poczęciem syna. Anna oddaje Bogu swoje pragnienie i cierpienie. Nie jest już w nim sama. 

Samuel, uproszony u Boga, zgodnie z obietnicą Anny, zostaje oddany do świątyni na służbę Panu, gdy tylko matka odstawia go od piersi. Czy Anna nie żałuje swojej odważnej obietnicy? Czy nie chciałaby dłużej cieszyć się swoim dzieckiem? Czy choć przez chwilę nie myślała, że on jest jej, że jego miejsce jest przy niej, że nikt inny jak ona - może to dziecko wychować i ochronić? A jednak oddaje go Bogu i modli się słowami (1 Sm 2, 1-10), które w cudowny sposób przypominają późniejsze wypowiedziane przez Maryję Magnificat.

Raduje się me serce w Panu,
moc moja wzrasta dzięki Panu...
1 Sm 2, 1

 

 Czego uczy mnie historia Anny?

# Tylko Bóg pociesza (co jednak nie zwalnia mnie z wrażliwości na cierpienie innych i z niesienia im dobrego słowa, otwartości, relacji!)

# Bóg pociesza natychmiast

# Zranione serce potrafi... ranić

# Bóg pragnie mojej całkowitej szczerości i oddania się Jemu

# Wszystko, co mam, jest darem od Boga

# Moje dzieci są Jego szczególnym Darem, moje dzieci są dziećmi Bożymi

 

Poniżej (nad notką o autorze - czyli nad moim zdjęciem - jest plik do ściągnięcia "Pobierz załącznik") - możecie pobrać przygotowaną kartę do zapisania sobie najważniejszych myśli z historii Anny. Może być to dobra forma, by utrwalić najważniejsze myśli związane z historią Anny. I oczywiście - gorąco zachęcam do sięgnięcia do całości tekstu i odpowiedzenia sobie na pytanie: A mnie czego uczy historia Anny? 

 

Czytaj dalej...

Nie brak mi niczego

Drugi tydzień Śpiewania psalmów. Czytam, maluję, wypisuję, dzielę się, kiedy mogę (głównie tutaj lub za kulisami). I chyba najmocniej do tej pory brzmią mi w sercu słowa z Psalmu 23.

Nie brak mi niczego. (Ps 23,1)

Śpiewacie je tak równie radośnie jak psalmista? Ja nie zawsze. Nie mam chyba w naturalnym wyposażeniu tej skłonności. Ale może nikt z nas jej nie ma? Zatem nie zawsze z łatwością wypowiadam te słowa. Mam też zwykle mocne argumenty przeciwko temu optymistycznemu podejściu. Chociaż staram się być zapobiegliwą i roztropną panią domu, zwykle czegoś w nim brakuje. Masła, rodzynek albo aromatu wanilinowego, gdy nachodzi mnie ochota na pieczenie ciasteczek. Mnie też brakuje niejednego do tej pełni szczęścia, którą gdzieś sobie namalowałam w marzeniach. A to lepszej pogody, a to firanek w oknie. Brakuje czegoś  naprawdę albo czegoś tylko trochę lepszego, bo to, co jest, wydaje się za małe, za ciasne, niedostosowane do potrzeb, po prostu niewystarczające. Jest, a jakby go nie było. Jest, ale w ogólnym rozrachunku wcale się nie liczy. Jest, ale ja tego nie widzę. Wiem, wiem, że to błąd w myśleniu, że to zawężone spojrzenie, ale czy tak czasami nie jest najłatwiej? Widzieć to, czego nie mam, zamiast tego, co mam. 

Gdy zaczynam zgłębiać psalm 23, coraz bardziej widzę, jak wielu rzeczy nie widzę. I przypomina mi się mój dwulatek rano niosący mi swoim żwawym krokiem moje cudowne szkiełka, mówiąc przy tym słodko „mama, okurary”. Tak, czasem potrzebne są mi po prostu okulary, żeby widzieć. Ale czasem jak pan Hilary (przynajmniej jakiś jeden bohater naszych dziecięcych lektur, który ma nogi w miejsce kół ;-) szukam tych okularów gorączkowo, robiąc raban, przyzywając pomocy, nie widząc, że ja je naprawdę mam. Wystarczy spojrzeć przed siebie. Wystarczy patrzeć. A właściwie chcieć patrzeć. Na to, co mam z wdzięczności, ale i na to, czego nie mam - z uśmiechem. Naprawdę nie potrzeba zbyt wiele ponad to, co mam. Właściwie nic więcej nie potrzeba. Nawet jakichś specjalnych szkieł. Wdzięczność nie jest przecież skomplikowana.

Chyba wszyscy nosimy nasze braki. Czasem są cięższe niż to, co w nas pełne. Słyszałam niejedną historię o doświadczaniu braków. Tak mocnych, że skupiających na sobie całą uwagę. Tych braków – pustki, która ciągle o sobie przypomina.Nasze życie to pasmo braków. Tym większe im wznioślejsze namalowane gdzieś ideały, czasem przekalkowane przez cudnie nierzeczywiste zdjęcia z facebooka (bo już chyba nie z gazet... ;-) Czasem definiujemy się nawet przez braki. Mogłaby powstać swoista litania. Możemy ją nazwać nawet litanią marzeń.

Brak poczucia bezpieczeństwa, brak wspaniałych wspomnień z dzieciństwa, brak poczucia własnej wartości, brak rodziny, brak przyjaciółki od serca, brak dzieci, brak pewności siebie, brak zdrowia, brak ukochanego mężczyzny, brak satysfakcjonującej pracy, brak czasu, brak cierpliwości, brak urody, brak talentu. 

Ale braki są dobre, właściwie mogą być dobre, bo można odkryć, że tak można żyć. Że można żyć niepełnym. Że niewiele potrzeba. Że minimalizm to nie tylko mniej ubrań, mniej kuchennych gadżetów czy eko środki czyszczące. To także minimalizm innego rodzaju, który niesie wielkie bogactwo, wielki pokój.

Bo tak na marginesie, to zwykle udaje mi się upiec coś bez aromatu wanilinowego. Dodaję wtedy ten migdałowy albo pomijam jeden składnik. Albo zmieniam. Zamiast masła dodaję olej. Albo szukam innego przepisu. Albo zadowalam się uchowaną jeszcze czekoladą. Braki mogą być twórcze. Mogą nas rozwijać. Mogą nam dawać więcej niż wydają się w pierwszym wejrzeniu odbierać. 

Nie brak mi niczego,
bo On jest moim pasterzem
prowadzi mnie po łąkach,
prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć.
Orzeźwia moją duszę.

 

A Ty za jakie braki możesz dziękować?
Które Twoje braki mogą być twórcze?
Czy potrafisz dziś śpiewać słowa psalmu całym sercem: niczego mi nie braknie?
Bo przecież On wie, czego nam trzeba 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS