Niewiastę dzielną któż znajdzie? Jej wartość przewyższa perły. (Prz 31, 10)

Wyjdź za mąż i poddaj się!

Ale o czym jest ta książka? Zastanawiałam się, trzymając ją w dłoniach i przewracając kartki w poszukiwaniu podpowiedzi. Tytuł mnie zaintrygował: Wyjdź za mąż i poddaj się! Ekstremalne przeżycia dla nieustraszonych kobiet. Czy książka ma mnie zachęcić do zamążpójścia (jeśli tak, to już nie w porę)? Czy może powinna mnie zmotywować do bycia „poddaną”? (Jaka jest więc tutaj wizja kobiety? Nowofeministyczna?) Z takim mglistym pojęciem o tym, czego mogę się spodziewać, przystąpiłam do lektury i... zostałam całkowicie urzeczona. 

Costanza Miriano - włoska dziennikarka, katoliczka, żona i mama czworga dzieci, pisze listy do swoich przyjaciół, głównie kobiet. Każdy adresat listu znajduje się w nieco innej sytuacji życiowej – oczekuje na Księcia z bajki, waha się co do decyzji o ślubie, jest świeżo po sakramentalnym „tak” czy też po narodzinach pierwszego dziecka. Costanza nie stawia się w roli najwyższego autorytetu (sama szczerze i z ogromnym humorem pisze o swoich wadach i trudnościach, z jakimi się boryka), ale jawi się jako wspaniała przyjaciółka od serca, która potrafi zrozumieć niemal każdą sytuację, pamięta o trudnościach i lękach swoich najbliższych, dzieli się swoim doświadczeniem, dodaje otuchy, ale też potrafi szczerze naświetlić pewne prawdy, pomagając spojrzeć na sprawy ważne w odpowiedniej, przepełnionej wiarą perspektywie. W tej korespondencji znajdziemy wiele pięknych myśli o małżeństwie, o roli żony i męża (o tytułowym „poddaniu” także, ale w jakże piękny, nowy sposób!),  o macierzyństwie, a także o kobiecości. Rozważanie na temat kobiety jest tutaj bardzo piękne, tak, nowofeministyczne, można powiedzieć bez przesady. 

Dziś my, kobiety, nie jesteśmy już zobowiązane do tego, by  służyć, ale możemy same zadecydować, by służyć z miłości, odpowiadając w wolny sposób na nasze powołanie.

Niezwykle lekki, żartobliwy, ale przepełniony mądrością język tej książki to jej ogromny atut. Nie przypominam sobie także, czy kiedykolwiek czytałam książkę o małżeństwie i kobiecości włoskiej autorki. Coś nowego, coś wspaniałego przy miażdżącej przewadze publikacji amerykańskich. Dla mnie jest to jedna z tych książek, których nie mogę czytać dalej, jeśli nie mam przy sobie ołówka, który pomoże zakreślić ważne fragmenty. Dziś mój mąż kupił mi trzy ołówki. I temperówkę. Bo rano tak długo szukałam jednego ołówka tylko po to, by kontynuować lekturę…:-) Wyjdź za mąż i poddaj się! to skarbiec kobiecych doświadczeń, przewodnik po relacjach, nie tylko tych damsko-męskich, także tych przyjaźni kobiecych i to nie w teorii, ale w praktyce.

Zakończę słowami, jakie Costanza kieruje w liście do swoich córek:

Życzę wam – cóż za niemodne życzenie – bądźcie przede wszystkim silne, a więc gotowe przyjmować, otwarte na innych, zdolne jednoczyć. Jednym słowem: dobre. Jeżeli możecie.

Książkę polecam bardzo!:-)

Costanza Miriano, Wyjdź za mąż i poddaj się! Ekstremalne przeżycia dla nieustraszonych kobiet, wyd. Esprit 2013.

Książka w Księgarni KiM

Czytaj dalej...

Uwierzyć w istnienie

To już ósmy miesiąc stanu błogosławionego - czasu tak pięknego, bogatego w emocje, rozmyślania, nowe perspektywy, nową część mnie samej, mnie-kobiety i całego świata, takim, jakim on jest, jakim mi się przedstawia albo jakim go czuję. Powinnam się już przyzwyczaić, prawda? Ale gdybym miała w tej chwili odpowiedzieć na pytanie, jaki jest naprawdę stan błogosławiony, to nie wiem, czy umiałabym uchwycić go w jednym słowie, w jednym zdaniu, w stanowczej definicji (i chyba nie ma w tym udziału kobiece niezdecydowanie). Nie umiałabym go zamknąć. To jest niesamowita dynamika. To jest chyba jego istota – życie, które nie zatrzymuje się ani na chwilę. Życie, które rozwija się. Żyje.

Po tylu miesiącach wsłuchiwania się w małe serduszko ukryte w moim ciele, powinnam wiedzieć o nim chyba najwięcej, powinnam nie mieć wątpliwości, kim jest ten mały, tajemniczy jeszcze człowiek. A najmniej wątpliwości powinno nieść samo jego istnienie. Przecież to z jego powodu zmieniło się moje ciało, to przez jego obecność nie mogę założyć ulubionych sukienek, a obecny rozmiar brzucha zwraca uwagę nawet przechodniów. Nie powinnam nawet przez chwilę zapominać, że jest ze mną ktoś tak blisko i nieustannie, zwłaszcza że daje mi znać o sobie, o swojej aktywności – na brzuchu czuję (i widzę!) jego ruchy, rozpychanie się, przeciąganie i wszystkie inne figle, do jakich zdolne są dzieci. A jednak. A jednak czasem trudno mi uwierzyć, że on naprawdę istnieje! 

Ciągnący się za mną dylemat i zadziwienie zna na pamięć mój mąż. I nawet kiedyś przewidział, że dylemat ten, do tej pory najbardziej z nim związany, przeniosę także na nasze dzieci. Nieraz mówiłam (i nadal mi się to przydarza) do niego: nie wierzę, że istniejesz! Może znacie to uczucie – tego zdumienia i zastanowienia, czy oby ta osoba nie jest raczej naszym najpiękniejszym marzeniem, czy to, co nam się przydarza jest prawdą? To w istocie bardzo filozoficzne rozważanie – czy Ty istniejesz niezależnie ode mnie? Wiem, że tak. Wierzę, że tak. Ale skąd mam mieć pewność? Zresztą: czy moje widzenie Ciebie nie dodaje Ci czegoś, nie zmienia Cię w jakiś sposób? Problem solipsyzmu (a zatem pytanie, czy rzeczy istnieją niezależnie od podmiotu poznającego, niezależnie ode mnie) towarzyszy mi nie tylko naukowo (co podjęłam m.in. w pracy magisterskiej), ale też zupełnie intuicyjnie. (A może te dwie kwestie bardzo się łączą się bardziej, niż dotąd sądziłam.) Ale tu nie zależy mi na akademickich dowodach, badam raczej ten zachwyt i niedowierzanie w sobie – w istnienie takich Wspaniałych Osób, w istnienie takiej miłości i takich cudów, jakie mi się przydarzają.

Zatem, choć mam jako takie zdjęcia Ireneusza, choć czuję jego poruszenia, łapię się czasem na myśleniu: czy On naprawdę istnieje, czy On jest ze mną. Już przeczuwam, że kiedy pierwszy raz na niego spojrzę, pewnie nie będę mogła uwierzyć, że to ten sam Ktoś, kto przez kilka miesięcy mieszkał pod moim sercem. Jak tu nie wierzyć w Cuda? Ale może sprawa jest poważniejsza - może On, przez ten długi czas niejako „skazany” na moje towarzystwo, na słuchanie mojego głosu i emocji, nawet na żywienie się tym, na co ja mam ochotę, może i On, gdyby tylko mógł się jakoś wypowiedzieć, też nie uwierzyłby, że to ja, ta sama? Może uwierzenie w mamę nie jest wcale takie proste, a może jest wręcz trudniejsze? (Przypomina mi się pewne, krążące po sieci, opowiadanie o bliźniętach w łonie mamy, które dyskutują o swoich przekonaniach co do życia po porodzie i istnieniu mamy:-)

Jeśli tyle myśli rodzi się wtedy, gdy mam niezbite dowody obecności i istnienia tych najbliższych (widzę ich przecież, mogę dotknąć), to jak możliwa jest wiara w Boga? Skoro tutaj nie mogę nawet liczyć na swoje zwodnicze zmysły czy na ułomne dedukcje. Skoro nie dowierzam czasami w takie małe-wielkie, codzienne cuda mojego życia? W ich obecność?

I przychodzą mi tylko dwa tłumaczenia, dwa dowody – z istnienia i z miłości. Z tego, że żyję i jestem umiłowana.

Jak napisał ks. Jan Twardowski w jednym z wierszy:

Jestem bo Jesteś

Na tym stoi wiara

 

Dodałabym od siebie dalej:

Jestem bo Kochasz

na tym opiera się istnienie

Czytaj dalej...

Estera - moim wzorem i inspiracją

Od dawna jestem zafascynowana biblijnymi historiami kobiet. Są bardzo inspirujące i pomimo upływu czasu, wciąż wiele można z nich czerpać... Kilka lat temu niezwykle zachwyciła mnie historia Estery. Wczytałam się w jej losy i długo, długo rozważałam je. Jestem pod ogromnym wrażeniem mądrości tej kobiety oraz jej pobożności. Piękno, które było jej niewątpliwym atutem, brało się zapewne nie tylko z urody, którą obdarowana została przez Stwórcę, ale również z bogatego wnętrza. To sprawiało, że pomimo zachwytu, jaki wzbudzała, pozostała niezwykle skromnym człowiekiem.

Swoją mądrością, spokojem i opanowaniem oraz ogromnym zaufaniem do Boga i pełną otwartością na Jego Wolę, zdołała ocalić swój Naród. Bardzo często myślę o Esterze i staram się żyć podobnie jak ona, pamiętając o wartości jaką daje post. Nauczyłam się od niej, że Bóg jest w stanie spełnić każdą moją prośbę, jeśli tylko podyktowana jest ona dobrocią i mądrością serca oraz jeśli ja też ofiaruję coś od siebie (wartość postu).
 
Historia Estery jest też dla mnie cudownym przykładem tego, że kobieta wcale nie musi krzyczeć o swoje prawo głosu w ważnych sprawach. Wystarczy mądrość i odwaga oraz zgoda na to, aby Bóg pokierował moimi myślami, czynami i słowami w ważnych dla mnie chwilach, gdy chcę coś światu przekazać. Taka była Estera - cicha i pokorna, lecz w swej mądrości wiedziała, kiedy i gdzie pojawić się oraz jakich słów użyć, żeby przekazać Królowi to, co było dla niej ważne. W odpowiedzi zyskała tak duże uznanie Króla, że od tej pory wspólnie z nią podejmował wszystkie ważne decyzje. 
 
Kobiecość jawi mi się tutaj jako wsparcie męskości. Kobieta łagodna i empatyczna. Kobieta, której myśl - podyktowana głosem mądrego serca, jest dopełnieniem, dzięki któremu mężczyzna może dokonywać słusznych wyborów. Historia Estery każdego dnia przypomina mi o moim pragnieniu (i powołaniu zarazem) bycia największym wsparciem dla mojego Męża.
 
Agnieszka Sztajner-Pikuła
(Tekst nadesłany i nagrodzony)
Czytaj dalej...

Przyjaciółkę od serca któż znajdzie?

Jedno z moich (a przypuszczam, że nie tylko moich) pierwszych, dziewczyńskich pragnień brzmiało: znaleźć przyjaciółkę od serca (nie bez znaczenia były tu oczywiście lektury L. M. Montgomery). A zatem pragnienie, by znaleźć dziewczynkę, której powierzę wszystkie sekrety, z którą przeżyję niezapomniane przygody, z którą będę chichotać ze znanych nam tylko żartów, z którą stworzymy umówione, tajne znaki i która zawsze na pytanie o to, kto jest jej przyjaciółką, odpowie, że ja. A ja się jej odwzajemnię.

Nasza przyjaźń miała oczywiście wszystko przetrzymać – skończenie szkoły, wewnętrzne przemiany i dylematy, a nawet miłość. Takie to było niesamowite, idealistyczne pragnienie, trochę egocentryczne, ale też pełne gotowości oddania cząstki siebie drugiej osobie. Potrzeba, by być wyjątkową dla kogoś i jednocześnie uczynić drugą osobę wyjątkową, oswoić ją według rad Liska z „Małego Księcia”, towarzyszyć jej w radościach i trudach, pocieszać i rozśmieszać. To pragnienie obudziło się dużo wcześniej od tego o Księciu z bajki. Czy tylko było, czy już wygasło?

Czyż jest coś lepszego niż mieć kogoś, z kim można porozmawiać o wszystkich rzeczach jakby się rozmawiało ze sobą samym? (Cyceron)

To, co się działo w moim dziecięcym świecie, oczywiście weryfikowało te wzniosłe ideały i myśli. Przyjaciółka była niemal zawsze jedna (bywały też sytuacje trudne, gdy trzeba było którąś z dwóch wybrać), jednak kim dokładnie była, to się zmieniało dość często, zwłaszcza na początku szkoły podstawowej. To była też wielokrotnie przyjaźń niedojrzała, pełna zazdrości, zaborczości i obawy przed odrzuceniem. Przyjaźń, która jeszcze się nie wydoskonaliła, której wiele brakowało, która nie była w stanie złapać stosownej perspektywy, a czasem nawet oddechu. Uczenie się relacji międzyludzkich w praktyce i studiowanie duszy ludzkiej jest bardzo trudne dla kilkulatki, a i z wiekiem nie zawsze jest łatwiej. A później okazywało się, że jednak wiele z tych przyjaźni, które miały przetrzymać wszystko, były zapieczętowane deklaracjami i szczerymi wyznaniami wierności oraz dozgonności, kończyły się, były nam dane tylko na jakiś czas, często tylko na ten etap, gdy łączyły nas wspólne sprawy. Często, ale jednak nie zawsze. 

Chyba wiele z nas nosiło w sobie to samo pragnienie. A jak jest dziś? Mając 18, 30, 45 czy 60 lat – czy masz dziś swoją „przyjaciółkę od serca”? Czy masz gdzieś obok siebie (nawet jeśli to „obok” oznacza, że dzieli Was kilkaset kilometrów) kobietę, z którą nigdy się nudzisz – ani rozmową, ani milczeniem, na spotkanie z którą czekasz, na którą możesz zawsze liczyć? Jako już dorosłe dziewczyny odkrywamy, że możemy mieć kilka bliskich koleżanek – z jedną uwielbiamy dzielić się naszą wiarą, z inną chętnie pójdziemy na spacer lub kawę, z jeszcze inną wymienimy się najnowszymi nowinkami z dziedziny mody, urody czy gospodarowania domowym budżetem. Odkrywamy, że każda z nich wnosi coś niezwykłego w nasze życie, każda z nich jest nam bliska, uczy nas czegoś, pobudza nas do jakiegoś działania, ale gdy już możemy wybierać, którą z nich zaprosić na wieczór filmowy, wernisaż, na mszę dla kobiet albo na poszukiwanie jesiennego płaszcza na wyprzedażach – wiemy, kogo o to poprosić, nie z każdą będzie tak samo. Która z nich jest Twoją przyjaciółką od serca?

Niezwykła jest siła przyjaźni. I tej kobiecej, i męskiej. Czy mężczyźni też szukają przyjaciół od serca? Już od etapu wczesnoszkolnego chłopcy dopierają się nie w pary, ale w co najmniej trójki, tworząc małe grupki, w których częściej obowiązuje hierarchia i jakiś podział. Taki system oczywiście sprawia, że niekiedy jest im łatwiej funkcjonować – zawsze można podzielić zadania, można zagłosować, ot, taka mini demokracja. Gdy jeden z nich zachoruje, nie są zupełnie sami w szkole. W parach, które tworzą dziewczynki, mamy relację wyłączną, twarzą w twarz, coś w rodzaju: wszystko albo nic. A dorośli panowie? Towarzystwo innych mężczyzn jest im niesamowicie potrzebne – by porozmawiać (lub pomilczeć) „po męsku”, by się nawzajem motywować, pomagać sobie w znajdywaniu rozwiązań i czasem dzielić się sobą po prostu przez świadectwo życia. Męskie relacje bywają bardziej bezpośrednie, ale dzięki temu też bardzo oczyszczające i konfrontujące. Jak mawia mój mąż: „Powiemy sobie bez ogródek prawdę prosto w oczy, nie licząc się nawet ze słowami, a potem po prostu poklepiemy się po ramieniu, nie chowając żadnej urazy, ale widząc, że to, co się wydarzyło, było słuszne.” My tymczasem po kobiecemu nie chcąc zranić, ani być zranionymi, szukamy słów najdelikatniejszych, czasem nawet nieadekwatnych, zbyt ogólnych, troskając się o tę przyjaźń - o drugiego i o siebie samą, i o to, co między nami.

Nigdy nie usłyszałam od mojego męża, by nazwał kogoś przyjacielem i by się tego mocno trzymał. Ma grono bliskich kolegów, którzy są dla niego ważni, z którymi chętnie się spotyka, ale rozważania: czy to mój przyjaciel (a tym bardziej: czy to mój przyjaciel od serca), raczej temu nie towarzyszą. A gdy już zadaję mu wprost pytanie o przyjaciela, patrzy na mnie z ukosa, jakby to pytanie było dziwne, niestosowne, a może nawet śmieszne (a jest?). Za to z wielkim uśmiechem i szczerością słucha o moich rozważaniach w tym temacie, dostrzegając, jak wciąż to dziewczęce pragnienie powraca, jak mnie nurtuje.

Czym sen dla ciała, tym przyjaźń dla ducha – odświeża siły. (Cyceron)

Przyjaźń jest też trudna, wymaga oddania, a przede wszystkim inwestycji, czyli czasu, którego jako dorosłe kobiety, zabiegane przez pracę, obowiązki, różne aktywności i wszystkie inne naglące sprawy, najczęściej po prostu nie mamy. Tyle rzeczy jest pilnych i ważniejszych, prawda? Kiedy ostatnio odmówiłaś koleżance spotkania albo przesunęłaś je na nieokreślone i niepewne później? Pochłania nas też rodzina - mamy tu przecież tyle osób do kochania, że wraz ze wrastaniem w piękne i absorbujące środowisko domowe, coraz częściej zaniedbujemy przyjaciół, często tłumacząc to tym, że ich już nie potrzebujemy - mamy przecież wspaniałego męża, cudowne dzieci, kochanych rodziców itd. Ale mój mąż i dzieci nie staną się przecież przyjaciółką od serca... Uważam mojego męża za najlepszego przyjaciela, ale to relacja, która nie zastępuje w pełni przyjaźni kobiecej. A przyjaźni, podobnie jak miłości, nie można odłożyć na później.

Łatwiej jest po całym wyczerpującym dniu zalogować się na facebooka (i mówię to po pierwsze o sobie), gdzie życie towarzyskie pozornie „kwitnie”, gdzie poczujemy się otoczone setkami osób, a nawet więcej – setkami znajomych – którzy chętnie zalajkują nasze nowe zdjęcie czy nowiny o zamążpójściu, ale po zamknięciu okna, zostajemy same z sobą, nie zbliżając się nawet o krok do drugiej osoby, ani do samej siebie. Łatwiej jest włączyć portal społecznościowy (choć dostrzegam, że coraz więcej osób świadomie z tej formy rezygnuje!) niż wyjść wieczorem na spacer z koleżanką albo zatelefonować na długaśna rozmowę do bliskiej osoby - tak, by czuła, że mimo odległości, jaka nas dzieli, jest dla nas ważna, że nie prowadzimy wtedy pięciu rozmów na „chacie”, nie klikamy jednocześnie w poszukiwaniu newsów, ale całą uwagę skupiamy na niej. Przyjaźń jest trudna, bo wymaga poświęcenia, wymaga pracy i uwagi, wysiłku i ciągłego wychodzenia z siebie. A, jak słusznie mówi Lisek z opowieści Saint-Exupery, nie ma supermarketów z przyjaciółmi, nie możemy ich ani kupić, ani zdobyć teraz, natychmiast, dlatego też ludzie często nie mają przyjaciół. Ale przecież nie zawsze...

Wyk­reślić ze świata przy­jaźń... To jak­by z­gasić słońce na niebie. (Cyceron)

Dziś chyba nawet bardziej od pragnienia odnalezienia takiej przyjaciółki, rodzi się we mnie pragnienie, by taką przyjaciółką być. Od Serca. 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS