Dzielna niewiasta do dnia przyszłego się śmieje (Prz 31, 25) 

Mario! Rabbuni!

Ewangelia nie ukazuje nam szczegółów jej życia, nie opowiada historii jej chorób i nie opisuje dokładnie, jak wyglądało jej pierwsze spotkanie z Jezusem. Czy sama przyszła po uzdrowienie - tak jak kobieta cierpiąca na krwotok, czy ktoś z bliskich walczył o jej życie - tak jak Jair walczył o przebudzenie swojej córki, czy też to sam Jezus zobaczył ją gdzieś w tłumie - tak jak kobietę pochyloną - tego nie wiemy… I nie musimy. Na kartach Ewangelii Maria Magdalena pojawia się dość często i chyba jak żadna inna kobieta Nowego Testamentu doczekała się tak wielu wersji swojej biografii. Przypominanie, że Maria Magdalena nie była nierządnicą nie jest najważniejsze (choć w imię naszej znajomości Pisma i rozróżnienia bohaterek jest bardzo istotne!). Ważniejsze jest to, czego ona uczy nas swoją postawą i w jaki sposób ukazuje nam się Jezus w relacji z nią.

Św. Maria Magdalena 22 lipca obchodzi swoje święto (tak! od ubiegłego roku już święto - nie takie zwykłe wspomnienie! dlatego właśnie teraz pojawia się i w Sercu Kobiety. 

Co wiemy o Marii Magdalenie?

  • Jezus uwolnił ją od siedmiu złych duchów. Nie wiemy wiele o tym uzdrowieniu, nie wiemy, czym objawiała się jej choroba i słabość, możemy jedynie domyślać się, że jej stan był krytyczny. Siedem złych duchów to po prostu wielka ich liczba. Wiemy więc, że zawdzięcza Jezusowi zdrowie duszy i ciała, otrzymała od Niego nowe życie i to spotkanie dało jej nowy sens i pewien początek. Tak wielka była ta nowość, że Maria Magdalena wraz z innymi kobietami po prostu poszła za Nim… I tak szła aż do końca.

Następnie wędrował przez miasta i wsie, nauczając i głosząc Ewangelię o królestwie Bożym. A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które uwolnił od złych duchów i od słabości: Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów; Joanna, żona Chuzy, zarządcy u Heroda; Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały ze swego mienia.  (Łk 8, 1-3)

  • Jej imię Magdalena pochodzi najpewniej od miasta jej pochodzenia - Magdalii. Dzięki temu określeniu możemy odróżnić ją od innych kobiet o imieniu Maria, które pojawiają się w Ewangelii (Maria, matka Jezusa, Maria z Betanii czy Maria, żona Kleofasa).
  • I - podkreślam raz jeszcze - Maria Magdalena nie była kobietą cudzołożną. Nie, to nie ją Jezus uratował od ukamienowania. To nie ona obmywała Mu stopy podczas uczty u Szymona. A bynajmniej - Pismo Święte nie potwierdza tego, choć takie powiązania przeniknęły dość mocno do naszego myślenia o niej. Pierwszy raz takie połączenie pojawiło się w kazaniu papieża Grzegorza I w VI w., ale takie ukazywanie jej - trwa do dziś. Pamiętacie np. Marię Magdalenę z „Pasji” Mela Gibsona? A może tak jak i ja słyszałyście nieraz na kazaniach właśnie o takiej nawróconej a nie uwolnionej i uzdrowionej Marii Magdalenie?

Kiedyś na rekolekcjach w środku lata przeżywałam Boże Narodzenie. Przeżywaliśmy je we wspólnocie, bo taki był zamysł. A więc były kolędy i pasterka w upalną, lipcową noc i oczekiwanie na narodzenie Jezusa. Święto Marii Magdaleny - przypadające 22 lipca przenosi mnie w szczególny sposób w tajemnice paschalne. Razem z Marią Magdaleną staję pod krzyżem i przy grobie Jezusa, bo właśnie tam odnajdujemy ją zawsze u wszystkich Ewangelistów.

Maria Magdalena idzie za Jezusem. Stoi przy Krzyżu. Jest przy grobie. Jest pierwszym świadkiem zmartwychwstania.  Ukazuje, jaka jest siła miłości.

Najbardziej poruszająca mnie scena, w której pojawia się Maria, opisana została przez św. Jana. To w niej odnajduję Marię (a także i siebie) płaczącą, szukającą, widzącą, choć nie widzącą i słyszącą, choć niesłyszącą.

J 20, 1-18

***

Zostawiali ją. Czytam 20 rozdział Janowej Ewangelii i taka jest moja pierwsza myśl. Zostawili ją! Maria Magdalena o bardzo wczesnej porze, w ciemności, udaje się do grobu Jezusa. Sama. Bladym świtem. Idzie, ryzykując, że zostanie złapana jako uczennica Jezusa i że spotka ją to samo, co Jego. Ale ona jakoś specjalnie nie ukrywa się przed Żydami, po prostu idzie. Dostrzega odsunięty kamień i od razu biegnie po Jana i Piotra. Apostołowie pędzą do wskazanego miejsca i tam, widząc szaty Jezusa… zaczynają rozumieć Pisma i wierzyć... „Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych. Uczniowie zatem powrócili znowu do siebie.” (J 20, 8-9)

I tyle. Co zrobią apostołowie? Nie wiemy. Ale Maria Magdalena dalej stoi przy grobie. Płacze. Dwa razy zostaje zapytana o powód swojej rozpaczy - najpierw przez aniołów, później przez samego Jezusa. Odpowiedź Marii jest dość logiczna i całkiem do przewidzenia. Wciąż taka sama, ukazująca jej skupienie na fakcie zniknięcia ciała Pana. Ale w jej płaczu może kryć się coś więcej, coś, czego ona sama nie potrafi nazywać.

Może tak naprawdę płacze, bo tęskni. Płacze, bo przypomniała sobie Jego śmierć. Płacze, bo wraca myślami do pierwszego spotkania. Płacze, bo nie rozumie. Płacze, bo czuje się bezsilna. Płacze, bo nie upilnowała Jego ciała. Płacze, bo nie wie, co się dzieje. Płacze, bo nie może w to uwierzyć. Płacze…  i choć ma wiele dobrych powodów do płaczu, to może sama nie wie dlaczego. Może chce płakać? Znacie to - płakać, nie wiedząc dlaczego?... Mając w pogotowiu jakiś powód pierwszy „z brzegu”, jakiś czynnik „zapalny”, który wydaje nam się prawdziwym powodem?... Trzymany w pogotowiu - na wypadek, gdyby ktoś jednak zapytał...

Płacz nie pomaga Marii w dobrym widzeniu. Zwiastuni w bieli wydają się jeszcze nierealni. Przecież oni na pewno wyglądają inaczej! Przecież oni są nie-z-tego-świata i Maria musi to widzieć. I widzi, ale nie widzi. Podobnie z Jezusem. Odwraca się przecież w Jego kierunku. Widzi Go, ale nie widzi. Może widzi, że On przypomina Pana, ale przecież wydaje jej się to niemożliwe. Do umysłu jeszcze nie dociera taka zmiana. Przed chwilą były droga krzyżowa, śmierć, złożenie do grobu… Maria znów odpowiada to samo, dodając, że przeniesie Jego ciało, gdy tylko je znajdzie. Sama! Sama je przeniesie!

Znacie to wewnętrzne rozdarcie, kiedy spotykamy kogoś, kto wydaje się nam znajomy w miejscu, w którym wydaje się, że on być nie powinien? Ja tak mam. Spotykam kogoś i nie jestem pewna. Bo choć intuicja podpowiada, że to on/ona, to jednak czuję się niepewnie. Może mi się wydaje? Może to zbieg okoliczności? Może ja tylko chciałbym, żeby to był on/ona? I co wtedy? I wtedy - zwykle czekam na znak. Na uśmiech. Na słowo, które znam. Na głos. Na pewność... Ale Maria już usłyszała Jego głos. I przecież znała ten głos bardzo dobrze. Słyszała, ale nie usłyszała. Dopiero wypowiedzenie jej imienia przyniosło rozpoznanie. On zna jej imię! On zna JĄ. Olśnienie. Rozpoznanie. Upewnienie. Nie potrzeba więcej słów, długich wyjaśnień. Wystarczy jej tyle, by wykrzyknąć: Rabbuni!

Jan i Piotr zostawili ją, by On sam mógł przyjść do niej. Tak, jak ona tego najbardziej potrzebowała. Przyjść do Niej i być z nią w relacji, w wymianie spojrzeń i słów - tak, jak ona była z Nim pod krzyżem.

Może teraz płacze ze szczęścia i cała jest radością. Na nowo ożywioną, odnowioną, uzdrowioną po raz kolejny! Chciałaby Go zatrzymać. Chciałaby z Nim zostać, ale On posyła ją do uczniów. Ta chwila bliskości teraz ma zaowocować jej świadectwem, jej umacniającym słowem, ma przygotować Mu drogę. Wychodzi z ogrodu. Odchodzi od grobu. Idzie z nowym życiem. Ich spotkanie w ogrodzie przypomina mi… a jakże, o rozkwitaniu. Bo wiecie, to nasze ziemskie rozkwitanie to jest jeszcze nic w porównaniu z tym, co przed nami!

W miejscu, gdzie wydawało się, że zwyciężyła śmierć, On wstał, jak powiedział. A ona jako pierwsza doświadczyła JEGO spojrzenia - tego samego, ale już całkiem innego. Zmartwychwstałego.

Czytaj dalej...

O tym, jak wszystko nagle rozkwitło! Czyli jak i po co powstał NoTes Kobiety

Kiedy tworzyłam Kalendarz Kobiety 2017, nie przypuszczałam nawet, że na tak długo pozostanie w moim sercu temat kobiet Nowego Testamentu. Najpierw pojawił się on jako element programu formacyjno-rozwojowego Między Niewiastami (o którym opowiem więcej już w trakcie Tygodnia Między Niewiastami). Ponad rok temu, kiedy zaczęłam pracę nad Kalendarzem, te fragmenty wróciły do mnie z nową siłą. Ale najwięcej wydarzyło się chwilę później. Od początku 2017 roku trwa program #jawJEGOoczach oraz moja - ponowna, ale i coraz głębsza - wędrówka z tymi bohaterkami. Dzięki nim spotykam siebie, ale co ważniejsze - spotykam Jego. Widzę także, jak wspaniale Pan wykorzystuje te Słowa, by docierać do serc wielu kobiet. Słyszę to od nich i zachwycam się Jego działaniem! A więc jestem cała w tym projekcie i już od pewnego czasu zastanawiałam się, jak nie stracić tych skarbów? Jak zatrzymać je na dłużej? Jak pomóc innym kobietom przejść tę drogę - i to nie ograniczoną cezurą 2017 roku.

W marcu przyszło natchnienie zapoczątkowane naszym małżeńskim świadectwem podczas rekolekcji wielkopostnych w jednej z podwarszawskich parafii. Pomysł był prawie genialny i miał być błyskawiczny w wykonaniu. Czyli taki zupełnie inny niż Kalendarz (i chyba to zachęciło mnie najmocniej!). To miała być 20-stronicowa broszurka, która pozwoli zachować na dłużej ponadczasowe treści z Kalendarza Kobiety 2017. Plan powzięty w marcu był taki: 10 zdjęć i 10 cytatów. Taki notes - przypominajka, inspiracja. Taki notes, który może ewangelizować. Taki, który można komuś niezobowiązująco podarować, taki, po który można sięgnąć w chwilach smutku czy zwątpienia. Taki, który może być towarzyszem w modlitwie. Ale przecież notes kojarzy mi się przede wszystkim z pisaniem, z notowaniem. Więc już za chwilę przemyślałam to i postanowiłam, że stron musi być więcej, chociaż ze 40. Jednak im dłużej myślałam nad tym projektem, liczba stron notesu była większa…. Pojawiały się kolejne kalkulacje: może warto dodać jeszcze to i tamto. Pytania, świadectwa, wolne kartki. A może i materiały online? I tak moja 20-stronicowa broszurka zmieniła się w 200-stronicowy notes. Duża zmiana, prawda? Ja nadziwić się nie mogę i ciężko mi naprawdę oszacować ilokrotnie większy nakład pracy został przy tym wykonany niż był pierwotnie zakładany. Gdybym od początku wiedziała, ile czasu zajmie stworzenie tego notesu, z pewnością bym ten pomysł odrzuciła już na starcie - bo to przecież nie jest dobry czas, żeby robić coś tak  pracochłonnego… Ale On mnie zna. On ma na mnie sposoby! Wie, że tego bym się nie podjęła, więc zaczął małej wizji, pozwalając mi ją powiększyć. Potrzebowałam tego procesu i oswojenia z kolejnym dużym przedsięwzięciem.

O tym, jak odkryłam Nowy Testament w NOTESIE i o okładce, która rozkwitła na przekór moim wyobrażeniom

Po drodze było kilka niespodzianek. Najpierw nazwa. Dobrze wiedziałam o czym jest ten notes. Nie po prostu notes inspiracji, motywacji. Ale konkret. Kobiety Nowego Testamentu. Zaczęłam pracę nad okładką. Chyba trochę od końca, ale co tam! Zaczęłam właśnie od niej, żeby urealnić samej sobie to coś, co stało się dla mnie nagle takie wielkie. Wpisałam odpowiednie słowa, pobawiłam się fontami i zobaczyłam coś, czego wcześniej nie dostrzegłam - No-Tes to przecież dwie sylaby, które rozpoczynają nazwę: Nowy Testament. Ale fajnie! To był początek przygody związanej z projektowaniem okładki. Tak, pierwszy raz to ja sama projektowałam, nie zleciłam tego mężowi, ale wzięłam się do pracy, która szybko okazała się żmudnym i trudnym procesem poszukiwania czegoś… ostatecznego, czyli wersji najlepszej z możliwych. Najpierw była kredka, potem chmurka, potem kwiaty. Jeśli śledzicie rozwój Kalendarza Kobiety, pewnie zauważyłyście zwrot w kierunku minimalizmu. Tak miało być i w tym przypadku. Ale nijak nie dało się tego dokonać, okładka aż się prosiła o kwiaty, coraz więcej kwiatów. Mój cudowny natchniony „No-tes” trzeba było też jakoś zaznaczyć, oddzielić.  Przez długi czas, prawie do samego końca, stawiałam tam kropkę, która idealnie komponuje się z wnętrzem NoTesu (tak! tam jest dużo kropek!). Ale ta kropka była…jakaś taka niepasująca. Smutna. Niesatysfakcjonująca. Dobrze, dodałam więc jeden kwiat. Niech ci będzie - pomyślałam. Zawsze mogę wrócić do kropki. Ale kwiat się do mnie uśmiechał. I było to dobre. Ale zostały jeszcze dwa ozdobne “zawijasy”. Ok, co mi szkodzi zrobić kolejną, może już z pięćdziesiąta wersję..., coraz bardziej zadowalającą. Fajną. I tak powoli wszystko rozkwitło. I było coraz mniej minimalistycznie. Znowu zupełnie nie tak, jak początkowo zakładałam…;-)  Ale co zrobić, kiedy okładka aż prosiła się o ożywienie, ukwiecenie. Może to dobry początek - pomyślałam. Może ta okładka pokazuje metaforycznie, w czym NoTes ma pomóc kobietom - w rozkwitaniu!

Misja NoTesu Kobiety, czyli jakby znowu o tym samym, a jednak inaczej

Pragnienie stworzenia NoTesu i jego misja są podobne do tych, które pojawiły się przy projekcie Kalendarzy Kobiety i programu #jawJEGOoczach. Formować swoje serce tak, by wiedzieć - pamiętać - kim jesteśmy w Jego oczach. Mieć w sobie taką pewność, której nie zburzy żadna klęska, upadek, moja niepoprawność, cudza opinia. Niesiemy ze sobą historię życia, niezrealizowanych marzeń, chorób i upadków, ludzkich, krzywdzących spojrzeń. Bywamy nimi obciążone. Przygarbiamy się, chowamy w sobie, a w końcu i zasypiamy. Ale On chce nas uwalniać. Chce nas odnajdywać. On odpowiada na nasze błagania. Budzi nas. On przychodzi niespodziewanie, wyczekiwany lub nie. Uzdrawia swoim Słowem, dotykiem, spojrzeniem, swoją obecnością. Uzdrawia oczy. I wzbudza pragnienie powrotu do Niego. Pragnienie powrotów, bo powroty będą konieczne. Formacja serca to w końcu projekt trwający całe życie.

Powstanie NoTesu Kobiety jest wyrazem mojej ogromnej wiary w to, że nic nie czyni nas silniejszymi niż spotkania z Jezusem. Że to, co pozwala nam zobaczyć prawdę o nas, to Słowo Boże i że w sposób szczególny możemy odnaleźć siebie w historiach kobiet Nowego Testamentu. Te historie mogą być dobrym początkiem naszej drogi z Jezusem lub odnowieniem naszej relacji z Nim! Te bohaterki pomagają nam odkrywać prawdę o nas - o naszych lękach, pragnieniach, doświadczeniach. One pomagają nam zobaczyć Jezusa i spotkać Go - podobnie do nich, ale i całkiem inaczej. Ten NoTes jest wyrazem pragnienia, by każda kobieta zyskała motywację i inspirację do walki - o prawdę na swój temat, o czas dla siebie (i Niego). Głęboko wierzę w to, że spotkania ze Słowem Bożym, przybliżanie sobie historii tych kobiet pomoże nam formować nasze kobiece serca - czynić je jeszcze bardziej według Jego Serca. Że będziemy pełne Jego miłości i pewne tego, Kim jesteśmy w Chrystusie!

* * *

Zamów NoTes Kobiety w przedsprzedaży w wyjątkowej cenie!

www.sklep.sercekobiety.pl

 

Czytaj dalej...

uBOGAcONA - spotkanie z kobietą (nie)dzisiejszą

Od kilku lat Magda towarzyszy mi w działaniach Serca Kobiety. Właściwie nie tylko w działaniach, Magda jest jedną z osób, która pomaga mi doświadczyć pięknego bycia między niewiastami (ale o tym już więcej niebawem!). Wszystko zaczęło się parę lat temu - od organizowanej przez nas randki (w formie dialogowej), na którą przyszła wraz z mężem. Przez ponad trzy lata pomagała przy organizacji mszy św. dla kobiet, służąc swoim pięknym głosem, a także świadectwem. Parę miesięcy temu była jedną z animatorek na rekolekcjach dla kobiet - gotowa, by wysłuchać, pokrzepić dobrym słowem, współweselić się i razem płakać... Poprosiłam Magdę o wzięcie udziału w sesji do Kalendarza Kobiety 2017. Przy wybieraniu postaci, która jest jej bliska, byłam niemal pewna, że jej uwagę zwróci flakonik (bo Magda jest wrażliwa na piękne rzeczy) - jako element, który miał pojawić się na zdjęciu przy kobiecie, która bardzo umiłowała. Ale ta buteleczka to był tylko początek!... A więc jest! Z flakonikiem w dłoniach, wpatrzona w Kogoś, delikatnie uśmiechnięta. Dziś opowiada Wam więcej. Dziś mówi o tym, w jaki sposób została uBOGAcONA tą historią. Cieszę się, że możecie przeczytać jej słowa. Tej, która mogłaby podnieść na duchu każdą kobietę - niepewną siebie i swojej figury panią w przebieralni, przerażoną pannę młodą czy też zatroskaną o swoje dziecko mamę; tej, która jest niezastąpionym doradcą modowym (dzięki, Magda za tamtą sukienkę - wiesz którą!); tej, która spontanicznie i pod natchnieniem oddaje poznanej w pociągu dziewczynie swój Kalendarz Kobiety (jak dodaje - na szczęście jeszcze nie podpisany), tej, która przy całym swoim zabieganiu potrafi pielęgnować więzi i dzielić się sobą jak mało kto! Magda naprawdę ma czym się podzielić - głębokimi przemyśleniami, niełatwą drogą macierzyństwa, swoimi marzeniami! Uwaga! Optymizm, pasja i uśmiech tej kobiety - udziela się! Oddaję więc jej głos! 

***

 

Kim jestem?

Nazywam się Magda. Jestem żoną od prawie 7 lat i mamą dwójki dzieci utraconych. Z zawodu, a także z pasji jestem nauczycielem i terapeutą dziecięcym. W wolnych chwilach piszę bajki terapeutyczne dla dzieci. Cały czas staram się pamiętać o tym, że jestem córką Króla, coraz bardziej odkrywając i akceptując swoją kobiecość, głównie korzystając z inicjatyw związanych z projektem Serce Kobiety.

Dlaczego wybrałam postać Nawróconej Grzesznicy?

Przez długi czas patrząc na tę postać, zauważałam tylko to, że jest to kobieta lekkich obyczajów. Nigdy nie zagłębiałam się w jej historię, aż nadszedł moment wyboru bohaterek do Kalendarza Kobiety 2017, który okazał się świetną okazją do tego, by przyjrzeć się bliżej Tej, która bardzo umiłowała - wejść w jej środowisko, w jej życiowe zagubienie.

Ta Niewiasta ujęła mnie niesamowitą postawą wdzięczności za darowane jej grzechy, o których wiedziała nie tylko ona sama, ale także wszyscy ludzie z jej otoczenia -  całe miasto, w którym żyła. Myślę, że bycie jawnogrzesznicą dotyczy w pewnym sensie każdej z nas. Właśnie ta bohaterka pokazuje mi, iż każde moje odejście od Pana, każdy brak zaufania, każdy pojawiający się ludzki lęk i strach, to zdrada wobec Boga. Dopiero przypomnienie sobie o tej Bożej Miłości i doświadczenie Jej w sercu sprawia, że znów czuję się „czysta”, że „frunę” jak na skrzydłach, gdy czuję jak Pan wciąż na nowo mnie przemienia.... On sprawia, że chcę już nigdy nie być letnia!

Myślę też, że Jezus pragnie, abym rzucała się w Jego ramiona - taka, jaka jestem, właśnie taka po ludzku nie-doskonała. Jezus nie domaga się ode mnie nieskazitelnej „książeczki zdrowia”. On cieszy się, gdy dostrzegam swój grzech - klękam przy kratkach konfesjonału, i odchodzę uzdrowiona, po prostu lepsza!

W czym jest mi bliska?

Kiedy zastanawiam się nad moim życiem i powracam do czasów dzieciństwa widzę, że bardzo często brakowało mi odwagi do tego, by wyrażać swoje zdanie Wciąż uważałam się za gorszą, niższą, kochaną przez rodziców, ale jednocześnie ciągle kontrolowaną - niedorastającą do ich oczekiwań. Oprócz niezapomnianych rodzinnych wyjazdów w góry i bycia dzięki Mamie wszędzie tam, gdzie pojawiał się nasz Papież, nie pamiętam żadnych zabaw z rodzicami. Być może przez to musiałam zbudować siebie na nowo, zawalczyć o to, aby moje poczucie własnej wartości wskoczyło na odpowiedni poziom. Myślę, że „moja” postać także mogła mieć problem z wyrażaniem siebie, z walką o swoje wyjątkowe ja”, mogła nosić w sobie pragnienie zmiany życia o 360! Tak, zdecydowanie w tym jest mi w tym najbliższa!

Czego uczy mnie jej historia?

Tego, że do Boga trzeba powracać każdego dnia. Najistotniejsze jednak nie jest to, abym była lepsza i mniej grzeszyła, ale abym jeszcze więcej kochała! Przebaczenie Boga uzmysławia mi, że jestem przez Niego kochana zawsze. Nawet najlepszy mąż, oddana przyjaciółka, najbardziej troskliwy tata, gdy mamy już nie ma, nie zna mojego serca tak dobrze, jak właśnie On!

O co chciałabym ją zapytać?

Jak znosiła pełen potępienia wzrok i jawne wyśmiewanie się z jej stylu życia? Czy pragnienie zmiany swojego życia przyszło nagle, czy czuła, że  dojrzewa ono w niej powoli przygotowując ją na to, co miało zadziać się potem? W jaki sposób okazywała miłość innym ludziom po swoim uzdrowieniu? Czy od tamtego momentu stale odczuwała Bożą miłość w swoim życiu? Pewnie podczas rozmowy z tą wyjątkową Niewiastą, dalsze pytania nasunęłyby się same, więc zamówiłybyśmy największa kawę, jaką się da! ☺

Jakie inne kobiety Nowego Testamentu mnie inspirują?

Na pewno inspiruje mnie Pryscylla, żona Akwili, o której czytamy w Dziejach Apostolskich. Jej historia przypomina mi o tym, jak ważna jest w małżeństwie wiara i wzajemna troska np. o wspólną modlitwę. Razem z mężem dbamy o rozwój duchowy. Klękamy razem np. do Litanii Małżonków - oboje pilnujemy tego czasu, by wspólnie dziękować Panu, prosić, a przede wszystkim słuchać tego, co On do nas mówi. Również nasza oddzielna formacja jest bardzo ważna. To rozwój osobisty z najlepszym Coachem”, jakiego można sobie tylko wymarzyć, dlatego bardzo się cieszę, że Przemek należy do katolickiej wspólnoty mężczyzn - Przymierze Wojowników. Widzę, jak bardzo pracuje nad sobą, jak się rozwija, a przede wszystkim, jak każdego dnia jest o pół kroku bliżej Boga. Ja dzięki działaniom w projekcie dla kobiet, mam wiele okazji do tego, by wzrastać. Refleksja nad zadaniami w ramach programu #jawJEGOoczach i rekolekcje sprawiają, że czuję, jak Pan wciąż na nowo obmywa moje oczy, czasem delikatnie, wręcz niezauważalnie, a chwilami bardzo mocno - tak, jakbym naprawdę dostała nowe spojrzenie. Za bardzo istotną uważam także indywidualną modlitwę a właściwie dialog z Panem - wciąż uczę się rozpoznawać Jego Głos! Z tym doświadczeniem związana jest również Lidia - kolejna Niewiasta Nowego Testamentu, której Pan otworzył serce” (Dz 16, 14), tak było i jest również w moim przypadku. Pan wciąż pokazuje mi, że wszystko, co mnie spotyka, ma sens. To On rzuca nowe światło na to, czego po ludzku nie sposób pojąć, że nawet najlepszy reżyser ziemskiego świata, nie byłby w stanie napisać takiego scenariusza, jaki pisze sam Bóg! To On zsyła mi różne doświadczenia, stawia na mojej drodze różne wspaniałe osoby. Gdy upadnę, mam przed oczami piękne słowa Talitha kum, czyli dziewczynko, mówię ci, wstań” (Mk 5, 41). Kiedy chwytam się frędzli płaszcza Pana, niczym kobieta cierpiąca na krwotok, wiem, że jestem piękna w Jego oczach i kochana taka, jaka jestem - (nie)idealna!

W pewien sposób bliskie są mi także dwie inne biblijne kobiety - Hagar i Kananejka, którym użyczyłam” głosu w Biblii AUDIO Superprodukcji. Biblia AUDIO Superprodukcja to jeden z moich kroczków ku spełnieniu marzenia o dubbingowaniu filmów, o którym doskonale wie mój kochany Mąż. On zna moje najskrytsze pragnienia i uwielbia robić mi takie nietypowe niespodzianki pełne miłości - i pewnego dnia po prostu porwał mnie” mnie  do studia nagrań!

Kiedy wcieliłam się w postać Hagar, odkryłam po raz kolejny, że Bóg nikogo nie odtrąca, że Pan prowadzi mnie wyznaczoną dla mnie drogą i widzi zdecydowanie więcej, niż ja jestem w stanie zobaczyć, czy objąć rozumem. Natomiast dzięki Kobiecie Kananejskiej przypomniałam sobie o tym, że dzięki determinacji, silnej woli i oczywiście Bożej pomocy, jestem w stanie przekraczać swoje granice i przełamać lęk.

Słowa Dopomóż mi” są dla mnie symboliczne. Teraz już wiem, że warto mówić o swoich pragnieniach i dzielić się nimi z innymi ludźmi. Widzę, jak kolejne furtki na drodze do spełnienia mojego marzenia otwierają się, kiedy nie boję się prosić, czy pokazywać, że zrobiłam kolejny krok np. ku temu, by dubbingować filmy. Do tego oprócz talentu niezbędna jest oczywiście pomoc Boga, który błogosławi mojemu pragnieniu, zsyłając ludzi, którzy towarzyszą mi w tej drodze - wspierają i motywują do działania, bym nie poddawała się, gdy chwilowo mój telefon milczy, bo może się okazać, że zadzwoni akurat wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewam! Taka sytuacja miała miejsce niedawno, kiedy zadzwoniono do mnie z zaproszeniem na konferencję prasową :-)

Czytaj dalej...

uBOGAcONA + kochać, czyli służyć

Nie mam wątpliwości, że każda z nas szuka... bogactwa. I nie chodzi wcale o drogą biżuterię, ekskluzywne sukienki czy majątek. Szukamy prawdziwego BOGActwa. Szukamy Jego. Chcemy być uBOGAcONE. Właśnie wtedy czujemy szczęście! To hasło będzie powracać jeszcze wielokrotnie (szczególnie w projekcie na nowy rok!). Ale ono już zostało zaznaczone w Kalendarzu Kobiety 2017 - zwłaszcza na zdjęciach. Przy historiach bohaterek Nowego Testamentu możecie zobaczyć nas - zwykłe kobiety, odnajdujące cząstkę siebie w historiach kobiet Nowego Testamentu. Odnajdujące tam światło, pokrzepienie. Te (nie)dzisiejsze kobiety stają obok nas i stają się nam bliskie. Widzimy jak podobne są ich lęki, pragnienia i upadki - do naszych doświadczeń, uczuć, myśli. Przez to podobieństwo zbliżają nas do Jezusa i do prawdy o tym kim jesteśmy w Jego oczach! A czy Wy już odnalazłyście jakąś część siebie dzięki nim? Czy jesteście krok bliżej do Jezusa? Czy czujecie się uBOGAcONE?

Pozwólcie, że sama też odpowiem na to pytanie. Zacznę od tego, że każda z nich jest mi na swój sposób bliska. Odkrywam je powoli. A kiedy wydaje mi się, że już dobrze je znam, to jeszcze raz pochylając się nad Słowem Bożym, słyszę coś nowego. Na dziś. Tak też jest w tym miesiącu, kiedy moją bohaterka stała się kobieta, która bardzo umiłowała. Przez ostatnie tygodnie (wielkopostne)  historia jej spotkania z Jezusem była dla mnie źródłem umocnienia, ale też wielu pytań: o moją wiarę, relację z Jezusem i miłość. Powracał do mnie jak refren jej flakonik i gest obmycia stóp. A czy ja tak potrafię? Czy kocham miłością, która daje, widzi drugiego, nie wylicza? Czy kocham w ten sposób BOGA, ale też czy kocham tak człowieka, tego najbliższego? Tych moich maluczkich i tych dużych. Odpowiedź wydaje się oczywista, ale nie jest łatwa.

Czy naprawdę kocham? Co za pytanie! Pewnie, że kocham! I to jak! Ale czy ukochani moi to czują, widzą? Czy tego doświadczają? Kochać znaczy służyć. Wiem to od dawna, ale czy żyję tą prawdą? Czy jak ta grzeszna kobieta potrafię umyć im stopy, czy potrafię oddać wszystko? Już o poranku mogłabym się zastanawiać nad niezręcznością własnej odpowiedzi. Poranki bywają trudne (i to już brzmi jak usprawiedliwienie!). Czasem walczę o chwilę snu. Próbuję wypchnąć męża z łózka, by zajął się dziećmi. Ale to nie jest jednostronne, czasem toczy się wyliczanka, kto ostatnio wstał do naszych nadmiernie aktywnych o świcie dzieci ;-) Często jednak nie ma ani chwili na walkę, bo wezwanie jest tak pilne (wiecie o co chodzi!). Wieczory bywają długie, a poranki przychodzą z zaskoczenia. Nie wiadomo o której się rozpoczną. Moje żywe budziki działają zwykle w powtarzającym się rytmie, ale nie zawsze (o? 7.00 i jeszcze bez alarmu?)! A potem lista do zrobienia z nie zawsze współpracującym zespołem (skarpetki, śniadanie, sprzątanie, próba ubrania się, próba dobudzenia się, próba wypicia kawy, próba jakiejś tam kreatywności).  

W pewnej chwili zdałam sobie sprawę, że nie lubię poranków. I to nie jest wina moich dzieci, to nie jest wina słońca, które wstaje. To moje za mało kocham. To miłość, która nie chce wstać i służyć. To ja, która marzę o tym, by ktoś przyniósł mi kawę. (Samo w sobie marzenie nie jest oczywiście złe!) O poranku nie jest mi łatwo dawać najdroższy olejek, jaki mogę ofiarować moim najbliższym. A wiem, że mogę! W Nim mogę wszystko! Wstać ciężko, ale przecież i tak wstaję! Ciężej się uśmiechnąć. Do dzieci atakujących rano swoją czułością (rzadziej, krócej) lub potrzebami (głośniej, częściej). Ale uzmysłowienie sobie tego pozwoliło mi podjąć postanowienie, że chcę inaczej! Zrobię dokładnie to samo, ale z innym sercem, z gotowym flakonikiem wypełnionym miłością i oddaniem. Postanowiłam więc sobie otwierać szeroko oczy na pierwsze zawołanie. Nie kłaść się już na chwilkę po wstaniu. Zadbać bardziej o wieczór - o ogarnięcie ważnych spraw i szybszy sen.  Tak, by rano być przynajmniej w połowie tak aktywną jak oni i wykorzystać tę chwilę, kiedy - całkiem często - choć na jakiś czas (15, czasem 30 minut)  - jest ze mną jeden z maluchów. Być cała z nim - w klockach, książkach, kolorowankach. Takich chwil sam na sama nie ma zbyt wiele. Te są bezcenne, te są nasze. I co odkryłam? Że mogę! Że mój dzień jest piękny już o świcie. 

Ale to nie koniec historii tego miesiąca. (Co więcej to jeszcze nawet nie koniec miesiąca!) Był Wielki Tydzień. W Wielki Czwartek po powrocie z kościoła zastałam w domu cały rodzinny zespół oczekujący na moje przybycie. Nie śpią jeszcze? Przecież prawie 20! Mieli powód - dobrze przygotowaną niespodziankę. Kolację. Ale zanim kolacja, to coś jeszcze. Czekali z bosymi stopami, pełni ekscytacji. Ustawili swoje wysokie dziecięce krzesła.

- Co tata będzie robił? - zapytał Mariusz, sprawdzając, czy Irek pamięta rozmowę, którą odbyli podczas mojej nieobecności.

- Będzie myć nogi.

- Jak kto?

- Jak Jezus.

- A dlaczego?

- Bo nas kocha.

 

A więc Mariusz polał nasze stopy wodą. Ucałował. Symbolicznie. Delikatnie. Z miłością. Chłopaki nie pozostali dłużni, też tak chcieli. A więc wszyscy wszystkim myli stopy aż skończyła się woda w dzbanku. Irek nie zapomniał dopowiedzieć i szczegółu o tym, że w czasach Jezusa stopy przybywających na ucztę musiały być naprawdę brudne. Chodzące po ulicach zwierzęta zostawiały przecież ślady. (Takie zapadające w dziecięce serca szczegóły znajdziecie tu - w najlepszym wydaniu Biblii dla dzieci, jakie mamy: Sally Lloyd-Jones, Z Jezusem przez Biblię, wyd. Aetos) 

Tak więc uczyły mnie dzieci uniżenia. Miłości. Obmywania stóp. Kiedy następnego dnia usiadłam na fotelu z bosymi nogami, moje młodsze dziecko natychmiast pobiegło po dzbanek, chcąc mi umyć stopy. Co za niesamowita sytuacja - moje dziecko przypomina mi - być jak Jezus! 

nie przyszedłem po to, aby Mi służono, lecz aby służyć innym - Mt 20, 28

Tak, jestem uBOGAcONA

***

Wczoraj to był poranek! Chłopaki do niczego nie nawoływali. Usiedli razem przy dużym oknie w naszej sypialni. Przynieśli koce, poduszki, samochody, książki i nie wiem co jeszcze. Bawili się całkiem spokojnie chyba z godzinę. Nasze małżeńskie zadziwienie nie chciało nas opuścić! Czyli oni też tak potrafią! 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS