Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego (Łk 1, 37)

Kobieta o uformowanym sercu

***

Elżbieta wie już dużo o życiu. Niejedno widziała, niejedno słyszała. Może inne kobiety myślą o niej: wymarzona przyjaciółka, wymarzona matka. Taka, która na każde pytanie zna odpowiedź – odnajdzie w pamięci jakąś historię, a do tego jeszcze nigdy nie zapomni wspomnieć o Bogu. Ma przecież swoje lata i duże doświadczenie. Choć już tyle z siebie dała, ma nadal siłę, by służyć ludziom i Bogu. Nie chlubi się swoją pracą, nie zwierza się ze swoich trosk. Sprawiedliwa, wierna Panu, wzorowa żona i prawie spełniona kobieta. Nie odeszła od Boga, choć pewnie niełatwo jest zrozumieć Jego drogi. Po tylu latach pewnie zdążyła choć po części zaakceptować swoją bezdzietność. Być może pogodziła się sama ze sobą. Przecież wie, że nie jest pozbawiona łaski, nie jest ułomna. Chociaż spojrzenia innych ludzi nie zawsze ją w tym utwierdzają, to jednak słucha Jego głosu. Ona wie, że otrzymała wiele, Bóg szepce jej to do ucha codziennie, widzi to w oczach męża, ale uczucie niespełnienia i straty nie wygasło zupełnie. Emocje przecież najtrudniej opanować i zmieniać. Może daje sobie do tego prawo. Przez lata musiała mierzyć się ze swoim smutkiem i żalem, patrząc na rosnące, okrągłe brzuszki innych kobiet, a później na ich maleńkie dzieci. Pan miał widocznie inną drogę dla niej. Złożyła w ofierze swój ból, choć przez długi czas wciąż miała nadzieję. Co miesiąc czuła szybsze bicie własnego serca, które później zwalniało. I gdy zaczyna o tej nadziei zapominać, przychodzi ten dzień, kiedy zaczyna doświadczać stanu błogosławionego! Ale to nie koniec radości Elżbiety. Tylko czy ona mogłaby choćby przepuszczać, że doświadczy jeszcze większego cudu? Że przez trzy miesiące będzie przebywać blisko Pana? Że będzie pierwszą, która będzie mogła Go adorować w ciszy swojego domu, pod sercem swojej krewnej Maryi? Elżbieta patrzy na świat inaczej, głębiej. Widzi, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Niepłodna może urodzić syna, a młoda, dobrze znana jej kuzynka, może zostać Matką Boga. Elżbieta naprawdę wie dużo o życiu i o Bogu, ale On nigdy nie przestaje jej zadziwiać.

Jakie cuda w moim życiu Pan uczynił?

***

 

Czytaj dalej...

Ta, która wychwala Pana

Była tam kobieta, która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Gdy Jezus ją zobaczył, przywołał ją i rzekł do niej: Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocyWłożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga.

Łk 13, 11-13

Przygarbiona. Bezimienna. Pewnie uśmiechnęłaby się gorzko, słysząc o swoim pięknie albo o tym, że jest Córką Króla Królów. Tego zniekształcenia nie da się ukryć jak fałdki na brzuchu czy przypudrować jak przebarwienia na twarzy. To nie jest tylko znamię na plecach, to widoczna z daleka cała jej postawa, jej ciążenie ku ziemi, jej nakierowanie wzroku na własne stopy. Ona cała jest pochylona i z trudem mogłaby spojrzeć drugiemu człowiekowi w twarz. Z trudem mogłaby też spojrzeć w lustro, by zobaczyć, kim naprawdę jest. Może czuje, że cała jest pochyleniem i niemocą. Wielokrotnie próbowała wyprostować się, ale zniechęcona, odpuściła sobie tę walkę. Zaakceptowała niedogodności i wytknięcia palcami. Może nie pamięta, jak było dawniej, w końcu zmaga się ze swoją ułomnością już 18 lat. Po takim czasie można przywyknąć do różnych, nawet najgorszych warunków, można nie widzieć wielkich zmian, jakie zaszły, można nie pamiętać, że kiedyś było inaczej, można przestać marzyć o tym, by było lepiej. Może zaczęło się od prawdziwej choroby ciała, ale to niedomaganie dotknęło także jej duszy. Może chorowały jej kości. Ale teraz już to nie tyle jej ciało jest chore, a jej serce, które zostało zniewolone przez złego ducha. Nieprzyjaciel mógł wykorzystać jej sytuację, emocje, uczucia. Mógł podsycać w niej żal, smutek, zgorzknienie, zazdrość. Może kobieta uległa zniechęceniu, może zaczęła pogardzać innymi, może odwiedzała świątynię, ale nie miała w sobie żadnej wiary i woli walki. Jej historia pełna jest niewiadomych. Ale dzięki nim po części możemy, dopisując zdania jej życiorysu, odnaleźć i nasze pochylenie.

W tym dniu, który opisuje św. Łukasz, ta właśnie kobieta przychodzi do synagogi, nie prosząc o uzdrowienie. Przychodzi z niemocą. Może przychodzi tylko z przyzwyczajenia, bez serca płonącego żarem. Modli się tak, jak umie. I wtedy z oddali zostaje dostrzeżona przez Jezusa. On ją widzi. Nie jej zgarbioną sylwetkę, nie jej grzech, nie jej zniewolenie, ale ją samą. Widzi także coś więcej. Widzi ją taką, jaką może się stać. Widzi ją naprawdę piękną. Woła ją na sam środek świątyni i tam, na oczach wszystkich, przywraca jej wolność. Kobieta odzyskuje postawę wyprostowaną, postawę godną prawdziwej księżniczki. Postawę pozwalającą jej wychwalać Boga tańcem. Uzdrowiona wychwala Pana i widzi już nie ziemię, ale Jego. I siebie – w Jego oczach.

Jej historia spotkania z Jezusem bardzo mnie porusza. Daje nadzieję. Stawia przede mną pytania o moją własną postawę  i o to, jak i kiedy ja wychwalam Pana. Jest jeszcze coś - kontekst tego spotkania, który Ewangelista opisuje dokładnie, ale który zwykle umykał mi gdzieś między rozważaniami o postawie pochylonej a wdzięczności za uwolnienie. Szabat. Jezus uzdrawia kobietę w szabat - w dzień, który miał być dniem odpoczynku i... wysławiania Pana. Tymczasem reakcją przełożonego synagogi na czyn Jezusa jest oburzenie. Uzdrowienie - według niego - zostało dokonane w niewłaściwym czasie. Gorszy się. Zna Prawo i wie, że nie wolno w tym dniu leczyć, gdy nie ma zagrożenia życia. Zna Prawo, ale nie zna jeszcze Prawa Miłości. Szabat jest dniem odpoczynku na cześć Pana, upamiętniającym odpoczynek Stwórcy po sześciu dniach pracy (Wj 20, 8-11). Ale to nie koniec uzasadnienia szabatu. Dla Żydów jest on także dniem upamiętniającym wyjście z niewoli egipskiej. „Pamiętaj, że byłeś niewolnikiem w ziemi egipskiej i wyprowadził cię stamtąd Pan, Bóg twój, ręką mocną i wyciągniętym ramieniem: przeto ci nakazał Pan, Bóg twój, strzec dnia szabatu.” (Pwt 5, 15)

Jezus wyprowadza kobietę pochyloną z niewoli i pozwala jej w dniu szabatu chwalić Pana! Leczy jej serce. Czyni ją wolną. Czyni ją gotową przeżywać ten uroczysty dzień tak, jak może najpełniej! I uznaje swój gest nie za pracę zabierającą siły czy odrywającą uwagę od świętości, a za uczynek miłości, nawet obowiązek Miłości podtrzymujący - czy wręcz dający życie.

Jezus przypomina, że „szabat jest ustanowiony dla człowieka” (Mk 2, 27). Ma służyć człowiekowi do odnowienia serca i głębszego spotkania z Bogiem. I daje nam coś nowego. Dzień, w którym świętujemy Jego zwycięstwo nad śmiercią i wyprowadzenie nas Jego zbawczą ofiarą z niewoli grzechu. To jest ten dzień szczególnego spotkania z Nim, oddania Mu wszystkiego, przemieniania swojego myślenia - prostowania ścieżek. Wyprostowania się i chwalenia Go całym sercem.

W świętowaniu Dnia Pańskiego robię postępy - głównie małe kroki, ale to już coś! Na początku nowego miesiąca, który, choć jest miesiącem wakacyjnym, dla mnie jest miesiącem wytężonej pracy, z wielką radością i nadzieją patrzę na nadchodzące niedziele - w większości bez zobowiązań (o co nie zawsze łatwo). I tak, to jest mój duchowy cel na sierpień. Ćwiczyć się w świętowaniu i wychwalaniu Pana. 

A jak Wy świętujecie Dzień Pański?

Niedziela:

  • Jezus jest w centrum
  • Msza św. z dziećmi (jeśli to możliwe)
  • małżeńskie rozważanie Słowa
  • katecheza dla dzieci
  • rodzinne uwielbienie
  • wyjątkowa rodzinna aktywność (teraz to głównie spacery, odświętne place zabaw itd.)
  • bez Internetu :-)
Czytaj dalej...

Marto, Marto - kobiety Nowego Testamentu (6)

Marta, Marta. Marta z Betanii. Odpowiedzialna za cały dom. Pani domu. Strażniczka ogniska domowego. Starsza siostra. Zabiegana, zatroskana, ciągle w ruchu. Nie usiądzie nawet na chwilę, póki wszystko nie będzie na swoim miejscu. Chce być dobrą gospodynią, chce dobrze zaplanować posiłki i porę pracy, by nie mieć poczucia marnotrawstwa. Chce produktywności, konkretnych rezultatów i poczucia, że ma kontrolę nad wszystkim – nad domem, nad samą sobą, nad siostrą, a nawet nad Jezusem, który wkracza pod jej dach. Jej słusznej trosce i miłości towarzyszy jednak szarpanina, nerwowość i poczucie niespełnienia. Marta nie dystansuje się łatwo. Być może zapomniała zatroszczyć się o swoje serce, które potrzebuje tylko jednego. W pewnej chwili – uwiecznionej przez św. Łukasza – zapomina, że Jezus chce jej samej, a nie tego, co ona może Mu zaoferować. Nie ona pierwsza i nie ostatnia! Marta na pewno bardzo pragnie najgłębszego spotkania z Jezusem, ale chce, by wszystko było idealnie przygotowane, a Jezus mówi: „Tu i teraz. Ty i ja” Zatrzymaj się, zobacz, po co to wszystko. Spójrz w oczy Tego, dla którego to robisz. Spójrz w swoje serce, które ciągle bije w szybszym tempie, wycisz je, bo nic nie usłyszysz. Masz tylko to, co jest dzisiaj. Marta, aktywna i żywiołowa, na pewno pracuje nad sobą ze zdwojoną siłą i nigdy nie zapomni Jezusowych czułych, przyjacielskich, ale też konkretnych słów. Nie traci przy tym swojej charyzmy. Być może uczy się od swojej siostry milczenia i przyjmowania, ale nadal chce okazywać miłość na swój sposób – czynami. Może w swoją pracę włącza więcej modlitwy i pokoju. Może to ona, a nie św. Benedykt, zapoczątkowała regułę ora et labora? Na pewno słowa Pana brzmią w jej sercu nieustannie jak dzwony w kościele bijące na Anioł Pański. Przypominają jej o tym, co najważniejsze: „Marto, Martusiu, tylko jednego...”. To Marta uczy Marię działać, a nie tylko kontemplować, i słowo wcielać w czyn. Przypomina jej, że jest potrzebna wśród ludzi, że nie bez znaczenia jest to, co robi i to, gdzie jest. Po śmierci Łazarza to Marta jako pierwsza wybiega Jezusowi na spotkanie (J 11, 20), to ona pierwsza wyznaje wiarę i udowadnia, że doskonale wie, gdzie jest najlepsza cząstka.

Tekst z Kalendarza Kobiety 2017: Kobiety Nowego Testamentu

 

***

W czerwcu tego roku towarzyszy mi Marta. Pewnie nie tylko mnie, ale także wielu kobietom korzystającym z Kalendarza 2017. W tym ostatnim miesiącu przed wakacjami, w tym czasie zabiegania, planowania, podsumowania roku pracy. A jednocześnie w miesiącu, który wypełniony jest świętowaniem. Najpierw Zesłanie Ducha Świętego, później Uroczystość Najświętszej Trójcy, Boże Ciało, Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa... i można by tak dalej. Czy nie jest to miesiąc z idealnym pytaniem skierowanym wprost dla Marty: co wybierzesz? Kogo wybierzesz? Czy pamiętasz, gdzie jest najlepsza cząstka? To pytanie nie tylko do Marty, to pytanie i do mnie. 

Czytaj dalej...

Ta, która bardzo umiłowała - kobiety Nowego Testamentu (4)

Mówimy o niej: Jawnogrzesznica lub Nawrócona grzesznica, a Jezus wskazuje na coś całkiem innego, pokazuje nam ją w innym świetle - jako kobietę, która bardzo umiłowała. On widzi ją taką, jaką ona jest naprawdę. Taką, jaką jest tu i teraz - i jaką pragnie się stać. On widzi jej miłość. Bierze ją w obronę i ukazuje jako wzór pobożnemu faryzeuszowi, który - jak się okazuje - także jest dłużnikiem Miłującego Pana - sam nawet nie wie, jak wielkim!...

Kobieta namaszczająca Jezusa pojawia się we wszystkich relacjach Ewangelistów (por. Mt 26, 6-13; Mk 14, 3-9; J 12, 1-8), ale tylko w Ewangelii św. Łukasza to nie „marnowanie olejku, a osoba wylewająca go, staje w centrum zainteresowania ludzi zebranych w domu faryzeusza Szymona. 

Czasem wydaje mi się, że mam niewiele wspólnego z tą kobietą. Nie mam aż tak złej reputacji. Nie jest mi aż tak źle. Jednocześnie nie mam często aż tak wielkiej odwagi. Moje łzy nie wypływają z aż takiej głębi. Nie kocham aż tak wielką miłością. A jednak lepsze poznanie jej historii i lepsze poznanie siebie (!) pozwala mi dostrzec, że i we mnie jest jakaś część bliska jej doświadczeniu. Pragnienie innego spojrzenia, pragnienie zmiany, pragnienie czystości, pragnienie początku, pragnienie bliskości. Zwłaszcza w chwilach upadków i największych ciemności. Też chciałabym mieć w dłoniach alabastrowy flakonik i zupełnie nie kalkulować, nie spoglądać dookoła, nie przejmować się tym, jak to zostanie odebrane, komu może się to nie spodobać - po prostu oddać to Jezusowi. To, co najcenniejsze. Ale i to, co najboleśniejsze. Oddać Mu wszystko.


Zapraszam Was w tym miesiącu szczególnie do medytacji tego fragmentu Ewangelii (Łk 7, 36-50) Na ile odnajduję siebie w postaci tej kobiety? Czy umiem kochać tak jak ona? A może bliżej mi do faryzeusza Szymona?  

A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku,  i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem.

Łk 7, 37-38

 

***

Film z cyklu Kobiety Nowego Testamentu zainspirowany spotkaniem kobiety, która bardzo umiłowała z Jezusem.

Zapraszam do obejrzenia! 

 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS