Przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości. (Kol 3, 14)

Dziecko prawdę ci powie

Dziecko prawdę ci powie. Wiedziałam o tym, zanim oficjalnie zostałam mamą. Słyszałam o tym wiele razy, czując, że chyba i tak dobrze wiem, jak to będzie przebiegać. Czekałam na to z pewnym gotowym już, niemalże napisanym scenariuszem pt. czego chciałabym dowiedzieć się o sobie, który domagał się tylko korekty, ale przede wszystkim potwierdzenia. Jednak dziecko jest dużo bardziej krytycznym korektorem, niż przewidywałam i mówi głośniej i szybciej, niż mi się wydawało.

Dzieci zaczynają mówić zanim powiedzą jakieś słowo, choćby to przypominające ba-ba czy ma-ma. One, przez sam fakt bycia z nami, tuż obok, wskazują nasze braki, trudności z emocjami, z dawaniem bez oczekiwania, ze stawianiem swoich potrzeb przed nimi, każą zmierzyć się z własnym dzieciństwem i tym dzieckiem w sobie, które ciągle nosisz. One pokazują, wytykają – największą pustkę i największy bałagan serca, ale i największe światło i piękno, i te zakurzone już nieco, zapomniane skarby w nas, jak skarby na strychu babci. Te, o których nawet nie mamy pojęcia. Pokazują tak wiele…, jeśli tylko mama znajdzie czas, by to nazwać i oswoić, by przenieść wzrok znad łóżeczka i przewijaka, i placu zabaw na samą siebie. A że bywa to trudne wyjście poza swoją strefę codziennego nastawienia, to mamy wiedzą. Bo górnolotne pytania o to, co pokazuje mi moje dziecko o mnie (i o sobie!), zderza się z prozą przenoszenia brzdąca z miejsca na miejsce, przebierania z jednych spodni w drugie (co kiedyś wydawało mi się spełnieniem marzeń modowych, podkreślam kiedyś), studzenia gorącej butelki, siedzenia z maluchem na dywanie, udając odgłosy zwierząt i przewracając grube kartki książki, które maluch próbuje zjeść. A gdy wieczorem dziecko uśnie, nie zawsze pierwsze myśli, które przychodzą do głowy, można zatytułować: czego dziś dowiedziałam się o sobie?:-) Raczej: jeszcze trzeba zmyć podłogę, wstawić pranie, co jutro na obiad albo w końcu obejrzę serial lub film, byle taki dla rozluźnienia. Wejść głębiej w swoje serce? Wejść w siebie? Kiedy ja mam wrażenie, że zaraz wyjdę z siebie – coś takiego usłyszałam niedawno. Ale właśnie wyjść z siebie na chwilę to dobra okazja, by spojrzeć z zewnątrz i wrócić.

Macierzyństwo to dobra okazja, by odkrywać bardziej siebie, by pracować nad swoimi emocjami, zastanawiać się, skąd one się biorą, o czym mi mówią, dlaczego reaguję tak, a nie inaczej, jakie ja mam pragnienia i marzenia, za czym ja tęsknię, co potrafię, co mi zupełnie nie wychodzi, a więc summa summarum kim ja jestem. Bo nie jestem tylko mamą, choć przy maleńkich dzieciach czasem ciężko w to uwierzyć.

To, że dziecko pokazuje mi prawdę o mnie, ma jeszcze inne znaczenie, którego nie przewidziałam wcześniej. Pragnę, by moje dziecko było szczęśliwe, nie znam nic piękniejszego od jego śmiechu i spokojnego snu. Mogę bez przerwy podchodzić do jego łóżeczka i podziwiać to małe śpiące Arcydzieło (zdradzę nawet coś więcej: robimy to z mężem naprzemiennie!). Ale mam więcej oczekiwań: chcę, by miał mocne poczucie własnej wartości, by miał głęboką wiarę w Boga i by to Jemu ufał, chcę, by był świadomy swoich mocnych stron, ale by umiał też przyznać się do błędu, itd. Z prozaiczności – chcę, by zdrowo się odżywiał (nie przejadał słodyczami i słodkimi napojami), by lubił sport, by był kulturalny i grzeczny wobec innych ludzi. Chcę, by był sobą, by zrealizował swoje marzenia i talenty, ale przy tym, by był dobrym człowiekiem – może kiedyś mężem i ojcem. Wygląda to na całą listę życzeń. Wiem, że każdy rodzic ją ma. I przy tej mojej pięknej liście, którą już powoli chciałabym wdrażać, pojawia się prawda o mnie – z próżnego i Salomon nie naleje. Nie mogę nauczyć go awersji do czekolady, kiedy sama nie mogę się jej oprzeć (tej z Karmello - gorącej z miętą i bitą śmietaną albo mrożonej w upalne dni), nie mogę nauczyć go nie nadużywania soli, kiedy przesalam swoją zupę, i nie mogę dać mu poczucia własnej wartości, jeśli nie pokocham samej siebie (to szczególnie ważne ze strony mamy wydaje mi się w przypadku córki). Nie uwierzy mi, że wiara jest wielką przygodą z Bogiem, jeśli nie podejrzy, choćby przez dziurkę od klucza, że i ja w niej uczestniczę. Nie będzie mówił piękną polszczyzną i słowami miłości, jeśli nie usłyszy ich od nas, jeśli będziemy mówić krzykiem. Nie chcę rzeźbić mojego dziecka na mój obraz i podobieństwo, ale wiem, że będzie patrzył. Już patrzy. Będzie naśladował, będzie weryfikował słowa przez czyny. Będzie się zastanawiał, czy chce być trochę taki jak my, a będzie to już później, po tym jak trochę takim się stanie. Zanim  więc zacznę go zmieniać, muszę zmieniać samą siebie, zanim zacznę od niego wymagać, muszę wymagać od siebie. Zanim dotrę do jego serca, muszę dotrzeć do mojego własnego.

Czytaj dalej...

Rocznicowe refleksje

Dokładnie rok temu zrobiliśmy mu pierwsze zdjęcie. Precyzyjnie mówiąc, nie my je zrobiliśmy. Nasz aparat nie miałby szans na takie ujęcie. Iruś był maleńki, a na zdjęciu nawet niewidoczny (zwłaszcza dla takich medycznych laików jak my).

Pierwsze zdjęcie. Jeśli nic nie widać, to dobrze widać. 25.04.2013

Niecałe dwa miesiące później został uwieczniony w swoim pierwszym filmiku, na którym prezentuje najróżniejsze kopnięcia, chwali się swoim serduszkiem wybijającym rytmiczne pam-pam, pokazuje swój kręgosłup, a nawet uśmiech. Tak, mamy i takie zdjęcie, na którym się uśmiecha. Jednak mój najulubieńszy kadr pochodzi z kolejnego nagrania, na którym Iruś macha nam rączką, ukazując swoje pięć paluszków. A oprócz tego ujawnia, że jest chłopcem.

Dziś waży ponad 8 kg i już niebawem nie wciśnie się w rozmiar 68. Choć jego mała dłoń topi się w mojej (nie tak znowu przecież ogromnej), to od tamtego momentu, dokładnie od 25.04.2013 urosła ileś-tam-krotnie. Pięćdziesięciokrotnie? Stokrotnie? Dwustukrotnie? Zgaduję jak w programie z lat dziecięcych „Szalone liczby”, ale mogę się oczywiście bardzo mylić, bo nigdy nie wiedziałam jak oni to przeliczają.

Tyle się w nim zmieniło, tyle w nim dojrzało. Ale nie zmieniła się przy tym jego nie-samodzielność. Owszem, teraz może żyć poza moim ciałem, ale jest całkowicie zależny od innego człowieka, od jego ciepła, od miłości. Wystarczyłaby chwila nieuwagi lub drobne potknięcie, by wyślizgnął się z rąk, wystarczyłoby pewnie kilka dni zostawienia go samemu sobie, by zginął z głodu, zimna i tęsknoty. Jest bezbronny tak jak był rok temu. Jedyną jego „bronią” dziś jest ten przecudny wygląd, jego u-śmiech, jego rozbrajająca niewinność i nieporadność oraz to nieziemskie piękno, które po prostu nie pozwala przejść obok obojętnie. Zwłaszcza tym, którzy w tym pięknie odnajdują siebie. (Głosy są wciąż podzielone, ale tymczasowo wygrywa tata jako właściwszy pierwowzór.) Zachwyca mnie też zachwyt małych dzieci nad mniejszymi dziećmi. To takie czyste i prawdziwe spojrzenie tych, którzy jeszcze nie zrozumieli, że byli niemowlętami o podobnej sile rażenia pięknem.

Innym atutem takiego malucha jest prawo, które nakazuje rodzicom opiekę nad dzieckiem i respektowanie jego potrzeb. Zaniedbanie lub targniecie się na życie takiego Maleństwa jest przestępstwem. Nikt nie ma co do tego wątpliwości, nawet mainstreamowe media co i raz podrzucające nam historie z cyklu niewiarygodnych i karygodnych. Zaniedbanie lub targnięcie się na jego życie rok temu w wielu krajach (zdajecie sobie sprawę w jak bardzo wielu?) byłoby nazwane moim wolnym wyborem, zabiegiem, przywróceniem miesiączki czy coś w ten deseń. A ja wiem, że On wtedy też się uśmiechał i był calutki gotowy, by rosnąć i rozwijać się. Był mały, ale cały. Był jak misternie zaplanowane arcydzieło, które rozpoczęło proces objawiania się. Proces, który się nie skończył. Jeszcze nie jeden raz padnę na kolana z tego zachwytu.

Kiedy pod moim sercem zamieszkał Iruś, moja wzruszona mama znalazła gdzieś na dnie szuflady swoją kartę ciąży jeszcze z czasów PRL. W pierwszym odruchu miałam problem, by załapać, które dziecko wtedy kołysała w swoim brzuszku. Rok już po narodzinach mojej siostry, ale rok przed moimi narodzinami. Ale przecież to kalendarzowy rok. Tak, to karta ciąży z danymi z tego czasu, kiedy ja ważyłam kilka, kilkanaście, następnie kilkadziesiąt gramów, a później aż do… bodaj 3,5 kg. Ja byłam przed moimi narodzinami! W roku przed rokiem moich narodzin przypadających na lipiec. Żadne wielkie odkrycie, czysta matematyka i biologia. Ale jakże mnie to poruszyło. Też byłam taką kropeczką, której niedostrzeżenie było prawidłowym ujrzeniem.

Ja mam więc pamiątkową kartę ciąży, nie mam tak pięknych filmików i zdjęć jak dzieci dziś. Byłam wtedy niezgłębioną tajemnicą dla moich rodziców, a teraz i dla samej siebie. Ale jestem pewna, że też się uśmiechałam i tańczyłam. Oczywiście w rytm serca mojej mamy.  

* * *

PS A że wpis rocznicowy - dziś właśnie mija rok od rozpoczęcia warszawskiej inicjatywy mszy dla kobiet! Odbyło się ich już 10! :-) 

Czytaj dalej...

Czy może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu

Kiedy mój młodszy brat jako dziecko zostawał na dłuższą chwilę u babci, dokonywał z mamą swoistej wymiany. Ona zostawiała mu swój zegarek, on za to dawał jej pozwolenie na odejście. Naturalnie, na nic był mu wtedy zegarek (zwłaszcza taki najzwyklejszy, z tarczą i wskazówkami), czas bardziej czuł niż mierzył, nie potrzebował nawet tego małego przedmiotu, by przypominał mu o bliskości tej, która stanowiła dla niego wtedy prawie cały świat (przecież z taką motywacją wybierałby raczej apaszkę, by nie tylko dotknąć „kawałka mamy”, ale i ją poczuć). Zegarek był kartą przetargową i gwarantem. Gwarantem, że mama po niego wróci. Po niego, czyli po zegarek. A przy okazji i po swoje dziecko.

Odebrać z pralni żakiet, wstąpić do warzywniaka po pomidory, zapytać na poczcie o wolną skrytkę (choć odpowiedź znasz doskonale), a nawet wyprać wyjściowe ubranka czy kupić pieluchy  – o tym wszystkim zdarzy się zapomnieć każdej mamie, ale zapomnieć o odebraniu dziecka? Czy może mama zapomnieć o swoim dziecku? (por. Iz 49,15) Czy nie jesteśmy połączeni nierozerwalną nicią? Taką, która na zbytnie oddalenie po prostu nie pozwala?

Przecięli naszą pępowinę zaraz po narodzinach. Nawet nie tyle przecięli – tata przeciął. Myślałam, że będzie to bardziej boleć, że nie będę chciała oddać go w obce ręce, że będzie ta pierwsza trudna rozłąka. Łatwiej jest przecież ukrywać go pod swoją skórą, ukrywać przed całym złem świata i nieszczęściami, jakie się przytrafiają ludziom, także tym bardzo dobrym. Ale wtedy ukrywałabym go i przed niepojmowalnym pięknem, którego nie może zobaczyć z tamtej strony, przed moim i taty uśmiechem, przed cudem, jakim jest drugi człowiek i przed jego własną przygodą dorastania i uczenia się życia. Ale i wtedy, choć było łatwiej i bliskość nasza była najbliższa, zdarzało mi się zapomnieć o nim, zwłaszcza gdy był ukryty i tak maleńki, że jeszcze niewyczuwalny. Nie wierzyłam, że istnieje, a czasem zapominałam i o tym, że nie wierzę. Przypominał o sobie, stanowiliśmy pewne jedno, a ja i tak potrzebowałam chwili namysłu, by obudzona ze snu potwierdzić, że tak, jestem w stanie błogosławionym i tak, tam, a właściwie tu, jest człowiek, mój człowiek.

A czy może niewiasta zapomnieć wtedy, gdy dziecko przytula do piersi? No jakże? Nigdy! Nigdy nie zapominam – kłócę się z autorem natchnionym. Od chwili, gdy tylko pojawił się, jestem do ciągłej dyspozycji. A jednak, kiedy robię bardziej skrupulatny macierzyński rachunek sumienia, to pytanie kołacze mi dość dosadnie w uszach. Mogę zapomnieć. Zapominam. I dziś, kiedy przebudzam się w środku nocy jednym jego poruszeniem, zdolna przechwycić go jeszcze przed płaczliwym wołaniem o jedzenie, robię to odruchowo, mimowolnie, a w moich snach nie zawsze jestem przy nim, nie zawsze on jest obok, cofam się nawet do czasów sprzed naszej ery. I zdarza mi się czasem wyjść i przez moment zapomnieć, że jestem mamą, być tak pochłoniętą czymś przez chwilę czy dwie, że gdzieś na obrzeża świadomości wędruje poczucie macierzyństwa. Niby jest w pamięci, a jakby go nie było. Pamiętam, ale zapominam. Jest, ale go nie ma. 

Może autor księgi Izajasza pisał raczej o tym zapomnieniu, które jest odrzuceniem, zaniedbaniem, którego nawet w myśli nie może dopuścić żadna zakochana mama (a przecież i takie scenariusze się zdarzają), ale czyż moja pamięć nie jest całkowicie niedoskonała? Czy nie zapominam o sprawach największych, np. o ogromie Miłości Bożej? A co dopiero o tych sprawach mniejszych i najmniejszych? Czy niekiedy nie czytam słów napisanych przez samą siebie jakbym czytała je po raz pierwszy? I czy pomimo tego ogromnego kroku, jaki robię każdego dnia, walcząc z własnymi zachciankami i egoizmem, czy jednak one nie wygrywają wielokrotnie? I wcale nie zapominam o sobie, ale o nim, bo jest tyle spraw pilniejszych i ważniejszych - telefony, maile, nieupieczone ciastka, spotkania i wyzwania, które można by sobie darować. Bo przecież nie ma nic pilniejszego niż zabrudzona pielucha czy wyjące z głodu niemowlę ani nic ważniejszego niż bycie razem tak po prostu, bez pośpiechu i bez jakichkolwiek uzasadnień natury psychologicznej o budowaniu więzi i wadze relacji matka-dziecko, a tylko dlatego, że tak jest dobrze, że taka jest miłość.  

Nie chciałabym, by Mój Ojciec niebieski był takim ojcem, by istniał choć cień szansy, że dopadnie go starcza demencja, burza hormonów czy zanik pamięci, by wzburzył się i obraził, by zrobił sobie wolne od ojcostwa, nie mówiąc już o szczypcie egoizmu. Ale Jemu nic takiego nie grozi, On jest przecież Miłością (której pamięć nigdy nie zawodzi).

I ja chcę stawać się Miłością. Nie tylko jako mama.

Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, 
ta, która kocha syna swego łona? 
A nawet, gdyby ona zapomniała, 
Ja nie zapomnę o tobie.

(Iz 49, 15) 

Czytaj dalej...

Serce Mamy

Z narodzinami serca mamy było tak…

Nie potrafię opisać tych narodzin. Raz wydają mi się krótką chwilą, całkowitą eksplozją, kumulacją w jednym momencie (zupełnie jak końcowy moment rodzenia), ale przecież to był długi proces, poprzedzony robieniem miejsca Temu Nowemu Życiu we mnie, nawiązywaniem z nim relacji jeszcze przed spotkaniem naszych oczu. A nawet więcej, to serce mamy dojrzewało o wiele wcześniej w mojej kobiecości, gdzieś w tych odległych o dekady czasach, kiedy opatrywałam rany moim pluszakom i matkowałam lalkom, kładąc duży nacisk na ich edukację, może czasem zbyt duży, i powtarzając im, że muszą być dzielne i grzeczne (techniki wychowawcze były dość proste), a następnie robiąc dla nich babki z piasku.

Serce mamy dojrzewa w nas przez cały czas, szukając swojego wyrazu, swojej realizacji, uwieńczenia. I wiem, że choć wydaje mi się teraz tak wielkie i pełne, to wciąż jeszcze nie osiągnęło swojego całkowitego rozmiaru. Wciąż ma w sobie ukryty potencjał poszerzania i robienia miejsca na inne, na nowe. Podobno z każdym dzieckiem to serce staje się większe i cięższe, zupełnie wbrew wszelkiej logice klasycznej – miłość mamy zwiększa się, kiedy trzeba ją dzielić. To opowiadała mi moja mama nie raz. Gdy oczekiwała na drugie dziecko (tak się składa, że akurat na mnie : - ) zastanawiała się, czy będzie w stanie pokochać mnie w pełni, skoro tak mocno, całą sobą pokochała swoją pierwszą córkę. Odkryła po moich narodzinach, że ta miłość przedziwnie się rozmnożyła, jej serce się poszerzyło, niczego nie ubyło w miłości do pierwszego dziecka, a nawet wystarczyło jeszcze do pokochania kolejnego (a pewnie i dla następnych niczego by nie zabrakło! Co widać w sercu Babci, które przecież z sercem mamy ma wiele wspólnego). Nasze serce jest plastyczne, rozciągliwe, nie ma granic – zupełnie jak miłość, nigdy nie jest ukończone, jest dziełem otwartym, do wypełnienia, nie leży w jego naturze być ostygłym i zamkniętym. 

Serce mamy rodzi się na wiele sposobów. W naszym kobiecym dojrzewaniu, w rodzeniu, w spojrzeniu na nowego, bezbronnego człowieka, w pierwszym spotkaniu, które okazuje się pożegnaniem, a także w wypełnionej miłością tęsknocie za Dzieckiem, w doświadczeniu pustki i gotowości przyjęcia Innego, w przyjmowaniu duchowym i cielesnym cudzych dzieci jako własnych, jako przedłużenie swojego życia. I jak to jest z rodzeniem (choć słuchałam wiele opowieści o pięknych, niemal mistycznych porodach), narodziny serca mamy najczęściej wiążą się z jakimś bólem. (Podobno Księga Rodzaju mówi o trudzie rodzenia, ale jednak skłonna jestem przyjąć tradycyjne tłumaczenie o bólu.) A boli przecież na różne sposoby, czasem ból fizyczny to ten ból najmniejszy.

„Zapewne żadne inne doświadczenie życiowe nie oddziałuje na serce kobiety bardziej niż posiadanie lub nieposiadanie dzieci – ponieważ Bóg w sercach większości z nas zaszczepił pragnienie bycia matką.” (Sharon Jaynes)

Każde serce kobiety jest sercem mamy, które dojrzewa, kształtuje się przez najróżniejsze doświadczenia. To macierzyństwo – jakże będę tu niepoprawna, wbrew głośnym i popularnym hasłom o tym, że instynkt macierzyński nie istnieje, że nie każda kobieta chce być matką, że dla części kobiet jest to największy koszmar życia i najczarniejszy scenariusz jej drogi – kształtuje nas jako kobiety. To macierzyństwo duchowe i fizyczne, to macierzyństwo, czyli gotowość przyjmowania Innego człowieka, chronienia go, towarzyszenia mu, oddawania siebie dla innego, uczenia, prowadzenia za rękę, pomagania mu we wzrastaniu - ono jest w nas. Rodzenie jest też umieraniem – nas samych, naszych wyobrażeń o sobie, naszych niekiedy planów, naszych wymagań wobec innych. By rodzić się na nowo. A my kobiety przecież tak lubimy te zmiany – zwłaszcza te zmiany na Lepsze.

„Jeśli boisz się, że stracisz swoje życie, słusznie: stracisz je. Od dziś przez ładnych parę lat o każdej porze dnia i nocy będziesz musiała strzec istnienia innej, zależnej od ciebie, osoby. Ale swoje życie odzyskasz, i to bogatsze, pełniejsze, szczęśliwsze.” (Costanza Miriano, Wyjdź za mąż i poddaj się!)

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS