Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości! (Mk 5, 34)

Twój nowy styl

Podobno książek nie powinno się oceniać po okładce, jednak w dzisiejszych czasach, kiedy możemy wybierać spośród setek propozycji walczących o naszą choćby chwilową uwagę, okładka jest po prostu ważna, zwłaszcza dla kobiecego, wyczulonego na piękno, oka. Przyznaję więc, że okładka „Twojego nowego stylu” nie zachęcała mnie do lektury przez dłuższy czas. Za to zaprezentowane tematy kusiły i obiecywały konkretne, bezkompromisowe spojrzenie na bardzo ważne kobiece sprawy. Mój nowy, duchowy, kobiecy, przeniknięty wiarą i prawdą styl – to mnie urzekło! Tak samo jak duchowe Spa, Fe!minizm (dodałabym i podkreśliła – ten nie-nowy) i wyzwolONA przez Niego. Opakowanie tej publikacji mogłoby być lepsze, ale... liczy się przecież  jej wnętrze, a to jest naprawdę dobre.  

„Bóg kocha nas właśnie takimi, jakimi jesteśmy, ale równocześnie kocha nas za bardzo, żeby nas takimi zostawić.” (Teresa Tomeo) Żadna wielka nowość dla tych z nas, które ze swoim Stwórcą spacerują od dłuższego czasu. On kocha nas całkowicie i bezwarunkowo, nawet kiedy nakładamy na twarz zbędnie grubą warstwę pudru albo wkładamy w uszy zatyczki, zamykając się na Jego słowa lub ciągle odwlekając moment odpowiedzi, mając cichą nadzieję: jeszcze kiedyś tam zdążę. Kocha, ale pragnie naszej doskonałości. W swojej książce Teresa Tomeo pokazuje jak sam Bóg walczy o nas w tych zwariowanych czasach - o nasze ciała, naszą godność, nasze poczucie wartości, naszą bliskość z Nim. Pokazuje, że jesteśmy Tego warte, to znaczy Tej Miłości, a nie tuszu do rzęs czy kremu za niebotyczne pieniądze!;-)

Teresa Tomeo to nawrócona amerykańska dziennikarka, niegdyś nastawiona na karierę feministka, która w swojej książce w bardzo przejrzysty i mądry sposób opisuje meandry współczesnej kultury i mediów, a także kłamstw, które próbuje się dzisiaj wtłoczyć w nasze serca. O tym, że mamy być jak wyretuszowane modelki, że mamy walczyć ze swoją kobiecością, że antykoncepcja jest lekarstwem na wszystkie nasze bolączki i nierówność między płciami czy że aborcja jest cudownym wyjściem awaryjnym, gdy pigułka zawodzi. Z jednej strony to wszystko jest nam już w jakiś sposób – mniej lub bardziej – znane, ale z drugiej strony – spojrzenie Tomeo, która świadczy o tym, co pisze nie tylko jako znakomita specjalistka mediów, ale także kobieta, która przeszła przez drogę zmiany myślenia i swojego życia, jest bardzo cenne. Lubię takie książki, w których czuję, że autorka odsłania przede mną kawałek siebie, dzieli się sobą, jakby wyciągała rękę do przyjaciółki lub młodszej siostry. 

Czy media w Ameryce różnią się bardzo od naszych realiów? Trochę tak, trochę nie. Stany Zjednoczone zdają się być o krok przed nami i to na ich błędach możemy się uczyć, to pewne. Dużą różnicą, dzielącą naszą polską mentalność od amerykańskiej, jest na pewno kwestia aborcji. U nas dozwolona w ograniczony sposób, tam jest dostępna niemalże na wyciągnięcie ręki. To jest dopiero ogromna walka duchowa, batalia medialna oraz potrzeba działań organizacji pro-life! Rozdział na temat aborcji pomaga nam zrozumieć i wyobrazić sobie (choć nie wiem, czy jest jakakolwiek szansa, aby to móc sobie wyobrazić), jak wygląda podejście Amerykanów (ale przecież nie tylko) do aborcji, jak wychowują się tam młode pokolenia, jak traktowane jest tam nowe życie. To pozwala nam zobaczyć, że toczy się ogromna walka o każde życie i każdą kobietę. 

Równie cenne tematy, jakie porusza autorka w Twój nowy styl, to kwestia tak lansowanej dziś antykoncepcji, która jest wciąż jednym z najmniej rozumianych wśród wiernych elementów nauczania Kościoła. Tomeo pisze także o pułapkach feminizmu i mediów oraz o poszukiwaniu właściwego spojrzenia na siebie w kontekście wprowadzania do swojego życia nowego stylu, nowego ładu, nowych inspiracji.

Książka Tomeo to piękny przewodnik pod hasłem: jak odnaleźć się w dzisiejszym świecie, jak spojrzeć na Kościół i dylematy współczesnych kobiet, jak być taką, jaką mam być, jak być sobą. Doskonałym zakończeniem książki są świadectwa kilku kobiet na temat ich dróg do Boga, ich odnajdywania prawdy i Kościoła, swojej kobiecości i piękna życia. Mocne, poruszające. O tym, jak On przygotowuje je na spotkanie ze sobą, jak stawia na ich drogach swoich ludzi, jak pozwala błądzić, ale nigdy nie opuszcza, jak wybacza i obdarza łaską. Słowa autorki na zakończenie doskonale pokazują tę Moc Boga. 

„Znasz już moją historię i historie innych kobiet, które opierały się ze wszystkich sił, wyrywały i rzucały na wszystkie strony, gdy Bóg zapraszał je do gabinetu duchowej odnowy – ale wyszły stamtąd odnowione, pełne blasku, jako nowe stworzenia w Chrystusie. Pamiętaj: dla Boga nie ma nic niemożliwego. On nas kocha i chce wydobyć z nas wszystko, co najlepsze.”

Teresa Tomeo, Twój nowy styl, wyd. Fronda 2012.

W księgarni KiM w promocyjnej cenie 19,90!

Czytaj dalej...

Oczy i serce szeroko otwarte

Na kursach przedmałżeńskich jest taki jeden temat, który zawsze wzbudza dyskusję. Gdybym miała jakiś czas temu zgadnąć, o jaki temat chodzi, obstawiałabym oczywiście kwestię antykoncepcji – przecież to dziś jeden z najtrudniejszych elementów nauczania KK, najczęściej kwestionowany, problem zupełnie pozbawiony przez wielu poczucia grzeszności i konieczności w przestrzeganiu.

Zaraz obok postawiłabym oczywiście, seks przedmałżeński, który nierozłącznie wiąże się z antykoncepcją. Gdybyśmy pamiętali, że seksualność jest połączona z płodnością (i żadna antykoncepcja nie uczyniła faktycznego podziału, o czym świadczy liczba ciąż niechcianych), problem seksu przed ślubem, seksu przed zobowiązaniem, seksu przed prawdziwą, dojrzałą miłością – po prostu by nie istniał na taką skalę. Ale w głowach ludzi XXI wieku pojawił się ten podział, utwierdzany przez kulturę, edukatorów seksualnych i inne strefy wpływów. Seks już dłużej nie równa się płodność. Nie tylko ta biologiczna, także ta duchowa. Akt seksualny nie musi wypływać i umacniać miłości, nie musi potwierdzać jedności.

Doświadczenie ostatnich wielu miesięcy pokazało mi jednak coś innego. Prawdziwy szum powstaje przy temacie in vitro. Wszyscy o nim słyszeli, zdecydowana większość widzi w nim jedyną szansę na leczenie niepłodności (a na uwagę o tym, że to wcale nie jest leczenie, słyszymy odpowiedź: „no ale cel jest osiągnięty!”, więc jest to dla licznych osób po prostu leczenie problemu), jedyną szansę dla cierpiących par, w których rodzi się ogromne pragnienie potomstwa. Wiele tych motywacji jest naprawdę dobrych – przecież tu chodzi o szczęście małżonków. I właśnie tego argumentu wielokrotnie nie da się przeskoczyć. Hedonizm. Wartościowanie według kategorii szczęście – nieszczęście, przyjemność - przykrość. A dobro? A na dobro nie ma tu miejsca, bo dobro to po prostu szczęście, te najzupełniej subiektywne, nasze.

Pytamy uczestników o to, jakie znają argumenty KK przeciwko in vitro. Nie ma ich zbyt wiele. Ale ktoś mądrze mówi: „zabijanie zarodków”. Zapisujemy. W tej chwili bliżej siedzący uczestnik kręci głową: „to zabijanie to złe sformułowanie”. [Przypomina mi się od razu dyskusja w Sejmie o ustawie aborcyjnej, gdzie pani Kai Godek zabroniono używania słowa „dziecko” i „zabijanie”.] Tak naprawdę nasza dyskusja oscyluje wokół jednej kwestii: kiedy człowiek staje się człowiekiem? Zdarzyło się podczas tych różnych rozmów w grupie narzeczonych, że dwu lub trzykrotnie ktoś z sali naprawdę dał piękne świadectwo, podkreślając, że w momencie zapłodnienia, czyli połączenia komórki jajowej z plemnikiem, jest nowy człowiek i dla niego nie ma innej „granicy”, nie ma tu jakichś pół-rozwiązań, bo sprawa jest prosta. Ale w wielu osobach budzi się sprzeciw: to tylko kropka! To jeszcze nie jest człowiek, to zarodek. Jedna dziewczyna powiedziała kiedyś, że to „przecież nie ma rączek i nóżek”, a gdy odpowiedziałam, że rodzą się ludzie bez rąk i nóg (dobrze znany przykład Nicka Vujicica) albo że człowiek może stracić kończyny w wypadku – oburzyła się na mój argument (nie zacytuję w jaki sposób).

Kiedy zaczyna się życie człowieka? To nie jest kwestia biologiczna – tu nie ma wątpliwości, że życie jest od początku. Rozwój tej maleńkiej istoty pędzi w niesamowitym tempie. Już w tej chwili pierwszej zostają określone jego/jej cechy fizyczne, płeć, pewne uwarunkowania. I już za kilka tygodni w tym malutkim organizmie zobaczymy tak dobrze znane nam rysy człowieka – główkę, nóżki, rączki – zobaczymy to już wtedy, gdy to maleństwo będzie mieć zaledwie kilka centymetrów, a po jego mamie nawet nie będziemy mogli odgadnąć, że jest w stanie błogosławionym. Ale problem idzie dalej: nie tylko kiedy człowiek jest człowiekiem (w momencie narodzenia? jakie to niespójne stwierdzenie, kiedy możemy dziś ratować maleńkie wcześniaki), ale też co świadczy o człowieczeństwie – świadomość (gdy śpimy, tracimy ją przecież)? sprawność fizyczna? nogi i ręce? odczuwanie bólu? bicie serca? rozumność, wolność? Wszystkie są w nas wpisane już na początku, ale wiele z nich wymaga czasu, by dojrzeć. Niektóre elementy możemy stracić, ale czy tracimy wtedy naszą ludzką godność? Człowiek jest tak skomplikowanym stworzeniem, że jego rozwój naprawdę trwa długo. I ten fizyczny, i duchowy. Może zatraciliśmy umiejętność czekania, cierpliwość wobec natury, chcemy wydrzeć Bogu jedną z największych tajemnic Jego stwórczości. A może jednak uznanie tak prostej prawdy postawiłoby nas w tragicznej sytuacji, w potrzebie pokory i uniżenia, do których człowiek XXI wieku nie został wychowany. 

Uznanie godności człowieka od pierwszej chwili jego życia jest przez nasze media i mainstream zupełnie wyśmiane, oddalane od naszych serc, podawane są nam inne sformułowania, akcentuje się dobro (subiektywne) małżonków, piękne pragnienia rodzicielstwa, pomijając przy tym wiele faktów*. Szuka się naukowych lub neutralnych terminów – no właśnie zarodek, blastocysta, ewentualnie niszczenie, ale nie śmierć zarodków, płód nie dziecko - jakby wskazanie na etap rozwoju człowieka cokolwiek zmieniało. Bo gdybyśmy uznali i zrozumieli, że życie ludzkie jest od początku, wiedzielibyśmy, że nie wolno się nim bawić, nie wolno pozwolić, by ktokolwiek tworzył je według swojej ochoty i zgadzał się na jego zabijanie. Gdybyśmy zrozumieli, że to jest maleńki człowiek, taki sam, jakim byliśmy wiele lat temu, nie moglibyśmy postąpić inaczej jak uznać naszą powinność chronienia i kochania go. Wbrew naszym zachciankom, nawet wbrew naszemu cierpieniu. Wiedzielibyśmy, że to jest jakieś Ty, nie pewne to. Ta prosta prawda sprawiłaby, że dyskusja o in vitro byłaby ucięta dość szybko. I rzeczywiście dla niektórych osób ta rozmowa daje jasny rezultat: wiedzą, dlaczego in vitro jest niedopuszczalne, dowiadują się, na czym rzeczywiście ono polega, otwierają oczy, bo mają otwarte także serca na Innego, na Drugiego, na Życie.

Kwestii, jakie poruszamy w tych rozmowach jest oczywiście, dużo więcej. Ale jeszcze jedną chcę szczególnie wyróżnić. Pytamy narzeczonych, czy słyszeli o NaProTechnology. Na 20 par zazwyczaj ręce podnoszą dwie. Rodzi się wtedy jedno pragnienie – by pamiętali, że coś takiego jest, że in vitro nie jest ostatnią deską ratunku, że można o płodność dbać, można nie ingerować w życie ludzkie, można w zgodzie z sumieniem starać się o poczęcie dziecka. Wiecie co się wtedy dzieje? Ludzie nie dowierzają. Szukają dziury w całym. Twierdzą niektórzy, że diagnostyka niepłodności to jest standardowa procedura przed in vitro, oburzają się, kiedy porównujemy koszty tych metod, zamykając przy tym oczy na to, komu tak naprawdę zależy na przeprowadzaniu in vitro, na jego refundacji. Wkładają NaProTechnology między bajki i wiedzą swoje. I święcie wierzą, że skoro NaPro nie jest w stanie pomóc w 100% (chociażby w sytuacji, gdy kobieta jest już po przekwitaniu), to in vitro wszystkiemu i tak zaradzi. Nie ma innych opcji. Cel uświęca środki. Oczywiście, akurat te głosy słyszymy na forum. Ale pojawiają się i dalsze pytania, często gdzieś w indywidualnym spotkaniu: gdzie można znaleźć tę pomoc? Niektórzy już wiedzą, że problem niepłodności związany ze schorzeniami kobiecymi czy z wiekiem może się u nich pojawić i już teraz chcieliby o to zadbać.

Dlaczego podejmuję ten temat? Bo to jest kwestia głęboko dotykająca mojego kobiecego serca. (Ale od razu dodam, że dotyka on też mocno męskich serc, np. mojego męża.) Zawsze byłam za życiem i jego ochroną, ale teraz, nosząc pod sercem Dziecko, czuję się jeszcze bardziej za tę ochronę odpowiedzialna. W tym wymiarze mojego macierzyństwa, ale i szerzej. Otwieram także oczy. Gdy byłam dzieckiem... Czułam jak dziecko, pragnęłam jak dziecko. Myślałam, że na świecie nie ma wojen. Bardzo lubiłam historię, chętnie uczyłam się o naszych polskich królach, o datach bitew i epokach, które minęły, a które czasem wydawały się ciekawsze od naszych, czasem przerażały. Ale byłam wtedy przekonana, że żyję w takich czasach, w których wojen już nie ma. II wojna światowa wydawała mi się odległa o całe galaktyki czasowe. Z przerażeniem odkryłam kiedyś, jak bardzo się myliłam. 

Kiedyś też myślałam, że dziś, w naszym cywilizowanym, kulturalnym świecie - aborcji się już nie przeprowadza. Przecież ludzie wiedzą, jak rozwija się dziecko, przecież mogą odłożyć poczęcie, przecież nikt nie chciałby zabić innego człowieka, a przyjaciele i wspólnota utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Chyba myśleliśmy podobnie. Powoli otwieram oczy i mam ochotę czasem je zamknąć. Bo liczba aborcji dokonywanych na całym świecie jest ogromna (w USA rocznie ok. 850 tys., w Chinach rocznie kilkanaście milionów...) Bo odmawia się prawa do życia dzieciom chorym. Bo niewiele wynieśliśmy z lekcji historii, zwłaszcza tej XX-wiecznej.
 
Ale, choć to może boleć, musimy te oczy i serca mieć szeroko otwarte, by walczyć o godność każdego człowieka. Tak samo jak nowofeministycznie pragniemy walczyć o godność każdej kobiety. 
 
Kochając Życie, kochamy przecież Tego, Który je powołał i oddał w nasze, często niegodne, małe, niezdarne, zabrudzone i zmęczone Dłonie. 
Oddał, choć wiedział, jak bardzo tym darem człowiek może wzgardzić. 
I wiedział, jak bardzo to właśnie ten człowiek może Je chronić
  

* Przemilczając na przykład takie fakty:

We Włoszech co druga kobieta poddająca się sztucznemu zapłodnieniu ma więcej niż 50 lat! Skuteczność in vitro to zaledwie 21-26%. 60-95% zarodków stworzonych w metodzie in vitro ginie. W Wielkiej Brytanii rocznie przeprowadza się około 80 aborcji u kobiet, które poczęły dziecko z in vitro. (źródło: Służba Życiu)

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS