Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? (Rz 8, 31b)

Kalendarzowe kulisy, czyli czego się nauczyłam

Już, nareszcie, w końcu nadeszło życie po premierze Kalendarza Kobiety 2017. Skąd to westchnienie? Po prostu nie przewidziałam, że będzie się z nią wiązało tyle emocji i wydarzeń. Choć doświadczenie rośnie (4 edycje Kalendarza, ponad 3 lata pracy), to jednak ciągle dzieje się coś nowego i emocje nie słabną. Przed premierą działo się wiele. Wiedziałam, że już kilkaset osób czeka na swój zamówiony Kalendarz. Zaczęły się także nieprzewidziane wcześniej schody – czyli opóźnienia w drukarni… Czekanie było bardzo trudne i mogę to powiedzieć śmiało – najtrudniejsze było dla mnie. Ale choć jest już po premierze, emocje są nadal duże. Bo to dopiero początek kolejnych działań i wyzwań – programu #jawJEGOoczach czy projektu Między Niewiastami. Ale w tym czasie pomiędzy, w tej chwili oddechu, dzielę się z Wami trochę moją drogą, kulisami tego projektu i moimi odkryciami. A właściwie tym, czego uczy mnie Bóg w tym czasie... 

Bóg wie co i jak

Kiedy pojawił się pomysł kalendarza? Nie mam pojęcia! Nie pamiętam tej jednej chwili, tego olśnienia. Nie tak było. To powoli kiełkowało. W maju 2012 mówiłam nawet głośno o tym projekcie, nie mając pojęcia jak robi się Kalendarz, jak miałby wyglądać, co dokładnie miałby zawierać… Miałam w sobie to jedno cudowne uczucie zachwytu, to „łał”, które towarzyszyć miało temu dziełu, kiedy już je będę mieć! Kiedyś tam. Miałam też wiele obaw. Ale był obok mnie najbardziej szalony optymista i wizjoner, jakiego spotkałam… i z jakim związałam swoje życie, czyli mój mąż. Bóg naprawdę wie co i jak. On nas przygotowuje według swoich planów, On nas zna, On widzi wszystko, widzi dalej i szerzej niż my. Gdybym nie miała swojej historia życia, gdybym nie spotkała Mariusza, gdybym nie lubiła pisać, gdybym nie umiała zarządzać pracą zespołu… to nigdy nie powstałby ten Kalendarz. Nawet więcej, okazuje się, że coraz bardziej mogę wykorzystać swoje talenty i dawne pasje, mogę się rozwijać. Mogę na przykład przez chwilę być producentem sesji zdjęciowej (marzyła mi się reżyseria dawno temu) albo grafikiem (jak dziecko sprzedawałam swoje obrazki ;-) 

Po owocach poznacie

Czy to jest naprawdę dobre dzieło? Czy jest zgodne z wolą Boga? Te pytania zadaję sobie naprawdę na poważnie. Jak mam usłyszeć odpowiedź? Co ma być potwierdzeniem? Ilość sprzedanych Kalendarzy, ilość zwrotów, ilość błędów, ilość podziękowań? Czy to w ogóle da się przeliczyć? Zasada owocowania jest dla mnie, przyznaję, trudna. I to nie od dziś. Bo poznawanie po owocach oznacza, że trzeba dać sobie czas, pozwolić sobie na błędy, cierpliwie przyglądać się, zmieniać, weryfikować i trochę, nie wiedzieć dokąd się zmierza i czy idzie się dobrze. Ale dziś widzę dobre owoce. Dostaję wiadomości od kobiet, które mówią, że ten mały kalendarz jest dla nich czymś dobrym i inspirującym, że przypomina im o tym, co ważne, że jest ich towarzyszem, powiernikiem. Albo że jest to dobry prezent dla kobiet, które są im bliskie… Albo że mają już trzy czy nawet cztery takie kalendarze i będą czekać na kolejne...  

On jest Zbawicielem

Wiem, że to On daje wzrost, to On jest Tym, Który prowadzi. Ale przypominam sobie o tym szczególnie mocno w tych chwilach, kiedy za bardzo skupiam się na tym, co JA mogę zrobić. Kalendarz nie jest zbawiennym elementem życia kobiety, ale czuję odpowiedzialność za to, jaki będzie mieć kształt i jakie treści będzie niósł. Myślę często i modlę się za kobiety, które będą z niego korzystać. Ale kiedy za bardzo zaczynam się przejmować tym, co leży po mojej stronie, słyszę jak Jezus mówi mi w tym moim wewnętrznym zamieszaniu: daj spokój, to tylko Kalendarz. Lubię sobie to przypominać. Tylko Kalendarz. 

Nie tworzymy dzieł idealnych

Żaden z dotychczasowych Kalendarzy nie uzyskałby miana idealnego. Każdy z nich poprawiłabym jeszcze w wielu miejscach. Chciałabym, by było lepiej. Skupiam się często na błędach, nie na tej dobrej części. To cud, że powstały aż cztery kalendarze, biorąc pod uwagę takie nastawianie. Ale powoli uczę się dystansu i radości z tej nieidealności, z tego, że można zrobić coś wystarczająco dobrze, by było pięknie. Kilka lat temu pisałam pewien polemiczny tekst, na którym bardzo mi zależało. Wiedziałam, że każde słowo muszę ważyć. Zwlekałam długo z wysłaniem tego, co udało mi się stworzyć. Chciałam, by tekst był naprawdę dobry. Chciałam nie mieć sobie nic do zarzucenia. Spacerując ul. Sławkowską (bo było to za naszych krakowskich czasów), spotkałam pewnego księdza doktora, dla mnie mistrza teologii i filozofii. Podzieliłam się z nim swoimi rozterkami. Powiedział mi wtedy: "Pani Kasiu, nie tworzymy dzieł idealnych”. Wracają do mnie jego słowa bardzo często. Stąd też to, co cieszy mnie najmocniej, to mój własny postęp. To, że z każdym rokiem jest to coraz lepsze. W moich oczach.

Nie da się zadowolić wszystkich i trafić do każdego serca

Co roku otrzymuję takie same pytania: a może mniejszy format? Dlaczego on jest taki duży i ciężki? To prawda, Kalendarz nie jest mały, choć miał być. Ale gdy okazało się, że nie zmienia to kosztu druku, został ten format. I pozostał. Czy powstanie mniejsza wersja? Może. Ale niekoniecznie. Mam w pamięci kwestie sprzedaży i organizacji. Nie tworzę czegoś dużego. Ale kto wie, może kiedyś. Dziś już wiem, że na pewno to nie jest uniwersalny Kalendarz. I wiem, że nie musi być. Nie mam takich ambicji. Nie obrażam się, kiedy słyszę: to nie dla mnie. Nie musi się podobać każdej kobiecie. I nie mówię tego nadąsana, ale naprawdę wolna. Dla wielu może być za duży, za mały, za kolorowy, za ciężki itd. Nie da się stworzyć czegoś tak idealnego i tak uniwersalnego, by każdemu pasowało i dobre służyło. Ale to doświadczenie jest dobre! Przypomina mi także o tym, jak jesteśmy cudownie różnorodne :-) i o tym, jak wielobarwna jest kobiecość! Tak trzymać, Niewiasty!

Radość i dobre słowo - cenniejsze niż perły

Ale wobec tych pytań i skarg pojawia się znacznie więcej ciepłych słów od serca. Podziękowania, dobre słowa, małe świadectwa, a nawet zdjęcia – Kalendarza „w użyciu” (nic nie cieszy mnie bardziej niż to, gdy widzę, że on jest „w ruchu”!). To dodaje skrzydeł i motywuje mnie do dalszej pracy. To nadaje sens tym latom poszukiwań i trudnym momentom. A kto wie, może i zaraz zacznę obmyślać Kalendarz Kobiety 2018… ;-) (Motyw przewodni już mam! Domyślacie się?)

On jest też dla mnie

Tworzenie tego Kalendarza to dla mnie wyzwanie i zadanie – odkrywania siebie i odkrywania Boga. Studiowanie poematu o Dzielnej Niewieście, zagłębianie tematu Pieśni nad Pieśniami czy kobiet Nowego Testamentu. Wiem, że to jest też moja droga wzrastania. Robię to dla Was, ale robię to też i jak dla siebie. Mogłabym za moim mężem powiedzieć: myślałam, że chcę Wam coś dać, a okazało się, jak bardzo to jest dla mnie i jak wiele ja sama muszę się jeszcze nauczyć. (Mój mąż mówi tak w kontekście tworzenie męskiej wspólnoty Przymierze Wojowników). Miałam opory przed umieszczaniem swojego zdjęcia w Kalendarzu. Nie uważam się za modelkę, ale wiecie, nie o wdzięk modelki tu chodzi... Tylko czy to nie wygląda nieskromnie? W Kalendarzu 2015 nie jestem widoczna zbyt wyraźnie (taka też była konwencja zdjęć), ale byłam najlepszą modelką - zawsze na planie ;-) W Kalendarzu 2016 trochę spontanicznie pojawiło się i moje ciążowe zdjęcie. Ale przyznam szczerze – w Kalendarzu Kobiety 2017 chciałam się pojawić. Chciałam wziąć udział w tej przygodzie tak jak 12 innych zaproszonych przeze mnie kobiet. Chciałam odnaleźć siebie w jednej z tych historii w sposób szczególny. Jako ostatnia wybierałam postać „dla siebie”. Nie pomyślałam o niej na początku, bo brałam pod uwagę tylko Ewangelie, a jednak to właśnie obok historii Pryscylli zobaczycie moje zdjęcie. Tak, jestem jedną z tych kobiet, dokładnie jedną pośród nich, taką jak one, jedną między niewiastami… I jest mi tu dobrze!

Ściskam i pozdrawiam najgoręcej z Serca Was wszystkie!

 

Katarzyna Marcinkowska

***

Jeśli nie miałyście okazji korzystać z Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 – polecam eBook Kalendarzowe Inspiracje, w którym zbieram najważniejsze treści z tych wydań.

Więcej o Kalendarzu: www.kalendarzkobiety.pl

Czytaj dalej...

Pryscylla. Silna miłością

Kilka tygodni temu pytałam o bliską Waszym sercom kobietę z Nowego Testamentu. Dziś i ja chcę się z Wami podzielić historią kobiety, która mnie ostatnio inspiruje. Nieprzypadkowo dziś (8.07) chcę Wam o niej przypomnieć. To właśnie dzień jej wspomnienia liturgicznego! Chociaż kalendarze bardziej przypominają nam o św. Janie z Dukli, to jednak szukając dociekliwie, znajdziemy i ją. A właściwie ich. Pryscyllę i Akwilę a właściwiej - jak podają hagiografie: Akwilę i Prysycyllę, ale jak zobaczycie zaraz, ta kolejność naprawdę nie ma znaczenia. A więc to dziś wspomnienie żony i męża, którzy całym sercem byli oddani Panu. Tak bardzo, że byli gotowi nieść Dobrą Nowinę tak daleko i tak głęboko, jak tylko mogli. A także – czy przede wszystkim – potrafili i chcieli żyć nią w swoim domu, w swoich sercach. 

Pryscyllę i jej męża odnajdujemy w relacji św. Łukasza, w Dziejach Apostolskich. Wspomina o nich także św. Paweł w swoich listach. Ona nie spotkała Jezusa tak jak te kobiety, o których czytamy w Ewangeliach. Nie dotknęła Jego płaszcza, nie została przez Niego przywołana na środek synagogi, nie została przez Niego uzdrowiona słowem… Ale nie mam wątpliwości, że żyła w głębokim doświadczeniu spotkania ze Zmartwychwstałym oraz w obecności Ducha Świętego. Inaczej nie można uzasadnić jej życia, jej świadectwa, jej gotowości, by zostawić wszystko i iść, by służyć Bogu i odpowiadać na potrzeby innych. Nie można znaleźć tu innej logiki oprócz tej logiki szaleństwa wiary i miłości. A o miłości ta żona musiała wiedzieć naprawdę dużo!

Nie da się tego nie zauważyć studiując Pismo – Pryscylla zawsze wymieniana jest ze swoim mężem. Są nieodłączni. Autorzy listów i Dziejów zawsze myślą o nich jako o jedności. Zapewne często widziano ich razem, może niektórzy mówili o nich Akwilowie, ale jednak we wszystkich tych miejscach wymieniani są osobno, zawsze z imienia! Imię Pryski pojawia się sześciokrotnie i aż w czterech miejscach to jej imię zostaje wymienione jako pierwsze. Nie jest to bynajmniej spowodowane szacunkiem do kobiet i ich pierwszeństwa, jak to może mieć miejsce dzisiaj, np. przy wypisywaniu zaproszeń. Możemy się zastanawiać czy ta kolejność ma znaczenie, a jeśli tak to jakie. Czy wskazuje to na jej wcześniejsze nawrócenie? A może to ona miała bardziej dominujący charakter? Może była z lepszego rodu? A może to tylko potwierdzenie, że kolejność nie ma już tak naprawdę wielkiego znaczenia? I że kobieta naprawdę jest równa mężczyźnie! (Jakże to jest tu widoczne! Ale niestety, czytając niektóre z życiorysów tych małżonków, mam wrażenie, że to wciąż nie zostało zauważone - zobaczcie).

Pryscylla i Akwila nie tylko byli małżeństwem, nie tylko współdzielili swój dom, oni wyjątkowo dużo działali razem. Na pewno każde z nich miało swoje ulubione czynności czy przydzielone – ustalone zadania, jednakże w dużej mierze pracowali i wspierali się w swoich przedsięwzięciach. Na pewno cudownie się tutaj uzupełniali. Każde z nich widziało drugą stronę tej samej monety. We dwoje byli silniejsi we wszystkim. Na co dzień wyrabiali namioty i właśnie dzięki tej profesji - spotkali św. Pawła (niesamowite, prawda?!). Być może to on jeszcze bardziej rozpalił ich serca? Wiemy, że zaangażowali się w głoszenie Ewangelii i w misje apostolskie tak bardzo, że wyruszali w podróż ze św. Pawłem. Pryscylla była więc kobietą świadczącą o Jezusie i mówiącą o sprawach wiary - i to nie tylko innym kobietom, ale też mężczyznom. Świetnie ukazuje to opisane spotkanie z Apollosem (Dz 18, 24-28). Spotykając go, małżonkowie postanowili przekazać mu to, czego on sam jeszcze nie doświadczył, czego jeszcze nie wiedział, by jego głoszenie było pełniejsze i bardziej skuteczne. Zabrali go ze sobą, najpewniej do swojego domu, by tam – w przytulnym, bezpiecznym miejscu, móc z nim porozmawiać. Otwierali drzwi swojego domu dla wierzących, dla całych wspólnot. Działali, a jednocześnie sami byli wzorem małżeństwa – silnego, „partnerskiego”, skupionego na Bogu i nie zapominającego o swoim powołaniu. Musieli być też bardzo odważni i gorliwi, o czym przekonuje nas św. Paweł, wyrażając im swoją wdzięczność za „nadstawienie swoich głów za jego życie” (Rz 16, 3-4). Świadectwo tych małżonków w pierwszym Kościele musiało być ogromne. Być może byli wzorem dla wielu innych małżonków - młodych, dopiero wkraczających na tę drogę i tych starszych, którzy być może trochę zapomnieli o wadze swojego powołania. 

Myślę o niej czasami, kiedy szukam drogowskazu na małżeńską codzienność. Zastanawiam się, czy miała jakiś swój przepis na miłość? Co chciałaby powiedzieć kobietom? Co pomagało jej w gościnności, w otwieraniu szeroko drzwi domu i goszczeniu całej wspólnoty chrześcijańskiej? Skąd miała w sobie tyle odwagi, by zostawić wszystko i wyruszyć w daleką drogę - bez telefonu komórkowego, bez dokładnie zaplanowanych przystanków, bez pewności, czy w miejscu docelowym znajdzie swoją ulubioną kawę? I wreszcie - zastanawiam się czy miała dzieci? Czy były już dorosłe? A może były całkiem małe - więc w drogę każdemu pakowała plecaczek i najpotrzebniejszy ekwipunek? A może nigdy nie doświadczyła macierzyństwa, ale swoje macierzyńskie serce wkładała w służbę innym, z troską i miłością dbając o nich? O tak, mam pełną listę pytań do Pryski! Może kiedyś... ;-)

Ona wraz z nim. Ona dla niego. Ona tak mocna, tak pełna wiary i zapału, tak aktywna, odważna, zakochana w swoim mężu i w Bogu. A jednocześnie wyobrażam sobie ją jako kobietę, która nieraz doświadczyła swojej kruchości, swojej słabości, swoich błędów... i trudności w małżeństwie, i męskiej słabości. We dwoje jest przecież łatwiej - ruszać na koniec świata i to trochę pod prąd, ale we dwoje bywa też trudniej niekiedy. Może wtedy przypominali sobie o tym, że sprawiedliwy próbuje się w ogniu jak złoto (1 P 1, 7), a może o tym, że mają stanowić jedno (J 17, 22), a może o tym, że słońce ma nie zachodzić nad ich gniewem (Ef 4, 26). A może po prostu wystarczyły wymowne spojrzenia, żeby przypomnieć sobie, że w tych zawodach są razem. I że to razem chcą wygrać.

*** 

Wszystkie fragmenty dotyczące Pryscylli: Dz 18, 1-3. 18-19a, Dz 18, 24-28; Rz 16, 3-4 1Kor 16, 19; 1 Tm 4, 19

 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS