Żadna kobieta nie jest tylko kobietą. (św. Edyta Stein)

Kobiety w Chrystusie. W stronę nowego feminizmu

Nie jest to, prawdę mówiąc, książka do poduszki... Chociaż cel czytania książki przed snem może być różny, a także najróżniejsze są nasze gusta i potrzeby. Więc ujmę to inaczej: nie jest to książka do poduszki dla każdego. Ale niewątpliwie dla każdego, kto chciałby wgryźć się w temat nowego feminizmu, jest to lektura wyjątkowa, obowiązkowa i najlepsza, jaką można znaleźć na naszym rynku wydawniczym.

Dlaczego nie dla każdego? Bo jest to książka naukowa, złożona z kilkunastu artykułów napisanych przez specjalistów - teologów, filozofów, socjologów zajmujących się tematem nowego feminizmu. Mówiąc precyzyjnie, w miażdżącej większości - przez specjalistki, co cieszy niezmiernie, że mamy tu do czynienia z pięknym kobiecym głosem na temat kobiecości. I to kobiet różnych stanów, powołań i pokoleń. Ale jednocześnie pragnę nie zniechęcić, tylko zachęcić: nie jest to lektura zupełnie nieczytelna czy bardzo trudna w odbiorze, dlatego przy odrobinie motywacji i cierpliwości (bo na pewno nie da się jej czytać jak powieści;-), nawet osoby nie będące wdrożone w taki naukowy dyskurs, odnajdą bogactwo treści także dla siebie.

W zbiorze tym znajdziemy teksty na temat biblijnych i antropologicznych źródeł nowego feminizmu, komentarze do myśli św. Edyty Stein (nowej feministki, o tak!), podejmowane są także, jakże dziś ważne, kwestie gender studies i pytanie o płeć - tę biologiczną i społeczno-kulturową, o stosunek kobiecości do męskości, a także pytanie o miejsce kobiety w Kościele i praktyczny wymiar nowego feminizmu. Prawdziwe bogactwo treści, wiedzy i inspiracji do własnych przemyśleń i dalszych badań. 

Autorka aż trzech artykułów w tym zbiorze i redaktor całej książki, Michele M. Schumacher we wstępie pisze: Mimo wszelkich naszych prób zrozumienia kobieta pozostaje głęboką i trwałą tajemnicą - której równa się jedynie tajemnica mężczyzny, a obydwie tkwią we wnętrzu obejmującej je tajemnicy Trójjedynego Boga. (...) Nowy feminizm będzie się rozwijał i kwitł, w miarę jak będą się rozwijały i rozkwitały kobiety - zawsze i wszędzie we współpracy z mężczyznami - dla dobra wszystkich ludzi i dla promowania autentycznie ludzkiej i chrześcijańskiej kultury.
 
Kobiety w Chrystusie. W stronę nowego feminizmu, red. Michele M. Schumacher, wyd. Centrum Myśli Jana Pawła II, Warszawa 2008.
 
Wygraj książkę! :-) Konkurs do 13.12
Czytaj dalej...

Nowy feminizm, czyli jaki?

Mój mąż parokrotnie powiedział gdzieś na forum: Mieszkam z feministką, na szczęście taką nową. Tak, jestem feministką. Tak czuję, choć dla grona feministek głównego nurtu będzie to bezpodstawne. Mój Mariusz, choć może nie jest tego świadom i nie lubi tego określenia (które jakoś nie za bardzo się przyjęło), też jest feministą, takim nowym. Albo po prostu - takim prawdziwym.

Kiedyś na rekolekcjach dla kobiet zapytałam ok. 100 katoliczek, czy któraś z nich uważa się za feministkę. Ile pań podniosło rękę w górę? Jedna. Ja. Może niektóre z nich odpowiedziałyby, że „nie są feministkami, ale…”, jak to często zdarza się słyszeć, i podałyby wiele słusznych argumentów, ale tak w przestrzeni publicznej i to w przestrzeni dzielnych wierzących niewiast większości zapewne wydało się zupełnie niestosowne przyznanie się do takich skłonności. Dlaczego?

Być może problem polega na tym, że feminizm kojarzy nam się zbyt jednoznacznie i całkiem opozycyjnie do naszej wiary. Przyznaję, że wcale się temu nie dziwię, zwłaszcza po ostatnio wrzuconym do sieci filmiku z Argentyny pokazującym wulgarne i karygodne zachowanie feministek wobec katolików. I gdzie jest ten geniusz kobiety?... Feministki ze szklanych ekranów i pierwszych stron gazet atakują Kościół, jego nauczanie i wydają się wielokrotnie nie tylko nienawidzić mężczyzn, ale także własnej kobiecości. Kiedy dochodzą do nas informacje o wielu oburzających zachowaniach i wypowiedziach tych pań, nie dziwię się jednoznacznej odpowiedzi: nie chcemy mieć z nimi nic wspólnego. A inne feministki? Innych nie znamy. Inne wydają się nie istnieć. Ale przecież tym bardziej teraz, kiedy kobiecość „uwolniona” zamiast rozkwitnąć i zajaśnieć blaskiem, jest deptana (i to przez same kobiety!) potrzeba solidnego przeciwstawienia się tym atakom i spojrzenia na kobietę w prawdzie - jaka Ona jest. 

Feminizmów było i jest wiele, a szkoda, bo może wystarczyłby jeden, taki, który walczyłby o prawdziwą godność kobiety, o to, by kobieta mogła być kobietą i za tę kobiecość była doceniana. Ale skoro wiemy, że tak wcale nie jest, feminizm domaga się odnowienia. Takiego, do jakiego nawoływał Jan Paweł II w swoich przemówieniach i pismach. W Evangelium vitae (nr 99) czytamy: „W dziele kształtowania nowej kultury sprzyjającej życiu kobiety mają do odegrania rolę wyjątkową, a może i decydującą, w sferze myśli i działania: mają stawać się promotorkami <<nowego feminizmu>>, który nie ulega pokusie naśladowania modeli <<maskulinizmu>>, ale umie rozpoznać i wyrazić autentyczny geniusz kobiecy we wszystkich przejawach życia społecznego, działając na rzecz przezwyciężenia wszelkich form dyskryminacji, przemocy i wyzysku.” 

Czy znamy nowy feminizm? Czy przyswoiliśmy sobie to hasło? Po wstukaniu w google tego wyrażenia można szybko trafić np. na tekst (na plotkarskim portalu) o nowym feminizmie, jaki wnosi w nasze społeczeństwo... Ewa Chodakowska (co autor uzasadnia ogromną popularnością tej trenerki wśród Polek, które udało się jej skutecznie zmotywować do zadbania o siebie). Ale użyć sformułowania nowy feminizm całkiem opacznie zdarza się także publicystom katolickim, którzy wrzucają do jednego worka wszystko, co choćby potencjalnie z feminizmem może mieć coś wspólnego (np. por. Wybierz sobie płeć). Zresztą ile to razy słyszeliście o dobrym feminizmie np. z ust księży? Gdzieś z ambony? Mówi się dziś wiele o ideologii gender, a przy okazji i o feminizmie, nie wskazując na jego dobre owoce (jak wywalczenie praw wyborczych kobiet) ani na jego przepełnioną chrześcijańskim Objawieniem formę, którą akcentował Jan Paweł II. A szkoda, bo jest teraz ku temu świetna okazja!

Joanna Petry Mroczkowska w swojej książce „Feminizm – antyfeminizm”* (książkę, szczerze mówiąc, polecam bez żadnego entuzjazmu, mając wobec niej kilka zastrzeżeń) powołuje się na ankietę, w której zadano pytanie respondentom o to, czym jest nowy feminizm. 85% ankietowanym odpowiedziało, że nie spotkało się z tym pojęciem. A gdy przyszło do wyjaśnień, najczęstsze odpowiedzi brzmiały – nowy feminizm to: liberalizacja prawa aborcyjnego (25,2%), sprzeciw wobec dyskryminacji kobiet (24%), wprowadzenie święceń kobiet (20,3%) czy też (w końcu!) nowa kultura służąca życiu (14,9%). Wielokrotnie w wypowiedziach ludzi Kościoła przewija się sformułowanie feminizm, w którym zamyka się tylko to, co złe, to, co nam przeciwne. A przecież feminizm w swoich korzeniach to bardzo słuszne dążenie do zapewnienia kobietom równości w społeczeństwie, to walka z dyskryminacją kobiet ze względu na płeć, to walka z wieloma stereotypami, z którymi musiały mierzyć się kobiety przez wieki, a nawet – niestety – przez tysiąclecia. I nadal w wielu zakątkach świata ta godność kobiety nie została jeszcze uznana i dowartościowana. Dlatego gdy pytają mnie znajomi katolicy niepewnie: ale to trzeba mówić o nowym feminizmie, nie wystarczy mówić po prostu prawdę o kobiecie?, odpowiadam: nie wystarczy. Potrzebny jest nowy feminizm, żeby walczyć z grzechem antyfeminizmu i by ten stary feminizm degradować, wskazując, że jest i inna droga. 

Nie ma jednej, pełnej definicji określającej sztywnie ramy nowego feminizmu postulowanego przez Jana Pawła II. W perspektywie badawczej jest to nadal dość nowe zagadnienie. Jedna z głównych badaczek tego nurtu Michele M. Schumacher proponuje takie sformułowanie: NOWY FEMINIZM to „zadanie – czy też posłannictwo – wyrażenia tego, co w szczególny sposób odróżnia kobietę, zwłaszcza w stosunku do mężczyzny – a zatem również jako jego dopełnienie – oraz w kontekście i w celu promowania autentycznej ludzkiej i chrześcijańskiej kultury”**.

Jakie są główne założenia nowego feminizmu? Podobnie jak „stary feminizm” - istotne jest dążenie do zwalczania wszelkich przejawów dyskryminacji i przemocy wobec kobiet. Ale w swojej „nowości” chodzi o rozpoznanie geniuszu kobiety, co wynika z przekonania, że kobieta różni się od mężczyzny i została obdarzona nieco innymi, szczególnymi predyspozycjami, którymi może i powinna wzbogacić świat we wszelkich przestrzeniach życia społecznego, zgodnie ze swoim powołaniem. Nowy feminizm wzywa więc kobiety do rozpoznania swoich talentów i aktywnego korzystania z nich dla budowania cywilizacji miłości. Nowy feminizm nie skupia się tylko na kobiecie, ale pamięta o szczególnej roli kobiety w życiu mężczyzny i o jego roli w jej historii. Ten program to prawdziwie pragnienie tworzenia cywilizacji życia, program odnowienia tego, co zostało utracone w raju, a przecież zostało odnowione przez samego Chrystusa! Postawa Jezusa wobec kobiet, jaką odnajdujemy w Ewangeliach, jak pisze Jan Paweł II w Mulieris dignitatem (nr 16), „potwierdza i przybliża w Duchu Świętym prawdę o <<równości>> obojga — mężczyzny i kobiety. Trzeba mówić o zasadniczym <<równouprawnieniu>>: skoro oboje, kobieta tak samo jak mężczyzna, są stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, zatem oboje też są podatni w równej mierze na udzielanie się Bożej prawdy i miłości w Duchu Świętym. Oboje też doznają Jego zbawczych i uświęcających <<nawiedzeń>>”.

Nowy feminizm wpisuje się zatem w pragnienie powrotu do zamysłu samego Stwórcy - byśmy byli dla siebie nawzajem darem, byśmy rozpoznali naszą równość i inność, i zachwycając się nią, mogli teorię wcielać w życie. Byśmy razem budowali nową kulturę, przepełnioną miłością i wiarą. Byśmy mogli feminizm praktykować, nie tylko głosić. Nie, nie z Chodakowską, ale z Tym, Który stworzył nas wszystkich z Miłości i do Miłości - swoje córki, i swoich synów.

Tak, Bóg też jest zwolennikiem nowego feminizmu! :-)  



* Joanna Petry Mroczkowska, Feminizm - antyfeminizm. Kobieta w Kościele, wyd. WAM, Kraków 2012, s. 222.

**M. Schumacher, Przedmowa do wydania polskiego, w: Kobiety w Chrystusie. W stronę nowego feminizmu, pod red. M. Schumacher, wyd. Centrum Jana Pawła II, Warszawa 2008, s. 9.

 

Zapraszam do małego i szybkiego konkursu - tak przedświątecznie:-)

Czytaj dalej...

Geniusz kobiety

Kiedyś podczas pionierskich badań nad mózgiem i anatomią stwierdzono, że nie spotyka się u kobiet obwodu głowy większego niż 53 cm. I co z tego? – możemy zapytać. Może tyle, że potwierdziło to wówczas wiekowe (dodajmy: krzywdzące i niesłuszne) przypuszczenia (albo nawet: uprzedzenia). Ponieważ sądzono, że przejawy geniuszu są możliwe tylko wtedy, gdy obwód głowy przekracza 53 cm, w 1911 r. Bayerthal wyciągnął z tego prosty wniosek: wśród kobiet nie można spotkać żadnego przypadku geniuszu. Dziś zatem kilka słów o geniuszu. I to o geniuszu kobiety - jednym z ważniejszych haseł nowego feminizmu. O tym geniuszu, w którym nie chodzi o jakieś wymiary, ale o serce.

Jesteśmy różni – powtarzamy to do znudzenia, przywołując Adama i Ewę oraz cały Boski zamysł równości, z którą ramię w ramię idzie inność (tak, logika naszego Stwórcy jest niezwykle piękna i odmienna od naszej). Ale nawet powtarzanie tej ważnej prawdy, nie sprawia, że wszyscy o tym pamiętają, że wszyscy to odczuwają, że wszyscy tego właśnie pragną. Bo może jednak słyszymy wciąż, że mężczyźni są lepsi, że to oni nad nami panują, albo wręcz przeciwnie: pół żartem, pół serio przypominamy dobitnie, że jednak to my kobiety jesteśmy „górą”, to nas stworzył Pan na końcu jako prawdziwą koronę swojego dzieła albo jak diament tej korony, ostatni, najpiękniejszy szlif i klejnot. I balansujemy wtedy na niebezpiecznej linii - między samoponiżeniem a pychą.

Przez wieki, a właściwie przez tysiąclecia uważano, że kobieta jest kimś gorszym, słabszym, wcale nierównym mężczyźnie. Zdarzało się nawet, że powołując się na słowa z Pisma Świętego, usprawiedliwiano tę nierówność jakby ona była związana wprost z Zamysłem Boga, np. przywołując słowa: ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad Tobą (Rdz 3,16) – zupełnie pomijając fakt, że są to słowa wypowiedziane już po grzechu. (A i dziś spotykam publikacje, które podtrzymują takie argumenty, np. Żona, jakiej pragnie twój mężczyzna.)

Kobieta zawsze była tajemnicza, związana mocno ze swoim ciałem i nowym życiem, była też zmienna, fizycznie słabsza, a do tego, co szczególnie ważne, kusząca swoim pięknem - jej uroda i wdzięk mogły przecież niejednego mężczyznę zwieść na manowce, stąd i lęk przed kobietą. Inność kobiety wielokrotnie odbierano nie jako przywilej, nie jako coś, przed czym można z zachwytu zaniemówić, ale coś, co przerażało. W ważnych sprawach to mężczyźni rządzili światem (raz lepiej, raz gorzej), a nasze kobiece talenty realizowały się głównie (choć nie tylko - w historii znajdziemy też kilka znanych, wielkich kobiet ;-) w zaciszu domowego ogniska.

Jan Paweł II w swoich pismach akcentował „geniusz kobiety”, powracał do tego sformułowania, apelował o jego rozpoznanie i rozpowszechnienie (a może: uświadomienie i przyjęcie?). Analogicznie, jestem tego pewna, można mówić o „geniuszu mężczyzny”, ale papież w swoich tekstach skupia się na szczególnym, kobiecym jego wymiarze, który nie został doceniony tak jak ten męski, a który próbuje się dziś sprowadzić do naszego przekleństwa, do wmówionego nam schematu postępowania, a więc i do stereotypu. To z tym geniuszem walczy dzisiaj wiele feministek (jak znane nam z mediów głośno krzyczące panie, które upierają się np. przy tym, że nie istnieje instynkt macierzyński, że nie każda kobieta chce być matką, że nie każda kobieta pragnie czułości i miłości, że aborcja nie jest dla kobiety traumą, ale normalnym zabiegiem itp.) Ten geniusz nie był doceniany przez tysiąclecia, bo wiązał się z tą innością, tajemniczością i pięknem. Jan Paweł II podkreśla jednak, że geniusz kobiety jest nam dziś szczególnie potrzebny, bo – jak samo określenie wskazuje – to jest drogocenny skarb, nasz posag od Ojca, który możemy (musimy? powinnyśmy?) wnosić do życia rodzinnego, społecznego i wszędzie, absolutnie wszędzie tam, gdzie nas On zaprowadzi. Czyli do tego świata, który wciąż jeszcze ma silnie „męski” rys, wciąż jest przez mężczyzn prowadzony. A przecież to kobieta została stworzona jako pomoc dla mężczyzny.

Czym jest geniusz? Zwykle kojarzymy go ze szczególnymi zdolnościami intelektu albo też uzdolnieniem w jakiejś dziedzinie, np. artystycznej. W czym jest więc wyjątkowa i uzdolniona kobieta?

W encyklice Mulieris dignitatem czytamy słowa Jana Pawła II: „kobieta jest powołana od początku do tego, aby być miłowaną i miłować” (MD 20). Nie umniejsza to wcale powołania mężczyzn do miłości, ale – przyglądając się dogłębnie temu, kim jest kobieta, co odróżnia ją od mężczyzny, jakie doświadczenia są dostępne tylko jej – widzimy szczególne powołanie do relacji, do macierzyństwa, do troski o życie i o miłość. To jest pewna wyjątkowość dana jej z natury, ze stwórczego aktu Miłości. Te zdolności uwidoczniają się bardzo mocno i szeroko w przestrzeni rodzinnej. Jak pisze Jan Paweł II: „Społeczeństwo najwięcej zawdzięcza geniuszowi kobiety właśnie w tym wymiarze, który bardzo często urzeczywistnia się bez rozgłosu, w codziennych relacjach międzyosobowych, a szczególnie w życiu rodziny.” (List do kobiet z 1995 r.) Zachowajmy jednak otwarte serca  – Papież daleki jest tutaj od stwierdzenia, że nasze miejsce jest tylko w zaciszu domu. Wręcz przeciwnie – ten geniusz, który wielokrotnie nie miał okazji zabłysnąć w innych miejscach, powinien być niesiony – w życie społeczne, polityczne, zawodowe. A nawet jeszcze dalej i głębiej – tego geniuszu kobiet brakuje często w naszych parafiach i wspólnotach, w Kościele. W encyklice o życiu konsekrowanym Jan Paweł II zauważa to bardzo wyraźnie: „Także w dziedzinie refleksji teologicznej, kulturalnej i duchowej wiele oczekujemy od kobiecego geniuszu — nie tylko w tym, co dotyczy specyfiki życia konsekrowanego kobiet, ale także rozumienia wiary we wszystkich jej przejawach. Jak wiele zawdzięcza przecież historia duchowości takim świętym, jak Teresa od Jezusa czy Katarzyna ze Sieny, dwóm pierwszym kobietom wyróżnionym tytułem Doktora Kościoła, i wielu innym mistyczkom, które zgłębiały tajemnicę Boga i Jego działanie w człowieku wierzącym! Kościół bardzo liczy na specyficzny wkład kobiet konsekrowanych w rozwój nauki, obyczajów, życia rodzinnego i społecznego, zwłaszcza w dziedzinach związanych z obroną godności kobiety i z poszanowaniem życia ludzkiego” (Vita consecrata 59).

Nadal w wielu miejscach zamyka się drzwi przed kobietami, niestety, także w Kościele brakuje naszego głosu, naszych charyzmatów (bywa, że księża boją się kobiet albo patrzą na nie podejrzliwie, wiem, wiem). Zdarza się także, że specjalistami od kobiecej duchowości, kobiecego powołania czy od relacji damsko-męskich… stają się mężczyźni, często kapłani. A przecież mamy tak wiele do opowiedzenia o sobie i o nas - sobie nawzajem i naszym wspaniałym mężczyznom. Geniusz ma takie cechy: zachwyca i ciężko go ukryć. Chociaż jak każdy skarb - można go zakopać i jak każdy dar - można go odrzucić.

Czy zatem odnalazłaś już w sobie Twój niepowtarzalny geniusz kobiety? Czy przyjęłaś go? Gotowa, by się nim pochwalić i dzielić?

Czytaj dalej...

Przywilej bycia kobietą

Jeszcze kilka tygodni temu razem z mężem nie mogliśmy doczekać się chwili, w której poczujemy pierwsze ruchy dziecka. Patrząc na zaokrąglony delikatnie brzuch, dumny tata powiedział: chciałbym, żeby już dawało o sobie znać kopnięciem! Ja też chciałam, tym bardziej, że nie wiedziałam jeszcze czego mogę się spodziewać. Chciałam także namacalnie poczuć, że tam rzeczywiście Ktoś jest (a podobno wątpliwości „czy naprawdę jestem w ciąży? czy naprawdę jest tam mały człowiek?” towarzyszą wielu kobietom w stanie błogosławionym). Nie trzeba było długo czekać, w 18. tygodniu ciąży, kiedy razem siedzieliśmy na kanapie, nie miałam wątpliwości – kopnęło! I to tak solidnie, rytmicznie, trzykrotnie. Nawet Mariusz zdążył poczuć. Tak przynajmniej twierdził. Być może tylko po to, by mnie nie urazić.

Minęły kolejne tygodnie. Ruchy Dziecka stały się silniejsze. Podzieliłam się z Mariuszem moimi odczuciami: To jedno z najpiękniejszych doświadczeń mojego życia. Łagodne przypominanie „tego spod serca”, że jest, że nie mogę o nim zapomnieć. Przytaknął jako ten, który zazwyczaj nie jest w zasięgu, gdy akurat Maluch się budzi, który nie zdąża dobiec, a gdy już niby wyczekuje, to albo odkłada dłoń zbyt wcześnie, albo wcale nie odczuwa ruchów. „O teraz, kopnął! Czułeś?” „No tak jakby… Właściwie nie za bardzo…” „Jak mogłeś TEGO nie poczuć?” „Ale ty przecież czujesz to z dwóch stron! Czujesz inaczej. Czujesz to lepiej. To jest kobiecy przywilej.” I jak tu się nie zgodzić?

Czy kobiecość ma swoje przywileje? Czy kobiecość sama w sobie jest przywilejem? Przywilej, według swojej definicji i źródła, to pewne szczególne prawo nadane przez władcę (taka prawnicza nomenklatura). Czyż nie możemy zatem mówić o dwóch różnych nadanych przez naszego Stwórcę przywilejach? Po pierwsze – przywilej bycia kobietą, po drugie – przywilej bycia mężczyzną. Bo któż powiedział, że jedno dobro musi wykluczać drugie?

Jednak częściej zwykło się rozważać raczej nasze kobiece nieuprzywilejowanie i to wcale nie bez powodu. Historia świata pokazuje, że kobietom częstokroć bywało ciężej. Były dyskryminowane, w społeczeństwie umniejszano ich rolę, stosowano wobec nich przemoc. Zresztą to nie tylko historia, to wciąż codzienność. A nawet jeśli nie ma celowej dyskryminacji, to pojawia się przecież po prostu pewna niewygoda bycia kobietą, związana z naszym tajemniczym i niezwykłym ciałem, z naszą skomplikowaną psychiką, z naszymi emocjami… Sama przez to przechodziłam kiedyś dotkliwie i dlatego rozumiem te dziewczyny, które nie mogą pogodzić się z wieloma kobiecymi przypadłościami, tym bardziej, że świat im mówi: musisz być zawsze piękna, zawsze dyspozycyjna, uśmiechnięta, przebojowa i na siłach, itd. Ale że aż tak daleko nie akceptujemy naszych przywilejów, jakby specjalnie lub już nawykowo, stawiając je w złym świetle, o tym się przekonuję coraz częściej w poradni, na rozmowach, gdzieś wyłapując z wypowiedzi między słowami. O tym jeszcze kiedyś więcej opowiem.  

Zatem rację ma Alice von Hildebrand rozważając naszą sytuację w ten sposób (w swojej książce „Przywilej bycia kobietą”):

Kto w ogóle wybrałby sobie takie ciało, które począwszy od okresu dojrzewania może sprawiać tyle kłopotów, być powodem niewygód, i ogromnego bólu? Kto chciałby tygodniami, a nieraz i miesiącami doznawać nudności, które towarzyszą okresowi ciąży? Kto dobrowolnie zgodziłby się na rodzenie w dotkliwych bólach?

Jest jednak i druga strona tego medalu. Nasze ciało, które sprawia tyle bólu i trudności pozwala nam na doświadczenia dla mężczyzn nieosiągalne jak przywołane wcześniej odczuwanie ruchów Dziecka. Zapewne też tak jest z karmieniem piersią. A jest to tylko pewien aspekt naszego szerokiego przywileju, który, jak wierzę, rozciąga się nie tylko na kobiety, które są biologicznymi matkami, choć w przypadku macierzyństwa możemy wskazać na fakt bardzo namacalny, stąd tak wyraźny. Chesterton, rozważając różnicę ról kobiecych i męskich stwierdza, że nie ma tu równości, bo przywilej, jakim została obdarzona niewiasta, jest niewyobrażalny. Pisze on nawet o pewnej wyższości kobiet w tym kontekście:

W żaden sposób nie da się nigdy pominąć tej niezwykłej wyższości, jaką charakteryzuje się płeć żeńska, bo nawet dziecko płci męskiej rodzi się jako bliższe swej matce niż swemu ojcu.

Feminizm kojarzony najczęściej z walką o prawa kobiet, z walką wobec przejawów dyskryminacji, często pomija nasz przywilej, np. macierzyństwa, ukazując go jedynie jako balast. Wiele feministek zachowuje się trochę tak, jakby pragnęło nie tyle naszego przywileju, ale przywileju nadanego mężczyznom, podważając w ten sposób rozporządzenie Stwórcy. Nowy feminizm (do którego wzywał Jan Paweł II)  jest w tym kontekście wyjątkowy – oprócz postulatów zwalczania wszelkiej dyskryminacji, podkreśla i niemalże każe rozkoszować się naszym „geniuszem kobiety”, naszymi największymi przywilejami, a więc byciem kobietą w samej istocie, w prawdzie o nas samych, w prawdzie, która pochodzi z Prawdy i Miłości. 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS