Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie (Łk 10, 39)

Ta, która wychwala Pana

Była tam kobieta, która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Gdy Jezus ją zobaczył, przywołał ją i rzekł do niej: Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocyWłożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga.

Łk 13, 11-13

Przygarbiona. Bezimienna. Pewnie uśmiechnęłaby się gorzko, słysząc o swoim pięknie albo o tym, że jest Córką Króla Królów. Tego zniekształcenia nie da się ukryć jak fałdki na brzuchu czy przypudrować jak przebarwienia na twarzy. To nie jest tylko znamię na plecach, to widoczna z daleka cała jej postawa, jej ciążenie ku ziemi, jej nakierowanie wzroku na własne stopy. Ona cała jest pochylona i z trudem mogłaby spojrzeć drugiemu człowiekowi w twarz. Z trudem mogłaby też spojrzeć w lustro, by zobaczyć, kim naprawdę jest. Może czuje, że cała jest pochyleniem i niemocą. Wielokrotnie próbowała wyprostować się, ale zniechęcona, odpuściła sobie tę walkę. Zaakceptowała niedogodności i wytknięcia palcami. Może nie pamięta, jak było dawniej, w końcu zmaga się ze swoją ułomnością już 18 lat. Po takim czasie można przywyknąć do różnych, nawet najgorszych warunków, można nie widzieć wielkich zmian, jakie zaszły, można nie pamiętać, że kiedyś było inaczej, można przestać marzyć o tym, by było lepiej. Może zaczęło się od prawdziwej choroby ciała, ale to niedomaganie dotknęło także jej duszy. Może chorowały jej kości. Ale teraz już to nie tyle jej ciało jest chore, a jej serce, które zostało zniewolone przez złego ducha. Nieprzyjaciel mógł wykorzystać jej sytuację, emocje, uczucia. Mógł podsycać w niej żal, smutek, zgorzknienie, zazdrość. Może kobieta uległa zniechęceniu, może zaczęła pogardzać innymi, może odwiedzała świątynię, ale nie miała w sobie żadnej wiary i woli walki. Jej historia pełna jest niewiadomych. Ale dzięki nim po części możemy, dopisując zdania jej życiorysu, odnaleźć i nasze pochylenie.

W tym dniu, który opisuje św. Łukasz, ta właśnie kobieta przychodzi do synagogi, nie prosząc o uzdrowienie. Przychodzi z niemocą. Może przychodzi tylko z przyzwyczajenia, bez serca płonącego żarem. Modli się tak, jak umie. I wtedy z oddali zostaje dostrzeżona przez Jezusa. On ją widzi. Nie jej zgarbioną sylwetkę, nie jej grzech, nie jej zniewolenie, ale ją samą. Widzi także coś więcej. Widzi ją taką, jaką może się stać. Widzi ją naprawdę piękną. Woła ją na sam środek świątyni i tam, na oczach wszystkich, przywraca jej wolność. Kobieta odzyskuje postawę wyprostowaną, postawę godną prawdziwej księżniczki. Postawę pozwalającą jej wychwalać Boga tańcem. Uzdrowiona wychwala Pana i widzi już nie ziemię, ale Jego. I siebie – w Jego oczach.

Jej historia spotkania z Jezusem bardzo mnie porusza. Daje nadzieję. Stawia przede mną pytania o moją własną postawę  i o to, jak i kiedy ja wychwalam Pana. Jest jeszcze coś - kontekst tego spotkania, który Ewangelista opisuje dokładnie, ale który zwykle umykał mi gdzieś między rozważaniami o postawie pochylonej a wdzięczności za uwolnienie. Szabat. Jezus uzdrawia kobietę w szabat - w dzień, który miał być dniem odpoczynku i... wysławiania Pana. Tymczasem reakcją przełożonego synagogi na czyn Jezusa jest oburzenie. Uzdrowienie - według niego - zostało dokonane w niewłaściwym czasie. Gorszy się. Zna Prawo i wie, że nie wolno w tym dniu leczyć, gdy nie ma zagrożenia życia. Zna Prawo, ale nie zna jeszcze Prawa Miłości. Szabat jest dniem odpoczynku na cześć Pana, upamiętniającym odpoczynek Stwórcy po sześciu dniach pracy (Wj 20, 8-11). Ale to nie koniec uzasadnienia szabatu. Dla Żydów jest on także dniem upamiętniającym wyjście z niewoli egipskiej. „Pamiętaj, że byłeś niewolnikiem w ziemi egipskiej i wyprowadził cię stamtąd Pan, Bóg twój, ręką mocną i wyciągniętym ramieniem: przeto ci nakazał Pan, Bóg twój, strzec dnia szabatu.” (Pwt 5, 15)

Jezus wyprowadza kobietę pochyloną z niewoli i pozwala jej w dniu szabatu chwalić Pana! Leczy jej serce. Czyni ją wolną. Czyni ją gotową przeżywać ten uroczysty dzień tak, jak może najpełniej! I uznaje swój gest nie za pracę zabierającą siły czy odrywającą uwagę od świętości, a za uczynek miłości, nawet obowiązek Miłości podtrzymujący - czy wręcz dający życie.

Jezus przypomina, że „szabat jest ustanowiony dla człowieka” (Mk 2, 27). Ma służyć człowiekowi do odnowienia serca i głębszego spotkania z Bogiem. I daje nam coś nowego. Dzień, w którym świętujemy Jego zwycięstwo nad śmiercią i wyprowadzenie nas Jego zbawczą ofiarą z niewoli grzechu. To jest ten dzień szczególnego spotkania z Nim, oddania Mu wszystkiego, przemieniania swojego myślenia - prostowania ścieżek. Wyprostowania się i chwalenia Go całym sercem.

W świętowaniu Dnia Pańskiego robię postępy - głównie małe kroki, ale to już coś! Na początku nowego miesiąca, który, choć jest miesiącem wakacyjnym, dla mnie jest miesiącem wytężonej pracy, z wielką radością i nadzieją patrzę na nadchodzące niedziele - w większości bez zobowiązań (o co nie zawsze łatwo). I tak, to jest mój duchowy cel na sierpień. Ćwiczyć się w świętowaniu i wychwalaniu Pana. 

A jak Wy świętujecie Dzień Pański?

Niedziela:

  • Jezus jest w centrum
  • Msza św. z dziećmi (jeśli to możliwe)
  • małżeńskie rozważanie Słowa
  • katecheza dla dzieci
  • rodzinne uwielbienie
  • wyjątkowa rodzinna aktywność (teraz to głównie spacery, odświętne place zabaw itd.)
  • bez Internetu :-)
Czytaj dalej...

Samarytanka & jej dzban - Kobiety Nowego Testamentu (1)

Samarytanka to dla mnie – a pewnie i dla wielu z Was – kobieta z dzbanem. Trudno się dziwić temu skojarzeniu – właśnie z nim przychodzi do studni, gdzie spotyka Jezusa. Ten właśnie dzban stał się jej atrybutem, pozwalającym na łatwe zidentyfikowanie bohaterki (przyznaję, w przypadku Samarytanki sesja do Kalendarza Kobiety 2017 była wyjątkowo oczywista). Jej dzban nie był pewnie jakimś wyjątkowym egzemplarzem. Dzban jak dzban. Taki, jaki mogła mieć kobieta w tamtych czasach. Nie miała zapewne takiego wyboru jak my dzisiaj, gdy chodzi o kształty, kolory i zdobienia, ale przecież nie wybierała tylko ze względu na estetykę. Jej dzban nie miał być ozdobą - on miał bardzo ważne zadanie. Najważniejsze: miał mieścić w sobie wodę. Pewnie ten, który przyniosła tamtego dnia, był już dość wysłużony. Może nieraz wypadł jej z dłoni, obił się i trochę utracił swą nieskazitelność. Ale wciąż pozwalał wracać z tym tak kluczowym dla przeżycia skarbem - wodą.  Ale i tak bez jej wysiłku, dzban byłby niczym.

„Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej?”

J 4, 11

Dzban był przez chwilę pretekstem do rozmowy. Dzban i woda, a właściwie nie on, tylko jej czerpak. Przecież to ona była przygotowana na wydobycie wody. Wiedziała po co przyszła i wiedziała jak się do tego zabrać, miała narzędzia, miała doświadczenie. Panna - pani - roztropna. To ona miała chwilową przewagę nad Nim - zmęczonym i spragnionym wędrowcem, w dodatku Żydem. Wyobrażam sobie także jej dzban jako idealne narzędzie osłony. Mieć coś w ręce, mieć coś, za czym można się schować, co można trzymać. Czym można nawet się obronić. Czasem łapię się na tym, że moja torebka jest prawie pusta. (Oczywiście nie wtedy, gdy wychodzę z dziećmi - wtedy zwykle okazuje się za mała i marzę o większej...;-) Ale mimo to chcę mieć ją przy sobie, w dłoni czy na ramieniu. I nie chodzi wcale o jej piękno, o pochwalenie się marką czy stworzenie fajnej stylizacji (no dobrze, to czasami...;-), ale o to „trzymanie się” czegoś, o jakąś osłonę. Tak, chowam się za nią, koło niej, czuję się trochę pewniej, choć wiem, że nie jest żadnym tam narzędziem obronnym. Nie wiem czy ona też tak miała i czy przez myśl by jej to przeszło. Jej dzban miał konkretne przeznaczenie, ale ta próba ukrycia się może być i jej motywem. Kobiety nie przychodziły przecież po wodę w samo południe. Chyba że te, które chciały się ukryć i naprawdę nie miały ochotę na spotkania i kobiece pogaduszki.

Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać.

J 4, 15

Jej dzban – pusty – taki, jaki przyniosła – ukazywał też jej pustkę, a jednocześnie głębię, która mogła w sobie tyle jeszcze zmieścić.  Był wyrazem jej pragnienia. Przyszła, by zaczerpnąć wody. Przyszła, bo była w potrzebie. Przyszła, bo tam, gdzie była, nie mogła otrzymać tego, czego potrzebowała. I On wyszedł jej na spotkanie. Chociaż ona chciała być niezauważona.

Też mamy swoje dzbany. Nosimy je. O! I jakże podobnie do Samarytanki – nosimy je do źródeł, nosimy je w różne (czasem dziwne) miejsca, by je napełnić! Chcemy, by były pełne – bo wtedy jakby wbrew prawom fizyki, stają się lżejsze. Bo wtedy łatwiej iść. Pozwalają utrzymać pion. Tyle że Samarytanka nawet nie wiedziała jak głębokie jest jej pragnienie i jak możliwe jest to, co wydawałoby się niemożliwe - wypełnienie tego spragnionego serca!

 

Znajdź swój dzban

Obejrzyj go dokładnie

Pomyśl czego pragniesz

A potem idź do Źródła Wody Żywej

 

A gdy już go napełnisz

Idź i głoś Jego Miłość

i choć przez chwilę nie myśl o tym dzbanie

 

Kobieta zaś zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła tam ludziom: «Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem?».

J 4, 28-29

 

***

Zapraszam do pierwszego filmiku z serii krótkich filmów na 2017 rok: Kobiety Nowego Testamentu

A jeśli chcesz WIĘCEJ, zajrzyj na: www.jawjegooczach.pl

 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS