Żadna kobieta nie jest tylko kobietą. (św. Edyta Stein)

Czy może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu

Kiedy mój młodszy brat jako dziecko zostawał na dłuższą chwilę u babci, dokonywał z mamą swoistej wymiany. Ona zostawiała mu swój zegarek, on za to dawał jej pozwolenie na odejście. Naturalnie, na nic był mu wtedy zegarek (zwłaszcza taki najzwyklejszy, z tarczą i wskazówkami), czas bardziej czuł niż mierzył, nie potrzebował nawet tego małego przedmiotu, by przypominał mu o bliskości tej, która stanowiła dla niego wtedy prawie cały świat (przecież z taką motywacją wybierałby raczej apaszkę, by nie tylko dotknąć „kawałka mamy”, ale i ją poczuć). Zegarek był kartą przetargową i gwarantem. Gwarantem, że mama po niego wróci. Po niego, czyli po zegarek. A przy okazji i po swoje dziecko.

Odebrać z pralni żakiet, wstąpić do warzywniaka po pomidory, zapytać na poczcie o wolną skrytkę (choć odpowiedź znasz doskonale), a nawet wyprać wyjściowe ubranka czy kupić pieluchy  – o tym wszystkim zdarzy się zapomnieć każdej mamie, ale zapomnieć o odebraniu dziecka? Czy może mama zapomnieć o swoim dziecku? (por. Iz 49,15) Czy nie jesteśmy połączeni nierozerwalną nicią? Taką, która na zbytnie oddalenie po prostu nie pozwala?

Przecięli naszą pępowinę zaraz po narodzinach. Nawet nie tyle przecięli – tata przeciął. Myślałam, że będzie to bardziej boleć, że nie będę chciała oddać go w obce ręce, że będzie ta pierwsza trudna rozłąka. Łatwiej jest przecież ukrywać go pod swoją skórą, ukrywać przed całym złem świata i nieszczęściami, jakie się przytrafiają ludziom, także tym bardzo dobrym. Ale wtedy ukrywałabym go i przed niepojmowalnym pięknem, którego nie może zobaczyć z tamtej strony, przed moim i taty uśmiechem, przed cudem, jakim jest drugi człowiek i przed jego własną przygodą dorastania i uczenia się życia. Ale i wtedy, choć było łatwiej i bliskość nasza była najbliższa, zdarzało mi się zapomnieć o nim, zwłaszcza gdy był ukryty i tak maleńki, że jeszcze niewyczuwalny. Nie wierzyłam, że istnieje, a czasem zapominałam i o tym, że nie wierzę. Przypominał o sobie, stanowiliśmy pewne jedno, a ja i tak potrzebowałam chwili namysłu, by obudzona ze snu potwierdzić, że tak, jestem w stanie błogosławionym i tak, tam, a właściwie tu, jest człowiek, mój człowiek.

A czy może niewiasta zapomnieć wtedy, gdy dziecko przytula do piersi? No jakże? Nigdy! Nigdy nie zapominam – kłócę się z autorem natchnionym. Od chwili, gdy tylko pojawił się, jestem do ciągłej dyspozycji. A jednak, kiedy robię bardziej skrupulatny macierzyński rachunek sumienia, to pytanie kołacze mi dość dosadnie w uszach. Mogę zapomnieć. Zapominam. I dziś, kiedy przebudzam się w środku nocy jednym jego poruszeniem, zdolna przechwycić go jeszcze przed płaczliwym wołaniem o jedzenie, robię to odruchowo, mimowolnie, a w moich snach nie zawsze jestem przy nim, nie zawsze on jest obok, cofam się nawet do czasów sprzed naszej ery. I zdarza mi się czasem wyjść i przez moment zapomnieć, że jestem mamą, być tak pochłoniętą czymś przez chwilę czy dwie, że gdzieś na obrzeża świadomości wędruje poczucie macierzyństwa. Niby jest w pamięci, a jakby go nie było. Pamiętam, ale zapominam. Jest, ale go nie ma. 

Może autor księgi Izajasza pisał raczej o tym zapomnieniu, które jest odrzuceniem, zaniedbaniem, którego nawet w myśli nie może dopuścić żadna zakochana mama (a przecież i takie scenariusze się zdarzają), ale czyż moja pamięć nie jest całkowicie niedoskonała? Czy nie zapominam o sprawach największych, np. o ogromie Miłości Bożej? A co dopiero o tych sprawach mniejszych i najmniejszych? Czy niekiedy nie czytam słów napisanych przez samą siebie jakbym czytała je po raz pierwszy? I czy pomimo tego ogromnego kroku, jaki robię każdego dnia, walcząc z własnymi zachciankami i egoizmem, czy jednak one nie wygrywają wielokrotnie? I wcale nie zapominam o sobie, ale o nim, bo jest tyle spraw pilniejszych i ważniejszych - telefony, maile, nieupieczone ciastka, spotkania i wyzwania, które można by sobie darować. Bo przecież nie ma nic pilniejszego niż zabrudzona pielucha czy wyjące z głodu niemowlę ani nic ważniejszego niż bycie razem tak po prostu, bez pośpiechu i bez jakichkolwiek uzasadnień natury psychologicznej o budowaniu więzi i wadze relacji matka-dziecko, a tylko dlatego, że tak jest dobrze, że taka jest miłość.  

Nie chciałabym, by Mój Ojciec niebieski był takim ojcem, by istniał choć cień szansy, że dopadnie go starcza demencja, burza hormonów czy zanik pamięci, by wzburzył się i obraził, by zrobił sobie wolne od ojcostwa, nie mówiąc już o szczypcie egoizmu. Ale Jemu nic takiego nie grozi, On jest przecież Miłością (której pamięć nigdy nie zawodzi).

I ja chcę stawać się Miłością. Nie tylko jako mama.

Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, 
ta, która kocha syna swego łona? 
A nawet, gdyby ona zapomniała, 
Ja nie zapomnę o tobie.

(Iz 49, 15) 

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę