Powierz Panu swoją drogę i zaufaj Mu: On sam będzie działał (Ps 37, 5)

Serce Mamy

Z narodzinami serca mamy było tak…

Nie potrafię opisać tych narodzin. Raz wydają mi się krótką chwilą, całkowitą eksplozją, kumulacją w jednym momencie (zupełnie jak końcowy moment rodzenia), ale przecież to był długi proces, poprzedzony robieniem miejsca Temu Nowemu Życiu we mnie, nawiązywaniem z nim relacji jeszcze przed spotkaniem naszych oczu. A nawet więcej, to serce mamy dojrzewało o wiele wcześniej w mojej kobiecości, gdzieś w tych odległych o dekady czasach, kiedy opatrywałam rany moim pluszakom i matkowałam lalkom, kładąc duży nacisk na ich edukację, może czasem zbyt duży, i powtarzając im, że muszą być dzielne i grzeczne (techniki wychowawcze były dość proste), a następnie robiąc dla nich babki z piasku.

Serce mamy dojrzewa w nas przez cały czas, szukając swojego wyrazu, swojej realizacji, uwieńczenia. I wiem, że choć wydaje mi się teraz tak wielkie i pełne, to wciąż jeszcze nie osiągnęło swojego całkowitego rozmiaru. Wciąż ma w sobie ukryty potencjał poszerzania i robienia miejsca na inne, na nowe. Podobno z każdym dzieckiem to serce staje się większe i cięższe, zupełnie wbrew wszelkiej logice klasycznej – miłość mamy zwiększa się, kiedy trzeba ją dzielić. To opowiadała mi moja mama nie raz. Gdy oczekiwała na drugie dziecko (tak się składa, że akurat na mnie : - ) zastanawiała się, czy będzie w stanie pokochać mnie w pełni, skoro tak mocno, całą sobą pokochała swoją pierwszą córkę. Odkryła po moich narodzinach, że ta miłość przedziwnie się rozmnożyła, jej serce się poszerzyło, niczego nie ubyło w miłości do pierwszego dziecka, a nawet wystarczyło jeszcze do pokochania kolejnego (a pewnie i dla następnych niczego by nie zabrakło! Co widać w sercu Babci, które przecież z sercem mamy ma wiele wspólnego). Nasze serce jest plastyczne, rozciągliwe, nie ma granic – zupełnie jak miłość, nigdy nie jest ukończone, jest dziełem otwartym, do wypełnienia, nie leży w jego naturze być ostygłym i zamkniętym. 

Serce mamy rodzi się na wiele sposobów. W naszym kobiecym dojrzewaniu, w rodzeniu, w spojrzeniu na nowego, bezbronnego człowieka, w pierwszym spotkaniu, które okazuje się pożegnaniem, a także w wypełnionej miłością tęsknocie za Dzieckiem, w doświadczeniu pustki i gotowości przyjęcia Innego, w przyjmowaniu duchowym i cielesnym cudzych dzieci jako własnych, jako przedłużenie swojego życia. I jak to jest z rodzeniem (choć słuchałam wiele opowieści o pięknych, niemal mistycznych porodach), narodziny serca mamy najczęściej wiążą się z jakimś bólem. (Podobno Księga Rodzaju mówi o trudzie rodzenia, ale jednak skłonna jestem przyjąć tradycyjne tłumaczenie o bólu.) A boli przecież na różne sposoby, czasem ból fizyczny to ten ból najmniejszy.

„Zapewne żadne inne doświadczenie życiowe nie oddziałuje na serce kobiety bardziej niż posiadanie lub nieposiadanie dzieci – ponieważ Bóg w sercach większości z nas zaszczepił pragnienie bycia matką.” (Sharon Jaynes)

Każde serce kobiety jest sercem mamy, które dojrzewa, kształtuje się przez najróżniejsze doświadczenia. To macierzyństwo – jakże będę tu niepoprawna, wbrew głośnym i popularnym hasłom o tym, że instynkt macierzyński nie istnieje, że nie każda kobieta chce być matką, że dla części kobiet jest to największy koszmar życia i najczarniejszy scenariusz jej drogi – kształtuje nas jako kobiety. To macierzyństwo duchowe i fizyczne, to macierzyństwo, czyli gotowość przyjmowania Innego człowieka, chronienia go, towarzyszenia mu, oddawania siebie dla innego, uczenia, prowadzenia za rękę, pomagania mu we wzrastaniu - ono jest w nas. Rodzenie jest też umieraniem – nas samych, naszych wyobrażeń o sobie, naszych niekiedy planów, naszych wymagań wobec innych. By rodzić się na nowo. A my kobiety przecież tak lubimy te zmiany – zwłaszcza te zmiany na Lepsze.

„Jeśli boisz się, że stracisz swoje życie, słusznie: stracisz je. Od dziś przez ładnych parę lat o każdej porze dnia i nocy będziesz musiała strzec istnienia innej, zależnej od ciebie, osoby. Ale swoje życie odzyskasz, i to bogatsze, pełniejsze, szczęśliwsze.” (Costanza Miriano, Wyjdź za mąż i poddaj się!)

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę