Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy (Łk 13, 12)

Wielkie rzeczy uczynił mi

Czy potrafisz za Maryją powiedzieć te słowa: Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny (Łk 1,46)? Ale nie jako Jej słowa, tylko Twoje własne, wypływające z Twojego serca? A zatem: czy Wszechmocny uczynił w Twojej historii życia wielkie rzeczy? Albo inaczej: nie czy, ale jakie wielkie rzeczy uczynił?

Być może czasem wydaje Ci się, że Bóg zadziałał cudownie w życiu wielu świętych kobiet, a przede wszystkim w życiu Maryi – wybrać Ją na Matkę swego Syna – przecież to ogromne wyróżnienie, to jest dopiero coś! Może czasem wydaje Ci się, że On naprawdę wiele uczynił dla innych osób – widzisz, jak pięknie poprowadził bliskie lub trochę dalsze Ci kobiety, może Twoją siostrę, mamę, przyjaciółkę, ale gdybyś miała w tej chwili tu i teraz powiedzieć, co zrobił dla Ciebie wielkiego, miałabyś problem. Bo może właśnie teraz zamiast hymnów pochwalnych na Jego cześć (których przecież i Tobie nie brakuje), widzisz przed sobą przede wszystkim trudności, a nawet ciemności, a z nimi, zamiast wyśpiewanego Magnificat, pojawiają się pytania: dlaczego Panie, dopuściłeś tyle zranień (które wcale nie chcą się zagoić, nie przestają krwawić, pomimo upływu czasu nie chcą dać o sobie zapomnieć)? Dlaczego przed tyloma doświadczeniami nie uchroniłeś mnie? Dlaczego nie słyszysz moich największych pragnień, jak długo będę prosić, błagać? I czasem trudno nam zrozumieć, że On naprawdę widzi więcej, że On ogarnia wszystko i się naprawdę nie myli, nawet gdy dopuszcza te ciemności.

Warto rozważyć choć przez chwilę, co takiego uczynił On dla Maryi. W duchu wiary widzimy coś niezwykłego, udział kobiety, a właściwie młodej dziewczyny w dziele Zbawienia. Widzimy kobiecość czystą, piękną, odnowioną, idealną, taką sprzed grzechu, sprzed historii o jabłku. Ale czy patrząc po ludzku, któraś z nas chciałaby właśnie Takich Rzeczy? Czy któraś z nas zgodziłaby się na tak drastyczne skomplikowanie swojego życia? Zwłaszcza dziś, w dobie szczegółowego planowania wszystkiego i ubezpieczania się od wszystkiego. Wyobraźmy więc sobie: Maryja dowiaduje się, że będzie matką (dowiaduje się, ale tak naprawdę pełna pokory - robi coś znacznie większego - zgadza się na to, mówi swoje fiat). Ten moment to jedna z najpiękniejszych chwil życia dla wielu kobiet – dowiedzieć się, że pod sercem rozwija się nowe życie (a w tym przypadku: życie i bicie serca samego Boga!), ale przecież jej narzeczony nie jest ojcem, przecież tłumaczenie się wszystkim dookoła, dlaczego pojawiło się dziecko za wcześnie, nie jest łatwe. Józef mógł jej nie uwierzyć, mógł ją zostawić. A co Maryja usłyszała od krewnych? Ewangelia o tym milczy, ale możemy sobie wyobrazić te spojrzenia, wskazujące palce, szepty za jej plecami, a może i ostre jak brzytwa, raniące słowa skierowane do niej wprost. I do Józefa, i do rodziców Maryi. Ładny początek tych wielkich rzeczy! Gdyby chociaż później było „z górki”, ale nie – już od początku Maryja i Józef muszą walczyć o życie Dziecka, uciekają do Egiptu. Być może lata dorastania Jezusa były spokojniejsze, ale co dzieje się potem? Maryja widzi, jak jej syn zostaje skazany na śmierć, jak jest opuszczony przez swoich uczniów, jak jest wyśmiany, poniewierany, a w końcu ukrzyżowany. Stać pod krzyżem swojego dziecka i nie móc mu pomóc, trzymać potem w ramionach jego martwe ciało – czy jest w tym cierpieniu logika cudów, jakie działa Bóg? Każda matka oddałaby za swoje dziecko wszystko, ale kiedy nie może nic oddać? 

Maryja zgadza się, oddaje się Panu, nie dyktuje mu swoich pomysłów na te wielkie rzeczy. W swoim Magnificat (Łk 1, 46-56) wielbi Boga. Owszem, mówi, że będą ją chwalić pokolenia, ale zaraz potem dopowiada dlaczego: bo On uczynił jej wielkie rzeczy. Pokolenia będą więc chwalić Boga za to, czego On dokonał w Niej. My ją oczywiście sławimy i za Jej postawę, za Jej pokorę, cierpliwość i odwagę. Ale ona o tym milczy, ona wpatrzona jest w Pana, któremu chce służyć. Która z nas ma w sobie taką nieustającą pokorę i ufność Maryi? I jej wdzięczność?

Ja często zapominam o tych Cudach, jakich doświadczyłam w swoim życiu, o tym, czego dokonał Pan, ale też i o tym, czego pozornie nie dokonał, a  przed czym mnie ustrzegł. Zapominam czasem, że prośby, których nie spełnił, są wyrazem Jego troski. Ale nawet kiedy zapominam o wszystkich tych dziełach, staram się wracać do dwóch rzeczy i za nie dziękować. Po pierwsze – On chciał mnie tu i teraz. Poczęłam się w łonie mojej mamy właśnie Ja, nikt inny (a przecież możliwości było wiele). Chciał mnie i, co więcej, pokochał mnie. Tak mocno, że oddał za mnie swoje życie. Czy, gdyby już nic więcej w moim życiu się nie wydarzyło dobrego, wielkiego, nie byłyby to dwa wystarczające powody, by za Maryją wołać „Wielbi dusza moja Pana”? Ale On działał dalej i wciąż nie ustaje. On chciał każdej z nas, za każdą z nas oddał Samego Siebie. Nawet jeśli cały świat wydaje się wrogi, jeśli czujesz, że nikomu nie jesteś potrzebna, że nie byłaś chciana nawet przez swoich rodziców, że byłaś nie akceptowana przez najbliższych - On Ciebie naprawdę chciał i wciąż chce, i wciąż kocha! Czy nasze kobiece serca spragnione miłości, spragnione bycia wytęsknionymi przez Kogoś, bycia przygarniętymi - nie doznają tego Największego Cudu właśnie Tutaj, w tej Boskiej miłości? 

Nie zawsze te wielkie rzeczy są takie, jakie sobie wyobrażam, nie zawsze są wtedy, kiedy ich (jak mi się wydaje) potrzebuję. Bywa przecież, że modlimy się latami o dobrego męża albo o dziecko, a po drugiej stronie jakby wciąż linia zajęta, jakby Bóg przysnął, zapomniał. A może On ma inne, swoje plany? Czemu trudno nam uwierzyć, że On ma lepszy kalendarz i lepsze poczucie czasu (choć jest poza czasem) niż my (którzy w tym czasie żyjemy, uczymy się nim gospodarować itd.)? Czy czasem, mówiąc „bądź wola twoja”, jednak nie sugerujemy Bogu, jaka ona mogłaby być. A może On naprawdę chce dla nas więcej niż potrafimy sobie to wymarzyć? I tylko czeka na nasze Fiat i Magnificat - nawet takie na wyrost, takie nieproszące się o potwierdzenie o tych wielkich rzeczach? Bo Bóg innych rzeczy nie może zdziałać jak tylko tych wielkich. 

„Udziel nam również tego, o co nie ośmielamy się prosić” (modlitwa podczas mszy św.).

A więc pragnę tego, co mnie przerasta, tego, o czym nawet nie pomyślałabym, że jest dla mnie, że może być dla mnie, ale mówię „tak”.

Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę