Pan otworzył jej serce, tak że uważnie słuchała słów Pawła (Dz 16, 14)

Nie brak mi niczego

Drugi tydzień Śpiewania psalmów. Czytam, maluję, wypisuję, dzielę się, kiedy mogę (głównie tutaj lub za kulisami). I chyba najmocniej do tej pory brzmią mi w sercu słowa z Psalmu 23.

Nie brak mi niczego. (Ps 23,1)

Śpiewacie je tak równie radośnie jak psalmista? Ja nie zawsze. Nie mam chyba w naturalnym wyposażeniu tej skłonności. Ale może nikt z nas jej nie ma? Zatem nie zawsze z łatwością wypowiadam te słowa. Mam też zwykle mocne argumenty przeciwko temu optymistycznemu podejściu. Chociaż staram się być zapobiegliwą i roztropną panią domu, zwykle czegoś w nim brakuje. Masła, rodzynek albo aromatu wanilinowego, gdy nachodzi mnie ochota na pieczenie ciasteczek. Mnie też brakuje niejednego do tej pełni szczęścia, którą gdzieś sobie namalowałam w marzeniach. A to lepszej pogody, a to firanek w oknie. Brakuje czegoś  naprawdę albo czegoś tylko trochę lepszego, bo to, co jest, wydaje się za małe, za ciasne, niedostosowane do potrzeb, po prostu niewystarczające. Jest, a jakby go nie było. Jest, ale w ogólnym rozrachunku wcale się nie liczy. Jest, ale ja tego nie widzę. Wiem, wiem, że to błąd w myśleniu, że to zawężone spojrzenie, ale czy tak czasami nie jest najłatwiej? Widzieć to, czego nie mam, zamiast tego, co mam. 

Gdy zaczynam zgłębiać psalm 23, coraz bardziej widzę, jak wielu rzeczy nie widzę. I przypomina mi się mój dwulatek rano niosący mi swoim żwawym krokiem moje cudowne szkiełka, mówiąc przy tym słodko „mama, okurary”. Tak, czasem potrzebne są mi po prostu okulary, żeby widzieć. Ale czasem jak pan Hilary (przynajmniej jakiś jeden bohater naszych dziecięcych lektur, który ma nogi w miejsce kół ;-) szukam tych okularów gorączkowo, robiąc raban, przyzywając pomocy, nie widząc, że ja je naprawdę mam. Wystarczy spojrzeć przed siebie. Wystarczy patrzeć. A właściwie chcieć patrzeć. Na to, co mam z wdzięczności, ale i na to, czego nie mam - z uśmiechem. Naprawdę nie potrzeba zbyt wiele ponad to, co mam. Właściwie nic więcej nie potrzeba. Nawet jakichś specjalnych szkieł. Wdzięczność nie jest przecież skomplikowana.

Chyba wszyscy nosimy nasze braki. Czasem są cięższe niż to, co w nas pełne. Słyszałam niejedną historię o doświadczaniu braków. Tak mocnych, że skupiających na sobie całą uwagę. Tych braków – pustki, która ciągle o sobie przypomina.Nasze życie to pasmo braków. Tym większe im wznioślejsze namalowane gdzieś ideały, czasem przekalkowane przez cudnie nierzeczywiste zdjęcia z facebooka (bo już chyba nie z gazet... ;-) Czasem definiujemy się nawet przez braki. Mogłaby powstać swoista litania. Możemy ją nazwać nawet litanią marzeń.

Brak poczucia bezpieczeństwa, brak wspaniałych wspomnień z dzieciństwa, brak poczucia własnej wartości, brak rodziny, brak przyjaciółki od serca, brak dzieci, brak pewności siebie, brak zdrowia, brak ukochanego mężczyzny, brak satysfakcjonującej pracy, brak czasu, brak cierpliwości, brak urody, brak talentu. 

Ale braki są dobre, właściwie mogą być dobre, bo można odkryć, że tak można żyć. Że można żyć niepełnym. Że niewiele potrzeba. Że minimalizm to nie tylko mniej ubrań, mniej kuchennych gadżetów czy eko środki czyszczące. To także minimalizm innego rodzaju, który niesie wielkie bogactwo, wielki pokój.

Bo tak na marginesie, to zwykle udaje mi się upiec coś bez aromatu wanilinowego. Dodaję wtedy ten migdałowy albo pomijam jeden składnik. Albo zmieniam. Zamiast masła dodaję olej. Albo szukam innego przepisu. Albo zadowalam się uchowaną jeszcze czekoladą. Braki mogą być twórcze. Mogą nas rozwijać. Mogą nam dawać więcej niż wydają się w pierwszym wejrzeniu odbierać. 

Nie brak mi niczego,
bo On jest moim pasterzem
prowadzi mnie po łąkach,
prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć.
Orzeźwia moją duszę.

 

A Ty za jakie braki możesz dziękować?
Które Twoje braki mogą być twórcze?
Czy potrafisz dziś śpiewać słowa psalmu całym sercem: niczego mi nie braknie?
Bo przecież On wie, czego nam trzeba 

  • Oceń ten artykuł
    (10 głosów)
  • Dział: Mój Blog
  • Czytany 3408 razy
Katarzyna Marcinkowska

- z wykształcenia filozof (MISH UJ). Szczęśliwa żona Mariusza, mama Irusia i Stefanka. Zafascynowana teologią ciała, filozofią dialogu, nowym feminizmem oraz macierzyństwem w jego wszystkich wymiarach. Szuka wciąż nowych możliwości łączenia teorii z praktyką. Autorka Kalendarza Kobiety 2014, 2015 i 2016 oraz projektu Między Niewiastami. Prowadzi warsztaty, konferencje i spotkania dla kobiet. Wraz z mężem prowadzi konferencje i warsztaty na temat miłości oraz różnic płciowych oraz kurs przedmałżeński „Przepis na Miłość!”. Wierzy w miłość na całe życie, w piękno i prawdę, w „geniusz kobiety” oraz w to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę